Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

01 kwietnia 2003

Janusz P. Waluszko

Aktualność sarmatyzmu
Wywiad: o tym, czy I Rzeczpospolita może być dziś inspiracją i alternatywą

Wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Jóźwiaka

WJ: W normalnej, obowiązującej świadomości Polaka (a tym bardziej nie-Polaka, Niemca np. albo Rosjanina...) dawna I-sza Rzeczpospolita wygląda na zupełny anachronizm, ustrój, który już w swoim czasie był przeżytkiem i który SŁUSZNIE upadł, przegrawszy zawody z główną linią rozwoju społeczeństw, mianowicie z absolutyzmem najpierw, a z nowoczesną demokracją potem. To patrzenie na I Rzplitą jako na anachronizm, coś nie-na-czasie, trwa już od ponad dwustu lat. Tymczasem Ty wyciągasz tamten ustrój z lamusa i pokazujesz go jako wzór, jako inspirację dla nas, jako alternatywę dla tego, co obecnie na Zachodzie jest ustrojową normą. Czy cokolwiek z ustroju I Rzplitej może (mogłoby) być zastosowane obecnie? Czy to jest realna alternatywa - czy może raczej przedmiot romantycznej nostalgii?

JW: Zacznę od tego, że bardziej idzie o ducha niż literę. I to z dwu powodów. Raz, że nonsensem z punktu widzenia wolności i moralności byłoby, gdybyśmy się dziś zaczęli znowu bawić w szlachectwo z urodzenia np., byłby to krok wstecz. A dwa, że w wolności (a po mojemu i w etyce) żywy duch ważniejszy jest od martwej litery. Idzie więc raczej o pewną postawę wobec spraw społecznych, którą najprościej streścić w pojęciach: wolność, równość, braterstwo (tego nie odkryli dopiero Francuzi w 1789), ale i pokój, pluralizm, a przede wszystkim samorządność, oddolność i amatorstwo, bo to one były warunkiem kultywowania tamtych wartości. Wiele z tego wyrosło z epoki plemienno-wiecowej, a zasługą I Rzeczypospolitej było, że to sublimowała i wprowadziła w czasy feudalne (nie udało się - mimo prób z Samorządną Rzeczpospolitą [Abramowski, I-a "Solidarność"] - przenieść tego dalej, w epokę przemysłową, do czego jeszcze wrócę). Wszystkie te wartości warunkują się wzajemnie. Warunkiem wolności np. jest pamiętanie o tym, że ludzie są jednocześnie równi i różni, a więc każdy z nas ma jednakowe prawo do urzeczywistniania swojej wizji świata.

Co warto z tego ducha przywrócić? Zacznę od oddolnego charakteru demokracji szlacheckiej, w której jednostka lub wspólnota lokalna były podmiotem jej tworzenia, a nie przedmiotem manipulacji króla z bożej łaski (w monarchiach obowiązywała zasada odgórna, wiodąca ku ego[izmowi], co widać na Zachodzie, w rzeczypospolitej oddolna, wiodąca ku wspólnocie). Do jej przejawów można zaliczyć liberum veto, sprzeciw jednostki wyrażany w imieniu swego sejmiku, czy odsyłanie doń ustaw w celu zatwierdzenia przez wyborców i cały system sejmików relacyjnych, gdzie poseł musiał rozliczyć się z wykonania instrukcji danej mu przez wyborców. Uniemożliwiało to alienację władzy, jej przejęcie przez kastę zawodowców, co demokrację burżuazyjną uczyniło w dużym stopniu fikcyjną. Podobnie było z wyborem przez sejmiki (organy demokracji bezpośredniej) części urzędników, sędziów trybunału (sądu apelacyjnego) nie wyłączając. Zabezpieczeniem przed alienacją władzy obok wyżej wymienionych było i prawo oporu (rokosz często stawał się powstaniem narodowym w tym sensie, iż naród sam zaczynał rządzić, negując władzę swych niewiernych przedstawicieli, z królem na czele). Wszystko to było wyrazem nieufności do etatowej władzy, a jednocześnie zaufania do samego siebie, do społeczeństwa.

