Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

09 lutego 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Anastazja (2)
czyli skąd człowiek powinien czerpać swoją wiedzę o świecie

Kategoria: Twórczość

« Anastazja (1) Anastazja (3) »

         Anastazja udziela Megremu wielu wskazówek jak uprawiać rośliny. Część z nich są to wskazania magiczne i nie będąc rolniczką, nie sprawdziwszy na własnej działce, której już nie mam i której do uprawy brak mi sił, nie mogę się wypowiadać na temat skuteczności zaleceń. Jednak już co do idei i założeń – uważam że mam do tego prawo uzyskane na drodze zdrowego rozsądku, własnych przemyśleń i niewielkiego doświadczenia kogoś, kto ma Ceres na ascendencie.

         Anastazja hołduje przekonaniu, że celem każdej rośliny jest służenie ludziom: „Wydane płody są przeznaczone dla zabezpieczenia życia człowieka” — oznajmia stanowczo. „Dlatego nasionko od samego początku powinno wiedzieć wszystko o tych chorobach, żeby w procesie swojego dojrzewania nasyciło przyszłe płody wszystkimi niezbędnymi składnikami, potrzebnymi bezpośrednio do leczenia konkretnej osoby i konkretnej choroby albo kilku chorób, jeśli się objawiły, lub istnieje do nich skłonność.” Stąd wiele jej wskazań związanych z hodowlą roślin typu: trzymanie ziarenka w ustach co najmniej 9 minut przed posadzeniem, ogrzewanie ziemi własnymi stopami miejsca na siew i uklepywanie ziemi palcami bosych nóg, czy też podlewanie roślin wodą z mycia nóg (aby nasionko i roślina „poznało” dolegliwości jego „pana (pani)”. „Anastazja twierdzi, że płody wyhodowane z nasionka w taki sposób i używane przez człowieka–hodowcę są zdolne wyleczyć go absolutnie z wszelkich chorób, znacznie zahamować starzenie się organizmu, pozbawić złych nawyków. Wielokrotnie zwiększają zdolności umysłowe siewcy i dają zaspokojenie duchowe.”

         Pogląd, że Ziemia ze wszystkimi roślinami i zwierzętami została oddana we władanie ludziom jest mocno kontrowersyjny, mimo forsowania go przez chrześcijaństwo i nie do udowodnienia. Poza szczerymi chęciami zapanowania nad wszystkim, co nas otacza, człowiek nie ma żadnego racjonalnego argumentu przemawiającego za tym przekonaniem, bowiem doświadczenia raczej skłaniają  nas do uznania, że przyroda pozostawiona sama sobie lepiej daje sobie radę niż pod naszym, nie zawsze światłym, kierownictwem.

         Anastazja opisuje radość o poranku i tu można jej wierzyć. To wszystko, co skłania nas, mieszczuchów do ciężkiej pracy na własnym skrawku ziemi w chwilach wolnych od obowiązków zawiera właśnie ten fragment. Chodzenie boso po rosie, słuchanie śpiewu ptaków, przeciąganie się po skrawku trawnika, wręcz tarzanie się po nim, polewanie się wodą (bez wycierania) i inne tego typu przywołane w piosence http://www.youtube.com/watch?v=jgHDhFQdqRY dodaje nam sił, zanim nie ogarnie nas przymus racjonalnych zachowań i sprostania wyzwaniom naszej egzystencji.

         Postulat żywienia się płodami własnej działki jest godzien ze wszech miar poparcia — nic bowiem nie smakuje tak jak to, co sami wyhodowaliśmy, choćby było małe, pokręcone i nieurodziwe, zawsze podoba się najbardziej. Każdy działkowicz z zapałem godnym świętej sprawy będzie udowadniał wyższość własnych płodów, chociażby z powodu wewnętrznego parcia na udowodnienie racjonalności swoich zachowań.

         Ale już nie do końca ufam zaleceniu, że należy pogryzać, co nam się trafi po drodze, bo można na przykład sięgnąć po jagody cisu, coś, co uważamy za surojadkę albo ziarno zboża zanieczyszczone sporyszem (sama takie widziałam na polu parę lat temu wstecz). Pięknie pachnąca konwalia może skłonić nas po zebraniu bukieciku do pogryzienia paru kwiatków (co sama dawno temu zrobiłam), na szczęście jest zbyt gorzka, żeby zjeść ilość zdolną nam zaszkodzić. Nawet jedząc leśne jagody (czarne borówki) można zachorować na bąblowicę wskutek zanieczyszczenia ich odchodami lisów zawierających zarodźce tasiemca wielogłowego.

