5 czerwca 2010
Iwya Kruk
Rodzimowiercze Obrazki - Pruski Kamień
Wreszcie! Z powrotem tutaj, w domu - pomyślał. Jak to jest, że tu
nawet inaczej się oddycha?
Cieszył się na tę wizytę, choć w
zasadzie wracał do pustych, zapomnianych ruin. Wiek czy dwa wieki temu
okolica tętniła życiem. Ale czas upływa nieubłaganie i rzeka, do której
wchodzimy, nigdy nie jest taka sama. Okoliczne wsie systematycznie
pustoszały - ludzie wyjeżdżali w poszukiwaniu lepszego życia, zbrojne
konflikty oraz morowa zaraza również zrobiły swoje. W niektórych wsiach
przy życiu zostało po kilka osób... Dawniej szeroka i uczęszczana droga
zarosła, zmieniła się w krętą ścieżkę, którą teraz kroczył. Już za
czasów jego dzieciństwa nie mieszkało tu zbyt wiele dzieci. Lata mijały -
nauka, studia, praca w mieście. Nie było tutaj za bardzo do czego
wracać - no, może oprócz wspomnień. Teraz właśnie, wiedziony
wspomnieniami, zmierzał do tego miejsca, gdzie jako dziecko włóczył się i
bawił prawie każdego dnia.
Okolica była niesamowita. W jakiś
niepojęty sposób przepełniała go głęboką czcią. Ten znajomy strumień,
las, to jezioro... Zdawało się jakby chciały mu coś powiedzieć, wręcz
cieszyły się na jego widok. Tak właśnie było wiele lat temu i zdziwił
się, ale też ucieszył widząc, że jego odczucia co do tej ziemi nie
zmieniły się, że dalej istniała między nią a nim ta subtelna więź,
której tak dawno już nie odczuwał. Wypełniło go uniesienie wręcz
mistyczne, łzy napłynęły do oczu. Tyle lat, tyle lat...
Nawet nazwy
miejsc z jego dzieciństwa naznaczone były świętością... Tak więc las
był przez okolicznych określany jako Święty Gaj i większość okolicznych
mieszkańców nie wycinała tam drzew ani nie zastawiała wnyków. Strumień
płynący przez ten gaj Żywą Wodą zwano - i choć ryb w nim w bród było, za
jego dzieciństwa ludzie raczej unikali łowienia tam. A jezioro -
Świętajno - samą nazwą wzbudzało szacunek. Ale najmocniej w pamięć
zapadła mu postać wyciosana w kamieniu. Po nocach śniły mu się czasem
rysy tej twarzy zatarte przez czas, ręce złożone w geście jakby jakimś
tajemniczym - jedna na brzuchu, druga na sercu - w niej róg.
No i
jeszcze była dziewczyna, w tamtych latach chyba jedyna jego rówieśniczka
w opustoszałej okolicy. Spotykali się prawie codziennie, przemierzali
wspólnie las, odpoczywali nad jeziorem i strumieniem. Zaś postaci
wykutej w kamieniu, sami nie wiedząc czemu, składali rozmaite dary.
Dziewczyna wiła wianki i ozdabiała nimi oblicze kamiennej postaci.
Czasem zostawiali w glinianej misie trochę pożywienia. Innym znów razem
zbierali gałęzie i liście w nieładzie zalegające wokół kamienia. Wiele
razy śpiewali lub tańczyli wokół głazu. Było w nim coś niesamowitego,
przyciągającego, magia jakaś pradawna.
Kto otwiera bramy?
My je otwieramy!
Bracia, przyjaciele
Dni minęło wiele.
A
któż to nas wzywa?
To my was wołamy!
Bracia, przyjaciele
Dni minęło wiele.
A cóż to za dary?
My je wam składamy!
Bracia, przyjaciele
Dni minęło wiele...
Uświadomił sobie,
że jego usta bezwiednie poruszały się przypominając mu słowa sprzed
lat. Pieśni tej nauczył chłopca dziadek, gdy pewnego wieczora dał się
namówić na opowieść o kamiennej postaci i o niezwykłości rodzinnych
okolic.
- Dawne lata nie do końca zapomniane, zaś dawni ludzie nie
do końca przeminęli - tymi słowami zakończyła się opowieść.
