17 maja 2009
Krzysztof Wirpsza
Głowa na światłowodach
czyli o zachodnich technikach odblokowywania i tonowania wypartych emocji
tekst ukazał się w miesięczniku Nieznany Świat, w numerze z maja 2009
Medytacja , kontemplacja, czy nawet głębsza modlitwa
zazwyczaj przedstawiają się nam jako coś egzotycznego i raczej
trudnego. Trochę jak monotonna biurowa praca, zamiast której można
przecież robić tyle ciekawszych rzeczy. Medytując trzeba zazwyczaj
cierpliwie powtarzać określoną frazę, liczyć oddechy czy wzbudzać w
sobie jakiś stan emocjonalny, zgodnie z procedurą. Takie praktyki wiążą
się z zapanowaniem nad własnym indywidualnym tokiem myśli, w nadziei
wyciszenia go i, ostatecznie, przekroczenia. Nie ulega kwestii, że cel
tych praktyk, poprawa jakości życia praktykującego, bywa ostatecznie
osiągany. Jednak faktem jest też, że droga do takiego osiągnięcia
wydaje się żmudna i wymagająca wyrzeczeń. Czy nie ma poręczniejszego
sposobu ?
Psychoterapia? Przecież jestem zdrowy!
Psychoterapia jest czymś bardziej osobistym, przez to na pewno mniej
monotonnym. Gdy idziemy do psychoterapeuty lub na grupę
psychoterapeutyczną, opowiadamy o sobie, a to z pewnością bywa
ciekawsze niż liczenie oddechów. Jest jednak problem innego rodzaju.
Kto jest gotów zaufać terapeucie? Po co miałby to robić? Oczywiście, z
reguły robimy to dlatego, że coś z nami źle, i chcemy się wyleczyć.
Zakładamy wtedy jednak, że przyczyna naszego niedomagania leży na
zewnątrz nas, a to, często, jest tylko część prawdy. Istotny szczegół,
że to tylko my sami możemy postanowić być zdrowi lub chorzy, często
umyka wtedy naszej uwadze. Za wyleczenie już nie odpowiadamy my -
odpowiada lekarz.
O ile Wschód zawsze zachęcał do cichej, upartej introspekcji, o tyle
Zachód, woli nam sugerować, że potrzebujemy pogadać. Wschód apeluje do
psychicznej potęgi w człowieku, Zachód chce się porozumiewać i dzielić
rozwiazaniami . Czy jest tak, że oba te podejścia nie działają
i w związku z tym potrzebujemy czegoś trzeciego? Czy może po prostu
szukamy czegoś, co ukryte tkwi i w jednym i w drugim podejściu, tylko
trochę głębiej niż głosi to powszechnie dostępny stereotyp?
Mimo iż zawsze czułem, że i w medytacji i w psychoterapii może
kryć się coś naprawdę przydatnego, to jednak wszelkie próby dotknięcia
tego, kończyły się u mnie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, klęską. W
czym tkwi haczyk? Prawda kojarzyła mi się zawsze z potęgą niezależnej
ludzkiej myśli. Jednak tradycyjne techniki medytacji, nawet te łagodne,
np. wizualizacja czy rebirthing, zdawały się traktować ludzką myśl jak
zakłócenie, które trzeba poskromić. Nie mogłem się na to zgodzić.
Napięcie towarzyszące poskramianiu myśli było tak duże, że blokowało
cały mój entuzjazm, a w konsekwencji - postępy w praktyce. A czy nie
można by tak - myślałem - zachować całej głębi wglądu w siebie, jaką
często obserwowałem u medytujących, bez odbierania człowiekowi przy tym
jego osobistej kreatywności ?
Z kolei intuicyjny sprzeciw rodził się na myśl, że mam komuś, lub
czemuś z zewnątrz powierzyć autorytet kierowania moim własnym życiem.
Widziałem jednak, że terapia pomaga ludziom, podobnie jak pomaga im
udział w warsztatach, treningach i zgrupowaniach. Moja zasadnicza
wątpliwość przypominała tu tą, jaką od lat miałem z przyjmowaniem
antybiotyków, i w ogóle farmakologią. Co stanie się, gdy tymczasowy
zastrzyk energii z zewnątrz wyczerpie się, jeśli nie potrafimy tej
energii wytworzyć samodzielnie?
