1 marca 2010
Iwya Kruk
Rodzimowiercze Obrazki
Korowód Światowida ze Zbrucza
Z niepamięci rzeki wyłowić
obietnicę największą raz daną,
tylko jeden raz, łatwo więc przyszło
by została już zapomnianą...
Myślę dziś czy może dla nas "obietnica największa raz dana", to
właśnie nie ten posąg? Z niepamięci rzeki wyłowiony... Dziś lud naszej
ziemi odwrócił się od niego i innym hołdy składa zapomniawszy prawdy
swych Ojców. A ten kamień? Czy milczy? Nie milczy i nigdy nie zamilkł
naprawdę. Nawet wtedy, gdy wody rzeki wypełniły jego usta. A kiedy
piach wdarł się do jego oczu - widzieć nie przestał, i słyszał wszystko
leżąc na dnie rzeki zapomnienia, przez samo to już - świętej.
I jak może milczeć, kiedy moce większe niż człowiek w wapieniu
prastarym znaki rylcem kreśliły? Ręką człowieka - to prawda tak pewna
jak to, że ojciec dłoń syna prowadzi, by strzałę prosto do celu mógł
posłać.
Ale jakże to człowiekowi udało się cały świat przedstawić w jednej
kamiennej bryle? Zawrzeć w czterech ścianach wapiennego słupa? Kim
trzeba być, by podołać takiemu zadaniu? Czy na pewno tylko człowiekiem
być wystarczy? Czy też może sami Bogowie do tego ręki przyłożyli?
Człowiekiem być trzeba, by stać się rylcem Bogów i człowiekiem być wystarczy...
I właśnie ja - człowiek - wciąż stoję tutaj oczarowany doskonałością
tego posągu oświetlonego ogniami, przybranego kwiatami wśród ofiar
złożonych u jego stóp. Stoję i patrzę... Słońce zachodzi, a noc powoli
się zbliża. I w tej chwili właśnie, gdy zmieniają się światy, nabieram
przekonania, iż obrazy w kamieniu zapisane nie są dziełem wyłącznie
człowieka.
Wzrok mój przyciągają postacie wyobrażone na środkowej części tego
posągu. Zapominam się kontemplując rozłożone ręce, twarze, które póki
co jawią mi się jeszcze jako smutne i bez wyrazu... W jednej chwili
przestaje być ważny otaczający mnie świat. Smutne oczy spoglądają teraz
na mnie, czuję to wyraźnie. Smutne - bo chcą mi chyba coś przekazać,
lecz nie mogą. Nie słyszę ich, a może nie rozumiem, o czym mówią. Ale
dociera do mnie, że postacie trzymają się za ręce, jak tancerze w
kręgu. Dość smutku! Niech przemówią do mnie! Zamiast chłodnego, niemego
kamienia chcę mieć tutaj gorejący, rozkrzyczany korowód tancerzy!
Cóż to? Czy możliwe, by wieczór nadejść nie zdążył, a noc minęła tak
nagle? Przede mną ten sam posąg oświetlony nie światłem ognia, lecz
mocnym, palącym słońcem w zenicie. I oto niezwyciężone słońce spogląda
na mnie, zaś ja po chwili odważam się odwzajemnić to spojrzenie. Jednak
mocarne promienie rażą moje oczy. Opuszczam wzrok. Słoneczna poświata
dalej błądzi pod moimi powiekami. Złociste kręgi obracają się. Tak jak
obraca się ten szalony korowód... Dopiero zdałem sobie sprawę, że jego
częścią jestem i ja. Gubię krok, potykam się. Kobieta przede mną nie
daje mi się przewrócić, ciągnie mnie za rękę. Słyszę jej śmiech.
Dźwięczny, przyjemny. Sprawia że mój krok i oddech wyrównują się.
Dalej! Korowód trwa w szalonym tańcu, który wydaje mi się tak trwały
jak samo słońce.
I z dali we mgłach skrytej, poprzez czasy odległe i nieznane przestrzenie dobiegają słowa... I śpiew czyjś słyszę:
W Złotym kole taniec od wieków, po wieki
przyszło i nam tańczyć korowodem świętym.
Wyrwać z złota kręgu nie nam w dzień, ni w nocy;
formułę tajemną znają większe moce.
Idziemy przez wieki korowodem onym,
Tu jest nasze miejsce pod Niezwyciężonym.
Zamknięci w kręgu tego życia jesteśmy. Prawie całą swoją wolę muszę
wytężyć, aby nie pogubić kroku w korowodzie, aby nie wypaść z zaklętego
kręgu. Jak szalony ściskam rękę kobiety biegnącej przede mną. A ona co
chwila odwraca się do mnie. Każdy jej uśmiech, każde spojrzenie
sprawiają, że nabieram sił do odwiecznego tańca.
I choć taniec całą moją uwagę pochłania, wiem, że oprócz niego są
jeszcze inne miejsca, światy oraz inne, potężniejsze istoty... A
wszystko to przenika się i stanowi nierozerwalną jedność.
Nasz łańcuch taneczny nieustannie po obrzeżach górnego i dolnego
świata krąży. Z dołu Weles na nas spogląda. Wypatruje tych, którym
przeznaczone jest dziś właśnie, w tej jednej chwili udać się do jego
podziemnego królestwa. A kiedy ja będę musiał wyruszyć tam? Na kiedy mi
tę chwilę wyznaczyły Rodzanice? Nie, nie teraz, nie dziś - błagam. Dziś
chcę jeszcze dotrzymywać kroku tej kobiecie, trzymać ją za rękę, łowić
jej zalotne uśmiechy... Nie, nie dziś... Plącz się, korowodzie! Snuj
swoją opowieść - historię naszego życia! I z dala mnie trzymaj od
podziemnej krainy cieni, nie oddawaj mnie we władanie Welesa, nie, nie
dziś jeszcze, nie dziś...
