Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

26 marca 2015

Maciej Szymczak

Albania: gdzie diabeł mówi dobranoc. Część I

Kategoria: Podróże i regiony

Staliśmy w milczeniu, obserwując burzę. Otoczeni ciszą, w miejscu gdzie diabeł mówi dobranoc, wyczekiwaliśmy kolejnego świetlistego znaku. Piorun runął z nieba z ogromną siłą, budząc trwogę w naszych sercach. Niebo rozbłysło, rozdzierając nocny firmament swymi świecącymi pazurami. Co innego żywioł ten oglądać zza okien domowych pieleszy, wtulonym w fotel, słuchając nastrojowej muzyki. Co innego stać przy krawędzi przepaści, w najbardziej niedostępnych górach Europy, wypatrując w ciemnościach celu swojej podróży. Fascynacja miesza się ze strachem, radość z niepewnością. Czuje się na karku oddech przygody, ta słodka niepewność, to, że wreszcie życie nie toczy się z góry wytyczonym planem. Niebo zajaśniało, gromy tańczą, tworząc świetliste refleksy. W oddali majaczą zarysy budynków mieszkalnych, a za nimi otulone stromymi szczytami jezioro. W blasku niebiańskich pochodni dostrzegamy wąską drogę, schodzącą gwałtownie w dół poplątanymi serpentynami. Stoimy chwilę w ciszy, chłonąc tą niezwykłą atmosferę. Przed nami ciemność rozświetlana kaprysami burzy, za nami blask reflektorów pojazdu, którym poruszamy się po tym bezludziu. We wcześniejszym założeniu drogę, dzielącą Szkodrę od Komani, mieliśmy pokonać w najwyżej w półtorej godziny. Przecież to niecałe 70 km. Minęły już prawie trzy i zanosi się na kolejną. Wokoło nagie szczyty i wszechobecna cisza, a pośród tego wszystkiego my, posuwający się powoli samochodem z prędkością nie przekraczającą 30 km/h. W tym momencie zakochałem się w Albanii i wiedziałem, że scenę tę zapamiętam do końca życia. Zjeżdżamy ostrożnie, modląc się, aby nie zboczyć z jezdni. Koła balansują nad przepaścią, nie ma żadnych barierek, żadnych zabezpieczeń, a jezdnia jest niezwykle wąska. Wypuszczamy z płuc ciężkie niczym ołów powietrze, przed nami wyrastają pierwsze budynki mieszkalne. Udało się! Jakimś cudem dotarliśmy do Komani! Cali i zdrowi. Mocno zmęczeni rozglądamy się za jakimś pensjonatem, ale miasteczko wydaje się być obumarłe. Tuż przy porcie mruga słabym światłem neon. Dochodzi 23:00, żywimy nadzieję, że będzie otwarte. Na szczęście karczma wciąż działała, choć byliśmy jej jedynymi klientami. Oczekując na zamówienie poczułem się jakbym został przeniesiony do „Strefy Mroku”. Czuje się jakoś tak nierealnie, jak bohater klimatycznego dreszczowca. Atmosfera filmu grozy rozmyła się za sprawą właścicieli restauracji, którzy to okazali się być przemiłymi młodymi ludźmi. Konsumując nasz pierwszy albański posiłek, wypytujemy o nocleg. Na szczęście jest tutaj jeden jedyny hotel, w którym możemy przenocować. Gospodarze dzwonią, pytając o wolne miejsca. Są. Za jedyne 10 euro od osoby. Nasyciwszy się tradycyjnym jadłem, kierujemy swoje kroki do hotelu, który znajduje się nieopodal. Niewielkich rozmiarów obiekt stoi na uboczu, o tej porze roku opustoszały. Jesteśmy jedynymi gośćmi w tym przybytku, poza sędziwym właścicielem, nikt tu nie mieszka. Wiedzeni dziecięcą ciekawością, zwiedzamy poszczególne kondygnacje, odkrywając sekrety tego miejsca. Klimat trochę jak z "Lśnienia", coś niepokojącego wisi nad głową. Odkrywamy salon z kominkiem, przy którym ogrzewa się gospodarz budynku. Witamy się nieśmiało, pozdrawiając go w ojczystym języku. Speszony, zaprasza nas na małe co nieco. Na stole ląduje Skandenberg, który przełamuje lody i rozwiązuje języki. Jest pewien problem z komunikacją, kierownik nie zna angielskiego ani niemieckiego, włada jedynie włoskim, który jest językiem całkowicie dla nas obcym. Ale potrzeba matką wynalazku. Leciwy Albańczyk przynosi blok papieru i długopis. Komunikujemy się za pomocą graficznych znaków. Marny ze mnie rysownik, gdy kreślę sylwetkę wilka, zachodzi on w głowę o jakie zawierzę mi chodzi:

- Wilki? Są Wilki? Wolf? – pytam.

Staruszek myśli intensywnie, marszcząc czoło.

- Aaa, viku – odgadł zadowolony z siebie.

Dowiadujemy się, iż nie ma tu wilków. A niedźwiedzie, owszem, są, czasem podchodzą. No i oczywiście orły. W końcu jesteśmy w ojczyźnie tych majestatycznych ptaków. Kalambury rozkręcają się, dopingowani koniakiem porozumiewamy się coraz lepiej. Gospodarz został w kraju sam, cała jego rodzina przeniosła się do Włoch. On jeden pozostał i dogląda rodzinnego interesu. W doskonałym humorze żegnamy się z naszym rozmówcą i idziemy spać. W łóżku odczuwam dopiero zmęczenie po trudach podróży. Oj, dopiero teraz dało się nam we znaki. Mimo to zasnąć nie mogę. Słyszę jakieś zgrzyty, skrzypy, stukoty. Czyżby hotel był nawiedzony?

Rankiem gospodarz obdarowuje nas pełną torbą winogron i soczystych brzoskwini. Żegnamy się pamiątkowym zdjęciem i ruszamy do portu. Chociaż wczoraj miasteczko wdawało się opustoszałe, kolejka w oczekiwaniu na prom jest olbrzymia. Czekamy cierpliwie, kręcąc się koło samochodu. I kolejna niespodzianka, parę metrów dalej spotkaliśmy naszego rodaka. Pan Sławek, emerytowany nauczyciel geografii z Koszalina, od lat przemierza Bałkany. Aby zaoszczędzić śpi w samochodzie. Nie przeszkadza mu to, gdyż podróżowanie jest wartością samą w sobie. Rozmawiamy, wymieniając się doświadczeniami. W końcu kolejka ruszyła, wreszcie wjeżdżamy na pokład „Jezerce X”. Stateczek jest w katastrofalnym stanie, ale kto by się tam przejmował, mając takie widoki dokoła. Większość z pasażerów spędza rejs pod pokładem, w małej kantynie, gdzie można zamówić kawę lub coś mocniejszego. Wiele razy odbywali tę podróż, więc fantastyczne pejzaże nie robią na nich już wrażenia. My stoimy na burcie, fotografując wspaniałe okoliczności przyrody. Dwugodzinny rejs z Komani do Fierze do złudzenia przypomina rejs po norweskich fiordach.