Odpowiedź na moje pytania przyniosło życie. Z braku zadowalających
rozwiązań i z ich naglącej potrzeby, musiałem poważnie się zastanowić,
i wyraźnie zdefiniować, czego, tak naprawdę, szukam. Oto do czego
doszedłem:
Poszukuję motywacji do zagłębienia się w siebie i doświadczenia
tego, że ostatecznie to ja sam, nikt inny, stwarzam własne problemy.
Chcę umieć to robić we własnym tempie, w dowolnej pozycji ciała i
dowolnych warunkach. Nie chę przy tym musieć ujarzmiać, ani ograniczać
własnego umysłu w żadnej formie. Chcę doświadczyć, że mój umysł może
być w każdej chwili moim godnym zaufania przewodnikiem.
Jeżeli ktoś z Czytelników odnalazł się w powyższej formule, być może
też odnajdzie się w jednej z trzech technik, które się do tej reguły
stosują. Te techniki to Diady Komunikacyjne, Metoda Sedony i Duchowa Autoliza.
Wszystkie trzy opracowano na Zachodzie, choć głęboka inspiracja myślą i
mądrością Wschodu jest ich istotą. Techniki te, moim zdaniem, stanowią
ciekawe (nie oczywiście wcale nie znaczy to "jedyne") widzenie tego,
czym jest wewnętrzny rozwój. Rozumieją go jako fascynującą odyseję wewnętrzną
każdego człowieka, w której człowiek odkrywa swój wewnętrzny, dotąd
stłumiony świat. Świat wewnętrznych odczuć, w miarę mentalnego "masażu"
i "nagniatania" jakim go poddajemy, powoli rozwija się w fascynujące,
nowe pola, które następnie ustępują miejsca kolejnym, a za nimi jeszcze
innym, ukrytym coraz głębiej w nas. Szybkość i kierunek uwalniania pól
emocji emocji oparta jest tu przede wszystkim na naszym indywidualnym
rozeznaniu i wolnym wyborze.
Diady Komunikacyjne (Communication Dyads)
Diady komunikacyjne [->Diady komunikacyjne; Diady komunikacyjne - podróż do wnętrza] to inaczej medytacja w asyście partnera. Wykorzystują
one zadziwienie i ekscytację, jakie wzbudza fakt, że komunikujemy swoje
procesy psychiczne drugiemu człowiekowi. Diada jest bardzo precyzyjnie
skonstruowana tak, aby w miarę możliwości wyeliminować rozproszenie
jakie stąd wynika, maksymalizując przy tym wgląd. Zachodzi tu osobliwy
mechanizm: okazuje się, że w miarę odczuwania frajdy porozumienia, w
kontrolowanych warunkach diady, skupienie i koncentracja zamiast maleć
- rosną. Dzięki tak rozumianemu zaprzęgnięciu zaciekawienia w służbę
medytacji, przestaje to być "rozmowa", zaczyna być namaszczone, nieraz
pełne ciszy i głębokiej autorefleksji schodzenie wgłąb siebie, w którym
warstwa po warstwie,odkrywane i uwalniane są złogi fałszywej tożsamości
ego. W jakim celu? Po to, aby nasze indywidualne, głębokie "Ja" mogło
zajaśnieć pełniej..
W diadzie dwoje ludzi siedzi naprzeciw siebie, na poduszkach lub
krzesłach. Na dany sygnał jedno zaczyna mówić na ustalony wcześniej
temat, drugie słucha, bez przerywania, dawania znaków, czy nawet - w
miarę możności - osądzania w myślach tego co słyszy. Po pięciu minutach
słychać sygnał z taśmy i druga osoba wypowiada słowo: "Dziękuję". Teraz
to ona z kolei przez pięć minut mówi na ustalony temat, podczas gdy
pierwsza osoba słucha. Po pięciu minutach słychać sygnał i teraz
pierwsza osoba wypowiada słowo "Dziękuję". Obie osoby zamieniają się w
ten sposób rolami cztery razy, tzn. w sumie trwa to czterdzieści minut.
Okres ten nazywamy diadą.
Mówienie w diadzie zawsze odbywa się na wcześniej uzgodniony temat.
