Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 marca 2011

Wojciech Jóźwiak

Astroczytanki nr 1. Niebo całe w cyklach
Felietony - nie tylko dla astrologów!

W serii "Astroczytanki" przedstawiam felietony, które w minionych latach pisałem dla tygodnika "Gwiazdy Mówią". Tam były rozproszone - tutaj zbieram je według tematów i podobieństw.
Jak je najkrócej zapromować? - Nie tylko dla astrologów!



Cykle na niebie i w nas

Astrologia jest nauką o czasie. Bo, popatrzmy: w fizyce czas jest ogromnie ważny i występuje w jej równaniach, ale o samym czasie jako takim fizyka mówi niewiele. Mierzy go, owszem. Orzeka że od jednego zdarzenia do drugiego minęło tyle a tyle czasu. Bada, jak różne właściwości ciał zmieniają się w czasie. Ale sam czas pozostaje tylko "gołym" wymiarem, liczbą bez właściwości.

W astrologii - inaczej - czas jest aktywny! Astrolog patrzy na czas tak, jak botanik patrzy na glebę. Na kwaśnej glebie wyrosną wrzosy, na wapiennej szałwia i szarotki. Dużo azotu w glebie: szczaw i pokrzywa. Czas w astrologii jest właśnie taką glebą, podłożem dla zjawisk - podłożem, na którym jedne wydarzenia "rosną", a inne przeciwnie, są tłumione i nie mają szans.

Czas w astrologii, można powiedzieć, ma swoje barwy i smaki. Nie jest jednolity, tylko raczej jest jak sznur spleciony z różnokolorowych nici. Właściwości czasu zależą od planet - od tego, jak są ustawione względem Ziemi, także względem miejsca, w którym się znajdujesz. (To ustawienie "miejsca stania" względem nieba, w horoskopie pokazują ascendent i medium coeli.) Właściwości czasu zależą także od tego, jak planety ustawione są względem tego stanu nieba, które było nad tobą w chwili twoich narodzin. Dlatego tranzyty planet i ich cykle badamy względem urodzeniowego kosmogramu.

Gdyby astrologia składała się tylko z wiedzy o cyklach planetarnych - mam tu na myśli głównie cykle Saturna i Jowisza - to i tak byłoby to bardzo wiele. Wiedza o cykliczności naszego życia, o tym, że przebiega ono w cyklach i w powtórzeniach, którymi rządzą planety - jest czymś ważnym i jest to takie podejście do życia, które z gruntu różni się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni na codzień.

Mamy bowiem nawyk myślenie o naszych życiach w sposób liniowy. Związane to jest także z tym, że zazwyczaj mamy błędne wyobrażenie o czasie: wyobrażamy sobie czas jako coś, co nie ma właściwości i tylko wciąż równomiernie posuwa się do przodu. Dlatego kiedy napotykamy w życiu obrót cyklu, przezywamy zaskoczenie: jak to jest możliwe? Co się dzieje? Dlaczego tak? Oto młody człowiek zdał maturę, poszedł na studia, uczył się nieźle, czynił plany przyszłej zawodowej kariery z dyplomem w kieszeni, kiedy coś zaczęło się psuć. Czekał go jeszcze tylko jeden wysiłek, napisanie pracy na dyplom - kiedy okazało się, że mu to zupełnie nie idzie, inne sprawy są ważniejsze, w dodatku zakochał się i nie wiadomo kiedy dziecko w drodze... (Dość podobną historię sportretował Zanussi w słynnym przed trzydziestu laty filmie "Iluminacja".)

Okiem astrologa patrząc, sprawa jest jasna: tak zaczęło się dziać, ponieważ Jowisz (albo Saturn) przeszedł przez oś urodzeniowego horoskopu - zmienił ćwiartkę horoskopu, w której przebywa. Tu dodam, że każdy cykl dzieli się cztery wyraziste fazy, ćwiartki - tak jak kosmogram podzielony jest cztery sektory punktami: medium coeli, ascendent, imum coeli i descendent.

Psychologowie kiedyś odkryli ze zdumieniem, że ponieważ ludzki mózg dzieli się na prawą i lewą półkulę, to w każdej połowie mózgu mieszczą się dwie różne osobności czy istoty. Istota z lewej półkuli jest racjonalna, intelektualna i logiczna, istota z prawej półkuli uczuciowa, intuicyjna i magiczna. U większości ludzi obie współpracują zgodnie, ale u niektórych mają problemy z komunikacją. Ci ludzie na zmianę zachowują się jakby mieli dwie różne osobowości!

Otóż coś podobnego dzieje się z fazami-ćwiartkami planetarnych cykli. Jest tak, jakby człowiek miał cztery osobowości, wprawdzie podobne, ale i różne - i każda z nich ujawniała się w swojej ćwiartce cyklu. Tamten film, "Iluminacja" pokazywał, jak w jednym człowieku zmagają się dwa takie jego wydania: jeden był pilnym i solidnym perfekcjonistą, drugi histerycznym poszukiwaczem "prawdy o życiu". Ale, jak powiedziałem, takich wydań naszej osobowości jest przynajmniej cztery.

Ktoś jest teraz optymistą umiejącym korzystać z nadarzających się okazji, szukającym sukcesu w sprawach materialnych. Ale trzy lata temu był raczej poszukiwaczem przygód, któremu wszędzie było ciasno, którego rzucało po świecie, który miewał dość podejrzane znajomości i wcale nie szykował się do kierowania firmą i sprzedawania produktów, co robi teraz. Za to ów ktoś często teraz wraca wspomnieniami do czasów sprzed dwunastu lat, kiedy był prymusem w liceum i wyobrażał sobie, że jego przyszła kariera będzie właśnie taka jak teraz: wciąż do przodu, nowe okazje i dużo pieniędzy. Może ma też za wspólnika kolegę ze starej paczki?