Ze
swojej wsi musiał wyjechać właściwie z dnia na dzień i nie było nawet
czasu, by pożegnać się z dziewczyną. Wiele, wiele razy myślał o niej
przez te wszystkie lata, myślał o tym, jaką kobietą jest dzisiaj, czym
się zajmuje, jak się jej powodzi, czy z kimś się związała... Trudno było
to nazwać tęsknotą - minęło w końcu tyle lat - może to po prostu zwykła
ciekawość?
Okolica wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał
i bez problemu dotarł do polany, na której od wieków stał tajemniczy
posąg - kamienną babą przez ludzi zwany. Zamarł. Zdezorientowany,
rozejrzał się po okolicy... Wszystko się zgadzało, był tam gdzie
powinien, to na pewno ta polana... Więc gdzie podział się kamienny
olbrzym?
...
Zbudziła się w środku nocy. Znowu ten
sen. Mogłaby przysiąc, że dzieje się naprawdę. Ale naprawdę jest
przecież tutaj. W sercu miasta, które nigdy nie pogrąża się w ciszy,
nigdy nie zamyka oczu. Nawet teraz blask latarni rozlewa się wokół domu i
wciska w szpary okien. Nawet teraz gdzieś w oddali słychać wycie
jakiejś syreny. Po co są miasta? - pyta i uśmiecha się sama do siebie.
Co za banalne pytanie! Wiadomo - dobre szkoły, dobra praca... Po co są
dobre szkoły? I dobra praca po co? Nieee!... Co to za pytania?! Zasnąć i
nie myśleć więcej. Nie myśleć w ten sposób. Do niczego dobrego to nie
prowadzi. A więc jeszcze raz - po co są miasta? No, niech jakaś mądra
myśl przyjdzie... Już, w tej chwili, zanim znowu zasnę... Miasta są po
to, by złote kaczki miały gdzie mieszkać, bazyliszki mogły się skryć
przed ludzkim okiem, i by w zakamarkach starych kamienic, na promykach
słońca wpadających przez złamane witraże, mogły huśtać się dobre
wróżki...
To sen czy jawa? Coś wyrywa ją z ciała. Co za
prędkość! Już za miastem? Już las? Stare sosny, świerki... Znowu jej się
śni, że leci nad drzewami, w pewnej chwili zniża lot, zwalnia, wlatuje
między drzewa. Rozstępują się... Polana? Pagórek? Na nim - brzozy. Jej
ulubione, chociaż kocha wszystkie drzewa. A może lepiej powiedzieć -
kochała?... Zawisa nad ziemią. Patrzy na brzozy. Przychodzi mgła.
Zasnuwa białe drzewa, ale widać je nadal, choć nie tak wyraźnie. Nie
leci dalej. To chyba cel podróży. Wpatruje się we mgłę. Coś zaczyna do
niej docierać. Tak, to nie jest zupełnie nieznajome miejsce. To tutaj
spędzała dzieciństwo - przez chwilę poczuła tę więź, która na zawsze
splata człowieka i ziemię jego Ojców. Gaj, strumień, jezioro... I ta
postać, przed wiekami czyjąś dłonią w pradawnym wyciosana kamieniu.
Właśnie, gdzie ona? Przez chwilę wydaje jej się, że dostrzega ją pod
prastarym dębem, ale nie - to sylwetka jakiegoś mężczyzny, który -
podobnie jak ona - stoi na polanie i w zdziwieniu rozgląda się dookoła. W
zdziwieniu bo... coś tu jest nie tak jak powinno, czegoś brakuje. Lecz nie
ma czasu, by przyjrzeć się lepiej. Szalony jakiś pęd porywa ją z
powrotem i słyszy własny krzyk...
- Kamień?! - ze snu - nie-snu budzi
ją własny głos - Mój kamień!
To irracjonalne. A więc sen
wystarczy, by rzucić wszystko i w jednej niemal chwili wyjechać?
Jednostajny stukot kół pociągu kołysze myśli. Ileż to lat minęło, odkąd
ostatni raz tam była? Za dużo. A może tamtego świata już nie ma? Może
wyprowadził się do miasta jak ona? Uśmiecha się do głupiutkich myśli. A
może miasto przeniknęło po cichu do miejsca z dziecięcych lat? A może
wtargnęło z całym swoim chaosem? Nie. Odrzuca tę myśl. Miasto to miasto.
