1 lipca 2010
Jacek Dobrowolski
Koan uśmiechu:
Sfinks, Apollo, Budda, Mona Liza, Doda
Człowiek różni się od zwierząt m. in. zdolnością do uśmiechu. Jest
ich cała gama począwszy od negatywnych, wywodzących się od grymasów, a
więc: uśmiech politowania, wzgardy, lękowy, sarkastyczny, ironiczny,
sardoniczny, czy triumfu nad pokonanym wrogiem. Wśród uśmiechów
negatywnych osobną grupę stanowią uśmiechy fałszywe, cechujące się
większą asymetrią. Tak jest np. z uśmiechem uwodzicielskim, czy to
sex bomby Dody, czy zarozumiałego erudyty, lub telewizyjnego komentatora
besserwissera, albo polityka, czy słodkiego kapłana hipokryty. Język
ciała i mimika różnią się w zależności od kultury, nawet jeśli chodzi o
uśmiechy neutralne, grzecznościowo-uprzejmościowe. Jest taki, co wyraża
obojętną grzeczność ludzi Dalekiego Wschodu, a który ludziom Zachodu
wydaje się być tajemniczym uśmiechem Buddy, podczas gdy na Zachodzie
króluje amerykański uśmiech sukcesu odsłaniający śnieżnobiałe,
zwycięskie implanty.
Najpiękniejsze, jednak, są uśmiechy szczere powodowane skurczem
pojedynczych mięśni jarzmowych większych, wyrażające prawdziwe cnoty
charakteru i uczucia pozytywne, takie jak: niekłamana życzliwość,
przyjaźń, spokój, empatię, miłujące współodczuwanie, odwagę i
szczodrość. Uśmiech grzecznościowy, nawet uprzejmy, nie wyraża żadnych
cnót czy zalet charakteru. Grzeczność i uprzejmość są wynikiem tresury
społecznej. Są niezbędne do panowania nad agresją w społecznej
komunikacji i do utrzymywania hierarchii w stadzie. Najlepiej,
oczywiście, jest jeśli są wynikiem kultywacji rzeczywistych zalet
charakteru, a nie tylko mimikry.
Znamy też pewien rodzaj uśmiechu zwany "uśmiechem archaicznym"
z tej racji, że zauważono go najpierw na twarzach rzeźb greckich
z tzw. okresu archaicznego, (dokładniej z lat 600-480 p.n.e.),
u postaci boskich, takich jak np. Apollo oraz u wzorowanych na nich
figurach młodzieńców-kourosów i dziewczyn-kore, będących figurami
wotywnymi w świątyniach lub pomnikami na nekropoliach. Uśmiech ten
odkryto następnie na twarzach figur etruskich bogów i pomników
nagrobnych. Jest to uśmiech delikatny, pogodny, "niebiański", "mądry",
"mistyczny", wolny od emocji, widomy przejaw spokoju i radości jakie
daje gnoza lub udane życie pośmiertne. Uczeni piszą, że figury kourosów i
kore symbolizowały grecki ideał cnoty arete, czyli szlachetności
moralnej i fizycznej, podług zasady "kalokagatii" wyrażającej tożsamość
piękna i dobra. Twierdzą, że owe cnoty wzorowane są na cnotach bogów. To
prawda, wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą twarz figur Apollona.
Zapominają oni jednak o tym, że ostatecznym celem mystów w greckiej
gnozie eleuzyńskiej było samo źródło cnót - nieśmiertelna doskonałość
widziana podczas ekstatycznej epoptei (oglądania tego co boskie) kiedy
hierofant w ciszy i milczeniu unosił przed zebranymi zielony kłos zboża.
Grecy uczyli się rzeźby od Egipcjan i dlatego figury kourosów, i kore
wyrażają panujący w Egipcie wzór złotej proporcji oraz stoją idealnie
prosto jak egipskie, z lewą stopą lekko wysuniętą. Taki sam
subtelny uśmiech widać u niektórych egipskich bóstw, sfinksów (ale nie u
wielkiego sfinksa w Gizie), a także na rysunkach czy rzeźbach
inicjowanych faraonów i najwyższych kapłanów jak np. Ramzesa II (XII w.
p.n.e.) czy arcykapłana w Domu Życia Nakhtorheba (VI w. p.n.e.).
Jest jednak jeszcze inne źródło mistycznego uśmiechu - hinduistyczne
Indie. Tak wiele bóstw się tam uśmiecha, począwszy od Śiwy i Brahmy,
Parvati i Saraswati. Wszystkie w samadhi niewinnego zachwytu! Raz
zastygają w nieruchomym samadhi, kiedy indziej są w samadhi aktywnym,
jak Śiwa Nataradża - Pan Kosmicznego Tańca - niszczący kolejne światy
z uśmiechem na ustach.
