Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 czerwca 2009

Dawid Rzepecki

Antychryst Zbawcą?
Refleksje po filmie Larsa von Triera

Kategoria: Pytania i granice
Zob. też: Mirosław Miniszewski, Nie szukajcie prawdy!!! (2009-05-30)

Kocham las. W lesie czuję się bliżej Ziemi. I bliżej rzeczywistości swojego ciała. Moje ciało jest z Ziemi. Ziemia je zrodziła jak wszystko wokół. Karmi moje ciało abym mógł mieć energię do życia.
W lesie już po kilku minutach spaceru czuję wchodzące w moje ciało rozluźnienie. Zapach wentyluje mi płuca. Powoli odzyskuję energię. Po dalszych kilkunastu minutach łagodzą się emocje, wyciszają myśli. Słyszę ptaki, szum drzew. Czuję w ciele lekkość.
Czuję że jestem częścią natury. Wielkiego ekosystemu, któremu nie zaprzeczę.
Nie zaprzeczę bo umrę. Jak wszystko co żyje dokoła.

Prawie dwa lata temu wyprowadziłem się z miasta na wieś. Pod las. Co dzień rano wychodzę przed naszą chatę i się przeciągam. Patrzę na kwiaty które pielęgnuje Zosia, patrzę na bób, który zasadziłem. Na wiosenne przyrosty na sosnach. Czuję się połączony z tą ziemią. Wyrastam z niej podobnie jak roślinność dokoła, podobnie jak wróble, które uwiły gniazdo na poddaszu. Odczuwam wtedy szczęście. Moje ciało się rozszerza, czuję jak z kolejnymi oddechami świeżego powietrza reguluje swoją energetykę. Niezależnie czy słońce czy deszcz, zawsze natura wygląda mi na piękną.

Wtedy często się zdarza, że nasz kot przynosi z pola mysz. Najpierw kładzie ją przed nami i miauczy jakby chciał pokazać nam swoją zdobycz i się tym pochwalić. Potem na naszych oczach miażdży jej głowę. Pazurami zdziera z niej skórę, a robi to niezwykle sprawnie. Potem nie mija chwila i pożera ją w całości. Kiedyś przyniósł małego zajączka. Był śliczny, jak pluszowy. Jeszcze oddychał... Nie wytrzymałem i mu go odebrałem. Poczekałem aż przestanie żyć i poszedłem go zakopać. Mam tu za dębem taki mały "cmentarzyk" dla zwierząt które nasz kot upoluje, ale których akurat nie zje. Pochowałem tam kilka nieostrożnych ptaków, nornice, kilka myszy.

Zawsze w takich chwilach przypomina mi się, że jestem śmiertelny. Jako część natury umrę. Potem może moje ciało też zakopią i zjedzą mnie robaki.

I ta świadomość sprawia, że uważniej rozglądam się dokoła i sonduję: Czy czuję że jestem we właściwym miejscu? Czy jestem zgodny z tym co robię w życiu? Czy nie przesypiam swojego krótkiego czasu na Ziemi? Czasem pozwala mi to na rozjaśnienie dylematów i nabranie właściwej perspektywy. Czasem mogę stwierdzić, że oto przeciągając się na polanie przed chatą pod lasem w blasku słońca... jestem szczęśliwy. Świadomość bycia częścią natury przywołuje we mnie spokój wewnętrzny. Po prostu. Nie widzę wtedy sensu w wewnętrznej polemice. Czy świat jest dobry czy zły? Czy ja jestem dobry czy zły? Muuuu... chciałoby się rzec.