         Im bardziej wgłębiam się w opowieść o Anastazji, tym bardziej pamięć przywołuje studiowane kiedyś dzieła literackie zaliczane do gatunku „utopii”. Nazwa będąca obecnie synonimem tęsknoty i poszukiwań lepszego świata pochodzi od książki Tomasza Morusa „Utopia” wydanej w 1516 roku przedstawiającej projekt idealnego ustroju politycznego. Do tego rodzaju zaliczamy też starożytne „Państwo” Platona, „Miasto Słońce” Campanelli, a wiele książek zawiera w sobie utopijne rozważania, lub wręcz ociera się o nie.

         Czytając te teksty, nauczeni dwudziestowiecznymi próbami realizacji lepszego świata i świadomi do czego próby wcielenia utopii w życie doprowadziły, jakie nieszczęścia przywołały (i przywołują nadal – vide Korea, czy niedawna Kambodża/Kampucza pod rządami Pol Pota i Yenga Sary – wychowanków francuskich egzystencjalistów z Jeanem Paulem Sartrem na czele) staramy się odgadnąć jakie piekło tkwi za sielskimi obrazkami serwowanymi czytelnikowi „Anastazji”. Przywykła do poznawania autorów po ich tekstach i szukania w nich „drugiego dna” odczuwam mrowienie na myśl, że wielu ludzi może zostać zwiedzionych na manowce urodą opisywanego świata, co zresztą widać po niektórych postach w Facebooku. Nie tak dawno przeczytałam artykuł i posty o szkodliwości spożywania pokarmów przygotowywanych przez ludzi w depresji, złym humorze lub niewystarczająco dobrych. Mogłaby to śmiało być wypowiedź Anastazji — zresztą coś takiego w książce też wyczytałam.

         Wyobraźmy sobie teraz współczesną fabrykę produkującą jakąkolwiek żywność: zakłady mięsne, mleczarnie, wytwórnie konserw, wielkie szklarnie itp. Ilu tam pracuje ludzi z różnymi dolegliwościami, niezadowolonych, myślących o osobistych kłopotach, niskiej pensji, perspektywie utraty pracy, złych o coś na rodzinę  czy bliskich?! Lub po prostu wkurzonych na wszystko. Gdyby to była prawda, wszyscy bylibyśmy już nieuleczalnie chorzy od ich złych emocji. A może już jesteśmy i dostrzegamy chorobę tylko tam, gdzie dostarczona nam żywność została skażona lub była zepsuta? Tak czy inaczej zmiana tego stanu rzeczy jest po prostu nierealna. Chyba, że bezrobocie będzie na tyle powszechne iż każdy zatrudniony zwariuje ze szczęścia na myśl, że ma pracę. Ale i tak jego zadowolenie potrwa zaledwie kilka dni, nie więcej.

         Najgorzej, że uprawianie własnego ogródka (czym pocieszał się filozoficznie nastrojony Kandyd i dziesiąta woda po nim – Anastazja) nie jest żadnym wyjściem dla nakarmienia miliardów ludzi i zwierząt na Ziemi. Należałoby po prostu większą część ludności świata pozabijać (czego może za nas czasem dokonać natura), a dopiero z pozostałymi budować nowy, lepszy i sprawiedliwszy świat – co jest wyjściem oczywiście nie do przyjęcia.

         Wiedząc, że Anastazja (a właściwie jej autor) nieuchronnie zmierza ku propagowaniu kolejnej utopii, zastanawiam się, czy coś w niej przypadkiem nie spowoduje lawiny nie do odwrócenia. Wszak Hitler zaczynał od mało interesującego niszowego wytworu mózgu własnego, z zastosowaniem zasłyszanych czy przeczytanych elementów i dziś wiemy do czego to doprowadziło. Wiemy też jak bardzo bonzowie tamtych czasów cenili ezoterykę i fantastykę i że nic w nich nie skłoniło ich do opamiętania. Włodzimierz Megre jest założycielem ruchu propagującego zakładanie tzw. „rodowych siedlisk” – czegoś w rodzaju ekologicznych wiosek, a więc utopijna książka zaczyna obrastać realną działalnością. Miał w tym swoich niechlubnych poprzedników: wspomnianego Pol Pota, który także wyszedł od postulatu samowystarczalności wsi, zakładania wiejskich komun i upraw prowadzonych średniowiecznymi metodami.

         Niektórzy czytelnicy oczekują ode mnie głębokich przemyśleń (nie mam pojęcia czemu nazywają mnie „ikoną ezoteryki”???) i są srodze zawiedzeni, że szukam dziury w całym w sposób przyziemny i niezbyt efektowny. Nie tędy droga – mili czytelnicy – głębokie naukowe dyskusje nie interesują zwykłych ludzi, a oni właśnie najczęściej padają ofiarą utopii. Naukowcy podążają dopiero za nimi w następnej kolejności. Przekonanie kogoś o utopijności rozwiązań powinno zawsze zaczynać się od rozważań nad szczegółami, drobnymi z pozoru ale właśnie one są w stanie obnażyć miałkość i niewykonalność zamierzeń.