Bo jest tak, że my sami, ale z innej ćwiartki cyklu, wydajemy się sobie obcy, za to nawiązujemy kontakt przez wspomnienia i przypominanie sobie doświadczeń, z sobą z tej samej fazy, ale z poprzedniego obrotu cyklu - czyli właśnie sprzed dwunastu lat, gdy chodzi o cykl Jowisza.

15.X.2007



Wiosna czyli cztery fazy wszystkiego

Zbliża się początek wiosny, co poznajemy po tym, że na niebie Słońce zbliża się do początku znaku Barana, czyli do - tak zwanego - Punktu Barana. Wiosna jest jedną z czterech pór roku, a Punkt Barana jest jednym z czterech punktów kardynalnych zodiaku; pozostałe to Punkt Raka, który Słońce mija na początku lata, Punkt Wagi, oznaczający jesienną równonoc, i Punkt Koziorożca, który Słońce przechodzi podczas zimowego przesilenia.

Wiele wskazuje, że mnóstwo rzeczy w świecie ustawionych jest w czwórki. Z czterema punktami kardynalnymi nieba astrologia, jeszcze w starożytności, powiązała cztery żywioły. Punkt Barana jest "siedzibą" żywiołu Ognia, w Punkcie Raka rezyduje żywioł Wody, Waga to (jak się domyślamy) lekkie i chwiejne Powietrze, zaś z Koziorożcem związany jest twardy i ciężki żywioł Ziemi. Oczywiście, rozumiemy, że te cztery żywioły astrologii i alchemii są to nie tyle stany skupienia materii, co raczej pewne składniki lub wymiary ludzkiej psychiki.

Cztery żywioły zawędrowały także do kart tarota, gdzie zostały przedstawione w postaci czterech magicznych tarotowych przedmiotów: Kijów, Pucharów, Mieczy i Monet. W Kijach rozpoznajemy żywioł Ognia, w Pucharach - Wody, Miecze to Powietrze, Monety zaś to żywioł Ziemi. Ściśle łączy się to z ich symboliką: karty z serii Kijów (Dwójka Kijów, As Kijów, Rycerz Kijów itd.) symbolizują zapał, energię, ruch i entuzjazm. Karty z serii Pucharów mówią o emocjach i uczuciach: od miłości aż po nienawiść. Miecze symbolizują intelekt, poznanie i w ogóle pracę umysłu, Monety zaś organizację i pieniądze. Wszystkie karty spośród 56 małych arkanów tarota układają się w czwórki: jedna mówi o entuzjazmie i chęciach, druga o uczuciach, trzecia o myśleniu, czwarta o sprawach materialnych.

Liczba cztery przyświecała także starożytnym chińskim twórcom Księgi Przemian czyli I-Cing. Głosili oni, że pewne rzeczy związane z tą wyrocznią należy robić w czwórkowym rytmie na wzór czterech pór roku. Dlatego krwawnikowe patyki podczas losowania wróżebnych figur, heksagramów odlicza się po cztery. Dlatego także linie (kreski), którymi zapisuje się heksagramy, są czworakiego rodzaju: linia ciągła obrazująca męski żywioł jang, linia przerywana obrazująca żeński żywioł in, oraz linia ciągła zmienna, która przedstawia jang zmieniające się w in, i w końcu linia przerywana zmienna, przy której, odwrotnie, in zmienia się w jang.

Wyrocznie Księgi Przemian brzmią nader tajemniczo. Jeszcze bardziej tajemnicze symbole odkryli kalifornijscy okultyści: Elsie Wheeler i Marc Edmund Jones. W roku 1925 panna Wheeler ujrzała "trzecim okiem" ciąg 360 obrazów, które Jones skojarzył z 360 stopniami koła zodiaku i nazwał "Symbolami Sabejskimi".[1] Pierwszy z tych symbolicznych obrazów przedstawia kobietę, która wynurza się z morza w objęciach foki. Ten dziwaczny obraz składa się z czterech elementów: morze jako żywioł Wody, pusta przestrzeń powietrza w górze, kobieta jako element czynny, działający, a więc żywioł Ognia, i w końcu czarny, obły stwór wciągający ją z powrotem w głębiny, czyli foka jako żywioł Ziemi.

Carl Gustav Jung twierdził, że wśród rzeczy tworzących czwórkę jedna musi być w pewien sposób nieharmonijna, musi przeszkadzać i sprzeciwiać się pozostałym. W wizji Wheeler tym negatywnym składnikiem jest właśnie foka.

Sam Jung pisał o czwórcy, na którą składają się trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Jezus i Duch Święty, tym czwartym zaś i przeszkadzającym jest diabeł.

W tarocie czwartym i przeszkadzającym elementem są Miecze, które, według wielu autorytetów, są kartami złowróżbnymi. Papus, autor jednej z pierwszych teoretycznych książek o tarocie, pisał wręcz, że Miecze symbolizują "zły los". (Kto czytał moją książkę o tarocie, wie, że ja w to nie wierzę i przedstawiam inny system, w którym Miecze są tak samo złe lub dobre jak pozostałe karty.)

To, jak ważna jest czwórka, wiedzieli już jacyś nieznani mędrcy ze starszej epoki kamienia, którzy pozostawili po sobie rysunki koła podzielonego dwiema skrzyżowanymi kreskami na cztery części. Domyślamy się, że przedstawiały one cztery kierunki świata, cztery pory roku i cztery części dnia. Czyli całość świata. Zupełnie tak, jak ową całość świata, świat doskonały i kompletny przedstawia ostatnia karta tarota zatytułowana "Świat". Wyobraża ona, jak wiemy, tańczącą kobietę otoczoną czterema postaciami, które objawiły się Ezechielowi. Owe tetramorfy to Byk, Lew, Orzeł (który zastępuje znak Skorpiona) i Anioł - który nam kojarzy się z Wodnikiem.

