Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 sierpnia 2011

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki (odcinków: 148)

Alaska, starsza siostra Taraki

Kategoria: Projekt Taraka

« Szukam szamanów w Googlach Księga teonanacatl »

Pisałem o córkach – filiach Taraki, teraz o starszym rodzeństwie. Jakoś zimą z 1993 na 94 wszyscy rzucili się oglądać serial „Przystanek Alaska”, oryginalnie Northern Exposure, więc raczej „Widok na północ”. Ale ktoś tak przetłumaczył, tamten tytuł się przyjął, a nawet po polsku nabrał smaków nieobecnych w angielszczyźnie, sugerując, że film jest o poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, miejsca, gdzie mogliby „przystanąć” wędrowcy-wygnańcy. W tamtych latach każdy w Polsce po części czuł się takim wędrowcem, wypuszczonym w drogę w nieznaną przyszłość, ku niejasnym obietnicom. „Przystanek Alaska” ewokował wieczne marzenia o jakieś obiecanej ziemi, którego to sensu raczej twórcy filmu (Joshua Brand [także...] i John Falsey) w swoje dzieło nie zamierzali włożyć. Powoli oglądanie kolejnych odcinków, nie pamiętam już w który dzień tygodnia, stało się rodzinnym rytuałem; zwłaszcza nasi synowie, wtedy 12 i 10-letni, zostali jego fanami. Nowy wymiar „Alasce” nadała Irena Groblewska, nasza warszawska przyjaciółka, która wymyśliła i wykreowała tzw. Nieformalne Stowarzyszenie Miłośników Przystanku Alaska, a ogłosiwszy je w TV, dostała masę listów – kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy! – od współ-entuzjastów. Zaczęliśmy działać, z początku w trójkę: Irena, moja żona czyli Ela Bazgier i ja. Wydaliśmy dwa numery gazetki pt. „Przystanek Alaska” – takie rzeczy robiło się wtedy na papierze, Internetu jeszcze nie było; tzn. był, ale znany tylko wśród informatyków, zresztą wtedy pierwszy raz spotkałem się z tym wynalazkiem. Wciąż głównym środkiem kontaktu był telefon i papierowe listy, czasem faks... Mam wrażenie, że pomysł zebrania ludzi wokół tej lub podobnej idei był w pewnym sensie przedwczesny: brakowało narzędzia, które takiej akcji nadałoby właściwy impet, czyli właśnie Sieci.

alaska_01.jpg alaska_02.jpg

Haftowane pejzaże, dar jednej z miłośniczek „Przystanku Alaska”, przysłane w 1994 r.
Nazwiska twórczyni niestety nie zanotowałem.

Gazetkę współ-redagowałem i pisałem do niej teksty, w tym o indiańskich szamanach, co miało ciekawy ciąg dalszy. Występowałem w tej gazetce pod dwiema tożsamościami, co też wyprzedzało internetowe czasy, kiedy wszyscy zaczęli kryć się za swoimi awatarami, e-tożsamościami. Pisałem normalnie i solidnie jako Wojciech Jóźwiak, i krytykancko-czepiacko jako Józef Wojtczak. Powody do krytyki znalazłem szybko, bo łatwo było zauważyć, że przyroda i krajobraz serialu oraz sposób życia mieszkanców niewiele miały wspólnego z Alaską, nawet jeśli się tam nie było. Realizatorzy nie kryli, że kręcą plenery w Roslyn, po-górniczym miasteczku w górach nad Seattle, dobre półtora tysiąca kilometrów na południe do rzekomego Cicely na Alasce. Ale mogliby zachować pozory i np. nie pokazywać na ekranie orzecha – orzechy-drzewa przecież na Alasce nie rosną! W listopadzie na Święto Dziękczynienia powinien leżeć śnieg, tymczasem w filmie na krzakach były pomidory. Itd., itp., mój Księżyc  w Pannie skwapliwie te kiksy wyłapywał. Wkrótce okazało się, że film jest podszyty lewacką propagandą: Władimira Lenina (był tam w pewnym odcinku historyczno-retrospektywnym!) przedstawiono jako sympatycznego wujaszka. Stopniowo „Przystanek Alaska” przestał mnie bawić. Twórcom kończyły się pomysły i było to widać; serial po początkowej dawce magicznego realizmu wyraźnie słabł. Ale były i momenty znakomite, jak odcinek pt. "Kaddish for Uncle Manny", gdzie dr Joel Fleischman przełamuje swoje plemienno-żydowskie uprzedzenia i zgadza się zmówić kadysz za wujka wraz z  różnoreligijnymi sąsiadami z Cicely. Tamże w monumentalnej scenie-śnie Fleischman wychodzi przed swój gabinet, aby spotkać się z czwórką czy szóstką, nie pamiętam, rasowych konnych i coltnych cowboyów-rangerów jak z reklamy Marlboro, którzy wszyscy okazują się nosić żydowskie nazwiska. Nie było chyba w filmach lepszej sceny, w której Żydzi aż tak do rdzenia zostaliby utożsamieni z Ameryką, przyjęli ją wraz z całym jej mitem za swoją ojczyznę.