I jakby w odpowiedzi na moje obawy przed odejściem stąd, słyszę:
Od czasów, po czasy w srebrnym korowodzie
przyszło i nam tańczyć w życia czarne noce.
Wyrwać z srebra kręgu nikt nie zdoła przecie;
my jak Jego cienie jesteśmy na świecie.
Idziemy przez czasy w srebrnym tańca kole,
każda noc nam święta - w górze, czy na dole...
Więc dalej w tany! Krzyk, dziki pęd, śmiech...
Nagle poważnieję. Gdzieś z góry, tam gdzie palące słońce, czuję na
sobie czyjś wzrok. Wiem że stamtąd inni Bogowie na mnie spoglądają.
Chciałbym i ja spojrzeć im w oczy, lecz boski blask oślepia zbyt
mocno ludzkie oczy. Chciałbym dłonią oczy przysłonić, by zobaczyć
niebo, lecz co jeśli dłoń moja dłoni drugiego człowieka na powrót nie
znajdzie i w próżni zawiśnie na wieki? Co, jeśli samotnością ogarnięty
krok zmylę i nigdy wrócić nie zdołam? Co, jeśli znowu utracę tę, której
dłoń trzymam i którą zdaje się wreszcie odnalazłem?
Jeszcze! Korowód łańcuchem oplata posąg. On widzi, On słyszy
wszystko. Widzieć nie przestał i słyszał wszystko - niemy świadek
wydarzeń sprzed lat. Niemy świadek i mojego życia. Cóż znaczy moje
życie wobec martwego kamienia? Kamienia, który trwalszy jest po
stokroć, po tysiąckroć więcej niż każdy z ludzi? Po tysiąckroć, bo
tysiące lat pamięta i tysiące jeszcze pamiętać będzie. Bo cóż znaczy
moje życie i życie każdego z nas wobec martwego kamienia? Czy
rzeczywiście martwego?... Jakże martwym być może kamień - zrodzony z
żywej ziemi, z wody płynącej niczym jej krew? Jakże martwym może być
kamień, którego serce samo słońce hartowało w swej kuźni? Jakże może
być martwym kamień, któremu pieśni sam wicher śpiewał? I jakże wreszcie
martwym może być kamień, który wśród ludzi wiódł swe życie? I który
wybrany został spośród innych głazów, by przemówić przez wieki? Tak też
spośród innych ludzi wybrany został rzeźbiarz... Któż z nich dwóch
bardziej martwy? Stworzony czy twórca? Dzieło czy ten, kto je stworzył?
A może obaj na równi żyją i oderwać duszy jeden od drugiego nigdy nie
zdoła? Tak więc żyją - siwy głaz - świadek ludzkich istnień, twórca
obrazów tajemnych - wizjoner i oni - od wieków po wieki trwający,
zapisani w kamieniu i tej ziemi tylko wierni. Oni.
Cóż wskazują kamiennymi dłońmi? I co chcą powiedzieć?
Może
tylko tyle, że co zrodzone zostało z ich łona, na zawsze będą mieć w
sercach? Każde drzewo i kamień każdy... Ciebie i mnie. Nas...
Z posągu spogląda na mnie Bogini trzymająca róg...
Dobra Moc Ziemio niech będzie, jak wtedy, gdy wiek był złoty,
gdy w cieniu dębu mocnego w róg lano mleko i miody,
gdy Czas na chwilę przystanął i Wiosna odejść nie chciała
więc niech tak będzie dla Ciebie, dla Synów naszych i dla nas...
I chyba na potwierdzenie tych słów, jakby życzenie bogini spełnić
się miało, z nieba słonecznego spada ręką innego Boga rzucony - grom i
ziemia cała drży i serce w piersi na chwilę zamiera...
Przypieczętowano...
Inna Bogini koło w dłoni dzierży, a może to wieniec? A może
pierścień albo kołacz?... Czym dla mnie jest koło? Czym krąg?... I
słyszę znowu jak kiedyś: życie to krąg - nie ma śmierci...
W barwnym korowodzie błękitu, zieleni
tańczym wieczny taniec wśród deszczu... promieni...
Formuły tajemnej dotąd nikt nie odgadł;
wyrwać z korowodu - nie nasza to wola.
I wolą nie naszą zerwać koło, pieśni...
Żyjemy szczęśliwi w czas wieków zaklęci...
I Oni wszyscy, razem z Welesem i z korowodem, którego częścią
jestem, też jedną całość stanowią i przenikają się. I ja też dzięki
temu czuję, iż jestem kimś więcej niż tylko sobą, że "ja" znaczy więcej
niż tylko - JA.
Posąg żyje, żyją bogowie w kamieniu wyryci , rzeźbiarz nie umarł, korowód tańczy do dziś...
Życie toczy się jak kołacz ręką Bogów wprawiony w pęd, którego nikt
zatrzymać nie może, tylko Oni. I słyszę słowa milknącej już pieśni:
Kołacza krąg zamknięty potoczy się i bez nas...
Innym korowodem...
Iwya Kruk