Ma swoje tajemnice, złote kaczki, bazyliszki... Po co mu kaczki
szaropióre? Po co zwykłe jaszczurki i uśpione kamienie z ludzką twarzą
ukryte wśród traw i poziomek?... Poziomki. Ciekawe czy jeszcze tam są...
Ciekawe czy zielone wzgórze skryte wśród brzóz jeszcze czeka. Ciekawe
czy czeka tam on... Co za śmieszne przemyślenia. Nie ma tamtych
poziomek, nie ma już tamtego wzgórza... Nie ma niczego.
Brukowana droga w ciemnościach. To dziwne. Czyżby stopy pamiętały każdy
kamień? Nie potykają się o wystające kocie łby. A przecież świt jeszcze
nie wstał. Blednące światło księżyca ledwo co przenika przez gnane
wiatrem szaro-granatowe chmury. O, jest i dzika grusza niosąca na swych
barkach wszystkie zgryzoty tej ziemi. I tylko gruszki dają pociechę -
dzikie jak ich matka i jak ta ziemia słodko-cierpkie. To dziwne -
mijając drzewo słyszy ciche - "witaj". Rozgląda się. Nikogo nie ma.
Tylko grusza popiskuje uginanymi przez wiatr konarami. Tylko grusza...
Dalej, dalej! Kiedy wreszcie droga łagodnym łukiem spadnie do jeziora?
Kiedy stary dom skrzypnie drzwiami i zapachnie zielem rozwieszonym u
powały? A może domu już nie ma? I może piec rozsypał się z żalu, kiedy
umarł ogień zabierając ze sobą ostatni szaro-zielony listek goryczy?
Domu nie było. Pozostały tylko fundamenty kreślące zarys dawnych ścian.
Stanęła u progu, który istniał tylko w nikłej pamięci. Tu były drzwi;
przeszła przez nie i stanęła w miejscu, w którym niegdyś stał duży piec,
tam, gdzie o każdej porze dnia i nocy płonął ogień. Szaro-granatowe
chmury mocą wstającego słońca odgarnięte zostały z nieba. Raz jeszcze w
górze zapłonął ogień znacząc ślad na jeziorze rozlewającym się u stóp
nieistniejącego domu. Czy i tutaj zapłonąć może? Czy możliwym jest
wskrzesić to, co umarło, odeszło w zapomnienie? I znów zdaje jej się, że
słyszy wyraźnie: "nie odeszło...". Rozgląda się wokół. Żywej duszy nie
ma, tylko skowronek - szary jak gruda ziemi porwał się w górę i śpiewa
słońcu. Tylko skowronek...
Stare fundamenty znaczą dalszą drogę.
Kto pamięta, co było, tego inna ścieżka nie zwiedzie. A nawet jeśli
zwiedzie na chwilę, dość mocy jest, by zawrócić i podążyć pierwotnym
traktem... Tu pod oknem był stół. Siadaliśmy wkoło i zwykły chleb nam
smakował, i miód co spływał złociście, i ciepłe jeszcze, pachnące
śliwkami powidła. Zza okna malwy zaglądały do domu i słyszało się ciszę.
Cóż pozostało? Niebo, słońce, szara ziemia, jezioro i stare
fundamenty...
Droga wiodła do lasu. I w drodze tej jedna myśl
powracała. Dziecinna i natrętna, niedająca się odegnać. Poziomki.
Ciekawe czy jeszcze tam są... Ciekawe czy zielone wzgórze skryte wśród
brzóz jeszcze czeka. Ciekawe czy czeka tam on... Co za myśli! Nie ma
tamtych poziomek, nie ma już tamtego wzgórza... Nie ma niczego...
W
pierwszej chwili zdumiała się, bo brzozowe wzgórze było! I trawy
zielone jak wtedy, i... poziomki! Echo powtórzyło jej radość, śmiało się
i wraz z nią witało mieszkańców borów. I nie wiadomo czy tylko echo
odpowiadało, czy i oni. "Hop-hop!", "hej!", "bywaj!" niosło się po lesie
jak wtedy. Kiedy bór ucichł, a czerwona słodycz obeschła na palcach,
rozejrzała się jeszcze raz. A jednak... Czegoś brakowało.