W niektórych okresach (jak między Potopem a Wojną Północną) sejmiki (wobec nieudolności monarchii i zupełnej utraty zaufania do niej) przejęły faktyczną władzę w kraju, same uchwalając i zbierając podatki, wydawane potem na własne wojsko (milicje wojewódzkie) i własną politykę zagraniczną (królowie elekcyjni na ogół prowadzili ją ze szkodą Rzplitej, stąd niechęć szlachty do niej). Był to szczyt samorządności, opartej na bazie demokracji bezpośredniej - rządy amatorów (żal, że tak późno wprowadzone, bo po rozbiorach Ukrainy i usamodzielnieniu Prus niewiele dało się już zrobić, by ocalić kraj przed agresją sąsiadów).

WJ: Zwykle operuje się dwuczłonowym schematem: tu jest Zachód - tam jest Wschód. Bywa, że wykorzenienie praw i obyczajów I Rzeczypospolitej przedstawia się jako awans Polski (bo Zachód jest lepszy), jako jej przejście ze Wschodu na Zachód, zarazem jako jej modernizację (chociaż uprzykrzają nam ten moment Rozbiory, które miały miejsce jednocześnie...). Tymczasem, jak mi się wydaje, istniał w Europie układ CZTERECH wielkich prowincji kulturowych: (1) Zachód, (2) Rosja, (3) Kraje Islamu, z których w Europie po podbiciu przez Iwana III chanatów nad Wołgą pozostała tylko Turcja Osmanów wraz z satelitarnym Krymem, oraz (4) Europa Środkowa, czyli Rzeczpospolita i (w jakimś stopniu) Węgry. Czy możesz rozwinąć ten wątek? Na czym polegała osobliwość Rzplitej i jej rozwoju w porównaniu z sąsiednimi obszarami?

JW: Europę środkową tworzyła Polska i Litwa (Wielkie Księstwo, którego większą część stanowiła stara Ruś) i Węgry (najdłużej utrzymał się tu Siedmiogród, reszta wpadła w łapy Turcji i Austrii w XVI w., choć co chwila wybuchały tam powstania, w początku XVIII w. wsparte przez 4 tysiące Polaków pod wodzą Lubomirskiego) oraz Czechy (choć ich udział był znacznie krótszy i słabszy - silniejsze tu były wpływy niemieckie, które po Białej Górze w 1620 stały się dominujące, wcześniej jednak silna była tu rola obrządku słowiańskiego, który tu właśnie, na Morawach miał swe korzenie, a jego spór z kościołem niemieckim zaowocował protestantyzmem o 100 lat przed Lutrem i przeciw Niemcom skierowanym,przypis na dole strony1 co jest dziwnym a mało znanym paradoksem dziejów). Ale warto pamiętać i o epizodzie Nowogrodu Wielkiego, który na Rusi był alternatywą dla Moskwy, za co ta wymazała go z życia i z pamięci (a i nas za to nienawidzi, chyba bardziej niż Niemców). Specyfiką tej części Europy była wieloetniczność, wielokulturowość (za każdą narodowością stała najczęściej własna wiara, obyczaje itp.). Na takim pograniczu wymogiem był pokój, tolerancja, otwartość, pluralizm (aż po osobny sejm żydowski i samorządy mieszczan, Szkotów, Ormian, Rusinów, Tatarów czy Karaimów, zgodę sandomierską kalwinów, luteran i braci czeskich, a potem konfederację warszawską o pokoju między rozróżnionymi w wierze w Polsce - czy unię Węgrów, Szeklerów i Sasów w Siedmiogrodzie; oba kraje tolerowały wszystkie sekty, w tym arian, co jednakowo gorszyło jezuitów i Bezę, następcę Kalwina). O odmowie udziału w krucjatach i negacji władzy papieża i cesarza nad poganami (już w początkach XV w.) nie wspomnę. Polska była azylem dla wygnańców z wielu stron świata, miejscem, gdzie swobodnie tworzyli podwaliny pod Oświecenie bracia polscy i czescy. Ważniejsze, iż owocowało to demokracją właśnie (nb.: koncyliaryści z UJ w XV w. najdłużej obstawali przy władzy soboru w miejsce papieża w kościele). Węgrzy już w początkach XIII w. zdobyli przywileje, w istocie będące prawną gwarancją praw człowieka i obywatela. U nas rozszerza się to od XIV wieku, w końcu XV w. pojawia się sejm, a w XVI gwarancje tolerancji i przejęcie Trybunału (sądu najwyższego) przez ogół. W XVII w. radykałowie próbowali zastąpić monarchię demokracją bezpośrednią (rokosz Zebrzydowskiego). A działo się to w czasie, gdy na Zachodzie (głównie pod pretekstem czystości religii) umacniał się absolutyzm, społeczeństwo zaś traciło zdobyte w średniowieczu swobody, a więc system zmierzał dokładnie w przeciwnym niż u nas kierunku. Co więcej, zgoda (demokracja i tolerancja) była warunkiem siły i rozwoju samej Rzeczypospolitej, a gdy pod wpływem obcych wzorów o tym zapomniano - zginęła (dziś oskarżana o anarchię, choć to zimna wojna domowa sprowokowana przez fanów silnej władzy stała się tego powodem - starczy przypomnieć rolę Ciołka Poniatowskiego i zamachu 3 maja w jej ostatecznym upadku).

