Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 września 2010

Krzysztof Wirpsza

Angielski jak z płatka
czyli jak odblokować się i zacząć mówić

Kategoria: Techniki rozwoju

Zauważyliście jak dobrze zaczynacie mówić po angielsku już po dwóch piwach albo paru kieliszkach alkoholu? Sekret tkwi nie w wiedzy, ale w ODBLOKOWANIU.

Myślisz, że aby mówić po angielsku trzeba znać gramatykę, wypełniać testy, zaliczać kolejno poszczególne poziomy od elementary do upper-intermediate i dalej? Też tak kiedyś myślałem. Z początku myślałem, tak jak większość ludzi, że uczenie się języka polega na chodzeniu na kursy, odrabianiu prac domowych, przerabianiu zadań w klasie i słuchaniu tego co mówi nauczyciel. Przez dwanaście lat byłem nauczycielem angielskiego na kursach, na których ludzie mieli książki. Przeciętny człowiek na tych kursach zaczynał mówić po jakichś pięciu latach nauki. Przynajmniej. To mnie zawsze zastanawiało - bo czemu tak długo?

Często słyszałem od moich słuchaczy:

"Jestem jakiś antytalent językowy"

albo

"Nigdy nie zrozumiem tej gramatyki"

Zupełnie jakby talent, czy brak talentu, albo poziom wiedzy technicznej miały tu w ogóle coś do rzeczy.

Pewnego dnia, świeżo po studiach, spotkałem Basię. Basia była amerykanką polskiego pochodzenia. Byłem świadkiem jak Basia nauczyła się włoskiego od zera w rok.

Jak to się dzieje, że Basia nauczyła się mówić po włosku w rok? Czy miała talent? Czy studiowała po wiele godzin dziennie? Nic takiego. Była osobą o przeciętnych zdolnościach i uczyła się dziennie co najwyżej godzinę. Kluczem było to, że Basia wiedziała że się nauczy. Nie wątpiła, nie wykręcała się słowami typu "jestem beznadziejna" lub "co za głupi język". Uczenie się było jej pasją, był to jeden z jej ulubionych momentów w ciągu dnia.

Pokazało mi to, jak bardzo nasze przekonania o nauce rzutują na tak zwane "fakty". "Uczę się od pięciu lat i nie mogę zacząć mówić". Basi, aby mówić, wystarczył rok. I nie potrzebowała żadnego wsparcia z zewnątrz. Ona po prostu chciała się nauczyć.

Mówienie w obcym języku nie ma wiele wspólnego w wiedzą. Mówić możesz znając 300 słów i trzy czasy. Jest to tylko i wyłącznie kwestia pewności siebie i wiary.

Aby mówić nie potrzeba talentu - każdy to umie. To tak jak z zabawą czy podróżowaniem. Jedynym wymaganiem jest chęć do eksperymentu i ciekawość. ODBLOKUJ się, a zaczniesz mówić.

W mojej pracy Empatycznego Coacha, pomagającego ludziom w ODBLOKOWANIU do mówienia po angielsku, zidentyfikowałem Siedem Podstawowych Błędnych Przekonań jakie pokutują na temat mówienia: (co z tą Siódemką? Czyżby jednak była magiczna? :)

Poniżej wymieniam te przekonania.

Błędne Przekonanie nr 1: Aby mówić po angielsku, trzeba znać angielski

Aby mówić po angielsku wcale nie trzeba znać angielskiego, wystarczy po prostu przestać wymyślać sobie usprawiedliwienia i zacząć gadać. Choćby do lustra! Zdziwiłbyś się jak szybko przychodzą postępy jeśli regularnie poświęcasz na to czas...

Błędne przekonanie nr 2: Aby porozumiewać się po angielsku trzeba wyrażać się gramatycznie

Gramatyka prawie w ogóle nie jest do mówienia potrzebna, a już na pewno nie w złożonej i teoretycznej formie jaką oferuje system. Większość ludzi na ziemi zrozumie co do nich mówisz nawet jeśli znasz tylko podstawy gramatyki, lub będziesz stosował np. gramatykę polską :)

Błędne przekonanie nr 3: Słuchający ocenia cię w myślach na ile poprawnie się wyrażasz. Jeśli wyrażasz się niepoprawnie, myśli o tobie jako o kimś głupim, niedouczonym, nudnym, aroganckim, itp.

Słuchającemu zazwyczaj w ogóle nie zależy na tym, jak efektownie czy naturalnie wypadasz. Współczuje ci on, czasem podziwia cię za twój wysiłek, i chodzi mu głównie o to, żeby zrozumieć, o co ci chodzi.

Błędne przekonanie nr 4: Potrzebna jest znajomość odpowiednich słów, inaczej "brakuje słów", żeby rozmawiać.

