Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

28 kwietnia 2008

Mirosław Miniszewski

Antyterapia: polityczny zwrot ku samowolnej narracji
Rzecz o dyskursie Taraki

Kategoria: Pytania i granice

Dotychczasowe rozważania na temat doświadczeń liminalnych, związanych z praktykami neoszamańskimi były formowane przede wszystkim jako opis (amatorski i naukowy) oraz relacja. Inną grupę stanowiły próby ujęcia tej problematyki na gruncie psychologii lub psychoterapii. Znaleźć można wreszcie teksty, które próbują opisać te zjawiska na sposób socjologiczny.

Dla osoby doświadczającej stanu liminalnego, wywołanego praktykami deprywacyjnymi lub ekstatycznymi, nie związanymi z żadnymi tradycjami i doświadczanymi w postmodernistycznym kontekście kulturowym, tego typu opracowania nie mają większego znaczenia. Formy myślenia w kategoriach psychologicznych to jeden z poważniejszych problemów współczesnej humanistyki. Od interpretacji dzieł literackich, przez politykę aż po doświadczenie religijne, wszędzie króluje psychologia. Jest to wyraz bezsilności kultury wobec kryzysu myślenia. Psychologia nic nie wyjaśnia, a jedynie zaciemnia to, co istotne. Wydaje się, że ma to związek ze zwyczajem zapoczątkowanym przez zwolenników Carla G. Junga, którzy zaproponowaną przezeń metodę i język wnieśli na ołtarze współczesnej humanistyki i zatruli nią tak wiele obszarów, że trudno dzisiaj myśleć poza tym, dość mętnym niestety, paradygmatem. Z tego samego powodu odstawiamy na bok takich twórców, jak Arnold Mindell razem z jego „psychologią zorientowaną na proces”. Rezygnujemy w ogóle z ujmowania tego typu doświadczeń w kategoriach terapeutycznych.

Doświadczenia graniczne wywołane praktykami zwanymi niefortunnie neoszamańskimi domagają się nie opisu, nie ujmowania ich w kategoriach psychologicznych, ale POMYŚLENIA ich jako zjawiska ujawniającego jakąś treść narracyjną. Przyczynek do badań nad znaczeniem doświadczenia granicznego, jako czegoś, co ukazuje treść wymagającą odczytania, zakładać musi projekt skonstruowania słownika pojęć którymi będziemy je opisywać. Tradycyjne pojęcia mają już swoje znaczenie nadane głównie przez nauki psychologiczne. Kiedy zatem stosujemy je do opisu doświadczeń granicznych siłą rzeczy wpychamy je w dyskurs, który wszystko zaciemnia. Trzeba zatem skonstruować własny słownik pojęć i zdefiniować je odpowiednio.

Kolejny etap projektu, to wyjście z dyskursu religijnego (chrześcijańskiego, buddyjskiego i hinduskiego - jakiegokolwiek). Mieszanie pojęć religijnych tylu tradycji jest owocem sieczki mentalnej twórców języka, którym się dotychczas posługiwano do opisu doświadczeń granicznych.

Następnie trzeba porzucić kategorie socjologiczne, antropologiczne i etnologiczne, którymi opisuje się doświadczenia liminalne od lat. Całą koncepcję rytów przejścia w ujęciu Turnera czy van Gennepa wyrzucamy roboczo do kosza. Także Wierciński, Szyjewski, Eliade oraz Harner tam lądują. Między doświadczeniem a jego opisem jest przepaść nie do pokonania. Doświadczenie liminalne poprzedza opis świata i podmiotu, a nie deskrypcję samego doświadczenia – jako takie jawi się opisywanie jako jałowe, całkowicie bezsensowne działanie zwrotne. W związku z tym każdy opis socjologiczny i antropologiczny jest zafałszowującym odtworzeniem na gruncie języka naukowego, które niczemu nie służy. Jest to zwykły pozytywizm. Tak samo jawnie widoczny jest ów pozytywizm w zjawisku New Age, chcącym ujęcia tych doświadczeń na sposób pseudonaukowy i pozornie weryfikowalny w języku naukowym, z pogwałceniem jednakże naukowej metodologii i zasad logiki. Jest to oczywiście kłamstwo i uzurpacja. Dlatego New Age trzeba bezwzględnie odrzucić w całości.  Pozytywistyczne bowiem ujmowanie doświadczeń granicznych uniemożliwia w istocie dotarcie do znaczeń komunikatu, który podczas nich się ujawnia.