WJ: Zamach stanu 3 maja 1791? Nie uchwalenie chwalebnej, postępowej Konstytucji? I co takiego zawinił król Stanisław, że mu wypominasz, że był herbu Ciołek?

JW: Akt 3 maja był zamachem,przypis na dole strony2 konstytucję uchwalano pod naciskiem ulicy, zgromadzono też wojsko i poczekano, aż część posłów opuści obrady wyjeżdżając na święta, a tych co pozostali wprowadzono celowo w błąd odpowiednim doborem depesz i mirażem poparcia Prus. Postępowość nie grała tu więc roli, a skutki nie dały na siebie czekać, bo druga strona wezwała inne mocarstwo na pomoc, by dokonać kontr-zamachu, ogół zachował się dość biernie, a Ciołek poparł i tę akcję, i rozbiory Polski podpisał (bojąc się, że inaczej sam będzie musiał zapłacić rachunki za dziwki, a tak zrobiła to za niego caryca Katarzyna) etc. Był to człowiek - wbrew swym ambicjom - słaby, uległy wobec każdej siły, swoimi działaniami zrażający wszystkich, jednocześnie narażający kraj na obce interwencje (często sam o nie występował), którym nie umiał stawić oporu (nawet nie próbował - nie dziwi więc, że pojawił się wówczas wierszyk a propos postawienia przez Ciołka w Łazienkach pomnika Sobieskiego i kosztów tej akcji, kończący się słowami, iż autor dwakroć by na to łożył, by ten król skamieniał a Jan III ożył).

WJ: Wspomniałeś o tym, że Węgrzy dostali od swych władców gwarancje praw obywatelskich dwieście lat przed nami. Czy wobec tego było tak, że idee wolności przyszły do nas z Węgier razem z królami z Węgier: Ludwikiem i Jadwigą, a przynajmniej tą samą drogą? Czy ktoś z historyków próbował to udowodnić?

JW: Poniekąd tak, do Mohacza (1526)przypis na dole strony3 to Węgry były najbardziej rozwiniętym krajem tej części Europy (Czechy zostały zablokowane przez wojny husyckie, my przez późny start i dłuższe niż tam rozbicie dzielnicowe). Oczywiście by się przyjęły, obce wzory musiały trafić na podatną glebę (inaczej rodziły reakcję, jak protestantyzm Niemców przeciw Włochom, czego u nas nie było - własne odczytywanie obcych wzorów to odrębna i bardzo ciekawa kwestia - u nas kultura była młoda i łatwo je przyjmowała, a jednocześnie od zawsze czytała to po swojemu - ortodoksja nie cieszyła się uznaniem - i brała stronę nieoficjalną, Kadłubek kazał nam walczyć z Aleksandrem i Cezarem, Długosz szukać korzeni wśród Sarmatów, nie Rzymian jak ogół Europy, Kochanowski odprawiać posłów greckich w imieniu Troi skrojonej na wzór Rzeczypospolitej, a szlachta z antyku wolała republikański Rzym, cesarstwo - cenione w Europie - mając za przyczynę jego upadku).