Słyszymy od mędrców od wieków, że prawda jest poza słowami i, że
"Milczenie jest złotem, a mowa srebrem". A jednak samo to twierdzenie
świadczy o tym, że mędrcy nie poprzestawali na złocie. Powodowani
współczuciem dla nas zalewali nas srebrem swej wymowy, zaś ich
interpretatorzy już tylko miedzią i niklem słów. Żadna tradycja nie
głosiła tak dobitnie, że prawda jest poza słowami jak buddyzm, a
szczególnie buddyzm zen, jednocześnie produkując tyle woluminów na ten
temat. Literatura buddyjska jest gigantyczna - 2500 lat słowolejstwa.
Istny wodospad słów. Czego tu nie ma, sznury pereł sutr obok
scholastycznych komentarzy, fantastycznych kosmicznych baśni, traktatów o
technikach medytacyjnych i wykładów o wszystkich możliwych stanach
umysłu i czynach ludzi, demonów, bogów oraz przebudzonych. Dlatego też
mistrz japońskiej szkoły rinzai Zenkei Shibajama w swoim wstępie do Zen
Comments on the Mumonkan pisze "mawiano od wieków, że zen przystoi
bardziej milczenie, niż elokwencja."
Siakjamuni znaczy dosłownie "Milczący mędrzec z rodu Siakjów".
Mouna w sanskrycie to ślub milczenia. Z medytującymi muni stykamy
się już w "Rigwedzie" wiele set lat przed Buddą. Milcząca obecność Buddy
musiała mieć potężną moc skoro wszyscy w jego obecności się uspakajali,
a serca i umysły otwierały się. Jego moc samadhi miała uspokoić nawet
rozwścieczonego słonia wypuszczonego przez zawistnego kuzyna Devadattę.
Czy to ponure milczenie czarnego maga, albo jakieś groźne mantry
uspokoiły bestię? Bynajmniej, Siakjamuni milczał z uśmiechem na
ustach.
Gdy Siddhartha Gothama porzucił pałac, stał się munim w dżungli na 9
lat. Tradycja głosi, że po swym wielkim przebudzeniu tygodniami trwał w
cichym samadhi pod drzewem Bodhi delektując się smakiem wolności.
Ponieważ nie zamierzał nauczać prawdy, którą uznał za zbyt trudną do
zrozumienia dla ludzi, odwiedzili go bogowie Brahma i Indra błagając, by
jednak przerwał milczenie i nauczał. Pod ich wpływem, i po zdaniu sobie
sprawy, że są jednak "ludzie mający mało piasku w oczach", milczący
mędrzec zdecydował w końcu, że "będzie bił w bęben nieśmiertelności" i
udał się najpierw do swych pięciu przyjaciół ascetów, którzy wyrzekli
się go, jak tylko porzucił ich wspólne, skrajne praktyki ascetyczne. Ci,
widząc go zbliżającego, postanowili całkowicie go zignorować i nie
pozdrawiać. Jednakże moc samadhi Siakjamuniego, radość i uśmiech
rysujący się na jego twarzy sprawiły, że nie wytrwali w postanowieniu i
zapytali go dlaczego jest tak promienny. Wyjaśnił im, że jest
Przebudzonym i wygłosił do nich pierwsze kazanie o przyczynach
cierpienia i Środkowej Szlachetnej Ścieżce wyprowadzającej
z cierpienia. Tego nauczał przez 49 lat. 49 lat bicia w bęben, 49
lat głoszenia prawdy "rykiem lwa", 49 lat robienia hałasu. Według
tradycji zen przed wejściem w swoją parinirwanę miał powiedzieć "Przez
49 lat nauczania nie wypowiedziałem ani jednego słowa". Jak patrzymy na
malowidła, czy figury przedstawiające tę scenę widzimy, że umierający
Budda uśmiecha się.
Każdy zna figury Buddy. Na większości z nich twarz tchnie
spokojem, rysuje się na niej delikatny, promienny uśmiech, oba kąciki
ust unoszą się symetrycznie, oczy są półprzymknięte. Od 1975 r. tłumaczę
mowy mistrzów medytacji i rozmowy z uczniami podczas tygodniowych
odosobnień medytacyjnych. Widziałem wiele osób w samadhi. Zawsze
towarzyszy temu ten subtelny uśmiech - widomy znak miłującej mocy,
przejaw zjednoczenia się z nieśmiertelną, wolną od emocji,
inteligentną rzeczywistością.