         Po tej dygresji, której nie mogłam sobie odmówić, wracam do Anastazji, rzekomego dziecka natury i podążam w ślad za jej tokiem myślenia, jak myśliwy studiujący z zapałem odchody zwierząt celem poznania ich charakteru i zwyczajów, nie bacząc na to, że wydają niemiłą woń.

         Anastazja ma wyraziste poglądy na wychowanie dzieci (mimo, że ich jeszcze nie miała). Z niektórymi można się zgodzić, z innymi nie, jednak błąd tkwi gdzie indziej. Każda matka i ojciec wiedzą, że dziecko od dziecka różni się jak człowiek od człowieka. Wpływ na to, co dzieci robią, jak myślą, czym się interesują, co chcą, a czego nie chcą  jest o wiele mniejszy niż ludziom się wydaje. Dzieci kształtują rodzice tylko w niewielkim stopniu, w nieco większym środowisko, w którym przebywają (głównie rówieśnicy), a w jeszcze większym cechy wrodzone lub nabyte na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Tak przynajmniej mówi praktyka. Z moich doświadczeń wynika, że rodzice mają pewien wpływ tylko na zainteresowania dzieci, a i on wcześnie się kończy. Wskazówki Anastazji są więc tylko zbiorem pobożnych życzeń, ponieważ nie mówi ona rodzicom co mają zrobić gdy dziecko stawia rodzicom opór.

         W powieści „Tuba i znaczenie nocy” irańskiej autorki Shahrnush Parsipur odnalazłam bardzo głęboką refleksję, związaną z rozwojem wyobraźni i wiedzy o świecie bohaterek, kobiet izolowanych od świata, niepiśmiennych, które swoją wiedzę o nim czerpią z podsłuchanych fragmentów jakichś rozmów, strzępków informacji uzyskanych przypadkiem. Wiedza ta wcześnie zaczyna tak bardzo rozmijać się z rzeczywistością, że staje się całkowicie nieprzydatna, anachroniczna, błędna, często schizofreniczna i wypacza osobowość kobiet w stopniu tak wielkim, że zastanawiamy się czy bohaterki tej powieści są jeszcze istotami społecznymi.

         Model wychowawczy jaki prezentuje i zaleca Anastazja, to właśnie takie oderwanie od świata i życia. Dziecka jej zdaniem powinno się uczyć uprawy roślin, a cała wiedza niezbędna dla rozwoju człowieka sama przyjdzie w stosownym czasie. Mój Boże! Toż właśnie Pol Pot po powrocie ze studiów we Francji nauczał w szkole średniej przedmiotu związanego z biologią upraw ryżu i dla świata lepiej by było, aby z przedmiotów rolniczych nie wnioskował o pożądanym rozwoju świata ludzi!



« Anastazja (1) Anastazja (3) »

komentarze

1. "weganie" • autor: Nierozpoznany#66342014-02-09 15:02:06

Z tego co pamiętam, to np. scjentologia powstała w wyniku zakładu. Podrzędny pisarz SF, założył się z kolegą przy butelce whisky o sto dolarów, że bodaj w rok stworzy religię, która przyniesie mu określony przez zakład dochód. Rano wstał, jak można przypuszczać jeszcze na kacu, opisał cele, status, założenia itd. Po upływie wyznaczonego terminu okazało się, że stówa kolegi jest bardzo skromnym dodatkiem do uzyskanego wyniku... Ale miał on też za sobą coś, co niby można określić jako terminowanie... Był bowiem uczestnikiem rytuałów swojego przyjaciela (scjentolodzy twierdzą, że szpiegował go dla rządu) - ucznia Crowleya i bardzo zdolnego inżyniera od  napędów rakietowych, który zwariował podczas misterium poczęcia księżycowego dziecka, kiedy to rzekomo otworzył kosmiczny portal dla bliżej niezidentyfikowanych sił kosmicznych pokroju Cthulhu Lovecrafta... Być może myli mnie pamięć i faktografia, ale zdaje się, że sam Crowley podsumowywał te działania w jednej z kartek wysłanych do znajomego, w której pisał mniej więcej coś w tym stylu: bladego pojęcia nie mam, o co chodzi tym skończonym idiotom...

W każdym razie te i podobne historie, prowadzą mnie skojarzeniem do wpisu z facebooka, który odkryłem na portalu "wiocha.pl.":

"Jest tak sprawa, mój dwuletni synek nie chce przejść na wegetarianizm, staramy się z żoną go przekonać, ale nie udaje nam się. Czy sądzicie, że jeśli nie uda nam się go zmusić do wegetarianizmu, to rozsądnym będzie oddanie go do adopcji? Zwyczajnie nie chcemy z małżonką mieć syna - barbarzyńcy i odczuwamy dyskomfort z powodu mieszkania pod jednym dachem z kimś nie rozumiejącym cierpienia zwierząt. Prosiłbym o poważne odpowiedzi. pozdrawiam".