Widzenie Wszystkiego jako Całości - to jest to, co warto uświadomić sobie, kiedy zbliża się wiosna.

24.II.2004



Imum coeli czyli tajemnica

Imum coeli to po łacinie "dół nieba". W astrologii tymi słowami oznacza się to miejsce na niebie, gdzie planety "dołują", czyli przechodzą przez najniższy punkt pod horyzontem. Bo w ciągu doby każda planeta, tak samo jak gwiazdy i Słońce, wschodzi, góruje, zachodzi... a kiedy jest najgłębiej poniżej horyzontu, to mówimy o niej, że dołuje. Imum coeli leży na północy; oczywiście tylko na naszej, północnej półkuli.

Gdy dzielimy horoskop na domy, imum coeli stanowi początek domu czwartego, który - na mocy odwiecznej, bo pochodzącej od starożytnych Greków tradycji - uważany jest za odpowiednik znaku Raka i "rządzi" takimi sprawami, jak dom rodzinny, rodzinne związki, pochodzenie, ród, ziemia ojczysta - a także ten kawałek ziemi, który ewentualnie ktoś posiada. Mówiąc bardziej ściśle, na podstawie tego, które planety leżą w czwartym domu i które znaki tam są, astrolog określa powyższe rodzinno-ziemskie związki w życiu człowieka. Na przykład Saturn oznacza dzieciństwo trudne i smutne. Pluton w tych okolicach każe się domyślać jakichś ciężkich przejść, a może nawet tragedii - znam takie przypadki ze swojej horoskopowej praktyki. Ale mogą tam być dobre planety w korzystnych układach i wtedy mamy dobre, ciepłe więzi z rodziną, domem i ziemią przodków.

Patrice Guinard w swoim systemie skojarzył imum coeli z hasłem "Tajemnica". Warto coś więcej o nim powiedzieć. Jest Francuzem, jest dość młody jak na astrologa - rocznik 1957, kieruje własną astrologiczną uczelnią, a jego internetowa strona jest miejscem, gdzie spotykają się i krzyżują nowe idee. Guinard znany jest z tego, że odrzucił tradycyjny, pochodzący jeszcze ze starożytności system 12 domów horoskopu, a w jego miejsce zaproponował własny, nazwany "oktotopos", czyli po grecku "osiem miejsc", w którym domów jest tylko 8. W systemie tym odpowiednikami domów są sektory nieba w pobliżu ascendentu, descendentu, medium coeli i imum coeli - to już cztery, oraz dodatkowe obszary pośrodku, pomiędzy tamtymi punktami - następne cztery. Razem osiem.

Otóż imum coeli i jego okolice w jego systemie wiążą się z tajemnicą. W tradycyjnym układzie domów ten sam obszar horoskopu mówi o domu i pochodzeniu. Czy nie ma w tym sprzeczności? Nie ma. I to jest właśnie najciekawsze!

Kiedy dociekamy spraw związanych z pochodzeniem, z początkiem jakiejś rzeczy, instytucji, idei, a także z początkami ludzkiego życia - zawsze napotykamy na tajemnicę. Kiedy cofasz się pamięcią w przeszłość, na pewno nie dotrzesz do swojego początku! Przypomnisz sobie obrazy z dzieciństwa, dom rodzinny, matkę krzątającą się po domu, ojca wracającego z pracy, może jakiegoś psa, może zabawkę... Im bliżej oczekiwanego początku, tym bardziej to się plącze, nie wiesz, co naprawdę pamiętasz, a co ci opowiadano... Gdyby nie zapamiętane opowieści twoich krewnych i gdyby nie dowód osobisty i metryka urodzenia, zwyczajnie nie wiedziałbyś, skąd się wziąłeś!

Podobnie jest, kiedy historycy ustalają początki pewnej instytucji, na przykład państwa. Im dalej w przeszłość, tym większa ciemność i mgła. Jak miał naprawę na imię Mieszko, później ponumerowany jako Pierwszy? I co to właściwe znaczy to dziwaczne imię? Czy miał brata imieniem Wszeciech, który zginął, czy to był ktoś inny? Jak biegły granice jego państwa? Niczego tu nie wiemy na pewno.

Albo gdy dociekamy początków i pochodzenia Słowian... Mgła i ciemność jeszcze większa, do tego stopnia, że jedni uczeni upierają się, iż nasi plemienni przodkowie żyli na obecnych polskich ziemiach co najmniej 1800 lat przed Mieszkiem, a pewnie i dawniej, inni zaś twierdzą, że zjawili się na naszych ziemiach dopiero po upadku Rzymu, czyli zaledwie 450 lat przed Mieszkiem, a wcześniej żyli może na Ukrainie, a może aż nad Wołgą... A tam dopiero jaka mgła!

To samo jest, kiedy szukamy początków ludzkiego gatunku, Homo sapiens. Albo początków życia na Ziemi. A także początków Wszechświata. Teoria Wielkiego Wybuchu pozwala jako tako opisać, jak wyglądał Wszechświat, kiedy był jeszcze niewyobrażalnie nowy - kiedy jego wiek wyrażał się liczbą 10-30 sekundy (dziesięć do potęgi minus 30) - ale najciekawsze rzeczy podobno działy się w nim jeszcze wcześniej, tylko że tam już nie sięga żadna ze znanych teorii fizycznych, a więc znowu: ciemność i mgła...