Twarz czytamy podprogowo, w ułamku sekundy, bowiem nasz mózg ma
miliony neuronowych połączeń służących do jej identyfikowania i
zapamiętywania. Obrazy twarzy ludzkich dominują w naszej podświadomości
począwszy od twarzy matki. Ponieważ rozpoznawanie tego co kryje się w
twarzy innych ludzi jest warunkiem naszego przetrwania, uczymy się
czytać czarujący uśmiech uwodziciela, czy uwodzicielki, słodką maskę
złotoustego kapłana hipokryty, czy namaszczoną powagę słabego
nauczyciela zen, naśladowcy Bodhidharmy, medialnego
celebryty-celebransa, za którymi kryją się chęci bycia adorowanym,
pragnienie kontrolowania wyznawców, jak i skrywane popędy.
Uśmiech Buddy jest przejawem czystego, niewinnego serca, ale nie
istoty naiwnej, lecz głębokiej i ta nieoceniająca postawa rozbraja nas.
Poza tą mądrą, miłującą, spokojną mocą nic się za tym usmiechem nie
kryje, a jednak z racji półprzymkniętych oczu wydaje się być
tajemniczy. Jest to jednak tajemnica otwarta dla wszystkich, wyrażająca
sprzyjającą wszystkim Obecność i ten kto uważa, że zamknie ją w słowach
kazania, traktatu, czy poematu, w wielkim budynku świątyni, w pięknej
świętej figurze, w przemyślnym systemie medytacyjnym, wyszukanych
rytuałach, surowej dyscyplinie, czy promującej go frenetycznej
aktywności misjonarskiej, jest człowiekiem niebezpiecznym dla siebie i
innych. A jednak nie można się powstrzymać od wyrażania tej miłującej,
współodczuwającej energii, jeśli się do niej dotarło. Najlepiej robić to
po cichu pomagając innym. Im mniej teatru i aktorstwa jest w naszych
działaniach tym lepiej, chyba, że jest się aktorem zawodowym, wówczas
może nam się udać rozsiewanie wokół siebie "zapachu kwiatu", jak to
nazywa kodyfikator japońskiego teatru no, wielki Zeami.
Oczywiście można próbować udawać mądrość, siląc się na milczenie i na
wszystko rozumiejący uśmiech, ale prędzej, czy później, mądrość ta nie
sprawdzi się w działaniu i hipokryta zostanie rozszyfrowany.
W buddyźmie, to co służy wyrażaniu i propagowaniu nauki Buddy, czyli
Dharmy, nazwano "zręcznymi środkami", zwanymi w sanskrycie upaya.
Pierwotną, naturalną i oczywistą upayą była obecność uśmiechniętego
Buddy i jego słowa. Mnisi uczyli się tych słów na pamięć i powtarzali
chórem. Spisano je dopiero ok. 300 lat po jego parinirwanie.
Z upływem wieków ilość przypisywanych Buddzie sutr stała się tak
wielka, że aby móc je wygłosić, "Milczący mędrzec z rodu Siakjów"
musiałby mówić bez przerwy przez kilka żywotów.
Siakjamuni wygłaszał swe kazania w rodzimym palijskim dialekcie
magadhi i tylko ten zalecał do głoszenia Dhammy. Odrzucił sanskryt jako
język bramińskich kapłanów, wraz z autorytetem ich świętych Wed i mantr,
wszelkich rytuałów opartych na składaniu krwawych ofiar oraz systemem
kastowym. Jego mnisi byli wędrownymi żebrakami bez stałego miejsca
zamieszkania, wzorami moralnego życia dla ludzi świeckich,
kaznodziejami, lecz nie kapłanami władającymi wiernymi, budującymi
świątynie czy gromadzącymi dobra. Nie udzielali ludziom świeckim ślubów,
ani nie odprawiali ceremonii pogrzebowych, nie wróżyli, nie zajmowali
się sztuką, co najwyżej służyli pomocą lekarską.
Połowa sanghy (mnisiej wspólnoty) medytowała w małych grupach dżungli
i ogrodach, a druga połowa, ta mniej lotna, recytowała sutry
z nadzieją, że dzięki temu pokona karmiczne przeszkody i rozwinie w
sobie zdolności medytacyjne. Nie minęło jednak jakieś 700 lat od
śmierci Buddy, a powstały sutry pisane w sanskrycie obfitujące w liczne
mantry i w północnych Indiach dominującą szkołą stała się mantrajana,
zwana też wadżrajaną, pełna rytuałów i obfitująca w mnogość zręcznych
środków. Rozkwitła ona później w Tybecie inkorporując rodzimą szamańską
wróżbiarsko-uzdrawiającą tradycję bon. Na szczęście w wadżrajanie, prócz
mnogości wyobrażeniowo-mantrycznych praktyk medytacyjnych,
podtrzymywano też praktyki, których celem było opróżnianie umysłu
z wszelkich wyobrażeń.