Propozycją jest „hermeneutyka opisu doświadczenia liminalnego" lub "hermeneutyka doświadczenia wizyjnego". Hermeneutyka była pierwotnie sposobem interpretacji dzieła. Rozwijana początkowo przez takich filozofów jak Dilthey, Heidegger, Ricoeur, Gadamer, z powodzeniem daje się stosować do na przykład badań nad literaturą lub interpretacją tekstów sakralnych w taki sposób, aby wyłowić z nich znaczenie zakryte np. przez oficjalną egzegezę kościelną. Powstanie każdego tekstu poprzedza namysł, wizja, wyobraźnia, fantazja. Jest on narracją i finalnym efektem doświadczenia przebiegającego w wyobraźni i umyśle. W ten sposób można potraktować doświadczenie liminalne, wywołane praktykami deprywacyjnymi lub ekstatycznymi. Tutaj nic nowego nie proponujemy. Pisarze, poeci, artyści od wieków znają sposoby pobudzania wyobraźni poprzez na przykład okresowe głodówki, środki halucynogenne itp. Zatem ów projekt to nic nowego, jak powrót do tradycji fundującej naszą cywilizację. Potrzeba odpowiedniego nastrajania się, aby uzyskać efekt w postaci  narracji ujawnia się  dzisiaj między innymi w taki sposób, jak proponuje Wojciech Jóźwiak w ramach „samowolnego rozwoju duchowego” i „twardej ścieżki”. Jeśli potraktować te działania jako poszukiwanie atmosfery rodzącej narrację, to ujawniają się one jako zupełnie fundamentalne dla człowieka i kultury. Są sposobem odzyskania prawa do opowiedzenia siebie i swojego życia poza obowiązującymi dyskursami. Jest to powrót do tego, co przez chwilę istniało w starożytnej Grecji.

W czasach demokracji ateńskiej funkcjonować zaczęły dwa pojęcia na określenie życia - bios i dzoe. Bios to życie polityczne wolnego człowieka uczestniczącego w polityce, a więc jedynej przestrzeni, w jakiej ujawnia się w klasycznym rozumieniu wolność. Dzoe to nagie życie biologiczne (paradoksalne użycie prefiksu bio- do określenia tego, co jest dzoe, a więc w istocie chodzi o zoologię dotyczącą również człowieka), cielesna masa życia  uwarunkowanego koniecznościami. Bios to życie, które można opowiedzieć. Termin biografia pochodzi od bios. Jest to życie opowiedziane, ujęte w narrację. Dzoe to tylko funkcja.

Współczesna biopolityczna (znów odniesienie do bio-, zamiast do dzoe, które z uwagi na zoologię jest zbyt obciążone funkcyjnie; powinno być w istocie zoopolityka, co rzecz jasna brzmiałoby fałszywie) praktyka państw i rządów redukuje człowieka do dzoe. W odróżnieniu od dawnej suwerennej władzy, która skazywała na śmierć, ale pozwalała żyć, dzisiejsza [bio]władza nakazuje żyć (np. w zdrowiu, szczęściu i ekonomicznym dobrobycie) i pozwala umrzeć.  Tej obserwacji dokonał Michel Foucault.

