Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

13 grudnia 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 35)

Winter is coming. Cz 5: 13 grudnia

Kategoria: Psychologia i polityka
Tematy/tagi: historiaklimatpolityka ekologicznaPolska

« Winter is coming. Cz. 4: Marsz dla klimatu Winter is coming. Cz. 6: Kongres futurologiczny »

Stan wojenny 1981

13 grudnia 1981. Co się zmieniło od tamtego czasu, widać doskonale na zdjęciach. W 81 w grudniu na ulicach leżał śnieg. Dziś nie leży. Nie będzie go w mieście w grudniu, nie będzie w styczniu i nie będzie w lutym. Nawet jeśli pojawi się na kilka godzin cieniutka biała warstwa, wkrótce zniknie, a jedyne, co będzie w mieście skrzyć na biało, to lampki na wystawach, oświetlające idiotyczną w tej sytuacji białą watę. Kiedy zimą 81 roku milicjanci wyprowadzali Zbigniewa Bujaka z klatki schodowej bloku, wyrwał się im i puścił biegiem przed siebie, zostawiając im w rękach swój kożuch. Był to sprint dosłownie na złamanie karku, a milicjanci nie biegli za nim zbyt długo, bo było ślisko. Było ślisko, bo na chodnikach był lód. Był lód, bo był mróz. Kożuch Bujaka był stosowny z tego samego powodu. Dziś w mieście zimą nikt nie wytrzymałby w takim.

Czy ktoś pamięta jeszcze Janusza Przymanowskiego, autora książki Czterej pancerni, na podstawie której zrobiono kultowy propagandowy serial o czołgistach z 1 Armii WP? Kto go pamięta, pamięta pewnie jego sejmowe przemówienie o dzielnych żołnierzach stanu wojennego, grzejących się przy koksownikach. O co to chodziło? Ano o mróz. 13 grudnia, to była już w Polsce zima, a skoro była zima, to w oczywisty sposób był mróz, a ulice były pełne śniegu. Leżał wszędzie. Po ulicach jeździły spychacze, piaskarki, solarki.. Inaczej te ulice byłyby nieprzejezdne.

Zawsze tak było. 13 grudnia to było zupełnie normalne. Żołnierze stali na posterunkach w każdym węzłowym punkcie Warszawy i było im zimno, więc jako paleniska wystawiono im specjalne stalowe kosze, przy których się grzali. Koksowniki. Tuptali przy nich z zimna całą noc w swoich futrzanych kurtkach „bechatkach” i futrzanych czapach z nausznikami.

A ludność Warszawy wynosiła im herbatę w termosach i czasem coś mocniejszego. Z życzliwości, bo choć nie popierano stanu wojennego, wiadomo było, że to żołnierze z poboru i stoją, bo im kazano. Noszono więc chłopakom gorące napoje i jedzenie, bo było naprawdę zimno. W końcu był to 13 grudnia. Przymanowski w swoim historycznym przemówieniu wysławiał bohaterstwo i ofiarność wojaków i warszawskiej ludności, a samo przemówienie było naprawdę zabawne. Powinno być gdzieś w sieci. Warto posłuchać.

Co się zmieniło od tamtego czasu? NSZZ Solidarność ogłosiła, że zmiany klimatyczne to kłamstwo. Oznacza to chyba, że nie ma tam już nikogo, kto by pamiętał 13 grudnia 1981. Może powinni zaprosić Bujaka, żeby im opowiedział o swoim kożuchu. Może powinni jeszcze raz popatrzeć na te zdjęcia i na te koksowniki, na żołnierzy w bechatkach i futrzane czapy.. Mają przecież na pewno jakieś izby pamięci, gdzie wiszą te zdjęcia. Starczy spojrzeć. Mają oczy, a nie widzą.

Co się zmieniło jeszcze? Wystarczy wyjrzeć na ulicę, by się przekonać. Śniegu już nie ma i nie będzie.

A kiedyś był. Jak wyglądały zimy? W jaki sposób jeżdżono na nartach, gdy nie znano w Polsce śnieżnych armatek? Zwyczajnie jeżdżono. Po śniegu. Przecież była zima.