Co prawda sutry głoszą, że mnich ma, albo zachowywać "szlachetne
milczenie", albo toczyć z innymi dysputy o Dharmie, czyli nauce Buddy,
ale im większe stawały się zgromadzenia mnichów w czasie deszczowej pory
monsunu w prowizorycznych schronieniach, które później przeistoczyły
się w klasztory, tym trudniej im było zachowywać szlachetne milczenie.
Jak mieli to robić w miastach-uniwersytetach, takich jak Nalanda, gdzie
nauczało i studiowało kilkanaście tysięcy mnichów i mniszek?
Trzy z dziesięciu wskazań etycznych w buddyzmie mahajany dotyczą
błędów gadulstwa i kłamstwa. Budda w sutrach ostrzega nawet przed
poetami ubarwiającymi jego naukę. Trudno jednak mistykom obejść się bez
poezji, tej pięknej, często natchnionej, ekstatycznej formy języka. Mamy
tu też ciekawą analogię. Platon, nie widział miejsca dla poetów w swym
idealnym państwie, a cenił poezję. Budda nie widział dla nich miejsca w
swej sandze, a sam, ponoć, wypowiadał się czasem wierszem. Ale, co by
powiedział, gdyby mógł usłyszeć znacznie późniejsze sanskryckie poematy
Aśwaghoszy "Buddhaczarita" ("Czyny Buddy") czy "Przebudzenie wiary w
mahajanę"? Prawdopodobnie zakazałby mnichom ich czytania.
Pierwotne, sakralne milczenie Buddy dotyczyło również przekazów
ikonicznych. Za życia Buddy nie było jego figur. Nie było ich też przez
wiele lat po jego śmierci. Zanim umarł polecił wybudowanie na jego
prochy ośmiu stup, czyli kamiennych relikwiarzy-mauzoleów,
reprezentujących głęboką strukturę świata i umysłu, na wzór mogił-kopców
wielkich władców. Do niedawna większość badaczy rozwoju buddyzmu
uważała, że rozprzestrzeniał się on przede wszystkim dzięki mnichom
kaznodziejom recytujących sutry. Ostatnie badania jednak wskazują, że
główną siłą przyciągającą wiernych były stupy-relikwiarze
z relikwiami Buddy i wybitnych mnichów. Relikwie i kamienie
przemawiały skuteczniej od słów, choć one ożywiały.
W sztuce "prymitywnego buddyzmu", jak go określają niektórzy tępi
historycy sztuki, obecność Buddy symbolizowały też: odbicie jego stóp,
pusty tron, parasol-czatra, lotos, koło Dharmy, drzewo Bodhi. Dopiero na
początku naszej ery, gdy triumfuje mahajana, pojawiają się pierwsze
figury Buddy. Do dziś specjaliści kłócą się, czy stało się to wcześniej,
tylko pod wpływem rzeźby indyjskiej i wyraziło w stylu Mathura, czy też
w stylu Gandhara, który ukształtował się pod wpływem rzeźby greckiej w
królestwie Kuszanów (Afganistan - płn. Indie). Figury stojącego Apollona
miały być tam wzorem dla figur stojącego Buddy.
Wkrótce sztuka buddyjska rozkwita oszałamiającą ilością form Buddów,
promieniejąc z Indii do krajów ościennych. Od czasu do czasu w tym
bogactwie form pojawiają się symbole nawiązujące do ukrytej obecności
Buddy, np. w gigantycznej stupie w Borobodur na Jawie, gdzie na każdym
tarasie widać figury medytującego Buddy, zaś na najwyższym figura
(ukryta w ażurowym kamiennym dzwonie) jest nieukończona i niewidoczna.
Bardzo ważne jest, że większość reprezentacji ikonicznych buddów i
bodhisatwów ukazuje ich siedzących w postawie medytacyjnej sprzyjającej
doświadczaniu błogosławionego stanu samadhi. W tej postawie
najważniejszy jest całkowity brak napięć w ciele przy prostym
kręgosłupie, co świadczy o umysłowej równowadze i otwartości. Prostotę
tę zauważyć można też u wielu figur siedzących i stojących w innych
tradycjach. Widzimy to w rzeźbie hinduistycznej, egipskiej i greckiej, a
także w rzeźbie i malarstwie chrześcijańskim - Chrystus stojący to
Chrystus Zmartwychwstały. Pion wyraża przytomność.