Kiedy zamiera narracja nie ma już życia, które da się opowiedzieć. Ten schemat oczywiście ma charakter uogólniający. Niemniej pozwala na zinterpretowanie politycznego (!) ruchu, który proponuje Wojciech Jóźwiak jako wołania o prawo człowieka do „samowolnej narracji” – czyli opowiedzenia siebie i świata na swój sposób. Stąd wniosek, że działania, które w Tarace często określa się niefortunnie szamańskimi, nie mają funkcji terapeutycznej (jeśli się taką spotyka, to tylko jako efekt uboczny), wszak terapia jest elementem biowładzy i biopolityki. Mają takie znaczenie, jakie miała poezja w starożytnej Grecji, gdzie poeci, aby pisać, potrzebowali kontaktu z muzami. Muza umożliwiała poecie narrację. Jej pozyskanie było w istocie działaniem rytualnym i zastosowaniem pewnych technik, których poeta się uczył. Dlatego proponuję traktować „twardą ścieżkę” jako projekt bardziej literacki, filozoficzny i polityczny, przy całkowitej rezygnacji z intencjonalnych związków z psychologią i terapią, dopuszczając je jako czysto przygodne. Usadawiają one bowiem cały projekt w przestrzeni biopolityki, której nie interesuje podmiot, ale jedynie jego funkcja. Taka psychologizacja narracji to kłamstwo ufundowane na pomyleniu pojęć.

Dlatego „samowolny rozwój duchowy” proponowany przez Wojciecha Jóźwiaka to sprawa par excellence polityczna. Dlaczego? Wyzbądźmy się współczesnego rozumienia polityki, jako partyjnej walki o władzę. Polityka, we właściwym znaczeniu tego pojęcia, to każde publiczne działanie wolnych ludzi. Wolność może pojawić się bowiem tylko w polityce. Pomysł, że wolnym się jest w sferze prywatnej, narodził się dopiero niedawno i jest ufundowany na kłamstwie. Wolność zatem, w rozumieniu klasycznym, nie dotyczy spraw życia osobistego – utrzymania go w sytości i zdrowiu. W istocie polityka, a więc i wolność, rozpoczyna się tam, gdzie kończy się sfera materialnych korzyści, zdrowia i nagiej siły suwerennej lub biopolitycznej władzy.

Z tego też powodu proponuję w ogóle zrezygnować z terminów takich jak szaman, szamanizm, neoszamanizm itp. Funkcja, jaką sprawował szaman była niedemokratyczna, plemienna i stosowanie owego terminu do tego, co oferuje Wojciech Jóźwiak, jest nieadekwatne. Szaman był wybrany, uprzywilejowany. Miał władzę duchową i władzę leczenia. To jest zupełnie inna siatka pojęć, zresztą oderwanych od świata, w którym funkcjonowały i nam całkowicie niedostępnego. To Grecy, a nie plemiona i ich szamani, dali światu wolność manifestującą się w polityce. Oni zerwali pierwsi z okowami i ograniczeniami życia plemiennego, które było dla nich barbarzyństwem. Na greckiej agorze mógł stanąć każdy obywatel i dokonywać narracji. Opowiadać świat i siebie; mieć wizję, nawet wywołaną misteriami i praktykami deprywacyjno-ekstatycznymi, które w Grecji były powszechne. To jest polityka we właściwym tego słowa znaczeniu. Chrześcijaństwo wtórnie sprowadziło człowieka do kategorii prywatności, czyli ekonomii zbawienia. Ekonomia była w Grecji czystą prywatnością, koniecznością utrzymania ciała przy życiu i zdrowiu. Stanowiła przeciwieństwo polityki i wolności. Chrześcijańska ekonomia zbawienia sprowadziła sprawy duchowe do wymiaru konieczności, takich jak jedzenie, spanie, wydalanie, kopulowanie i zdrowie. Ta sfera domaga się wyzwolenia, a więc sprowadzenia na powrót do polityki. Jeśli wolni ludzie doświadczają wizji i potem pod jej wpływem dokonują publicznie narracji – opowiedzenia siebie i świata – to jest to polityka, wolność.