Wolę swoje życie przeżyć zgodnie z tym co czuje, że mi służy, a zdecydowanie służy mi głębokie oddychanie czystym powietrzem i spacery po lesie. Służy mi też kontakt z moim ciałem które czuje uczucia i emocje. Które nieomylnie podpowiada co mi służy. Czasem nawykowo nie słucham jego podpowiedzi, choć zawsze ma rację. Jak to natura. Cykle przemiany obejmujące ruchy wszechświata. Rytm przesileń słońca, pory roku. Narodziny i śmierć. Synchronizacja ciała z tymi ogromnymi energiami pozwala na poczucie przekraczania obrazu samego siebie, niezależnie od filozofii którą się wyznaje.
Zbliżające się przesilenie na przykład. Moment kiedy cała planeta z całym życiem na niej zamieszkującym, zmienia kierunek jednego ze swoich cyklicznych ruchów.
Lubię sobie wtedy wyobrażać ten moment jak planeta zatrzymuje się w tym ruchu i jak wahadło zaczyna wracać...(teraz to będzie o 21szego o g. 7.46)

Niestety wiedzy tej nie nabyłem w szkole gdzie naturę traktowało się najpierw jako przestrzeń do ujarzmienia a potem eksploracji. Nie przekazało mi jej też zapatrzone w telewizję społeczeństwo. Nie zdała też egzaminu kultura (tak pięknie i bezpiecznie oddzielająca od natury) I tak wzrastając dzieliłem dylematy innych. Dlaczego mamy od urodzenia poczucie, że coś tu nie gra..? No bo chyba nie jest to normalne, że dorośli nie widzą najprostszych rzeczy; moich rzeczywistych potrzeb; miłości, uwagi, bliskości i akceptacji. W zamian wciskają mi do głowy jakiś program który mamy realizować i który w dodatku nie jest spójny. Prawdy życiowe moich rodziców nagle okazywały się różne od prawd moich sąsiadów, wujków czy znajomych. Każdy dorosły przekazywał mi, że wie na czym polega życie, przy czym każdy mówił co innego. I prawie żaden nie wyglądał na szczęśliwego. I najczęściej nie zachowywał się tak jak mówił, że się powinno... Szaleństwo.

I o tym właśnie dla mnie jest ten film.

Najpierw dobrze jest zauważyć, że Lars von Trier genialnie podsuwa nam nasze nawykowe rozwiązania.
Pokazując naturę buduje napięcie grozy; pokazuje jak pisklę wypada z gniazda prosto w mrowisko z którego za chwile drapieżny ptak je wyrywa aby je na naszych oczach pożreć...
Dudnią żołędzie, gryzą kleszcze... ohyda. Cały klimat jak z klasycznego horroru..
No właśnie. Specjalnie. Dajemy się wciągnąć w grę, w której wierzymy, że oto przejrzeliśmy reżysera który pokazuje, że natura jest zła. W dodatku takie twierdzenie pada wprost! Natura to kościół szatana - krzyczy opętana kobieta i my myślimy że to jakiś głęboki wgląd!
Myślimy że przewrotność reżysera polega co najwyżej na tym, że przecież teraz panuje moda na ekologię i psychologię, wiec on jej między oczy tą siekierą... Przykłady można mnożyć.

Ale po kolei:
Gdzie jest zło a gdzie natura? Czy naprawdę von Trier utożsamia jedno z drugim?
Geniusz tego filmu polega, że tak powiem na podwójnym nelsonie.
Już myślimy, że oto wykonaliśmy salto, a tu proszę wciąż stoimy na głowie.