Wcale nie musisz znać odpowiednich słów, powinieneś natomiast opanować dwie metaumiejętności Językowego Partyzanta:
- umiejętność omawiania jednych rzeczy przez inne
- umiejętność tzw. baby talk

Umiejętność omawiania oznacza, że jeśli nie wiesz jak jest po angielsku np. "kaloryfer", to mówisz "the thing to make room hot" ("rzecz do rozgrzewania pokoju") lub coś w tym stylu, i masz problem z głowy. Większość ludzi grzęźnie na nieznanych słowach, ponieważ u większości ludzi aktywizują one bardzo silne ukryte przekonanie, najczęściej coś w stylu "Jestem beznadziejny". Poczucie winy i tego, że rzeczywistość jeszcze raz wygrała z dobrymi chęciami, każe im się w tym momencie zniechęcić i zamilknąć. Myślą, że ich rozmówca niecierpliwi się i ma do nich pretensję o to, że rozmowa nie jest dostatecznie szybka i ciekawa. Mielizny językowe i długotrwałe tłumaczenia większość z nas uważa za wstydliwe lub zbyt osobiste i stara się ich unikać. Wolimy milczeć i rozkładać dłonie - wtedy świat jaki jest każdy widzi. W opisanej sytuacji wystarczy jednak tylko trochę dobrej woli. W kluczowym momencie należy zwolnić, wziąć głęboki oddech i powiedzieć do siebie w myślach: "Strasznie mi głupio, że tego nie potrafię, ale pomimo to spróbuję, być może da się to powiedzieć prościej". Następnie należy przeformułować nieznane słowo za pomocą znanych nam, prostych wyrazów.

Drugą metaumiejętnością jest baby talk. W dosłownym przekładzie chodzi tu o sposób mówienia jakiego używamy, gdy komunikujemy się z małymi dziećmi. Mamy tu podstawę poprzedniej metaumiejetności - prostotę. Jeżeli chcesz mi opowiedzieć o swojej rozmowie z Edwardem Stachurą, zrób to tak, jakbyś rozmawiał z sześcioletnim dzieckiem. Dzieciom przecież codziennie tłumaczymy zawiłe sprawy za pomocą prostych słów. To samo ma miejsce, gdy za pomocą 150 znanych Ci wyrazów chcesz opisać twórczość Picassa, a do tego jeszcze scharakteryzować swoją pracę badawczą z genetyki.

Oto przykład baby talk. Weźmy zdanie: "Jego charakterystycznie pękaty kabriolet jest poszukiwanym egzemplarzem kolekcjonerskim a do tego absolutnym arcydziełem wzornictwa przemysłowego epoki". W baby talk to zdanie może brzmieć różnie. Co powiesz na: "Jego samochód jest wspaniały i trochę dziwny"? (His car is great and a bit strange). Albo "Jest to samochód podobny do tych przedwojennych, i bardzo mi się podoba" (His car is like they had before the war and I like it a lot), lub po prostu "Ma niezwykły samochód" (His car is very unusual). Jak widzimy nie chodzi tu wcale o oddanie fantazyjnych detali, ale o takie uproszczenie przekazu, aby została oddana jego esencja.

Powyższe dwie zasady mogą wydawać się banalne, oczywiste i niewarte wzmianki. Zdziwiłbyś się jednak widząc jak wielu ludzi dramatycznie poprawiłoby swój angielski, gdyby nauczyli się z nich korzystać. Podany tutaj przejaskrawiony przykład służy przedstawieniu prostego faktu: bardzo często stawiamy sobie wygórowane wymagania, które nas kompletnie blokują, podczas gdy przy obniżeniu poprzeczki wciąż osiągnęlibyśmy to co chcemy w zadowalającym stopniu.

Jedna moja znajoma mawiała:

"Lepsze jest wrogiem dobrego."

Myślę, że jest to bardzo prawdziwe porzekadło, z którego wielu Polaków mogłoby czerpać garściami. Nasz system edukacyjny zaprogramował nas starannie do myślenia typu: jeśli nie mogę tego zrobić tak jak Nasza Pani, to jestem beznadziejny. Przyjrzyj się sobie i zobacz, co Ci to robi.

Błędne przekonanie nr 5: Potrzeba wielu lat nauki języka aby móc wreszcie przejść do ultra-zaawansowanego etapu, jakim jest mówienie

Do tego aby zacząć zrozumiale i pewnie komunikować się po angielsku z ludźmi którzy biegle władają tym językiem potrzeba ci ok. 120 godzin lekcyjnych kontaktu z angielskim. Przy codziennych spotkaniach oznacza to ok. 3 (tak, nie przesłyszałeś się - TRZY) miesiące zajęć ze mną. Zakładam przy tym, że masz za sobą podstawowy roczny kurs języka, lub jego odpowiednik w terenie, i że tego czasu nie przespałeś, ani nie spędziłeś na rozmowach po polsku i grze na flipperach.