Śnieg – biała zimna substancja – spadał z nieba i pokrywał całe góry na początku zimy i ten stan utrzymywał się do wiosny. Rzeki i jeziora były skute lodem, a wiosną saperzy stawali na mostach i z narażeniem życia rzucali do wody wybuchowe ładunki, by kruszyć płynące rzeką potężne zwały lodu. Inaczej ten lód zniszczyłby filary mostów. Lodołamacze kruszyły lód w tym samym celu, a też i po to, by barki mogły pływać rzekami z towarem także w zimie.

Bo pływały. Barki wiozły po rzekach towary. Rzeki były na to dość głębokie, ponieważ była w nich woda. Mnóstwo. Przed wojną po Wiśle pływały regularne statki pasażerskie i można było do różnych miast nimi dopłynąć, tyle płynęło w rzece wody.

Od dziecka każdego roku jeżdżę na narty. Pamiętam, jak wyglądały góry gdy zaczynałem i jak wygląda to teraz. Pamiętam, jak będąc w drugiej, może trzeciej klasie podstawówki z grupą przyjezdnych dzieciaków wokół domu gospodarzy budowaliśmy igloo. Kawałkiem grubej sklejki z masy śniegu wycinaliśmy wielkie cegły i na podwórku beskidzkiego domu stawialiśmy lodowe schrony. Przyjeżdżał rok w rok mniej więcej ten sam skład i tradycja budowania igloo podtrzymywana była wiele lat. Zawsze mogliśmy być pewni, że będzie z czego je zrobić. Do głowy w tamtych czasach by nam nie przyszło, że zimą może nie być śniegu. Jadąc wiedzieliśmy, które dzieci spotkamy, choć telefonów komórkowych nie znano i wiedzieliśmy, że pierwsze, co uczynimy na przywitanie, to weźmiemy się za budowę igloo i rozpoczniemy nieśmiertelne negocjacje z dorosłymi o możliwości w nim nocowania. To ostatnie nigdy się nie spełniło, ale i tak do dziś wiem, że choćby na zewnątrz był największy mróz, w igloo jest ciepło i można siedzieć tylko w swetrze. I można palić tam ogień, bo i to robiliśmy.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych, gdy wyjeżdżaliśmy z grupą kolegów zimą do Szczyrku, czy Zakopanego, mogliśmy być absolutnie pewni, że kiedykolwiek tam nie przyjedziemy, śnieg na stokach po prostu będzie. Nikt nie słyszał wtedy o żadnych śnieżnych armatkach. W ogóle czegoś takiego nie znano. Ludzie jeździli na naturalnym śniegu przez cały dzień. Co rozjeździli za dnia, to z nieba napadało w nocy.

W miastach podobnie. Gdy byłem dzieckiem, dozorczyni w moim bloku już na początku zimy wystawiała nam przed dom szerokie drewniane łopaty. Od razu wiedzieliśmy o co chodzi. Grupa dzieci oczyszczała grubą warstwę śniegu do gołej, zmarzniętej na kamień ziemi, tworząc prostokąt wielkości tenisowego kortu obramowany wysokim śnieżnym wałem. Dozorczyni kładła gumowy wąż i odkręcała hydrant. W ciągu kilku godzin powstawało lodowisko, po którym jeździliśmy całą zimę. Gdy porysowaliśmy lód łyżwami, sami ścieraliśmy ten pył łopatami i wylewaliśmy nową warstwę wody. Od grudnia do marca lodowisko działało praktycznie bez przerw.

Konkurencją dla niego były jeziorka i kanały pobliskiego parku, tworzące rozbudowany system torów i boisk. Zamarzało wszystko na całą zimę grubą warstwą lodu, po którym można było śmiało jeździć. Kto nie był na łyżwach, zjeżdżał na sankach, bo każde wzgórze było śniegiem pokryte. W środku miasta przez całą zimę. Pamiętam zwyczaj robienia bałwanów, obrzucanie się śnieżkami, śniegowe czapy na krawędziach dachów w blokach i ciemny, węglowy pył z osiedlowej kotłowni, który psuł nam wciąż ten biały śnieg, ale tylko na kilka godzin, bo świeży śnieg zawsze szybko go przykrył.