Wracając do pytania: z Węgier przyszły do nas swobody (gdy król Kazimierz z Ludwikiem, a potem Ludwik dla swej córki kupowali u szlachty sukcesję tronu w zamian za przywileje, co szlachcie weszło w krew i u pierwszych Jagiellonów wytargowała tyle, że nie dało się już u nas zrobić - mimo prób - monarchii absolutnej), z Węgier też przyszedł renesans (Zygmunt Stary wychowywał się na dworze brata Władysława, króla Czech i Węgier, nie musiał więc czekać z importem włoskich wzorów na Bonę: w Budzie były one żywe od dawna dzięki Andegawenom, którzy mieli posiadłości i w Neapolu i na Sycylii).

WJ: Dodajmy do naszych rozważań anarchizm. Które instytucje, prawa i obyczaje I Rzplitej są z ducha anarchistyczne?

JW: Dla mnie był to umiarkowany anarchizm (w granicach prawa ;-). Najważniejsza była tu oczywiście demokracja bezpośrednia - inaczej niż na Zachodzie, cała szlachta była u nas równa wobec prawa i cała miała prawo uczestniczyć w sejmikach, a to one słały posłów i rozliczały ich z sejmu, to w ich imieniu wetowano ustawy, to one w czas rokoszu i bezkrólewia sięgały po władzę i bezpośrednio (jako konfederacje) ją wykonywały. W sejmiku mógł brać udział każdy szlachcic, a nie tylko wybrani, każdy mógł zostać posłem lub sędzią Trybunału (nie tylko partyjni nominaci i zawodowi prawnicy). To amatorstwo było zresztą częścią większej całości, której przejawem były sylwy (rękopiśmienne księgi szlacheckie, w których sporządzano odpisy z dokumentów, spisywano utwory swoje i przyjaciół etc. - w tamtych czasach osiągały one tą drogą nakłady nie ustępujące wielu drukom, za to nie podlegające cenzurze, w efekcie czego Adonis Marina nie drukowany w żadnym innym kraju, u nas w XVII w. doczekał się aż czterech tłumaczeń). Sądzono, iż każdy może być twórcą (tak samo każdy może być sędzią czy politykiem, jeśli uzna go publiczność, za zasługi, a nie władza, za lojalność i bez względu na poziom tychże).

Tu odbiegnę jeszcze dalej od głównego wątku i wspomnę, iż samo pojęcie twórcy w stosunku do człowieka (a nie Boga) zastosowano właśnie u nas (poeta Sarbiewski w XVII w.), dotąd bowiem uważano, iż człowiek może tylko naśladować (stwórcę, naturę, poprzedników). U nas było inaczej, Kopernik czy Wapowski i Miechowita nie poszli ani za Biblią, ani za antykiem, tak samo jak względem wymogów życia a nie autorytetów tworzono Rzeczpospolitą. Stało się to naszą obsesją i specyfiką do tego stopnia, iż filozofią narodową romantyków (poetów, publicystów i filozofów) stała się filozofia czynu twórczego (to temat na osobny tekst, tu wspomnę tylko, iż szło o tworzenie świata nie wedle praw boga, historii, logiki czy natury, jak swe dzieła uzasadniał post factum Zachód, ale wedle woli człowieka we wspólnocie; jest to bardzo anarchistyczne i nie darmo zwieńczeniem tej drogi jest myśl czołowego polskiego teoretyka i praktyka anarchizmu, Edwarda Abramowskiego, który między bazą warunków życia a nadbudową ustrojową umieszcza sumienie - wybór i czyn każdego człowieka). Choć wychodzi to poza okres I RP, ale jest z jej ducha (co część autorów mówiła zresztą wprost).

WJ: Demokracja szlachecka na szczeblu powiatu (oraz w skali całego kraju przy elekcji viritim) była demokracją bezpośrednią. Liczyłem, że sejmik - zjazd całej szlachty - przykładowo mojego rodzimego powiatu Sochaczewskiego (woj. Rawskie, Mazowsze), mógł liczyć około 700 ludzi - zakładając, że w praktyce stawiała się połowa dorosłych mężczyzn. Ale obecnie, przy prawach politycznych dla wszystkich dorosłych, podobny powiat musiałby być bardzo mały i musiałoby być ich bardzo dużo - kilka tysięcy w Polsce. Czy nie jest tak, że demokracja bezpośrednia załamuje się przy obecnym zaludnieniu? Że była przewidziana dla dużo mniej licznych społeczności?