Guinard powiada też: wspólne pochodzenie, to wspólna tajemnica. Wspólna tajemnica jednoczy ludzi. Wiąże ich intymną, bliską więzią. Pozwala im poczuć się częścią czegoś większego: rodziny, plemienia, narodu, religii... (Bo początki religii też są osnute mgłą tajemnicy.) Ale to już inne zjawisko i gdzie indziej trzeba go szukać w horoskopie.

11.XI.2003



Ósemka

Święto Pierwszego Maja w tym roku wypada w niedzielę, ale i tak razem z 3 Maja daje nam cztery dni wolne. Czy to wiosenne święto ma jakieś uzasadnienie w kosmicznych cyklach? Bo Boże Narodzenie, wiadomo, z dokładnością do paru dni pokrywa się z zimowym przesileniem. Wielkanoc łączy się z wiosenną równonocą, wprawdzie nie wprost, ale pośrednio: najpierw musi być równonoc, potem pierwsza wiosenna pełnia i dopiero niedziela po tej pełni to święto Zmartwychwstania. A Pierwszy Maja? Wypada w jednym z terminów pośrednich, kiedy Słońce mija punkty w zodiaku leżące w połowie drogi między zwrotnymi punktami kardynalnymi. 1 maja Słońce przebywa około 10 stopnia Byka, czyli blisko stopnia 15, który leży dokładnie w połowie drogi pomiędzy punktem Barana (początkiem znaku Barana) a punktem Raka.

Podobno w przedchrześcijańskiej Europie świętowano wszystkie osiem przejść Słońca przez punkty zwrotne i punkty pośrednie między nimi. Świętowano więc zimowe przesilenie, kiedy palono dębową kłodę w kominku. Potem było święto na początku lutego, różnie zwane: Dniem Niedźwiedzia, gdyż jakoby niedźwiedzie obracają się wtedy na drugi bok, a gdzie nie było niedźwiedzi, to Dniem Borsuka lub Świstaka. W chrześcijaństwie czczono wtedy Matkę Boską Gromniczną, przy czym zachowały się jakieś niejasne wspomnienia, że ten dzień wiąże się z drapieżnymi zwierzami. Kiedy byłem mały, opowiadano mi, że to święto jest na pamiątkę tego, że kiedyś Maryja wędrując przez góry z małym Jezusem broniła się zapaloną świecą przed zębami głodnych wilków.

Następnym świętem w tym cyklu było nadejście wiosny, zastąpione w chrześcijańskim porządku przez Wielkanoc. Potem przychodziło święto, którego sens polegał na odnowieniu ognia. Na jedną noc wygaszano wszystkie ogniska, piece i kaganki, a o świcie rytualnie krzesano ogień świeży i nowy. Mroczna noc z 30 kwietnia na 1 maja była nadzwyczaj niebezpieczna, bo wtedy świat ludzki nawiedzały ciemne moce, które normalnie odstraszało światło płomieni. To była Noc Walpurgii, czas zlotów czarownic, a w pradawnych czasach zapewne noc przeznaczona na tajemne obrzędy magicznych stowarzyszeń. Odnowienie ognia miało coś z ducha odnowienia świata. Wśród dawnych Germanów krążyła opowieść o Ragnarök - ostatniej bitwie bogów, w której ulegną oni demonom, ale po której nowy świat zostanie odrodzony z popiołów. Ciekawe, że kiedy socjaliści zaczęli marzyć o światowej rewolucji, po której z powstańczego pożaru powstanie nowy, odnowiony i ulepszony świat, za swoje święto i zapowiedź przyszłego zwycięstwa przyjęli właśnie 1 maja. A czerwony kolor ognia uczynili swoim sztandarem.

Nie udało im się, i dobrze, bo i tak dość narobili bałaganu, ale święto zostało.

Kolejnym świętem w solarnym cyklu było letnie przesilenie, czyli wejście Słońca do znaku Raka, co zostało jako dzień św. Jana albo słowiańska Noc Kupały. Następny moment wypada w sierpniu i łączony był z dożynkami. Potem jest jesienna równonoc, a ostatnim świętem z tego cyklu jest Wszystkich Świętych, na Białorusi Dziady, a u Amerykanów Halloween, czyli dzień czci dla zmarłych przodków.

Świąt tych jest osiem - cztery przypadają na przejścia Słońca przez punkty kardynalne zodiaku, cztery na przejścia Słońca przez punkty pośrednie między nimi. Czy jest to jedyny cykl oparty na liczbie osiem? Niedawno francuski astrolog Patrice Guinard zaproponował, żeby w horoskopie rysować nie dwanaście jak dotąd, ale właśnie osiem domów. To jest sensowne, ponieważ horoskop dzieli się na czworo czterema charakterystycznymi punktami. Te punkty, to: ascendent, gdzie leżą planety, które wschodzą. Dalej medium coeli, gdzie planety górują, potem descendent, gdzie zachodzą, i imum coeli, gdzie dołują, czyli schodzą najniżej pod horyzont. Te cztery punkty leżą w czterech kierunkach: ascendent na wschodzie, medium coeli na południu, descendent na zachodzie i imum coeli na północy. Gdy do tego dodamy punkty leżące dokładnie pomiędzy tamtymi, otrzymamy układ ośmiu punktów dzielących horoskop na osiem sektorów. Mnóstwo faktów wskazuje, że te punkty i sektory są bardzo ważne dla interpretacji horoskopu!

Podobny system znali już dawni Chińczycy. Księga Przemian, czyli Yijing, ich starożytna księga do wróżenia, opiera się na ośmiu symbolach, tak zwanych trygramach. Trygramy łączono z kierunkami przestrzeni, porami dnia i porami roku. Ich system bardzo przypomina układ ośmiu domów zaproponowany przez Guinarda.