A musieli grzać. Z awanturami się chodziło, żeby grzali, albo nosiło łapówki. W czasach dyktatury proletariatu i osiedlowych węglowych kotłowni na negocjacje w sprawie dogrzewania bloków szło się z dziećmi, by wyglądały chorowicie.
no ale co państwu poradzę, że zimno jak nie ma ciśnienia w kotle bo nie mam czym palić?
– ale węgla nie można dosypać panie?
– a widzisz pan te hałdę jaka mała jest?
– to pan dzwoni do centrali żeby dowieźli
– a co panu zrobię, jak zamówione było ale nie dowieźli bo te pociągi z węglem nie dojeżdżają, bo tory pewnie zasypało. Mróz zelżeje, tory się uwolnią, to węgla dowiozą i podkręcimy
– panie jak pragnę zdrowia, jak mróz zelżeje to na co nam to grzanie?
– wiesz pan, że trudno jest mnie odpowiedzieć panu na takie coś.. No ale co ja państwu zrobię z drugiej strony?

Branie nas na świadków takich sporów było czystym rytuałem, bo dyktatura proletariatu i tak na koniec zawsze żądała alkoholu, dzięki któremu tory w cudowny sposób uwalniały się od śniegu, węglowa hałda rosła i kaloryfery rozgrzewały się na jakiś czas.

Ale i tak klatkę schodową trzeba było domykać bo na dole od mrozu pękał kaloryfer. Rok w rok był ten problem. Smar automatu do zamykania drzwi zamarzał, automat drzwi nie domykał, przez półotwarte dostawał się mróz i zamarznięta woda w kaloryferze rozwalała go w najcieńszym miejscu. Rozszczelniał się od mrozu, bo zawsze znalazł się ktoś, kto mimo kartek jednak tych drzwi nie domknął.

Góry... Pewnego roku, gdy miałem może z osiem lat, zerwała się lina wyciągu na górze Mała Kiczora. Większość nas, przyjezdnych, nie miała w tamtych czasach samochodów, a z nartami do PKSów górale wpuszczać nie chcieli, taka awaria oznaczała więc koniec narciarstwa. Ale nie poddaliśmy się. Poszliśmy z nartami w góry i to nie na Małą, a na Wielką Kiczorę. Lasem, drogami i kopnym śniegiem na przełaj. Cóż to było za skiturowe przejście.. Śnieg był wszędzie. Po drodze paliło się ognisko i grzało wodę na herbatę w szklanej butelce, machając nią nad ogniskiem na sznurku. Myśliwski sposób podobno. Mróz i śnieg, bez armatek, bez gigantycznych zbiorników na wodę i bez magazynów śniegu. Bez konieczności jazdy na lodowiec. Śnieg był także w dolinach całą zimę.

Dziś w Polsce narciarstwo bez sztucznego naśnieżania praktycznie nie ma szansy bytu. Śnieg naturalny się przydarza. Przytrafia się na krótko i trzeba mieć szczęście. Na brak instalacji do naśnieżania może sobie pozwolić tylko wyciąg osiedlowy, jakiś tam taki mały dla dzieci za domami. Niewielkie wzniesienie, elektryczny silniczek, lina długości może ze sto metrów.. Jak napada, to przyjdą dzieciaki pojeździć, jak nie napada, to po prostu nie napada. Wtedy tak. Wtedy śnieg może być naturalny. Ale jeśli masz prawdziwy narciarski ośrodek w Polsce, to jeśli nie masz sztucznego naśnieżania, nie ma mowy, żeby to mogło na siebie zarobić.