Alaskowe „nieformalne stowarzyszenie” urządziło latem 1994 swój zjazd w Olecku. Ja akurat nie byłem. Ale w alaskowym ruchu udzielała się Tanna Jakubowicz-Mount, która rok później – wiedząc, że pisałem o Indianach i szamanach - ściągnęła mnie na pierwsze polskie warsztaty prowadzone przez Davida Thomsona i Matti Davis-Wolfe. Które okazały się moim wejściem na Ścieżkę, w pewnym stopniu szamańską.

Wiosną 1997-go podłączyłem się do Internetu i zacząłem wydawać swoją stronę, czyli Tarakę. Doświadczenia z „Alaską” bardzo mi się przydały. Wtedy, przy „Alasce” połknąłem bakcyla wydawania własnego zinu i dopiero w nowym medium, w Internecie, mogłem to zrealizować tak jak chciałem.



« Szukam szamanów w Googlach Księga teonanacatl »

komentarze

[foto]

1. Fleishman w drodze... • autor: Nes W. Kruk2011-08-17 20:42:55

Jestem fanem tego serialu. Bugi traktuję z przymrużeniem oka i raczej jako ciekawostki. Gdy oglądałem go po raz pierwszy, fascynował mnie świat, w którym każdy jest inny a jednak wszyscy stanowią pewną grupę, plemię. Chyba wówczas obudziła się we mnie tęsknota za plemieniem, w którym nie trzeba być anonimowym.

Dziś już inaczej oglądam ten serial (obejrzałem go kilka razy). Przede wszystkim widzę w nim opowieść o transformacji i inicjacji. Oto młody lekarz (a więc i uzdrowiciel) zostaje zesłany by spłacić dług zaciągnięty w czasie nauki. Dla niego samego jest to jak śmierć - z dala od cywilizacji. W trakcie swojej podróży przechodzi kolejne etapy, od buntu aż po akceptację siebie samego. W pewnym momencie stał się wręcz swoim przeciwieństwem - lekarz Żyd z Noweg Jorku mieszkający w szopie, którą trudno nazwać domem, w wiosce bez prądu, bieżącej wody, sklepów. Cała ta podróż jest jego drogą, stawaniem się uzdrowicielem. Jest odcinek o tym, jak stracił swoje cenne rzeczy, w innym zostaje pożarty przez gigantyczną rybę. Spotyka też na swojej drodze autentycznych szamanów. Nie przestaje być lekarzem, ale staje się kimś, kto uzdrawia. Uczy się nie dostrzegać w pacjentach jednostek chorobowych, ale właśnie ludzi.

W serialu jest mnóstwo ukrytych symboli i trudno byłoby wymienić je wszystkie. Do tego przerysowane postacie sprawiają wrażenie wręcz surrealistycznych w połączeniu z elementami fantastycznymi. Gdy oglądam ten film teraz, mam wrażenie, ze oglądam czyjś sen a postacie z filmu są tą samą osobą, wyrażają jedynie różne jej części. Główną postacią jest oczywiście Joel - to opowieść o jego podróży.

Ciekawi mnie na ile twórcy serialu kierowali się wskazówkami autentycznych szamanów, bo w samym filmie dostrzegam mnóstwo symboli szamańskich nie tylko z uwagi na obecność autochtonów.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)