Przyjrzyjmy się temu wszystkiemu uważnie. Na początku jest milczenie
trwającego w samadhi uśmiechniętego Buddy, następnie pierwsza prośba o
nauczanie skierowana do niego przez Brahmę i Indrę ustanawiająca
archetypalny wzór żebrania o naukę, wywodzący się z pradawnej tradycji
indyjskiej, że nauczyciel nie mówi nie będąc pytanym. Dopiero wtedy
Budda wygłasza Dhammę, mnisi zapamiętują wykład, uczą się go recytować i
debatują na jego temat. Po ok. 300 latach pojawia się zapis, dalej
ułożenie sutr w kanon, kolejne redakcje kanonu, kolejne spory i
tworzenie nowych, rownoległych kanonów oraz wszelkich reprezentacji
ikonicznych. Z biegiem lat proces sakralizacji i dogmatyzacji słów
Buddy osiąga niemal poziom sakralności słów Wed. Po ok. 700 latach od
śmierci Buddy pojawiają się sutry w sanskrycie obfitujące w mantry i
poetyckie gathy, i oczywiście, odprawiający wyszukane rytuały
kapłani-mnisi. Słowem rytualizm jak we wszystkich innych religiach.
Równolegle jednak wije się nurt wierny początkom nauki. Ważnym jego
reprezentantem jest sanskrycka "Sutra Vimalakirtiego" z II w.n.e. ,
której bohater, świecki gospodarz, pokonuje w czasie sprowokowanej
przez siebie dysputy wielkich bodhisatwów z kronprinzem Mandźiuśrim na
czele.
Vimalakirti pyta tłum zebranych 32 tysięcy bodhisatwów, siedzących na
lotosowych tronach, by wyjaśnili jak bodhisatwa przekracza Bramę Dharmy
Niedwoistości. Najmądrzejsi z nich po kolei dają zręczne
odpowiedzi, najbardziej popisuje się sam Mandźiuśri, który oświadcza, że
nie ma w tym słów, mowy, czy świadomości jakichkolwiek dharm
(fenomenów), żadnych pytań i odpowiedzi. I zwraca się do Vimalakirtiego,
by usłyszeć jego odpowiedź, a Vimalakirti milczy... Mandziuśri nie
wytrzymuje tej ciszy i wybucha peanem chwaląc "grzmiące milczenie
Vimalakirtiego". Nadaje jak pijany zając, że jest ono jak ryk lwa
głoszący: "aby przestać lgnąć do wszystkich prawdziwych nauk, nie mówiąc
o tych, które prawdziwymi nie są". Można tu zapytać czy milczenie
Vimalakirtiego było takie samo jak milczenie Siakjamuniego, czy też
inne. Kiedy Piłat pyta Jezusa "Czym jest prawda?" Jezus milczy (Jan
18:30).
Szkołą buddyzmu mahajany, która zaczęła kłaść większy nacisk na
porzucenie słów stał się dopiero chiński zen (czan) w którym silne były
wpływy taoizmu. Po kilkuset latach jego rozwoju w czasach dynastii Tang,
za kolejnej dynastii Sung, ułożono ostateczną definicję bezsłownej
nauki szkoły zen, przypisując jej autorstwo indyjskiemu patriarsze
Bodhidharmie mającemu odwiedzić Chiny setki lat wcześniej. Pierwsza
wersja definicji zen, zapisana przez buddyjskiego historyka Tsan Ninga
pod koniec X w., brzmiała: "Wskazuj bezpośrednio na ludzki umysł; ujrzyj
swą naturę i stań się Buddą; nie ustanawiaj słów i liter (czy raczej
znaków pisma)". Dopiero w XII w. dodano otwierający wers: "Bezpośredni
przekaz poza słowami i literami/znakami".
Proces krystalizacji był długi, bowiem znaczna część nauczycieli zen
uważała, że sutry, zawierające drogocenne słowa Buddy, są niezbędne.
Dlatego też głoszono, że patriarcha Bodhidharma nie przybył z Indii
do Chin z pustymi rękoma, ale z egzemplarzem "Sutry
Lankawatara". Ten spór między rozmaitymi mistrzami trwał kilkaset lat,
nawet w czasach, gdy liczne koany (paradoksalne pytania stosowane w
medytacji) już skodyfikowano w księgach. I tak np. Mistrz Dahui Zonggao
(1089-1163), zniesmaczony zręcznymi słowami komentarzy swych
elokwentnych uczniów, w ikonoklastycznym geście spalił drewniane matryce
do drukowania, słynnej już wtedy, księgi koanów "Zapiski Błękitnej
Skały". Wybrał ją właśnie, bo była pisana z dużym kunsztem
poetyckim. Nic to nie pomogło, opisano jego gest, a kolejne komentarze,
pisma, traktaty i życiorysy mistrzów powstawały dalej.