Błędne przekonanie nr 6: Ludzie chcą, abyś wyrażał się poprawnie, bo większość ludzi mówiących po angielsku tak robi

Większość ludzi na ziemi używając angielskiego wcale nie wyraża się w tym języku poprawnie. Większość ludzi na ziemi wykorzystuje w swoim angielskim ok. 5% wymaganych gramatycznych reguł. Przykładem mogą być Europejczycy, ludzie jak Ty czy ja, dla których angielski jest czymś dziwnym, trudnym i nienaturalnym, czymś z porąbanymi zasadami pisowni, chorą wymową i kompletnie pomerdaną gramatyką. Ludzie ci porozumiewają się często specjalnym narzeczem angielskiego, które ja nazwałem Euro-English, a które do złudzenia przypomina esperanto lub średniowieczną łacinę.

Podstawowa zasada brzmi tu - dogadać się.

Mieszkańcy Europy są zgodni co do tego, że anglosaska wymowa jest całkowicie obca europejskiemu myśleniu i nawykom. Dają sobie więc znakomicie radę mówiąc z własnym lokalnym akcentem, i nie mają przy tym absolutnie problemów w zrozumieniu siebie nawzajem. Nagle okazuje się (i nie mówcie, że nie wiecie o czym mówię J) że angielski staje się dla nas zrozumiały w wykonaniu dowolnego mieszkańca Unii, pod warunkiem, że mieszkaniec ten nie jest Anglosasem. To Anglosasów nie sposób zrozumieć, ale ich jest mniejszość.

Istnieją tak naprawdę dwa akcenty: Nasz i Ich. Nasz oznacza akcent dowolnego kraju Unii, oprócz Anglii. Ich to akcenty angielski, amerykański lub australijski. Korzystanie z Naszego daje Ci same przewagi. Po pierwsze - zrozumie Cię każdy inny nie-anglosaski Europejczyk, bo oni wszyscy mówią głównie w Naszym. Po drugie - zrozumieją Cię również Anglosasi, bo to przecież ich rodzimy język, choć może brzmieć dla nich trochę dziwnie! Jak by nie patrzeć - same korzyści.

Jedyna sytuacja kiedy rzeczywiście potrzebujesz być otrzaskany z rodowitym akcentem, to sytuacja gdy jesteś otoczony przez Anglosasów w ich własnym kraju. Jednak ta sytuacja oznacza dla Ciebie same korzyści. Masz turbo-przyspieszony kurs angielskiego, który jest tak naprawdę najlepszym co mogłoby Ci się przydarzyć. We wszystkich innych sytuacjach nie potrzebujesz imitować akcentu, ponieważ anglosaski mówca dostosowuje się do Ciebie. Oni są do tego przyzwyczajeni, podróżując muszą to robić cały czas. Porównywałeś kiedyś jak rozmawiają między sobą, a jak rozmawiają z nami? Masz różnicę.

I wreszcie, na koniec wymienię podstawowe błędne przekonanie większości polskich słuchaczy na kursach angielskiego:

Błędne Przekonanie Nr 7 albo Super-Gniot Wszechczasów: Aby mówić na zaawansowanym poziomie, potrzeba ogromnej wiedzy i wielu lat nauki, a do tego inteligencji, i przećwiczonego zasobu ciekawych tematów.

Aby mówić na zaawansowanym poziomie, trzeba mieć coś, o czym chcemy mówić. Kropka.

Jeśli jest coś, o czym naprawdę chcemy mówić, coś czym chcemy się podzielić bo to jest dla nas ważne, a nie dlatego, że to jest dobry temat do konwersacji na ten moment, to będziemy robić WSZYSTKO, dosłownie, aby to przekazać. I zaufaj mi, jeśli znajdziesz temat, który cię podnieca, i o którym rzeczywiście chcesz poinformować innych, to nie będzie ci zależało, czy mówisz gramatycznie, nie będziesz w ogóle zwracał na to uwagi. Będziesz "płynął" i parł do przodu, posiłkując się tym, co masz pod ręką: ciałem, miną, popielniczką, skojarzeniami czy wszystkimi stu pięćdziesięcioma angielskimi słowami jakie znasz.

Dlatego zawsze powtarzam moim słuchaczom, że podstawowa zasada przy nauce języków jest jedna: ODBLOKUJ SIĘ. To DROGA NA SKRÓTY.