Albania



Albania

Albania

To jedyne miejsce na świecie, gdzie za śmiesznie małe pieniądze można cieszyć oczy krajobrazami rodem z zatoki Milford Sound w Nowej Zelandii. Rejs mija w oka mgnieniu, moglibyśmy płynąć jeszcze dłużej, podziwiając strome klify, wpadające pionowo do turkusowych wód jeziora. Zauroczeni pocztówkowymi portretami, opuszczamy prom i zagłębiamy się w „Góry Przeklęte”, jak nazywają je miejscowi. Ku naszemu zaskoczeniu poruszamy się po gładkim asfalcie, wcześniej na forach wyczytałem, iż dotarcie do doliny Valbone możliwe jest tylko samochodem terenowym. Ryzyko się opłaciło! Podróż przebiega gładko, mijamy dziko pasące się konie. Ale nie może w końcu być aż tak łatwo. Asfalt się urywa, wjeżdżamy na żwirową drogę, redukując prędkość do minimum. Nie jest źle. Nawierzchnia nadal dobra, brak dziur i wyrw. Przed nami wyrasta wąwóz, wysokie ściany otaczają nas z dwóch stron. Po prawej płynie rzeka, która jest jedynym drogowskazem wiodącym nas do górskiej wioski. Jest dziko i niedostępnie. Pięknie. Czuje się, jakbym poruszał się po pustkowiach Pakistanu. Tak, to już zupełnie inny świat... Pojawia się tabliczka, a wraz z nią kończy się droga. Wjeżdżamy do szerokiej doliny otoczonej wysokimi górami. Poruszamy się po wyschniętym korycie rzeki. O dziwo duży wybór noclegów, praktycznie każdy mijany dom ma w swojej ofercie pokoje do wynajęcia. Wybieramy jeden z nich na chybił trafił. Dostajemy duży pokój z pełnym wyżywieniem za jedyne 15 euro na dobę. Aż chce się żyć. Zaraz po rozpakowaniu ruszamy na mały rekonesans po okolicy. Kto by odpoczywał w takim rajskim plenerze:


Albania

Albania


Czuje się osaczony pięknem matki natury. Podziwiam zachłannie krajobrazy, chcąc wyryć jak najgłębiej w pamięci tę chwilę.

Albania


Spacerujemy w doskonałym humorze, ciesząc się słońcem. Kierujemy swoje kroki ku jedynemu w tych stronach schronisku górskiemu. Nagle na drodze pojawił się uzbrojony mężczyzna. Wyszedł w naszym kierunku, zastępując nam drogę. Trochę się przestraszyliśmy, słyszeliśmy, iż w tych rejonach niegdyś bywało niebezpiecznie. Kryli się tutaj mafiosi niesławnych gangów albańskich, a przeciętny turysta nie mógł czuć się pewnie. Na szczęście to tylko pasterz, a strzelba jest mu potrzebna do ochrony swojego stada przed wilkami (wcześniej słyszeliśmy, iż ponoć ich tutaj nie ma). Gawędzimy w przyjaznej atmosferze, oczywiście posługując się językiem ciała, w inny sposób nie sposób się porozumieć. Żegnamy się i kontynuujemy nasz zwiad. Schronisko trochę na wzór naszych tatrzańskich, z kultową ponoć restauracją, znaną w tych stronach. W środku paru miejscowych siedzi przy barze, popijając rakiję. Zasiadamy do stołu, chcąc skosztować lokalnych specjałów. Niestety, nic nie jest tak proste, jakby się mogło wydawać. Karta Menu tylko w języku albańskim, nie możemy rozszyfrować nazw dań. Prosimy o pomoc kelnera, ale on też mówi jedynie w ojczystym języku. W sumie wybieramy na chybił trafił, zaznaczamy tylko, że żona jest wegetarianką.