Osiem razy pięć daje czterdzieści. Czterdzieści lat wędrowali Żydzi przez pustynię z Egiptu do Ziemi Świętej. Czterdzieści dni Jezus spędził na odosobnieniu, zanim poszedł nauczać ludzi. Czterdzieści jednostek czasu to okres pośredni między jedną epoka a drugą, czas na oczyszczenie - od czego wzięło się słowo kwarantanna, co po włosku znaczy właśnie "czterdzieści dni". Pięć i osiem to liczby związane z orbitą Wenus. Co pięć lat Wenus pojawia się w tych samych miejscach jako Jutrzenka lub Gwiazda Wieczorna - a te pięć lat równe jest ośmiu jej okrążeniom wokół Słońca. Czyżby osiem dorocznych świąt słonecznych było pozostałością jakiegoś prastarego kalendarza opartego na cyklach zarazem Słońca i Wenus, tak jak to było w kalendarzu Majów?

6.IV.2005



Cykle Wenus, czyli o dziwnych liczbach

Wenus i Ziemia poruszają się wokół Słońca po zsynchronizowanych orbitach. Czas obiegu Wenus to 0.615 roku ziemskiego - liczba, która mało rożni się od złotej proporcji (0.61803), czyli liczby najbardziej harmonijnego podziału. Osiem naszych lat (czyli okrążeń Ziemi wokół Słońca) równe jest trzynastu okrążeniom Wenus. Oczywiście nie dokładnie, ale w dobrym przybliżeniu.

Gdyby spojrzeć na Słońce, Ziemię i Wenus z odległego punktu w kosmosie, to widać by było, jak obie te planety krążą ruchem prawie jednostajnym po orbitach mało różniących się od koła - szczególnie orbita Wenus jest bardzo regularna. Z naszego punktu widzenia, z Ziemi, wygląda to trochę inaczej: co jakiś czas Wenus pozornie wyprzedza Słońce, wtedy wstaje rano przed świtem i świeci jako Gwiazda Poranna czyli Jutrzenka. Potem zwalnia, pozwala się Słońcu dogonić i przestaje być widoczna w jego blasku, a po kilkunastu dniach wynurza się po drugiej jego stronie i wtedy świeci jako Gwiazda Wieczorna. Ten cykl pojawień się Wenus rano i wieczorem powtarza się co 583.92 dnia - czyli, okrągło licząc, co 584 dni.

Od dawna nurtuje mnie myśl, że cykl Wenus powinien wejść do astrologii. Wydaje mi się bowiem prawdopodobne, że okresy, kiedy świeci ona jako Gwiazda Wieczorna i jako Gwiazda Poranna, różnią się swoim duchowym klimatem, a i zapewne ludzie urodzeni w różnych fazach Wenus mają jakieś specyficzne właściwości. Wydaje mi się jednak, że tego nikt nie badał, a przynajmniej ja nie natrafiłem na ślady takich poszukiwań.

Pięć cykli pojawień Wenus równe jest - z dokładnością do 9 minut - ośmiu ziemskim latom. Warto przyjrzeć się tym liczbom: 5 cykli pojawień Wenus - 8 ziemskich lat - 13 okrążeń Wenus wokół Słońca. Liczby 5, 8 i 13 należą do tak zwanego ciągu Fibonacciego i występują wszędzie tam, gdzie zjawiskami rządzi złota proporcja. Nie darmo Wenus uważana była za boginię harmonii i piękna!

Co jeszcze wynika ze wspomnianej synchronizacji Ziemi i Wenus? Skoro w ciągu 8 lat wypada całkowita liczba zarówno okrążeń Wenus wokół Słońca jak i jej pojawień na ziemskim niebie, oznacza to, że co osiem lat Wenus i Słońce wracają do tych samych miejsc w zodiaku. Niedawno, 8 czerwca 2004, miała miejsce koniunkcja Wenus ze Słońcem w Bliźniętach i taka koniunkcja odbyła się również 8 lat temu, w roku 1996. Następna ciekawostka: jeśli zaznaczyć na kole zodiaku kolejne koniunkcje Wenus i Słońca, to zobaczymy, że układają się one w pięcioramienną gwiazdę. Może to być wskazówka, że Wenus ma coś wspólnego z liczbą 5 i pięciokrotnymi aspektami - kwintylami. Jak widać, nie wszystko jeszcze w astrologii wiadomo i przyszli badacze mają czego szukać.

Od kiedy ludzie zaczęli systematycznie obserwować niebo - a zaczęli to czynić bardzo dawno temu - usiłowali ująć jego prawa w liczby całkowite, które z natury wydają się czymś doskonalszym od ułamków. Także i my nie pogodziliśmy się z tym, że rok ma 365 i "coś tam" dnia, tylko co cztery lata dodajemy dodatkowy cały dzień na koniec lutego, a w niektóre lata nie dodajemy - gdyż posługiwanie się kalendarzem z ułamkami dnia byłoby mocno niewygodne.

Podobnie myśleli starożytni Majowie, mieszkańcy półwyspu Jukatan podzielonego dzisiaj między Meksyk i Gwatemalę. Nie śpieszyli się z wprowadzaniem ułamków: przyjęli po prostu, że cykl Wenus liczy okrągło 584 dni, a rok - 365 dni. I zauważyli rzecz, która zrobiła na nich wielkie wrażenie: że oba te okresy mają wspólną miarę - cykl Wenus to 8 razy po 73 dni, a rok to 5 razy po 73 dni! Ten fakt stał się podstawą ich słynnych i wymyślnych kalendarzy.