W roku 1986 było oczywiste, że obecność śniegu była częścią zimy. W roku 2018 nawet w książeczkach dla dzieci pokazujących pory roku nie ma już rysunków śniegu w miastach. Mam tu akurat przed sobą taką rysunkową książkę. Zima na ulicy Czereśniowej autorstwa Rotraut Susanne Berner. Jest niepełnosprawny pan, są dwie muzułmanki, czyli wszystko jest jak być powinno, ale śniegu niewiele. Z siedmiu stron jest na trzech i to słaby jakiś. Jakby prószy, jakby leży, ale nie jest już częścią zimowego wystroju. Jego brak tu nikogo nie dziwi.
Myślę czasem, że gdyby nie ta łatwość, z jaką można się przemieszczać w rejon, gdzie pogoda wygląda tak, jak powinna wyglądać o tej porze roku, rzeczywistość docierałaby do nas znacznie mocniej. Nie wiemy, że nie ma już śniegu, ponieważ w mieście go nie potrzebujemy, a gdy go nam trzeba do sportów, jeździmy na lodowce. W ten sposób nigdy nie dowiadujemy się prawdy. Poza tym zmiany następują tak powoli, że młodsi nie pamiętają. Ale ja pamiętam. Zimy tak nie wyglądały.

W codziennym obiegu informacji problem i wnioski z niego wynikające w ogóle nie istnieją. Nie myślą o tym inwestorzy i to nawet ci, którzy najbardziej powinni. W zeszłym roku wzięła mnie ciekawość, by obejrzeć odnowioną infrastrukturę narciarską Szczyrku. Za czasów Gierka było to polskie Chamonix, od tamtej pory jednak niewiele zrobiono i dopiero od zeszłego roku zdaje się Czesi weszli z olbrzymią jakąś narciarską inwestycją. Piękne nowe wyciągi, nowe trasy, bary, parkingi.. Olbrzymie instalacje wodne, ciągnące tysiące ton wody w górę, by dzięki spaleniu tysięcy ton węgla za pomocą prądu przerobić tę wodę na śnieg. Na górze gigantyczny jakiś zbiornik na wodę, ponoć i magazyny śniegu podziemne, na wypadek, gdyby natura łaskawa. Zbiera się taki śnieg w tych magazynach, a później rozkłada na stokach celem sportów zimowych. Wjechaliśmy fantastyczną kabinową kolejką linową na samą górę, podziwiając krople deszczu padające na szyby. Pod nami idealne sztucznie naśnieżone stoki, a wokół idealnie czarne góry, zalane deszczem. Temperatura powietrza około ośmiu stopni. Jeździliśmy w kurtkach przeciwdeszczowych po tym świetnie przygotowanym, wyratrakowanym śniegu z zamrożonej wody, patrząc co pewien czas na krajobraz wokół, gdzie w górach nie było ani kawałka bieli. Nic. Nic zupełnie. Osiem stopni, na szczycie sześć. Nocą plus jeden, plus dwa i armatki całą noc wytwarzają sztuczną zimę, kosztem węglowych megawatów. Ta zima w dzień częściowo spłynie, ale jeśli nie ma zbyt mocnego słońca, to się jakoś na własnym zimnie utrzyma te parę godzin do zmroku. Pod wieczór chłodniej, można jeździć w świetle wielkich, sodowych lamp i wtedy ten śnieg iskrzy całkiem jak ten, który pamiętam. I syczą te armatki i ten śnieg w światłach całkiem wygląda jak prawdziwy, tylko na twarzy zostaje od razu jako woda.

Ale póki się tylko patrzy, to on iskrzy. Jak kiedyś. I nocą nie widać, co dzieje się wokół, to też ważne. Ale to przecież długo nie potrwa. Nie pamiętam ilości milionów, które ktoś władował w to godne podziwu przedsięwzięcie, ale oczywiste jest, że równie dobrze można zainwestować w budowę hotelu w technologii igloo. Ile czasu będzie możliwe tłoczenie i mrożenie tej wody? Pięć lat, może dziesięć. Co później? Przecież z roku na rok jest coraz cieplej. Nie tylko ta mrożonka nie utrzyma się już na nagrzanym zboczu, ale i wody nie będzie skąd ciągnąć. Rekordy temperatury padają raz po raz i za dziesięć lat będzie już naprawdę niemożliwe trafienie na jakikolwiek śnieg zimą w tym miejscu, prócz tego, który się samemu zmrozi. Może trzeba będzie pokryć całe trasy igielitem, albo zaproponować ludziom rolki. Byle nie padało. Z drugiej strony, jak nie będzie padało, to od tych rolek pewnie będzie się kurzyć jak tę suchą trawę rolkami rozjeżdżą. Czyli jednak igielit. Tylko ile ludzi przyjedzie, żeby się ślizgać na igielicie i później siedzieć na dole w knajpach na idiotycznych futrach, przy idiotycznej imitacji palącego się kominka, bo przy prawdziwym ogniu z gorąca nie da się wytrzymać?