JW: Problem polega na tym, jak wielką skalę chcemy przyjąć, jak wielki musi być nasz świat. Przecież normalnie człowiek nadal żyje w plemionach liczących kilkadziesiąt-kilkaset osób. Krewni, znajomi, sąsiedzi, współpracownicy... Cała reszta, to ludzie których mijamy obojętnie i którzy są nam równie obcy jak Niemiec, Chińczyk czy Marsjanin. Z nimi moglibyśmy współpracować na zasadach polityki zagranicznej. To państwo i wielkie koncerny (w mniejszym już dziś stopniu kościoły) wymuszają na nas współpracę z nimi, każą ustalać wspólne prawa, politykę czy podatki i ich rozdysponowanie etc. z ludźmi, których nigdy w życiu nie zobaczę i którzy mogą doskonale obyć się beze mnie (z wzajemnością). Nie idzie więc o liczbę ludzi, a o narzuconą przymusem (a więc fałszywą) wspólnotę. Skoro są państwa wielkości Andory czy niektórych kantonów Szwajcarii (gdzie stosowano demokrację bezpośrednią), to znaczy że da się żyć bez imperiów czy molochów w stylu Rosji, USA i zjednoczonej Europy. Nie idzie mi przy tym o zamknięcie na świat, a jedynie o dobrowolność więzi z nim.

WJ: Szlachta miała prawo (święte!) noszenia broni i bezpośredniej obrony i fakt ten miał podstawowe znaczenie dla jej kultury, etosu i ustroju. Czy współczesna samorządna rzeczpospolita również byłaby wspólnotą uzbrojonych mężczyzn?

JW: Nie widzę takiej potrzeby, wówczas wynikało to z tradycji (z czasem bardziej niż z potrzeby - Polska od połowy XIV do połowy XVII w. nie toczyła wojen na swoim terytorium, pomijając pogranicze), choć nie wykluczam tego (gdyby np. okazało się, że jesteśmy światowymi terrorystami i agresja bliższego czy dalszego otoczenia uniemożliwiała własną drogę rozwoju, trzeba byłoby się bronić, ale nie tylko zbrojnie i nie sami mężczyźni jak sądzę).

WJ: Ustrój I Rzeczypospolitej był dwubiegunowy: z jednej strony zdecentralizowana szlachta, jej samorządy i sejmiki, z drugiej scentralizowany król, służący przede wszystkim do utrzymania armii i obrony przed zewnętrznym wrogiem. Jaki widziałbyś we współczesnym odpowiedniku Rzeczypospolitej zakres władz centralnych? Czym zajmowałby się współczesny odpowiednik króla?

JW: Przede wszystkim, ta biegunowość była źródłem zimnej (a czasem i gorącej) wojny domowej, a więc słabości RP. Dostrzegano to już wówczas, a Stanisław Dunin-Karwicki w początku XVIII w. radził, by szlachta pozbawiła króla demoralizującej władzy rozdawnictwa dóbr i urzędów, pozbawiając tym wpływu i jego kreatur, magnatów, zaś bezpośrednią władzę miał przejąć stały (a nie zwoływany doraźnie) sejm. Polityka zagraniczna w rękach królów stała się źródłem katastrofy RP. I tak dzieje się dziś (rząd i prezydent bez zgody sejmu i wbrew woli narodu wplątali nas w wojnę z Irakiem by przysłużyć się obcym mocarstwom - to typowe przykład, jakich mnóstwo w dziejach I RP). Dlatego nie należałoby niczego pozostawiać władzy (różnej od samorządu), albo ustawić się do niej jak I-a Solidarność do PRL, jako do wroga, którego trzeba się pozbyć, a przynajmniej permanentnie kontrolować i paraliżować jego wyskoki.

WJ: Czy do tej pory w Polsce pozostały jakieś echa, ślady dawnej Rzplitej i jej szlacheckiego anarchizmu? Czy w jakimś stopniu jesteśmy wciąż Sarmatami?