Zauważmy także, że 584 dni jest dużo dokładniejszym przybliżeniem faktycznej długości cyklu Wenus niż 365 dni jest przybliżeniem długości roku. Dlatego Majowie właśnie Wenus, a nie Słońce, przyjęli jako wzorcowy "zegar" odmierzający im czas. Odkąd zaczęli obserwować Wenus, nie czuli już potrzeby dokładniejszego wyznaczania liczby dni w roku, zadowalała ich przybliżona liczba 365.

Odkryli następnie, że istnieje liczba 37 960, w której mieści się "ładna" liczba lat (tych 365-dniowych) - mianowicie 104, oraz równie "ładna" liczba okresów Wenus - 65. W tej liczbie zawiera się trzynastka (65 = 13 x 5), którą Majowie uznali za liczbę świętą i zastosowali do odliczania dni, podobnie jak my używamy w tej roli siódemki czyli tygodnia. A ponieważ liczyli dwudziestkami (a nie jak my, dziesiątkami), to za świętą jednostkę czasu przyjęli rok wenusjański równy 13 razy 20 dni, czyli 260.

Rok liczący 365 dni Majowie zwali w swoim języku haab, a "święty rok", czyli okres 260 dni - tzolkin. Łatwo policzyć, że co 52 lata haab upływała pełna liczba - 73 - lata tzolkin. (Znowu wraca ta dziwna liczba 73...). Starożytni obserwatorzy nieba z Jukatanu na tym nie poprzestali i wynaleźli jeszcze wiele innych jednostek czasu. Jedna z nich skończy się w grudniu 2012 roku - ale to już osobna i długa historia...

6.VI.2004

ac1_cykle_02.gif



Powrót Wenus

Po długiej nieobecności Wenus wróciła na wieczorne niebo. Świeci teraz na zachodzie; kto wie, gdzie jej szukać, zobaczy ją nawet jeszcze przy niezaszłym Słońcu. Świeci jako Gwiazda Wieczorna, po grecku Hesperos, po łacinie Vesper, przez polski lud zwana w tym położeniu Zwierzynką lub Zajęczą Gwiazdą, co jest śladem archaicznych wierzeń, iż pod postacią wieczornej Wenus objawia się leśna Bogini Dzikich Zwierząt, której groźną postacią jest zębata śmiercionośna maciora, dzika leśna świnia.

Okres pojawiania się Wenus jako wieczornej Zwierzynki bądź zarannej Jutrzenki równy jest 584 dni (bez paru godzin), czyli z dobrą dokładnością 5/8 roku. Co oznacza także, iż co osiem lat jednocześnie Wenus i Słońce wracają w to samo miejsce na niebie. Gdy się rodziłem, słońce było po koniec znaku Barana, a Wenus w 4. stopniu Bliźniąt. W tym roku mija okrągła liczba lat podzielna przez osiem i oto dniu moich urodzin Wenus będzie w położeniu 7 stopni Bliźniąt. Prawie w tym samym miejscu, co w urodzeniowym horoskopie - czyli jest tak, jakbym obchodził podwójne urodziny, te zwykłe słoneczne i te wenusowe.

Wenus wydaje mi się planetą wciąż niedocenianą przez astrologię. Zapewne dlatego, że od wieków ogłoszona jest "dobroczynną", to ludzie śledzący horoskopy jej się nie boją, a przez to że się nie boją - nie doceniają jej, a nawet lekceważą. Także nie bez winy jest skojarzenie Wenus z kobietą, nadanie jej żeńskiej płci - no bo kto by się "baby" bał; kobieta to przecież anioł, miłość, opieka, samo dobro - którym można się nie przejmować. Co innego te groźne, złoczynne planety: Mars, Saturn, Pluton: tym astrologowie przyglądają się z najwyższą uwagą i raczej przesadzają z ich właściwościami niż je przegapiają. Tymczasem Wenus ma mnóstwo przewag: najjaśniej ze wszystkich planet świeci, jest bliską sąsiadką Ziemi, przypomina Ziemię budową geologiczną, obok Jowisza najsilniej z planet działa na Ziemię grawitacyjnie. Również tamten wspomniany na początku stosunek orbitalnych okresów: pięć do ośmiu, nie jest przypadkowy, gdyż te dwie bliskie planety uzgodniły swoje orbity tak, żeby grawitacyjnie jak najmniej sobie przeszkadzać; w fizyce to się nazywa orbitalnym rezonansem.

Jestem przekonany, że okres 584 dni, czyli synodyczny okres Wenus, ma znaczenie w astrologii i ma znaczenie faza Wenus, czyli ważne jest, czy ktoś urodził się pod Wenus wieczorną, wyprzedzającą Słońce w zodiaku, czy pod Wenus poranną, wlokącą się z tytułu za Słońcem. Zapewne faza Wenus dzieli się na drobniejsze okresy. Ale żeby to zbadać, trzeba by inaczej rysować horoskopy i planety w horoskopach. Nie względem zodiaku, tak jak się to teraz zwyczajnie robi, ale względem Słońca. W takim układzie odniesienia położenie i faza Wenus byłyby jasno widoczne i rozróżnialne. Tak samo położenie i faza Merkurego i oczywiście fazy Księżyca. Zapewne istnieje coś takiego, jak kalendarz księżycowo-merkuryczno-wenusowy, w którym ruchy tych trzech ciał niebieskich dzielą czas na odcinki, a inne planety zjawiają się na tak zarysowanym tle tylko jako nieregularni goście. Być może tak skonstruowany kalendarz i wenusowo-księżycowy "zodiak" byłby bardzo podobny do kalendarza starożytnych Majów! Którzy też przecież do mierzenia czasu zaprzęgli Wenus, poruszającą się zresztą bardzo regularnie.