- No meat, vegetables - kelner stoi jak osłupiały z wycofanym uśmiechem. Niestety nie zrozumiał, gdyż żona dostaje wątróbkę. Czy to złośliwość względem roślinożerców, czy nie, tego się już nie dowiemy. Ja na szczęście dostałem tartę z sera, wiec możemy się wymienić i wszystko gra. Zamawiamy także doskonałe kosowskie piwko: peja. Rozleniwiliśmy się strasznie, czas szybko ucieka, zrobiło się już za późno na zaliczenie ekspozycji górskiej. Wracamy na kolację do naszej agroturystyki. Dzisiaj kładziemy się wcześniej, gdyż jutro planujemy zdobyć jakiś szczyt. Wstajemy rano wypoczęci. Po śniadaniu udajemy się na małą naradę. Żadni z nas alpiniści, a doświadczenie w wędrówkach górskich mamy przeciętne. Decydujemy się pokonać mało wyczerpujący szlak do widowiskowych wodospadów, znajdujących się około 1,5 godziny stąd. Gdy wszystko pójdzie gładko, zaliczymy też przełęcz, prowadzącą na wyższe szczyty. W teorii wygląda wszystko świetnie, początkowo również nie napotykamy w naszym trekkingu większych problemów. Z czasem jednak coraz częściej zbaczamy ze szlaku, gubiąc drogę. Problemem okazuje się kiepskie oznakowanie tras pieszych, a w zasadzie jego brak. Początkowo odnajdujemy zielone kropeczki na okolicznych kamieniach, później to już zabawa w przysłowiową ciuciubabkę. Mapa niestety nic nam nie pomoże, nie mamy żadnego punktu odniesienia, nie możemy zlokalizować w terenie, kreślonych na karcie linii. Poruszamy się po omacku, nie wiedząc, czy podążamy we właściwym kierunku. W końcu odzywa się rozsądek, który nakazuje nam wracać. To „Góry Przeklęte”, nie bez powodu nazwane najdzikszymi w Europie. W drodze powrotnej napotykamy ukryty w zaroślach dom. Może gospodarze wskażą nam właściwą drogę. Sympatyczna albańska rodzina wita nas w progu i ugaszcza u siebie w domu. Na szczęście ich najmłodszy syn chodzi do szkoły i zna angielski. No to mamy z górki! Okazuje się, że w tej części kraju żyją głównie chrześcijanie wyznania katolickiego. W północnej części kraju wyznawców Mahometa w zasadzie brak (jak się okaże, w pozostałej części kraju również nie są zbyt widoczni). Lulasz jest oczkiem w głowie swojego ojca, zamierza wyjechać na studia do Tirany, aby wieść inny, lepszy żywot. Nie chce pójść w ślady ojca i zostać pasterzem. Chce się kształcić, w czym cała rodzina gorąco mu kibicuje. Gospodyni częstuje nas własnymi wypiekami: chlebem oraz ciastem. Opowiadamy o naszym kraju, o sytuacji politycznej w tej części starego kontynentu. Domownicy słuchają nas z uwagą, dla nich my Polacy jesteśmy wzorem udanej reformy gospodarczej. W przyszłości marzą o podobnym statusie dla Albanii, chcieliby, aby kraj, w którym żyją, stał się nowoczesnym europejskim państwem. Siedzimy w milej atmosferze, gawędząc o wszystkim i o niczym. Okazuje się, że prowadzą oni również agroturystykę i od czasu do czasu przyjmują turystów. Zazwyczaj zbłąkanych, takich jak my. Pan domu częstuję nas zimnym piwkiem, które w tych okolicznościach przyrody smakuje wyśmienicie. Robimy pamiątkowe zdjęcie, poddając się rozleniwiającej atmosferze:

Albania


Czas jednak się zbierać, w końcu mamy małą misję do wykonania. Pytamy się o wodospad i o przełęcz, gospodarz składa propozycję nie do odrzucenia. Za symboliczną opłatą Lulasz nas tam zaprowadzi. Ale tylko na wodospady, gdyż na przełęcz jest już niestety za późno. Wszystko ugadane, a więc ruszamy! Lulasz mknie przed siebie, skacząc po skałach niczym kozica górska. Przedzieramy się przez gesty bór, potykając o chwiejące się kamienie. Cały czas poruszamy się dzikim traktem, sami byśmy nigdy tam nie trafili. Robi się coraz bardziej stromo. Lulasz znika nam za horyzontem, my dyszymy, próbując go dogonić. Wspinamy się mozolnie, przeciskając pomiędzy powalonymi pniami drzew, ocierając nogi o wystające z gruntu skały. Co gorsza, pogoda się zmieniła, zaczyna siąpić deszcz. Zanim wydostaliśmy się z labiryntu leśnych zarośli, rozpadało się na dobre. Musimy uważać, aby nie skręcić nogi, albo co gorsza nie runąć ze skalnej półki, na którą się wdrapujemy. Słychać szum, zbliżamy się do wodospadu. Spływa malowniczo kaskadami z 20 metrowego urwiska. Lulasz zdążył się już znudzić oczekiwaniem na nas. Ten gibki 12-latek ma na sobie sandały, a my w butach górskich czujemy się jak zdegenerowani starcy, którzy lata świetności mają dawno za sobą. Łapiemy pejzaże w ramki za pomocą aparatu cyfrowego, rytualnie wypalając papierosa. Wracamy już wolniejszym tempem, luźno dyskutując z naszym młodocianym przewodnikiem. Na koniec wymieniamy adresy, żegnając się zapewne na zawsze, ale kto wie, co przyszłość przyniesie?