Chińczycy nawet ułożyli swoją własną sutrę "Sutrę Szóstego
Patriarchy" Huei Nenga. Piszę ułożyli, bo Szósty Patriarcha był
analfabetą (co miało przyczynić się do czystości jego umysłu), a
skompilowali ją jego bezpośredni uczniowie w latach 700-720. Piszę to
z szacunkiem dla tego wspanialego dzieła, które z obecnym tu
Adamem Sobotą tłumaczyliśmy, jak umieliśmy, z angielskiego na
polski w połowie lat 70-tych. Nie jest to jedyna sutra ułożona przez
Chińczyków, są i inne, nie studiowane w szkole czan. Kilka lat temu
prof. Jan Nattier z Indiana University w Bloomington dokonała wielkiego
odkrycia, że najkrótsza i najbardziej popularna z sutr w buddyzmie
mahajany - "Sutra serca", w oryginale nie była dziełem sanskryckim, ale
chińskim apokryfem, co w niczym, oczywiście, nie umniejsza jej wartości.
Chińczycy, by nadać jej sankcję starożytnego autorytetu, przetłumaczyli
ją po cichu na sanskryt, a potem, powołując się na wersję sanskrycką,
ujawnili swój apokryf jako tłumaczenie! Pisałem o tym w komentarzu do
mego tłumaczenia tej sutry w "Odrze" w czerwcu 2008 r. i tam odsyłam
ciekawych.
Ta cała eksplozja pism zen w Chinach wynika z zastanej już przez
buddyzm wysokiej konfucjańskiej i taoistycznej kultury literackiej. Dla
wykształconych Chińczyków pojawiający się buddyzm był niebywałym
wyzwaniem intelektualnym, związanym z arcytrudnym tłumaczeniem sutr
z sanskrytu i jak się okazało, np. w przypadku "Sutra serca",
również na sanskryt. Tłumaczenia mają jednak to do siebie, że się
starzeją, bo język się zmienia, a nawet zapis ulega zmianie. Dlatego też
powstało tak wiele kolejnych wersji tłumaczeń sutr. W tej powodzi
świętych pism i wielkiego duchowego i intelektualnego fermentu,
pojawiali się co jakiś czas mistrzowie, którzy demonstracyjnie niszczyli
sutry. Wspomniałem już mistrza Dahui z XII w. Znany jest też
rysunek tuszem - przedstawiający, wspomnianego, Szóstego Patriarchę jak
drze sutry na kawałki - pędzla Liang K'ai żyjącego w XII w. czyli ok.
500 lat po Patriarsze.
W "Sutrze VI Patriarchy" nie wspomina się o tym wydarzeniu, był to
więc stworzony ad hoc zręczny środek pedagogiczny, kolejna buddyjska
upaya. Ponieważ Chińczycy, pod wpływem konfucjanizmu, wszystko musieli
wyjaśniać przez odwolywanie się do przodków, w czasach mistrza Dahui
namalowano obraz przedstawiający jego protoplastę VI Patriarchę Hui
Nenga jako pierwszego ikonoklastę zen.
Huei Neng miał doznać pierwszego przebudzenia, po usłyszeniu mnicha
recytującego "Sutrę Diamentu", kolejne jego przebudzenie
również miało miejsce, gdy mistrz czytał mu jej inny fragment. Można
przypuszczać, że Liang K'ai uważał, że Szósty Patriarcha darł właśnie te
sutrę, ale może darł również własną, niezadowolony ze swojej i swych
uczniów roboty? Adepta zgłębiającego obie te sutry w XII w. taki rysunek
mógł pobudzać niemal jak koan. W 28 koanie ze zbioru "Mumonkan"
zatytułowanym "Ryokan zdmuchuje świece", bohater tego przypadku, znany
egzegeta wspomnianej "Sutry Diamentu", po doświadczeniu
przebudzenia spalił przed salą medytacyjną wszystkie swoje notatki i
komentarze, które pomagały mu przy wykładach. Mamy też opisany przepadek
z XVII w., czyli z czasów dynastii Ming, niejakiego mnicha Shoju,
któremu mistrz Munan po przekazaniu Dharmy chciał wręczyć drogocenny tom
swych notatek przekazywanych z mistrza na mistrza przez siedem
pokoleń. Na nalegania mistrza, by je przyjął, Shoju miał odpowiedzieć:
"Skoro ta książka jest tak ważna i cenna, to ją zatrzymaj Mistrzu,
bowiem otrzymałem Twój zen bez pisania i jestem zadowolony z niego takim
jaki jest". Mistrz Munan jednak wcisnął księgę w ręce swego następcy,
ale ów, wrzucił ją, natychmiast, w ogień. Znamy też przypadek spalenia
drewnianej figury Buddy przez mnicha zen, któremu było zimno. Te
przykłady mówią same za siebie.