Owszem, powiesz, jest to droga dla odważnych. Ale kto powiedział, że Ty nie jesteś odważny? Moje kursy językowe uczą właśnie tego - odwagi. Tego nie nauczysz się w systemie edukacji, w systemie możesz nauczyć się tylko dopasowania i mechaniczności. Odwaga podważa "edukację", składa odpowiedzialność w twoje ręce, i sprawia że wieloletnie kursy przestają się być Ci potrzebne. Jeśli masz odwagę, masz wszystko inne i możesz zaoszczędzić na kilogramach książek, latach kursów. A kto powiedział, że Ty nie możesz stać się odważny? Jeśli ja widziałem osoby uczące się angielskiego błyskawicznie dzięki wierze we własne siły jaką pomogłem im w sobie obudzić, to dlaczego Ty nie miałbyś być jedną z nich?

Pozwól, że opowiem Ci historię, aby zilustrować ten punkt: było sobie raz dwóch taksówkarzy. Pracowali oni w wielkim mieście, które było pełne ruchliwych, wiecznie zakorkowanych ulic. Jeden z nich jeździł zawsze zgodnie z zasadami ruchu. Był spokojny i zrównoważony, ale często czekał w korkach i przejechanie z jednego końca miasta na drugi zabierało mu ponad pół godziny. Drugi taksówkarz jeździł sobie tylko znanymi bocznymi trasami. Czasem łamał przepisy jadąc po chodniku, czasem objeżdżał korki polnymi drogami nad rzeką. Jego samochód był poobijany i nie wyglądał dobrze, a sam taksówkarz, cóż był może ciut nienaturalny i trochę spięty. W końcu tyle razy "omal-że" nie wjechał na słup, albo nie zahaczył zderzakiem o śmieciarkę. Ale to właśnie ten drugi taksówkarz miał najwięcej klientów. Ludzie wiedzieli, że zawsze dowiezie ich na czas, bez względu na to, jak wielkie były akurat korki. Był jedynym takim taksówkarzem w całym mieście. Dla odróżnienia - pierwszy taksówkarz był jednym z tysiąca taksówkarzy, zarabiał średnio i godzinami stał w korkach. Jego życie toczyło się powoli i naturalnie w stronę emerytury. Pytanie do Ciebie - którym taksówkarzem chcesz być?

Nie zachęcam Cię do łamania przepisów drogowych. Próbuję jedynie zilustrować, czym wzięcie odpowiedzialności za własną naukę różni się od roli "grzecznego chłopca w ławce". Pamiętaj - mówimy o ODBLOKOWANIU. Nie każdy jest do tego gotów, bo to jest skok na głęboką wodę. A jednak Ci, którzy się na to zdecydowali, przechodzą przyspieszony, tańszy kurs. Oni są tacy sami jak Ty. Jedyną różnicą jest to, że oni mówią po angielsku, a ty wciąż tylko chcesz mówić.

Wiesz już wszystko o podstawach językowej partyzantki. Jeżeli doczytałeś aż dotąd i zgadzasz się mniej-więcej z ponad połową, to zapraszam na Empatyczny Coaching.


Krzysiek, Twój Empatyczny Coach

www.empatycznekonwersacje.pl »



komentarze

1. Thank you from mountain • autor: Nierozpoznany#10542010-09-24 19:20:06

Fajny przykład z tym taksiarzem. Generalnie to zgadzam się z Panem. Dorzuciłabym jeszcze od siebie kilka przesądów, z którymi staram się walczyć.
- nauka słówek wg metody słówko po polsku, słówko po angielsku. Bosheee jest to najlepsza metoda aby uczyć się wyrazów wyrwanych z kontekstu. Wiesz potem, że "turn - kolej". I? No właśnie. Kolej naziemna? Kolej wąskotorowa? Albo "apple=jabłko". No pewnie. To każdy wie. A co w takim razie znaczy: he is the apple of her eye? Moja metoda to uczenie się wyrazów wbudowanych w całe zdanie. Kiedy obudujemy wyraz zdaniem, od razu poznajemy kontekst i przykład zastosowania
- kolejna sprawa to akcent. Specjalistą nie jestem, ale zawsze powala mnie, jak świeży adept nauki języka na siłę usiłuje nadać swoim słowom "angielskie" brzmienie. Efekt przeważnie jest czerstwy. Moim zdaniem akcent przyjdzie z czasem, najważniejsza jest poprawna wymowa, tak aby wyraz był zrozumiały. Może to być nawet najbardziej polski angielski, ważne jest aby interlokutor nas zrozumiał. Na pewno lepszy nadwiślański akcent niż wysilanie się na "good moaning"
- i obiema rękami podpisuję się pod Pańską tezą, aby nie wstydzić mówić. Na Boga, przecież jak spotykamy osobiście, lub widzimy w TV faceta albo kobietę mówiącą po polsku z obcym akcentem, to czy jest to coś odpychającego? Wręcz przeciwnie - z cudzoziemska brzmiąca wymowa nadaje człowiekowi coś egzotycznego. Zresztą w sumie i tak najważniejsze jest nie to jak poprawnie ktoś mówi w obcym języku, ale to, co właściwie ma do powiedzenia.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)