Do naszego domku docieramy wyczerpani, ale szczęśliwi, w końcu coś tam liznęliśmy tych „Przeklętych Gór”. To nasza ostania noc w pięknej dolinie Valbone, więc umilamy sobie wieczór butelką miejscowego specjału. Skandenberg przyjemnie pali w gardle, rozluźniając zmęczone mięśnie. Lekko wstawieni oglądamy mapę (na cóż nam ona) i obmyślamy trasę do Beratu. Decydujemy się na krótszą, w naszym mniemaniu, drogę. Skrót przecina pasmo górskie w okolicach Bajram Curri i co najważniejsze, oszczędzamy aż 150 km. Wszyscy miejscowi doradzali nam dłuższą drogę przez Kosovo. Ponieważ nie chciało nam się ryzykować dłużyzn na granicy państwowej, zdecydowaliśmy się zignorować ich rady. Nazajutrz pożałowaliśmy swojej decyzji...


Albania północna mapa
Północna Albania


Korekta przez: Radek Ziemic (2015-04-03)


komentarze

[foto]

1. Niesamowite krajobrazy • autor: Wojciech Jóźwiak2015-03-27 08:38:09

Albania wciąż u nas nieznana! Jeździmy do Chorwacji, jeździmy do Grecji, a do leżącej pomiędzy Albanii nas nie ciągnie.
Te niesamowite krajobrazy na zdjęciach mnie zmyliły: najpierw myślałem, że te "fiordy" to naprawdę zatoka morska, jak Kotor po sąsiedzku w Czarnogórze, ale z mapy widzę, że na wybrzeżu nie ma takich miejsc w Albanii. Ale znalazłem na mapie Valbone i Komani, a ten fiord to zalew na rzece. Ciekawe jak ta rzeka (Valbone? Drin?) wyglądała zanim zbudowano zaporę?

2. Albania - polecam! • autor: Nierozpoznany#86002015-03-27 15:02:28

Niestety pokutuje wciąż błędne przekonanie, jakoby Albania była niebezpiecznym i ryzykownym krajem. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Podczas wszystkich swoich wojaży nie spotkałem bardziej przyjaznego i życzliwie nastawionego narodu do turysty, niż Albańczycy. Nie ma tam masowej turystyki a ludzie są bezinteresowni. Takich krajów praktycznie w Europie już nie ma... Dlatego należy odwiedzić Shqiperia, kiedyś ta niezwykła kraina straci swój egzotyczny czar, upodobniając się do reszty Europy. Jezioro Komani, sztuczny zbiornik utworzony na rzece Czarny Drin, z pewnością w przyszłości stanie się jedną z czołowych atrakcji turystycznych na Bałkanach.
[foto]

3. Dokleiłem mapę. "Góry Przeklęte" • autor: Wojciech Jóźwiak2015-03-27 19:23:30

Dokleiłem mapę.

I powoli domyśliłem się, skąd one "Przeklęte", te góry. Bo Góry Północnoalbańskie po serbochorwacku nazywają się Prokletije.

[foto]

4. To musiała być... • autor: Michał Mazur2015-03-28 21:59:35

To musiała być wspaniała eskapada. Piękne krajobrazy, ciekawi ludzie... Zawsze mnie ciekawiło, jak żyją i gospodarują pasterze w tamtejszych górach; czy zachowały się tam jeszcze takie "urządzenia" jakie nasi przodkowie w górach mieli niegdyś

5. Albania • autor: Nierozpoznany#86002015-03-30 21:22:48

Ciężko powiedzieć, aż tak nie wnikaliśmy... ale zdecydowanie wiodą oni proste życie. Pomimo to zaskoczyła nas nieźle rozwinięta baza noclegowa, w sumie to miejsce odcięte od świata i ciężko się tam dostać, ostatnio słyszałem że jest nawet jakiś przydomowy camping. Ludzie świetni, krajobrazy świetne, myślę że Albania jest najbardziej egzotycznym krajem w Europie. Sąsiadująca z nią Macedonia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Na wybrzeżu jońskim są bajecznie piękne plaże, zupełnie odludne, można tam koczować ile się chce. Opiszę to zresztą w drugiej części.
[foto]