Na początku każdej pięciominutowej rundy słuchający uczestnik podaje
mówiącemu z góry ustaloną instrukcję. Przykładem takiej instrukcji może
być: "Opowiedz mi o problemie jaki obecnie masz." albo np. "Powiedz mi,
jakie masz w życiu cele." Do wyboru jest ponad 100 takich instrukcji,
można też tworzyć własne. Lista najczęściej używanych instrukcji, wraz
ze szczegółowym opisem techniki znajduje się tutaj: http://www.taraka.pl/index.php?id=poledodiad.htm.
Diady powstały w 1965, jako rezultat pracy małżeństwa terapeutów Avy i Charlesa Bernerów,
z Kaliforni. Ava miała pomysł na tego rodzaju pracę, jako rozwiązanie
dla problemu, który wynikł przy okazji pracy z ludźmi. Chodziło o to,
że do centrum terapii przychodziły osoby, które chciały brać udział w
sesjach, ale nie były w stanie zapłacić stawki za indywidualne
spotkanie. Pomysł polegał na tym, żeby zorganizować grupę, na którą
każdy mógł za symboliczną opłatą przyjść, wybrać sobie partnera i w
bezpiecznej, usystematyzowanej formie mówić szczerze do kogoś, kto go
słuchał. Ludzie lubili diady, ponieważ dzięki nim mieli możliwość
dowolnie wyrażać siebie w odniesieniu do ważnych dla nich
spraw, bez przerywania czy osądu, i to wobec kogoś, komu mogli swoje
zdanie powierzyć. Bernerowie tworzyli bezpieczną i niedrogą przestrzeń,
gdzie można było mówić i przyjmować prawdę. Technika diady
komunikacyjnej stała się popularna, i z czasem uczyniła podwalinę pod Trening Iluminacji (Enlightenment Intensive) [->Enlightenment Intensive] - rozpowszechnioną na świecie formułę pracy duchowej, nawiązującą do zen.
Jak widać, diady są terapią bez terapeuty. Zagłębiając się
zmagazynowaną w umyśle traumę z przeszłości, przeglądając jeden po
drugim nasze obawy, irytacje, nasze silnie bronione zapatrywania na
świat, powodujemy, że tracą one swój negatywny ładunek. Przez łagodne
przyjęcie ich, bez osądu i chęci zmiany, pozwalamy na wykrwawienie się całej
grozy i w procesie komunikowania ich partnerowi, odkrywamy, że stajemy
się od nich wolni. Czysty kontakt, pozbawiony osądu i oceny, jest tu
bardzo ważny. O problemach opowiadamy jednak nie po to, aby utwierdzić
się w swojej racji, przekonać kogoś, popisać się lub "zakrzyczeć
ciszę". Takie wygadanie się przed rozumiejącym partnerem ma
cudowny efekt: umysł staje się spokojny i przejrzysty - dopiero wtedy,
możemy naprawdę wejrzeć w siebie, dostrzegając często znajdujące się
tam naturalne rozwiązania.
Metoda Sedony (The Sedona Method)
Metoda Sedony [->Metoda Sedony] działa na zupełnie nietypowej zasadzie. Pozwalamy tu na nagłe zniknięcie ładunku emocjonalnego dowolnego
stanu wewnętrznego, który właśnie w sobie zauważyliśmy. Jak to się
robi? Najpierw, jak w klasycznej medytacji, dostrzegamy ów stan. Oho,
jestem smutny. Zaraz potem zadajemy sobie pytanie: "Czy mogę pozwolić, żeby ustąpiło psychiczne napięcie z tym związane?" (ang. Could I let it go?). Fakt, że to my sami i na własne życzenie
zasilamy nasze stany, uchodzi zwykle naszej uwagi. Gdy to odkryjemy,
możemy pozbawić je ładunku - uleci on jak powietrze z przekłutej dętki.
Tsssssss... - i spokój. W klasycznej medytacji wglądu (samoobserwacji)
niby też chcemy doświadczyć spokoju, ale tymczasem lwia część energii
idzie na wysiłek aby ten spokój wzbudzić. Wysilamy się, wysilamy i
wysilamy, po co? - po to, aby mieć spokój. Paradoks, prawda?