Nikt o tym nie myśli. Nikt o tym nie rozmawia. Kolejki ludzi stoją do wyciągów w strugach deszczu i dyskutują o poprawieniu dojazdów do parkingów. Bo korki. Byłoby idealnie, gdyby drogę poszerzyć. Tej drogi oczywiście nie da się poszerzyć, bo z jednej strony są góry a z drugiej rzeka, ale może jednak by można poszerzyć. Trójpasmówki zrobić. Bo w Niemczech.. Moje wtrącenie, że może samochody można by gdzieś dalej zostawiać i wszyscy mogliby tu dojeżdżać jakąś wąskotorową elektryczną kolejką? Na Słowacji mają coś takiego. Między Smokowcem a Łomnicą jeździ taki vlak.. A na przykład w Szwajcarii są takie ośrodki car-free. Zostawia się samochody na zewnątrz i elektryczne pojazdy wszędzie ludzi dowożą. Kolejki, meleksy..

Moja uwaga witana jest w sposób szczególny. Jakieś pół sekundy ciszy, a później rozmowa toczy się dalej tak, jakbym w ogóle nic nie powiedział. Coś przemknęło w powietrzu. Może UFO? Nie do nas. Nie o nas. Nie na temat. Porządny człowiek wjeżdża na parking terenówką na zimowych szerokich gumach, a w bagażniku ma łańcuchy na śnieg, którego nie ma i łopatę na to samo. I nie zostawi tego za nic. W barze suszą się przemoczone deszczem ciuchy. Woda paruje z nich na kominkach, bo jeżdżąc strasznie się moknie w tym deszczu, ludzie zaś komentują dokładność wyrównania trasy. Nie jest idealnie. Trafiła się mulda. Jedna. Ale do czego to w ogóle podobne.. Żeby mulda? W górach? Na śniegu? Za takie pieniądze..? Gdy ma się w pamięci te obrazy zimy, które ja mam, widok tych ludzi i słuchanie tych dyskusji jest czymś przerażającym. Przewija się słówko inwestycja. Te wyciągi, to inwestycja. Słucham i zastanawiam się, kto tu zwariował. Bo może ja?

Tego roku będąc w górach latem odwiedziłem jednak winnicę. Robią ich w Polsce coraz więcej. Słońce jest, wino rośnie. Klimaty jak we Włoszech. Siadasz, próbujesz, właściciel pogada.. Narzekał na państwo, jak to właściciel. Na 500 plus, przez które nikt nie chce u niego pracować, na debilizm dookolny wszechogarniający, na to, że go kontrolują jakby robił co najmniej dynamit i, że przez internet nie wolno sprzedawać i cieszył się, że jest coraz cieplej, bo wino coraz bardziej będzie przypominać to hiszpańskie i włoskie. Ich już spali – mówił – pustynia tam będzie, a my wtedy rozkwitniemy. I nie będziemy tyle siarki dodawać ile oni dodają. Widział pan kiedy takie coś, żeby wino miało termin ważności? A ich ma. To co to za wino jest?

Może i tak. Niech ich spali zatem.