Sam termin „samowolny rozwój duchowy” jest nieco niefortunny. Sugeruje wiele konotacji, które nie wydają się właściwe. Nie zamieram jednak z tym dyskutować, bo jest to sprawa radykalnie wtórna. Ważne jest to, jak ustawimy sami desygnat tego pojęcia.

To, co proponuje Wojciech Jóźwiak, nie jest zatem niczym nowym, jest w istocie powrotem do tego, co najcenniejsze w naszej cywilizacji, ufundowanej na antycznej tradycji. Przestrzeń publiczna zaproponowana Wojciecha Jóźwiaka to zatem coś w rodzaju „republiki narratorów”. W żadnym  razie nie jest to przychodnia terapeutyczna. 

***

Obserwuję i uczestniczę w dyskursie Taraki od 2001 roku. W tym czasie przechodziła ona wiele modyfikacji. Miała lepsze i gorsze chwile. Uważam, że teraz jest właśnie w jednym z gorszych momentów. Niektórych tekstów nie da się po prostu czytać. Tak samo ogłoszenia o różnego typu działaniach ujawniają raczej kryzys niż początek jakiegoś nowego sposobu publicznego funkcjonowania. Wielu autorów i organizatorów działań proponowanych na łamach Taraki wydaje się błądzić cały czas w jakichś oparach new age'owego dyskursu. Szukają na siłę pozytywnych uzasadnień swoich działań. To częstokroć naiwne i infantylne. Nie jest to jednakowoż najważniejszy problem Taraki. Wydaje się nim być raczej ciągłe poszukiwanie formy. Odkrywam je jako właściwy przejaw kryzysu. Treść się ujawnia coraz słabiej. Uważam w związku z tym, że momentem przełomowym mogłoby być dla Taraki wyjście z Internetu, który ma jedynie pozorną strukturę agory – tylko pozornie jest publiczny, w istocie jest wirtualną prywatnością. Jest zatem Internet fabryką idiotów. Idiota bowiem, to słowo pochodzące od greckiego słowa „idiotes”, które oznaczało osobę zainteresowaną wyłącznie sprawami prywatnymi, nie uczestniczącą czynnie w życiu politycznym, a więc rezygnującą ze swojej wolności. Uwięzienie podmiotu za ekranem komputera odbiera mu moc politycznego działania w przestrzeni wolności. Każde jedno słowo, tak jak każda narracja, trafiające do Internetu natychmiast dewaluuje się i zrównuje z całą jego zawartością – bezwartościową masą bełkotu. Internet niewoli słowo, chociaż wydawać by się mogło, że jest dokładnie odwrotnie. Zatem drukowana Taraka sprawiłaby że artykuły nabrałyby wymiaru politycznego. Uzyskałyby wartość, jakiej Internet nigdy żadnemu słowu nie da. Za dewaluację dyskursu tarakowego uważam też listy dyskusyjne, w których  z premedytacją nie uczestniczę od kilku lat. To, co dociera do mnie mimo woli z toczonych dyskusji, utwierdza mnie tylko w tym przekonaniu.  Więcej działań w terenie, więcej drukowanego słowa, więcej debat, konferencji, dyskusji toczonych na żywo. Wtedy ten dyskurs ma sens i będzie właściwie funkcjonował. Drukowanie słowa to i tak pewien kompromis. Najdoskonalszą formą ujawniania się słowa to mowa, jako najbardziej fundamentalna cecha człowieczeństwa.

Trzy tradycyjne sztuki, stanowiące klasyczny kanon filologiczny, są dzisiaj wyzwaniem dla Taraki. Są to: retoryka, poetyka i hermeneutyka - sztuka mówienia, sztuka pisania i sztuka interpretacji tego, co mówione i pisane. Tego nie da się zrobić tylko w Internecie. Trzeba wyjść na agorę. Taraka potrzebuje bowiem wejścia w politykę w rozumieniu wcześniej wyłożonym. Niech nie będzie tylko słupem ogłoszeniowym pseudo-przychodni terapeutycznych.

Mirosław Miniszewski

miniszewski/at/onet.eu





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)