Dla mnie kluczem do rozumienia Antychrysta są ostatnie jego sceny. I co widzę? Widzę spokojną postać, która w świetlistym kolorowym gaju spożywa dzikie słodkie jeżyny. Dokoła rozpościera się spokój i cisza. Ucichły groźne dźwięki i wyszło słońce. Sielanka.
W człowieku tym nie ma już rozterek, jest głodny więc je co mu matka natura spłodziła. Jest z nią na powrót w harmonii. Jest jej częścią. To powrót Adama do RAJU. W dodatku to rytualne spożycie - komunia wręcz - odbywa się na szczycie wzniesienia, na które po chwili wspinają się duchy tysięcy bezimiennych kobiet ZBAWIONYCH (uwolnionych) przez jego akt czystej pozakulturowej, spójnej reakcji zachowania życia. Kobiety te do tej pory były, przez męską kulturę wspartą jej męskim zbawicielem, odsądzone od czci i wiary. Oskarżone i uwikłane w męki piekielne. Dlaczego? Ponieważ ich bliższe natury rytmy ciała wołały o harmonię z nią, a której w skutek doktryn kościoła męskiego zbawiciela osiągnąć nie mogły. Teraz przyszedł ich ZBAWICIEL. Mężczyzna, który przekraczając w skutek swoistej "męki pańskiej" swą kulturową (kulturalną) tożsamość dokonuje aktu czystego - reaguje adekwatnie. Zabija wroga. Zabija szaleństwo. Zabija prawdziwe Zło, którego nie znajdziemy w naturze. W tej tylko są cykle przemian, i ich konsekwentna bezwzględność. Prawdziwe Zło czai się w obłędzie, który wynika z szaleństwa świata rozdartego pomiędzy tym kim jesteśmy naprawdę, a tym kim myślimy że jesteśmy.

Myślimy o sobie, że jesteśmy lepsi, uduchowieni, rozwinięci. Patrzymy w niebo spluwając na ziemię. Trzymamy swoje ciała, swoją seksualność, swoje uczucia w wiezieniu intelektu który zależnie od programu społecznego ocenia świat i dzieli go na dobry lub zły.
I tak od setek lat oceniając nasze ciała wraz z ich seksualnością jako złe wyrządzamy sobie ogromną krzywdę. Obłęd.

Von Trier taką krzywdę właśnie pokazuje. Ustami kobiety wyraża stosunek "naszej kultury" do natury, do seksu, do łechtaczki wreszcie. Pokazuje to stopień zakorzenienia w nas chorych dogmatów religijnych. Chorych ponieważ wynikłych z zaburzenia homeostazy, czyli równowagi wynikłej z umiejętności adaptacji i samoregulacji w przyrodzie.

Przecież to nie opętanie przez "złą naturę" karze samicy miażdżyć genitalia swojego samca, bądź wycinać swoją łechtaczkę! To w oczywisty sposób jest wbrew naturze! Te krzywdy które wyrządza zarówno sobie jak i mężowi są z podszeptu "dobrej kultury", która każe jej zdusić w sobie swoją seksualność oraz zniszczyć seksualność swojego partnera!

Dla mnie von Trier dość przewrotnie pokazuje Zło jakim jest krzywda wynikła z obłędu konfliktu wewnętrznego. I drogę wybawienia. Adekwatne do sytuacji, spójne z Naturą zachowanie. Poza dylematem, poza konfliktem. Tu nie ma krzywdy. Jeśli z punktu widzenia praw przyrody zobaczymy, że śmierć jest kolejnym krokiem w wiecznej przemianie życia, to akt zabicia opętanej żony w geście samoobrony jest konsekwencją procesu w jakim obydwoje się znaleźli. Jest też symbolicznym aktem uwolnienia zarówno jej jak i innych zniewolonych i "potępionych" kobiet od więzów prawdziwego szatana który opętał ludzi i zniewolił ich prawdziwą wolną naturę.

Być może film von Triera jest jak test projekcji Rorschacha, każdy widzi to co jego podświadomość rzutuje na ekran kinowy. Jedni widzą zło, drudzy porno (sic!), jeszcze inni zbawienie. A Lars się cieszy i się śmieje. Mam wrażenie, że produkując ten film zrobił coś wyjątkowego. Zgadzałoby się to z jego wypowiedzią z Cannes w której powiedział, że jest to jego najważniejszy w dotychczasowym dorobku film! I z mojej perspektywy to mu się udało.


Dawid Rzepecki
Sarnia Polana, 11.06.2009
dawid.rzepecki@gmail.com



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)