W Metodzie Sedony, jakikolwiek znaczny wysiłek jest niemożliwy. Przy
zauważeniu w sobie psychicznego napięcia dowolnego rodzaju, pytamy
natychmiast: "Czy mogę pozwolić, żeby to ustąpiło?" I napięcie, o
dziwo, puszcza. Przez samo zwrócenie uwagi na ewentualny związek jaki my (obserwator) możemy mieć z obserwowaną emocją - napięcie znika. Potem pojawi się oczywiście następny ładunek napięcia, za nim następny - ale za każdym razem gdy zgadzamy się na jego ustąpienie,
napięcie mija. Ideałem jest jak najczęstsze wyrażanie tego typu zgody
na ustąpienie - można to zrobić w każdej chwili i z dowolną myślą lub
emocją. Właściwie opanowana metoda, pozwala "puszczać" napięcie
emocjonalne w dowolnych okolicznościach życiowych, nawet bez
konieczności przerywania tego, co się akurat robi. W ten sposób,
medytacja Metodą Sedony usuwa podstawowy problem tradycyjnych podejść,
kwestię przezwyciężania oporu. Już od początku stajemy się tu bliżsi
szczytnej idei wszelkiej medytacji - uświadomienia sobie, że tak
naprawdę, jesteśmy wszyscy od samego początku doskonałym spokojem
ducha, spokojem w którym nie ma nic do przezwyciężania.
Metoda Sedony może, jak Diady Komunikacyjne, być wykonywana w
parach, choć zasadniczo przeznaczona jest do samodzielnej praktyki.
Oprócz opisanej tu prostej zasady działania, zawiera mnóstwo
pomniejszych narzędzi i "wihajstrów", służących wysubtelnieniu uwagi i
zwiększeniu skuteczności pozwolenia na ustąpienie. Pracujemy, często z
użyciem notesu, na stale się zmieniających stanach emocjonalnych jakie
nas wypełniają. Praca może przebiegać nawet w krótkich interwałach
czasowych, np. w przerwie na lunch, przy goleniu lub w drodze do pracy.
Metoda jest przyozdobiona i podana typowo po amerykańsku, tzn. komercyjnie. Przebywając na stronie www.sedeona.com
nie należy dać się temu zwieść, ponieważ jest bardzo skuteczna sama w
sobie, a jej nauczenie się nie pociąga za sobą żadnej "tajemnej wiedzy"
ani specjalnych finansowych nakładów. Wystarczy zapoznać się z książką
(po angielsku) lub nawet przeczytać niniejszy artykuł - i już można
praktykować. Niestety kursy Metody Sedony w Polsce nie są na razie
dostępne.
Metoda Sedony powstała jako wynik procesu pojedynczego człowieka,
Lestera Levensona, z USA. Lester, biznesmen u szczytu sukcesu, w wieku
42 lat (był rok 1952) doprowadził się stresem do stanu ciężkiej choroby
prawie wszystkich narządów. Umierał. Wówczas zamknął się w pokoju
hotelowym i pracował przez trzy miesiące, prawie non-stop za pomocą
samodzielnie opracowanych technik. "...pod koniec tego okresu, jego
ciało stało się ponownie całkowicie zdrowe. Ponadto, wszedł w stan
głębokiego spokoju, który nigdy go nie opuścił, aż do dnia śmierci, w
dniu 18 stycznia, 1994" (cytat za "The Sedona Method" Hale'a Dwoskina).
Lester od 1973 roku zaczął formalizować swoje eksperymenty w system
samorozwoju typu zrób-to-sam, który nazwał Metodą Sedony, od miasta
Sedona w Arizonie. Współczesnym spadkobiercą Levensona i głównym
propagatorem Metody jest jego student i przyjaciel - Hale Dwoskin, szef
organizacji pod nazwą Sedona Training Associates, w Sedonie. Dwoskin
jest autorem podręcznika Metody, pod tytułem "The Sedona Method - Your
Key to Lasting Happiness, Success, Peace and Emotional Well-being"
(Metoda Sedony - twój klucz do trwałego szczęścia, sukcesu, spokoju
ducha i emocjonalnego spełnienia).
Duchowa Autoliza (Spiritual Autolysis)
Duchowa Autoliza została w wprowadzona przez kontrowersyjnego i oryginalnego autora, Jeda McKennę (patrz mój artykuł "Jed McKenna i otrzeźwiające spojrzenie na ziemską przygodę").