-
Nie ma go. Nie ma naszego kamienia - usłyszała zza drzew.
Rozpoznała jego sylwetkę i oczy, kiedy stanął nieopodal. To mężczyzna z
tamtego snu. Ale nie tylko we śnie widziała te oczy. Tak! To przecież
towarzysz jej dziecięcych zabaw! Nie widziała go od czasu, gdy wraz z
rodzicami pośpiesznie opuścił wioskę. Dziwne spotkanie. Przypadkowe
zupełnie, chociaż tak często słyszała, że podobno nie ma przypadków.
Niedowierzanie, bo skąd wziął się tutaj? Dlaczego dziś właśnie?
Niepewność, bo przecież nie wiadomo, kim dzisiaj jest. Milczenie i
pierwsze słowa, proste pytania, odpowiedzi przeplatane ciszą. I zwykła
radość ze spotkania dawno niewidzianego przyjaciela. Czy i dziś okaże
się przyjacielem?
Dlaczego w ogóle tu przyjechałeś? A ty skąd się
tutaj wzięłaś? Bywałeś tu często? Wiesz co się tutaj działo? Też
miewałeś takie sny o naszej polanie? A w końcu - nieśmiałe - myślałaś o
mnie? I śmiech, swobodny i niewymuszony, zupełnie jakby tych kilkunastu
lat nie było. A potem - chwila ciszy, powaga w oczach... Już wie, że on też
myśli o tym samym - o ich kamieniu... Nie ma go. Nie ma. Chaotyczna
wymiana myśli. Jak to - nie ma? Przecież w snach to właśnie ta
tajemnicza postać wzywała ich tutaj... Czy jest ktoś, kto może wiedzieć
więcej o jej losie?
- Tak! Pamiętasz? Zarzekał się, że nigdy stąd
nie wyjedzie, że ta ziemia to jego ciało, że ta rzeka to jego krew...
- Lecz czy jeszcze żyje? Już wtedy był starcem.
- Pamiętasz gdzie
mieszkał? Chodźmy. Zobaczmy. To jedyna szansa, żeby dowiedzieć się
prawdy.
...
Sponad drzew rosnących tuż przy chacie
poderwał się szaro-brązowy ptak. Zatoczył koło nad ich głowami, obniżył
lot jakby sprawdzał, z jakimi zamiarami przybywają. Z krzykiem radosnym,
jakby poznał przybywających, powrócił do starca siedzącego na ławie
przed chatą opartą plecami o ścianę lasu. Zbliżyli się, a wtedy
siwobrody powstał wyciągając ręce w ich stronę. Mimo sędziwego wieku,
postawy mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniec. Miał w sobie coś,
co onieśmielało; może to była właśnie ta królewska nieugięta czasem i
troskami postawa? Może oczy - młodzieńcze i bystre, rozumne i
przenikające człowieka na wskroś? Może jeszcze coś, co dane jest
nielicznym?... Jednak to, co onieśmieliłoby innych, ich nie przerażało.
Zapomnieli chyba, że przez te kilkanaście lat z dzieci zmienili się w
dorosłych, bo tak jak wtedy podbiegli do niego, a on jak dawniej
przytulił ich głowy do serca, jak to czyni najlepszy ojciec. I jak przed
laty, tak i teraz znaczył jakieś ślady na ich czołach. I nie było nic
niezwykłego w tym, że klęknąwszy całowali dłonie starca, że sokół
kreślił swym lotem znaki na niebie, że spod progu chaty wysunął się wąż
przyglądając się temu powitaniu i sam jakby witał gości kiwając głową.
- A więc powróciliście - przemówił starzec - wiedziałem, że wrócicie do
domu.
O tak, Kriwe mógł to wiedzieć. Wydawało się, że wystarczy,
iż spojrzy na człowieka, by wiedzieć skąd ten przychodzi i dokąd
zmierza. Gdy przekroczyli próg chaty, zrozumieli, że czas jeśli tylko
zechce, potrafi się zatrzymać. Wnętrze izby było takie, jakim je
zapamiętali. Bielone, z ciepłym piecem w rogu, na nim garnki, warzące
strawę albo coś innego, czego recepturę znał tylko on. Na ścianach
porozwieszane pęczki ziół. Pod oknem stół, kilka drewnianych krzeseł, na
oparciach których ktoś wyrzeźbił kołomiry. Przy najdalszej ścianie
stała ława służąca za łoże, a obok niej w ciemnym kącie - stara skrzynia
skrywająca nie wiadomo jakie skarby.