JW: Coraz mniej tego, I Polska (szlachecka) praktykowała to, II (inteligencka) głównie gadała, a parę prób wcielenia tego w życie skończyło się porażką, w III (kapitalistycznej) nie śmiemy o tym marzyć (poza grupami skrajnej alternatywy, które często nie mają świadomości tego, że idą przetartą już drogą).

WJ: Czy widzisz szansę przejścia od obecnego ustroju do samorządnej rzeczypospolitej (nawiązującej do dawnej Sarmacji...) poprzez bunt, wypowiedzenie posłuszeństwa obecnemu państwu? - którego instytucje pozostałyby jednak, nie obalone przez rewolucję, lecz ograniczane przez reprezentację oddolną?

JW: Bunt może być tylko początkiem, ale sam z siebie niczego nie tworzy (jest tak samo do władzy jak niewola, choć nie za nią, lecz przeciwko niej). Raczej szłoby o samoorganizację, budowanie oddolnego społeczeństwa (czyli ludzi zorganizowanych, bo nie jest nim zatomizowana masa), które mogłoby nawet nie obalać już zbędnej mu do życia władzy (chyba że stałaby się agresywna i usiłowała gwałtem utrzymać swą pozycję). Czy to możliwe? Na dziś widzę to kiepsko, nie ma już tej solidarności, co w 1980/81 roku, króluje egoizm i pogoń za kasą dla siebie samego, kosztem innych. No i nadal ludzie nie są w stanie zrobić czegoś sami, ale wołają do władz "daj"! Póki to się nie zmieni, póki nie wyczerpią złudzenia, że może być u nas tak, jak na Zachodzie X lat temu, za socjalu, nie widzę szans. Choć z drugiej strony nie brak jaskółek nowego (starego) świata, który człowiek tworzy sam dla siebie we wspólnocie, choć póki co małe to i dość słabe (myślę o środowiskach alternatywnych, choć Henryk Kliszko szuka tego i w polskiej wsi - czas pokaże czy to tylko nasze złudzenia).

WJ: Aby dziś poważnie myśleć o wzorach sarmackich, aby uważać je za poważną alternatywę (wobec tego, co się dzieje u nas i nie tylko u nas), musiałyby ona wygrać porównanie z nowoczesną demokracją zachodnią (ostatecznie, wysoka ocena zachodniej demokracji jest ważnym powodem, dla którego Polacy chcą dziś porzucać swoje własne państwo i przechodzić do Unii Europejskiej). Gdzie, w których przypadkach widzisz wyższość demokracji sarmackiej nad współczesnymi ustrojami Europy Zachodniej i Ameryki Północnej (pomijając ze dwie setki ich mniej lub bardziej udolnych naśladowców)?

JW: Głównie w zabezpieczeniach przed alienacją - demokracja zachodnia dla jednostki niczym w praktyce nie różni się od systemów autorytarnych. Z przestrzeganiem praw jednostki bywają problemy tu i tam, zaś prawa obywatela do kształtowania swego życia są podobne - bo co z tego, że raz na cztery lata można rzucić do urny kartkę wyborczą, skoro nie można potem zmusić posła by dotrzymał obietnic, w konkretnych sprawach szedł za głosem wyborców a nie swej partii, odwołać go, kiedy tego nie czyni etc., a jeszcze trudniej wpłynąć na rząd (to i w I RP nie zawsze się udawało, można było go tylko hamować nie dając kasy, nie uchwalać podatków na awantury, lub dawać kasę za ustępstwa, jak Zygmuntowi Augustowi i Batoremu, którzy za poparcie wojny z Rosją zgodzili się na egzekucję dóbr, doprowadzili do realnej unii z Litwą i oddali szlachcie sąd trybunalski). No i fakt, iż w sejmikach (czy kołach konfederackich) panowała demokracja bezpośrednia, co sprawiało, iż człowiek uczył się współudziału w rzeczypospolitej, praktykował samorządność, do czego dziś nie ma okazji, głosując (lub nie) raz na parę lat, na co dzień zbędny władzy i nie mogący się wypowiedzieć czy wpłynąć na nic, nawet na poziomie lokalnym.