P.S. – już po opublikowaniu tego tekstu dowiedziałem się, że wkradła się do niego pewna nieścisłość. Otóż NSZZ Solidarność nie ogłosiła, że klimat się nie zmienia, tylko że to nie z powodu ludzkiej działalności. Związek, którego znaczącą część stanowią pracownicy przemysłu węglowego podpisał porozumienie w zakresie propagowania tej tezy z think tankiem Heartland Institute, który ma duże doświadczenie w takich przedsięwzięciach. W swym portfolio ma między innymi akcję przekonywania ludności, że doniesienia o szkodliwości papierosów są przesadzone. Płacił producent. Generalnie Heartland Institute proponuje rozwiązania wolnorynkowe, ale jak to na wolnym rynku – współpraca z dotowanym sektorem też może się trafić. Urban życzyłby pewnie wielu sukcesów.

Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Winter is coming. Cz. 4: Marsz dla klimatu Winter is coming. Cz. 6: Kongres futurologiczny »

komentarze

[foto]

1. Jak już sobie przypominamy • autor: Przemysław Kapałka2018-12-13 21:50:47

Tak się składa, że trochę pamiętam zimy z lat 1975-78. Były równie ciepłe, jak te obecne. Zimą bodajże w 1983, może rok wcześniej czy później, całą zimę czekałem, aż będę mógł po lodzie przejść pewne bagienko w olsztyńskim lesie, i się nie doczekałem. A czy nie będzie śniegu w miastach w styczniu i w lutym, to jeszcze zobaczymy. W zeszłym roku był, przynajmniej w tym moim mieście. Krótko, ale był. A po jeziorze w pewnym momencie jeżdżono samochodami.Nie chcę kwestionować tego, że klimat się zmienia. Ale kwestionuję pamięć i skojarzenia tego, który pretenduje do roli jedynego pamiętającego pewne szczegóły z tamtego okresu. A w jakim stopniu klimat zmienia się przez człowieka i jego działalność, a w jakim z innych powodów, tego tak naprawdę nie wiadomo.

2. Do P. Kapałki • autor: Ylvaluiza2018-12-15 13:10:36

Owszem, śniegu nie było wiele w latach 70-tych, ale jednak padał, bo sama wtedy na sankach co roku jeździłam (choć Zielona Góra, w której się wychowałam, z prawdziwymi górami niewiele ma wspólnego). Poza tym pamiętam, jak moi rodzice narzekali już wtedy, że z przyrodą dzieje się coś dziwnego, ponieważ dawniej śnieg leżał przez całą zimę. Ile go naprawdę padało i jak było zimno, można się dowiedzieć np. na stronie https://meteomodel.pl/dane/historyczne-dane-pomiarowe/  Po wybraniu miasta trzeba jeszcze wpisać rok, jaki chce się porównać z obecnym albo dowolnym.  Natomiast, że klimat zmienia się przez działalność człowieka, to już naukowcy zbadali (odsyłam do strony prof. Szymona Malinowskiego), a sprawdzić można na mapach anomalii pogodowych - widać na nich wyraźnie izotermy dodatnich temperatur układające się wokół dużych miast. 

3. Do Ylvaluiza, • autor: Mieczy.slowa2018-12-15 13:59:27

Uszyłam sobie ze starych firan, różnej wielkości woreczki na warzywa i owoce, żeby jak najrzadziej korzystać z foliówek.

Pozdrawiam. 

4. zimno jest piekielnie kosztowne i energochłonne • autor: Jerzy Pomianowski2018-12-15 21:07:45

Pamiętam straszne mroźne i śnieżne zimy lat 60. Podobnie jazdy na łyżwach do szkoły, śnieg po pas, i podobne atrakcje.Jednak czegoś we wspomnieniach autora mi brakuje, a tego miałem aż nadto. Było okropnie zimno w domu. Nie było nas stać na kupno odpowiedniej ilości koksu na długą zimę. Trzeba było spać w palcie i w czapce, nosić koks, targać wiadra z popiołem, no i oszczędzać opał. Absolutnie nie tęsknię za zimnem. Za śniegiem też nie, bo dziś jest nakaz odśnieżania chodnika przed domem. Stara babcia naprzeciwko parę lat temu wychodziła w śnieżne zimy nocą z łopatą i szur szur, powolutku skrobała, żeby mandatu nie dostać.Wątpię by dziś martwiło ją znikanie mrozu.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)