Po prostu nie sposób traktować tego poważnie... A ściślej mówiąc, nie dysponuję niestety majątkiem Toma Cruise'a, by rozpocząć budowę schronu celem zabezpieczenia się przed kosmiczną inwazją... Może więc wypada poszukać dzwoniącego cedru..?
[foto]

2. Przykro mi • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-02-09 15:21:35

Ani dzwoniące cedry ani wegeterianizm ani inne "wynalazki" fantastów nas nie uleczą. Nawet schrony zabezpieczające przed kosmiczną inwazją (czy wojną atomową - które budowano za PRL) przed niczym nas nie zabezpieczą. Jedyne, co nam może pomóc to zdrowy rozsądek  (niekoniecznie chłopski) - a ten dostępny jest za darmo. No i wyszukiwanie podobnych idiotyzmów, jaki wyżej przytoczyłeś.
[foto]

3. Gratuluję udanej wyprawy! • autor: Wojciech Jóźwiak2014-02-10 09:57:09

Kasiu, gratuluję udanej wyprawy na wrogi teren mentalnej przestrzeni wygenerowanej przez Megrego.
Sam nie miałem dość samozaparcia, żeby czytać tę pseudologię.
Co do Megrego i jego "dzieła", to nie cierpię kłamczuchów, a tym bardziej hucpiarzy.
Btw. Porównywanie Megrego z Joanne Kathleen Rowling (autorki cyklu o Harrym Potterze) jest krzywdzące dla Rowling, bo przecież ona nie wmawiała naiwnym spośród swoich czytelników, że Hogwart istnieje (gdzieś w Szkocji?) i że mają zakładać "potterowskie osady" i leczyć się różdżkami. Megre z tym co robi budzi we mnie wstręt.
[foto]

4. Sama zastanawiam się • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-02-10 10:42:34

Sama zastanawiam się, czemu zmusiłam się do czytania tej literacko nieporadnej bzdury i znajduję tylko jedną odpowiedź: pewne zdania i sugestie, zawarte w takich "wytworach okołoliterackich" mają niesamowitą zdolność mnożenia się niczym muchy w upale w zamkniętym pomieszczeniu. Rozpowszechniane (smakowitości dostępne powszechnie w FB!) w oderwanych od siebie porcjach nie budzą zastrzeżeń i nie skłaniają do przemyśleń. Tymczasem zebrane razem są groźną bronią, systemem piorącym mózgi w sposób podstępny i niezauważalny. Dlatego mam zamiar zmusić się jeszcze trochę i jeden z takich systemów opisać i skomentować (choć nie podejmuję się przeczytania wszystkich 10 tomów - to byłby już masochizm). Dzięki Wojtku za uznanie!
[foto]

5. Kto? • autor: Wojciech Jóźwiak2014-02-10 21:26:25

Kto to, Kasiu:
Rampa?
Spalding?
Marciniak?

[foto]

6. Nie mam pojęcia • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-02-10 21:32:09

O co chodzi? Kojarzę tylko teatr Rampa - reszta mi nic nie mówi
[foto]

7. Co ten test... • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-02-10 21:38:29

Co ten test ma pokazać?

[foto]

8. E to nic • autor: Wojciech Jóźwiak2014-02-10 21:41:55

Poczekam, aż przeczytasz owe mniej niż 10 tomów i zrecenzujesz :)

Też by warto wziąć na recenzjo-ząb "Rozmowy z Bogiem" Walscha i "Kurs cudów" Schucman. Chociaż nie wiem, czy czasem autorzy (przekaziciele?!) tamtych dzieł nie obłożyli ich klątwą przeciw recenzentom, tak jak zrobił Crowley z "Księgą Prawa". (Nie wiem, czy nawet Fronda odważyła się kiedykolwiek recenzować/ komentować/ krytykować "Liber Legis". Bo strach bierze, oj bierze.)
[foto]

9. Postaram się zdobyć te pozycje • autor: Katarzyna Urbanowicz2014-02-10 22:00:33

"Kurs cudów" mam nawet w wersji elektronicznej, ale jakoś na wstępie mnie coś zniechęciło. Mam zawsze dużo lektur do przeczytania, więcej niż możliwości. Klątw się nie boję, nie wnikam tak głęboko w obce światy. W każdym razie nie przytrafiło mi się nic niepokojącego z tego sektora. Co do tych trzech słów, to cieszy mnie, że to nie z dziedziny sportu - poległabym natychmiast na szczegółach.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)