WJ: Czy koncepcje wolnościowe z ducha, anarchistyczne lub libertariańskie, mogą istnieć tylko na zasadzie wszystko albo nic? Czy też - inaczej - można wyobrazić sobie ruch polityczny, który będzie budował społeczeństwo wolnych ludzi po trochu, po kawałku, na zasadzie małych kroków? I czy możemy dzisiaj wyciągnąć jakieś praktyczne wnioski z tego, jak powstawała wolnościowa I Rzplita?

JW: Nie muszą i właśnie I RP jest na to najlepszym przykładem (a próbowała tego i I-a Solidarność), organizując społeczeństwo wobec (czy wręcz - przeciw) władzy (bez czego jest ono masą atomów, nie żadnym społeczeństwem, zorganizowaną wspólnotą, narodem - za naród [polityczny] miano szlachtę właśnie dlatego, że inaczej niż plebejusze umiała się zorganizować i solidarnie walczyć o swoje). Największym błędem II-ej Solidarności było wejście w układ, zamiast obalenia go lub trwania po stronie społeczeństwa na zewnątrz, w opozycji. Tego nie zrobiła I RP, walcząc z królami, czasem się dogadując, ale nie godząc się na zostanie dworakami (stąd niechęć do elit orderowych, tytułów różnicujących społeczność szlachecką, ale i próby odebrania władcy rozdawnictwa dóbr i urzędów, by nie mógł kupować stronników władzy przeciw narodowi). Czego zabrakło, to konsekwencji, choć wynikało to może z lęku o przegięcie w drugą stronę, ku jakobinizmowi, ale i ze zwykłego lenistwa ludzi zadowolonych z siebie i swego życia.

WJ: Czy poza Polską tradycje sarmackiej wolności są gdzieś znane? Czy słyszałeś o jakichś nurtach, prądach, które na sarmatyzm powołują się jako na swoje korzenie lub inspiracje?

JW: Wątpię (ja w każdym bądź razie z niczym takim się nie spotkałem). Pomijając kilku badaczy kultury staropolskiej, jak Endre Angyal (w swoim "Świecie słowiańskiego baroku" umieszcza i swych rodaków Węgrów oraz Rumunów i Litwinów, bo to ten sam krąg kulturowy) czy Claude Backvis (wstyd powiedzieć, ale więcej mnie oni nauczyli o wielkości naszej tradycji niż ogół uczonych polskich), czy jakichś unitarian pamiętających, skąd pochodzi ich kościół, ogół nie zna nas i to nie tylko z tej strony: czytając wiele opracowań zachodnich można pomyśleć, że poza nimi nic nie ma, co najwyżej może jakieś ich kolonie; więcej można znaleźć czasem w opracowaniach rosyjskich, bo znajdzie się tam też Rosję czy jej część Azji, a my jak za czasów Czarnej Śmierci w XIV w. jesteśmy w jakimś oku cyklonu, jakby nieobecni, na dobre i na złe. Jeśli sami o sobie nie przypomnimy, inni zrobią wszystko, by nam nas zohydzić (jak po rozbiorach I RP) i sprzedać nam swój kit.

31 marca - 1 kwietnia 2003, Milanówek i Gdańsk

(C) Janusz P. Waluszko"

(pytał Wojciech Jóźwiak)

Przypisy

[1] protestantyzm 100 lat przed Lutrem
- Oczywiście chodzi o ruch husycki. Jana Husa spalono na stosie na soborze w Konstancji w 1415 roku.wróć do treści

[2] Akt 3 maja był zamachem...
Zobacz: Stanisław Górka, Targowica inaczej; w:"Gazeta An Arché" nr 27, maj 1995. Wysoce znaczące jest, że rocznica tego wydarzenia - 3 maja - jest ogłoszona polskim narodowym świętem! Trudno o dobitniejsze odrzucenie dziedzictwa I Rzplitej.wróć do treści

[3] do Mohacza (1526)
Skutkiem przegranej bitwy pod Mohaczem większa część Węgier dostała się pod panowanie tureckie; Turków wyparli Habsburgowie sto kilkadziesiąt lat później w wyniku wojen, które nastąpiły po odsieczy wiedeńskiej 1683.wróć do treści



Inne sarmackie teksty Janusza Waluszki:

W "Tarace":

na stronach Jacka Sierpińskiego:





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)