6. Illyria • autor: Arthur Zielinski2015-03-31 03:35:03

Ancient Illyria, even in Roman times was seen as a wild, savage land, full of wild people and landscapes. What an excellent account of your adventure! Another example of my idea, that if you approach people and lands with love, you will be rewarded with the experience of a lifetime. Well done! And well written!

7. Taraka international • autor: Nierozpoznany#86002015-03-31 22:40:52

Thank you very much for your commentary! Maybe articles on Taraka should be also written in English language  :) Taraka international ? That would be great!
[foto]

8. Wszystko co jest obecną cywilizacją... • autor: Roman Kam2015-04-01 04:58:43

...powinno być łowione przez etnografów, jak świat umierający, zanikający - etnografowie, jak błędni rycerze zawsze powinni móc wyruszyć na ratunek ginącym kulturom; coś mówi mi jednak, że te heroiczne czasy Bronisławów, Malinowskiego i Piłsudskiego, Kolberga i innych, minęły bezpowrotnie. Okruchy autentycznej kultury, rys pierwotny Twojej relacji, to mnie wciągnęło. Zadaję sobie jednak pytanie, czy to coś, co sobie imaginuję, a co nazywam autentyczną kulturą, czy to rzeczywiście istnieje? Czy nie jest tak, że jest to dla mnie autentyczne, tylko dlatego, że nie widzę związków, wpływu na tę kulturę innych, wcześniejszych kultur, które podlegały wpływom.... itd. Za czym jest więc moja tęsknota, kiedy szukam za granicą okruchów czegoś, co nie jest na sprzedaż - czy nie tylko za mitem? Arkadią, która istnieje tylko w mojej wyobraźni?Czy warto będzie ratować NASZ świat i kulturę naszą przełomu XX i XXI w. przed zaginięciem? Czy mamy coś SWOJEGO, coś co jest NASZE i zarazem współczesne? Czy ktoś się za tym ujmie? Jakiś program ratunkowy, ktoś dla nas napisze? 
Dzięki za inspiracje!  
[foto]

9. Czy w tytule nie powinno być "nie"? • autor: Wojciech Jóźwiak2015-04-01 08:46:30

Wszystko co NIE jest obecną cywilizacją...  ...powinno być łowione przez etnografów, jak świat umierający, zanikający

--- Czy nie tak?
[foto]

10. International Taraka? • autor: Wojciech Jóźwiak2015-04-01 08:56:12

International Taraka? Maybe still not, but there are some articles in Taraka in English -- see here:
  • English
[foto]

11. Jest dobrze :) • autor: Roman Kam2015-04-01 15:00:27

Wojtku,tytuł jest poprawny. Naszło mnie pytanie, czy z naszej doczesności jest co ratować, bo przecież nasza kultura (jak i każda inna) stale obumiera. Dlaczego w wypadku kultur ewidentnie zanikających, będących u kresu, praca etnografów była tak ważna - a wobec nas samych już nie. Kiedy oni do nas przyjdą (przyjadą, przylecą), żeby spojrzeć na nas, jak Malinowski patrzył na Tobrindczyków a Piłsudski na Ajnów. Tam była nie tylko praca ewidencyjna, ale i koncepcyjna, nad tym, co te gasnące kultury (same jeszcze nieświadome tego, że są zagrożone i zgasną) znaczyły dla ich członków i i co znaczyły dla świata innych kultur i tzw. cywilizacji. 
[foto]

12. Albania • autor: Przemysław Kapałka2015-04-02 17:16:06

Nieraz słyszałem relacje moich kolegów turystów z wypraw do Albanii. Były utrzymane w podobnym tonie, co ta relacja, i zawsze z bardzo dobrymi wrażeniami i o kraju, i o ludziach.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)