Szkoła zen słynie ze spontanicznych gestów demonstracyjnych
wyrażających niedwoistość rzeczywistości. Na pytanie o prawdę
mistrzowie, w zależności od okoliczności i poziomu rozumienia
pytającego, bez słowa wznoszą palec, podnoszą miotełkę hossu - atrybut
nauczyciela, wypijają łyk herbaty, uderzają swym kijem lub używają słów w
niekonwencjonalny sposób. Gesty, słowa, i opowieści o spotkaniach
adeptów zen wskazujące wprost na prawdę tej chwili - ceniący porządek
Chińczycy - ułożyli w przypadki zwane koanami, czyli urzędowymi
dokumentami sądowymi. Opowieści te, czy się to purystom zen podoba czy
też nie, wzorowano jednak na "Analektach" Konfucjusza, żyjącego na
przełomie VI i V w. p. n. e. oraz na pismach taoistycznych mędrców,
takich jak "Droga i jej cnota" Lao Tsy (VI w. p. n. e.) czy "Prawdziwa
księga południowego kwiatu" Czuang Tsy (IV w. p. n. e.). Tak powstawały
chińskie buddyjskie sagi i klechdy o słowach i czynach legendarnych
patriarchów wszelkich buddyjskich szkół, bowiem każda retoryka zawsze
ulega kanonizacji i petryfikacji. Na szczęście zdarzali się mistrzowie
zen o znakomitym poczuciu humoru i dystansie do swej pozycji, nie
pozujący na groźnego Bodhidharmę bez uśmiechu, którzy potrafili, kiedy
trzeba, demitologizować i demistyfikować własną tradycję.
Chińscy mistrzowie, tworząc legendę swej szkoły, zadbali też o
doktrynalne uzasadnienie swych gestów. Sekta zen od XII-XIII w. n. e.
uważa, że pierwszy przekaz Dharmy nastąpił, gdy przed tłumem mnichów
oczekujących na kazanie, Budda w milczeniu uniósł kwiat. Ponoć nikt nie
zrozumiał, wszyscy siedzieli cicho. Nie biło od nich milczenie
promieniejące rozumieniem, co źle świadczy o ich medytacjach. Tylko
jeden jedyny Mahakaśjapa uśmiechnął się. Widząc to Budda Siakjamuni miał
oświadczyć: "Mam Wszechprzenikającą Dharmę, niezrównaną nirwanę,
nieprześcignioną naukę bezforemnej formy. Nie polega ona na literach i
jest przekazywana poza sutrami. Teraz przekazuje ją Mahakaśjapie". Jest
to temat 6 koanu w "Mumonkan". Mistrz Mumon, wytrawny prowokator i
ironista, komentując ów koan powiada: "Gdyby wszyscy zgromadzeni się
uśmiechnęli, czy prawdziwa Dharma byłaby przekazana? A gdyby Mahakaśjapa
się nie uśmiechnął czy doszłoby do przekazu?" Mistrzowie komentują ten
przypadek od wieków. Zapach tego kwiatu przenika cały świat. Zielony
kłos zboża hierofanta z Eleusis, kwiat unoszony przez Buddę,
porozumiewawcze uśmiechy, wszystko to zawracanie głowy!
Zapytajmy: "Twój uśmiech i uśmiech Buddy, czy są takie same czy
różne?"
Nam się tylko wydaje, że to chińscy mistrzowie czan ułożyli pierwsze
koany za czasów dynastii Tang. Kilkaset lat przed nimi Jezus Chrystus
powiedział: "Zanim Abraham był, Jam Jest!", "Kto widzi Mnie widzi Ojca",
"Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niźli bogaczowi
wniść do królestwa Bożego", "Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie
przeminą".
Jeśli dzieła prezentowane na wystawie "Koany w elektrowni" nie
rozszczepiły u nikogo atomu umysłu i nie zrodziły potężnej miłującej
energii, należy je wraz z tą książką spalić, by ogrzać biednych i
bezdomnych.
APENDYKS
Słuchacze mogą poczuć się zawiedzeni, że nie mówiłem jeszcze o Monie
Lizie, najsłynniejszym uśmiechu naszej kultury. Proponuję więc Apendyks.