Dwa razy na 584 dni mają miejsce koniunkcje Wenus ze Słońcem. Oczywiście Wenus jest wtedy niewidoczna gołym okiem, bo ginie w promieniach Słońca. Jedna z tych koniunkcji jest wtedy, kiedy Wenus, z punktu widzenia Ziemi, Słońce wyprzedza, druga koniunkcja, kiedy Wenus się cofa w ruchu retrogradacji. Gdy miejsca tych koniunkcji narysować w zodiaku, tworzą one symetryczny, regularny pięciokąt albo pięciopromienną gwiazdę. To także jest skutkiem wyrównania orbit Ziemi i Wenus w proporcji 5 do 8. Ale to oznacza także, że Wenus jest w naturalny sposób związana z liczbą 5 i pięciokrotnymi aspektami - kwintylami. To jest kolejny wątek w astrologicznych znaczeniach, którego chyba nikt jeszcze nie przebadał, tak iż nie wiemy, co z tego wynika. Wenus jak widać kryje wciąż tajemnice!

Zachęcam miłośników astrologii do badań nad Wenus. Radzę sprawdzać, co robiła, jaką rolę grała w waszych horoskopach podczas przełomowych momentach życia. Podczas groźnych wypadków i podczas nieoczekiwanych uśmiechów szczęścia. I jak działała na różnych sławnych, wielkich i dziwnych ludzi.

Podobno też cykle Wenus mają wpływ na pogodę, na opady deszczu na różnych kontynentach - takie wiadomości się w pojawiają w prasie i znikają, i wydaje się, że nikt nie dba o ich systematyczne potwierdzanie.

A sama Wenus jako fizyczna planeta jest bardzo podobna do Ziemi, ale Ziemi tkniętej jakimś koszmarnym przegrzaniem. Atmosfera Wenus składa się prawie z samego dwutlenku węgla i działa jako solidna izolacja powstrzymująca ucieczkę ciepła w kosmos, przez co efekt cieplarniany jest posunięty daleko dalej niż na Ziemi. Średnia temperatura na powierzchni przekracza 400 stopni! Czyżby to było przestrogą dla nas, mieszkańców Ziemi?

30.III.2007



Wirujące płaszczyzny

Uczymy się, że Ziemia jest kulą, pędzącą przez (prawie) nieskończoną pustkę wszechświata... ale tak naprawdę, to przestrzeń wokół nas widzimy wciąż tak samo, jak nasz praprzodek sprzed tysięcy lat, kiedy wdrapał się na wzgórze ponad sawanną: kopuła nieba w górze i płaszczyzna horyzontu dzieląca świata na dwie niepodobne części: niebo i ziemię.

Zwracam uwagę właśnie na płaszczyznę horyzontu, ponieważ to, co się dzieje wokół nas w przestrzeni - i co interesuje astrologów - można sprowadzić do wzajemnej gry różnych płaszczyzn.

Pierwszym ruchem, który dostrzegamy na niebie, jest przesuwanie się i obracanie nieba względem horyzontu. Szczególnie w nocy widać najpierw jak wschodzą kolejne gwiazdy, a gdy uchwycić ten powolny ruch dla całego nieba, widać, że to cała kopuła nieba miarowo obraca się, zostawiając w tyle płaszczyznę horyzontu czyli powierzchnię Ziemi. Dodajmy: można to było obserwować w czasach, kiedy niebo było czystsze niż teraz i gwiazdy świeciły silniej - bo dziś widok psują dymy i miejskie oświetlenie.

W astrologii odbiciem dobowego wirowania nieba względem horyzontu, albo płaszczyzny horyzontu względem nieba - względem sfery z gwiazdami - jest układ domów horoskopu. W ciągu doby każda planeta przesuwa się przez wszystkie domy. Zwykle tych domów rysuje się 12, ale działa też wpływowa szkoła (z Patrice Guinardem na czele) twierdząca, iż domów jest osiem.

Obserwacja nieba wskazuje następnie, że jeden punkt nieba nie porusza się wcale - to ten, przy którym świeci Gwiazda Polarna. Oraz, przeciwnie, przez niebo biegnie pas, wzdłuż którego ten ruch jest najszerszy i najszybszy. Ta linia to równik niebieski; nazwana tak, bo kiedy niebo wyrysować na globusie, to ta linia będzie jego równikiem. Słońce zwykle nie znajduje się na równiku nieba, ale przekracza go dwa razy w ciągu roku i wtedy dzień i noc są równe. Oczywiście dzieje się to podczas równonocy: wiosennej i jesiennej. Ruch Słońca względem równika odbija się na Ziemi jako podział roku na pory roku.

Ruch Słońca na tle nieba, a faktycznie ruch Ziemi wokół Słońca obywa się wzdłuż kolejnej płaszczyzny, którą nazwano płaszczyzną ekliptyki. Na niebie widzimy ją jako coroczną drogę Słońca - czyli ekliptykę. Ekliptyka to "chleb powszedni" astrologów, ponieważ podzielono ją na 12 równych odcinków - znaków zodiaku - które zostały nazwane od pobliskich gwiazdozbiorów: znakiem Barana, Byka i tak dalej. Każdy horoskop jest niczym innym, jak obrazem ekliptyki i "zaludniających" ją planet - bo planety Układu Słonecznego mają tę wygodną właściwość, że w swoim ruchu nie oddalają się zbytnio od płaszczyzny ekliptyki. - W pierwszym przybliżeniu możemy przyjąć, że planety "siedzą" na ekliptyce.