Gdy siedzieli za stołem,
starzec na bochnie chleba nożem znak słońca uczynił, a potem jedli
strawę, którą bogowie tej ziemi od wieków dają człowiekowi. Były więc na
stole dary bóstw lasu, jezior i łąk. Dary proste i zwykłe jak ta
ziemia. I dlatego właśnie człowiekowi tej ziemi najbliższe. Dlaczego
więc tak często człowiek gardzi nimi, wstydzi się ich, pragnąc strawy z
dalekich krain, obcej, wymyślnej, mamiącej zmysły, sprawiającej, że
ciału sił ubywa? A jeśli ciało szwankuje, i rozum, i dusza nie takie
jakimi by mogły być. Czyż bogom dalekich krain zależy na dzieciach tej
ziemi?
- Nie odszedłeś, Kriwe...
- Nie odejdę, choć przeminę.
Ludzie mijają, ale Bogi nasze nigdy nie miną. Ziemia wraz z jej historią
nigdy nie odejdzie w niepamięć. I wasz kamień też w zapomnienie nie
odejdzie. Wezwał was tutaj. Wasze sny...
- Więc wiesz? Co z nim?
- Lata temu znaleźli go, wyrwali borowi, upokorzyli... Wlekli do miejsca,
gdzie stanął znak obcego boga i gdzie obcy bóg z dalekich ziem ostoję
dla siebie znalazł. Panuje tu teraz, ale czyż wiecznie panować będzie? W
was nadzieja, w was pamięć i trwanie. Pamiętajcie o mateczce kamiennej,
co dłońmi swymi wskazuje, że co wyszło z jej łona, na zawsze sercu
bliskie pozostanie. Nie zapomniała o was nigdy, tak jak nigdy nie
zapomniała o tamtym, co rysy jej w kamieniu rzeźbił. I nie zapomniała o
żadnym z jej dzieci tańczących w barwnym korowodzie na polanie schowanej
wśród brzóz. Pamięta dłonie, które dla niej sypały kaszę i miody lały,
dłonie, które wieńce splatały wśród pieśni. Pamięta i gruszę
pozdrawiającą wędrowca, i skowronka budzącego ziemię, gdy słońce
odgarnia mrok. Pamięta bicie każdego serca, które biło dla tej ziemi,
zanim bić przestało. I mnie pamiętać będzie. Widzę, że dla was życie się
zaczyna. Idźcie razem - i pamiętajcie, że na mocnych fundamentach od
nowa można postawić dom. Dla was zaczyna się nowa droga, a ja stary,
stoję na jej drugim krańcu. I tęskno mi, by pójść dalej. Lecz odejdę
spokojny, bo wiem, że nie zapomnicie swoich korzeni, swojej ziemi i
krwi.
Odchodząc obejrzeli się jeszcze raz. Kriwe wsparty o
swój kostur, wzniesioną dłonią kreślił za nimi słoneczne znaki
szczęścia. Nad jego głową kołował sokół.
- Stary mędrzec ma rację.
Wszystko i tak jest w nas - mężczyzna spojrzał w jej oczy. Zadrżała, gdy
ujął jej dłoń w swoją - Chodźmy. Czeka na nas ta ziemia. A na
kamiennych fundamentach może przecież stanąć jeszcze jeden dom...
-
A co z naszym kamieniem?
- Właśnie po to nas tu wezwał. Żeby to
wszystko trwało - w nas i w naszej krwi.
Powoli ruszyli przez las,
trzymając się za ręce, śmiejąc się, rozmawiając i jak wtedy powtarzając
czyjeś słowa:
Kto otwiera bramy?
My je otwieramy!
Bracia, przyjaciele
Dni minęło wiele.
A któż to nas wzywa?
To my was wołamy!
Bracia, przyjaciele
Dni minęło wiele.
A
cóż to za dary?
My je wam składamy!
Bracia, przyjaciele
Dni minęło wiele...
W oddali zagrzmiało.
Iwya Kruk