Samo istnienie McKenny, który występuje również jako główny bohater
swoich książek, bywa kwestionowane, ponieważ oprócz trzech dostępnych
na rynku pozycji jego autorstwa, ani zdjęcie, ani jakiekolwiek dane na
jego temat, nie zostały upublicznione. Proponowana jednak przez niego
metoda broni się sama i ma wiele do zaoferowania współczesnym
entuzjastom wewnętrznego rozwoju. Osobiście korzystam z niej ostatnio
bardzo często.
Metoda, jak wszystkie inne wymienione w niniejszym artykule, polega
na jak najbardziej precyzyjnym nazywaniu po imieniu tego, co w nas
siedzi. Tym razem dzieje się to za pomocą - pamiętnika. "Napisz coś, co
jest prawdą i próbuj, aż ci się uda."- radzi McKenna, podając główne
zalecenie swojej metody. Sięgamy zatem po długopis i zeszyt, lub
siadamy przy laptopie. Piszemy pierwsze zdanie - cokolwiek wydaje nam
się prawdziwe. To może być jakaś myśl, przekonanie, wspomnienie, zapis
uczuć, hipoteza lub początek przyszłego dzieła literackiego. Następnie
zdanie kolejne. Za nim następne. Za każdym razem staramy się wyrazić
jeszcze lepiej siebie samych, osobistą, indywidualną prawdę naszego
"Ja". Dramatyzm i emocje na jakie napotkamy przy długotrwałym
wykonywaniu tej techniki są najlepszą oznaką, że jesteśmy na właściwym
tropie. W rozumieniu McKenny, który nie stroni od często szokujących
"batalistycznych" metafor, powinno to przypominać pole bitwy. Walczymy
"na śmierć i życie" o pełniejsze wyrażenie samych siebie, naszej
osobistej prawdy, którą na co dzień, dla wygody, zamknęliśmy do szafy.
Kim jestem i czego w życiu chcę? Czego unikam? Jak mógłbym pełniej
siebie wyrazić? A wreszcie pytanie-armata jakim podsumowuje McKenna
całą swoją trylogię - "Co to jest, co mnie powstrzymuje przed
palnięciem sobie w łeb, TERAZ?"
Zapisujemy skutkami tej walki zeszyt za zeszytem, plik za plikiem.
Czasami tracimy nadzieję, potem nadzieja wraca. Czasem nasze procesy
psychiczne w trakcie wykonywania techniki nabierają takiego
przekonującego realizmu, że czujemy się dziwnie. Kto mógłby
przypuszczać, że, żyjąc sobie jak gdyby nigdy nic, nosiliśmy w sobie
jednocześnie tak potężną emocjonalną intensywność? Formy jednak, jakie
przybiera ta intensywność są jedynie projekcjami umysłu i ostatecznie -
nie mają znaczenia. Na pewno nie należy tych kształtów analizować ani
próbować pytać ich, jak żyć. Pozostawione samym sobie rozpuszczą się w
pustce, z której przybyły. To my nadawaliśmy im ich kształt, jakkolwiek
"demoniczny" by się on nie wydawał. I zawsze jest to, co McKenna nazywa
Dalej! - tzn. nie zastanawiamy się, przemy naprzód. Dalej! Było ponoć słowem wypisanym na masce autobusu Merry Pranksters (ang.
Weseli Kawalarze), grupy która z Kenem Kesey przemierzała Amerykę za
czasów hippisów. McKenna, z właściwą sobie obrazoburczą iskierką,
podnosi to słowo do rangi najwyższego duchowego klucza. Ważny
jest tu czysty proces rozpuszczania, gdziekolwiek i jakkolwiek by się
on nie odbywał. Potrzeba w nim wyłącznie naszej ciągłej gotowości do
podlegania mu, cała reszta, wszelkie co, jak i dlaczego - to maya, iluzja.