Portret Mony Lizy del Giocondo, ten najsłynniejszy i najpiękniejszy
portret w kulturze Zachodu namalowany przez jej najbardziej
utalentowanego geniusza Leonarda da Vinci, fascynuje tajemniczym
uśmiechem. Jak ma się ten uśmiech do uśmiechu Buddy? Czy ona jest w
samadhi? Zagadkowy uśmiech Giocondy próbowano przypisać: ciąży, kile,
rozbawieniu obecnością muzykantów i wesołków podczas pozowania,
tłumionej żądzy, lub wolności od niej, manifestowaniu tajemniczości
Matki Natury, co potęgował efekt sfumato, jednoczący ją z baśniowym
skalistym pejzażem, dzięki grze światłocienia. Wiktoriański esteta
Victor Pater uważał, że jest ona mitycznym ucieleśnieniem wiecznej
kobiecości: "Ona jest starsza od skał wśród których siedzi/Jak wampir
umierała wiele razy/ Poznała tajemnice grobu/I nurkowała w głębokich
morzach". Freud uważał, że na jej półuśmiech nałożyło się wspomnienie
matki Leonarda. Dla pisarza Theophila Gautier Mona Liza to "sfinks
piękna uśmiechający się tajemniczo - czujesz się przed nią jak uczniak
przed księżną". Jules Michelet, historyk, uważał, że go przyciąga go jak
magnes, tak jak ptaka spojrzenie węża. Bernard Berenson, historyk
sztuki, stwierdził, że "ona po prostu stała się inkubusem". Skąd takie
sprzeczne sądy?
Jak przyjrzymy się uważnie jej uśmiechowi i oczom to odkryjemy, że
Mona Liza uśmiecha się lewym kącikiem ust i prawym okiem, lewym nie.
Prawy kącik ust nie jest uniesiony, choć prawe oko śmieje się. W ten
sposób nasz mózg otrzymuje sprzeczne sygnały. Nie wiemy, czy ona
uśmiecha się, czy też nie, czy ten uśmiech rodzi się, czy gaśnie. Żaden
aktor tego nie osiągnie. Leonardowi ten trick się udał, ponieważ malował
ją przez wiele miesięcy, a poprawiał przez 17 lat. Modelka bywała w
rozmaitych nastrojach. Nikt nie jest w stanie utrzymać takiego samego
uśmiechu długo, chyba że jest się w głębokim samadhi niewinnego
zachwytu. Jest to więc kombinacja kilku faz kilku uśmiechów, genialnie
zaaranżowanych przez szczwanego lisa Leonardo, który modelkę kazał
rozśmieszać trefnisiom. Nie jest to uśmiech symetryczny, raczej
półuśmiech, nie jest więc do końca szczery. Poza tym dzięki cieniom
namalowanym w dolnej części twarzy, gdy patrzymy na usta Mony Lizy
uśmiech znika, natomiast, gdy patrzymy na jej oczy lub na krajobraz
pojawia się w naszym peryferyjnym widzeniu.
Leonardo kochał ten obraz tak bardzo, że woził go ze sobą i nie
rozstawał się z nim przez długie lata. Mona Liza uosabiała bowiem
jego własną, skłonną do mistyfikacji duszę, jego czarującą i inspirującą
animę, źródło wyobrażeń dla genialnego malarza. Jednakże to źródło,
nawet najbardziej intrygujących wyobrażeń, nie jest tym wiecznym źródłem
otwartej na oścież Przytomności podtrzymującej kwiaty, drzewa, góry,
niebo i nas wszystkich, bez czarowania słowami czy gestami, całkowicie
bez wysiłku. Przebłyski tej mądrości widać w uśmiechach aniołów
malowanych przez Leonarda da Vinci, ale nie w fascynującym uśmiechu Mony
Lisy del Gioconda.
Jacek Dobrowolski
Tekst powstał jako odczyt w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej
"Elektrownia" w Radomiu w X.2009, potem ukazał się w katalogu wystawy
"Koany w Elektrowni: dzieło sztuki jako koan", Radom, 2009 r. Następnie w miesięczniku "Odra", czerwiec 2010. W Tarace ze zgodą redakcji "Odry".
Ilustracje

1. Arcykapłan Nakhtorheb, kamień, 595-586 p.n.e., Luwr,

2. Kouros Kroisosa z Anavyssos, marmur, 194 cm., ok. 540 p.n.e.,
Muzeum Narodowe w Atenach

3. Kore w peplosie, marmur, 118 cm. wys,.ok. 530 r.p.n.e. Muzeum na
Akropolu, Ateny

4. Głowa Buddy z Gandhary, stiuk, 3 w.n.e. Rhona Hoffman
Gallery, Chicago

5. Bodhisatwa Majtreja, drewno, Korea V-VI w. n.e., świątynia
Koryu-ji, Kioto, Japonia.

6. Leonardo da Vinci, Mona Lisa, 1503-1507, olej na drewnie,
77 × 53 cm, Luwr