W Duchowej Autolizie chodzi o to, aby pozwolić sobie - być sobą. Aby
wyrzucić na papier (ekran komputera) tego bardziej autentycznego
siebie, jakim na co dzień być nie mamy odwagi, lub czasu. Zrozumiałe
jest, że postępując tak, nigdy nie będziemy w pełni zadowoleni. Nigdy
nie powiemy "O, to ja. Odkryłem siebie w pełni, mogę teraz zakończyć
proces." W systematycznej Duchowej Autolizie, nasze niezadowolenie
będzie rosnąć, ponieważ żadna z opisanych prawd nie będzie tą
ostateczną, a jedynie prawdą częściową, czyli także - częściowym
kłamstwem. Oczywiście, wyrażenie słowami 100% prawdy jest ideałem,
którego osiągnięcie trudno sobie wyobrazić. Do czasu gdy to się uda,
pozostaje nam proces Duchowej Autolizy, który jest rozkładaniem na
czynniki kontraktów jakie z sobą samym zawarliśmy i weryfikowaniem
znajdujących się tam nieścisłości i przekłamań. Nawiasem mówiąc, bardzo
przypomina to hobby Sokratesa!
Jest to niewątpliwie zajęcie tylko dla kogoś, gotowego
przeznaczyć czas na staranne przebieranie zawartości własnej głowy.
Jeżeli wierzyć McKennie, mamy tu do czynienia z procesem tak starym jak
literatura, i to w ten sposób właśnie powstały, według niego, niektóre
z wybitnych światowych arcydzieł. Dla bliższego zapoznania się z
koncepcją Duchowej Autolizy, polecam lekturę pierwszej z książek Jeda
McKenny, noszącej tytuł "Spiritual Enlightenment - the Damnedest Thing"
(co w przybliżeniu można przetłumaczyć jako: "Duchowe oświecenie -
najpaskudniejsza rzecz").
Podejścia Diad Komunikacyjnych, Metody Sedony oraz Duchowej Autolizy są
w istocie technikami bardzo prostymi, których spajającym założeniem
jest szczere komunikowanie siebie - sobie, bez osądu i oceny. Czytelnik
zauważył prawdopodobnie, że, mimo amerykańskiej proweniencji, nie są to
bynajmniej podejścia typu "pozytywne myślenie" lub "biznes-guru".
"Pozytywność" czy "afirmowanie" nie są tu istotne, ponieważ w
technikach tych chcemy przyjąć wszystko, co się pojawia, niezależnie od
pozornej "pozytywności", "negatywności", czy "neutralności".
Warto zwrócić uwagę na fakt, że podejścia te sięgają głębiej niż
słynna amerykańska "duchowość sukcesu". Oczekują rzeczy trudnej i mało
popularnej, a mianowicie przyznania w umyśle treści, które przyznajemy
niechętnie, często tajonych pragnień i zranień jakie w nas tkwią. Te
"ukryte aspekty" naszego charakteru są przetwarzane w czystą psychiczną
energię w miarę jak, jedno po drugim, wypływają na powierzchnię dzięki
praktyce. Z energią - możemy już dalej robić to, co chcemy, ponieważ
odarta ze swej dramatycznej formy, przestaje ona nami rządzić. To my
zaczynamy kierować nią. O ile wyzwolona w ten sposób moc może być użyta
konstruktywnie, do wprowadzenia zmian na lepsze, o tyle ważne jest tu
poprzedzające zmianę "zejście w ciemność". Klucz do wyzwolenia mocy
stanowi uznanie zablokowanej w głębi nas traumy, która jest niechęcią
przyznania się do naszych prawdziwych fantazji i pretensji. Bez
"zejścia do piekieł" - choć to raczej literacki zwrot - wszelkie zmiany
są tylko tymczasowe, bo pod zewnętrzną otoczką nieusunięty pozostaje
korzeń chwastu.
Otoczka i korzenie
Praca z "korzeniem", raczej niż z "otoczką" ma przynajmniej jedną
wyraźnie widoczną na pierwszy rzut oka zaletę. Czy Wschód czy Zachód,
rzadko kiedy bywa źródłem nadużyć. Rzadko kiedy powstają tu amoralni
krezusi, gromadzący na ludzkiej łatwowierności fortuny. Startują w tej
grze ludzie z definicji silnie umotywowani do wewnętrznej pracy. W
dawniejszych czasach stąd rekrutowali się mistycy, często ci bez
specjalnej publiki, za to w sandałach i z kosturem. Współcześnie jest
tak, że mogą to robić również zwykli, pracujący ludzie, niekoniecznie
związani z jakąś linia przekazu, sektą, bądź wiarą. Wyzwanie jest
zawsze to samo. Polega na systematycznym "rachunku sumienia", czyli
wewnętrznym "oglądaniu" i "czuciu" własnych emocji i myśli.
Krzysztof Wirpsza