Gdy popatrzeć z punktu na Ziemi, ekliptyka wiruje wraz z całym niebem względem horyzontu. Te dwie płaszczyzny, horyzont i ekliptyka, przecinają się w dwóch punktach - jedne z nich to ascendent, drugi descendent. I znowu: patrząc w horoskop, trzeba mieć świadomość tego, że jest to tylko migawkowe "zdjęcie" przecinających się, wirujących płaszczyzn.

Ale także równik i ekliptyka wzajemnie wirują, tylko okres ich ruchu jest znacznie dłuższy niż dzień lub rok. Wirują, a zatem punkt w którym równik przecina ekliptykę i w którym Słońce znajduje się w momencie równonocy, przesuwa się wzdłuż ekliptyki. Czyni to bardzo powoli, jeden stopień w ciągu około 70 lat. Zjawisko to znane jako precesja, zostało odkryte około 130 r pne. przez greckiego astronoma Hipparcha. Cały ten cykl trwa około 26 tysięcy lat.

Są poszlaki, że starożytni Majowie, budowniczowie piramid na półwyspie Jukatan, znali precesję już znacznie dawniej. I uwzględnili ją w swoim słynnym kalendarzu.

Ale żeby powiedzieć coś więcej o tym, musze wspomnieć o jeszcze jednej płaszczyźnie. W astrologii jest ona wciąż niedoceniana, chociaż widać ją każdej bezchmurnej nocy. Tą płaszczyzną jest równik galaktyczny. Słońce jest "obywatelem" Galaktyki - gigantycznego zbioru gwiazd, liczącego ich niewiarygodnie wielką liczbę: około 400 miliardów, kilkadziesiąt razy więcej niż ludzi na Ziemi. Jest ich tak wiele, że te bardziej odległe zlewają się w jasną smugę nazwaną Drogą Mleczną. W taki właśnie sposób widzimy Galaktykę od środka, tkwiąc wewnątrz niej. Ten układ gwiazd ma kształt płaskiego dysku skupionego wokół wspólnej płaszczyzny, którą nazwano, jak wspomniałem, równikiem galaktycznym. I właśnie wzdłuż równika galaktycznego rozciąga się Droga Mleczna.

Droga Mleczna czyli równik galaktyczny przecina ekliptykę w gwiazdozbiorze Strzelca. Do tego miejsca w wyniku precesji, w tempie 1 stopień na 70 lat, zbliża się teraz punkt zimowego przesilenia. Majowie tak ustawili swój kalendarz, żeby jedna z ich wielkich epok czasu kończyła się (i zaczynała następna) w dniu, kiedy Słonce podczas zimowego przesilenia znajdzie się w tym punkcie. To będzie 21 grudnia 2012 roku - już niedługo.

O tym, jaką rolę grają w astrologii cykl precesji i równik galaktyczny, napiszę wkrótce więcej.

5.I.2007

ac1_cykle_01.jpg



Precesja czyli najdłuższy cykl nieba

Najszybszym cyklem nieba jest jego dobowy obrót, odpowiadający obrotowi Ziemi wokół osi. Dłuższe są cykle Księżyca, którego pełnie i nowie powtarzają się co około 29 i pół doby. Dłuższe są cykle planet. Merkury potrzebuje 116 dni, aby pokazywać się raz z jednej, raz z drugiej strony Słońca. Wenus świeci raz jako Gwiazda Poranna, potem jako Wieczorna w jeszcze dłuższym okresie: 584 dni. Jeszcze dłuższe są obroty dalekich planet: Jowisz okrąża Słońce w ciągu niecałych 12 lat, Saturnowi potrzeba na to 29 i pół roku, cykl Urana liczy 84 lata, Neptuna 165 lat, a Plutona aż 248 lat. W zeszłym roku odkryto najdalsze jak do tej pory ciało Układu Słonecznego, które nazwano imieniem bogini morza Eskimosów, Sedna. Sedna krąży po swej orbicie z okresem około 10 500 lat!

Ale istnieje jeszcze dłuższy cykl kosmiczny, który dotyczy naszej planety. Jest to zjawisko precesji. Polega ono na tym, że północny biegun Ziemi nie jest ustawiony w przestrzeni kosmicznej sztywno, w jednym kierunku, lecz zatacza koło. Oś obrotu Ziemi sama obraca się, "mierząc" w coraz to nowe punkty na tle gwiazd. Pełny obrót osi - czyli właśnie cykl precesji - trwa około 26 000 lat. Dlaczego mówi się "około" a nie podaje ścisłej liczby? Bo zjawisko to jest kapryśne i zależy od rozkładu masy na Ziemi; może się zmieniać nawet pod wpływem takich drobiazgów, jak przyrastanie lodowców na biegunach lub zrzucanie piasku z Himalajów do morza przez Ganges.

Skutkiem precesji coraz to inne gwiazdy stają się "polarnymi". Od kilku wieków gwiazdą biegunową jest jasna gwiazda, Alfa Małej Niedźwiedzicy, po łacinie zwana Polaris, czyli właśnie Gwiazda Polarna. Ale w starożytności (w co trudno uwierzyć...) Polaris była dość daleko od bieguna, a 4700 lat temu polarną była całkiem inna gwiazda, Alfa Draconis, czyli główna gwiazda konstelacji Smoka. Biegun północny "jeździ" na niebie po kole, na którym najjaśniejszą gwiazdą jest właśnie nasza Polaris - pod tym względem żyjemy w wyjątkowych czasach... Biegun będzie zbliżał się do Polaris jeszcze przez 150 lat, potem zacznie od niej odjeżdżać. Wróci za 26 tysięcy lat.

Skoro Ziemia ma biegun i oś obrotu, to ma też i równik, czyli płaszczyznę dokładnie prostopadłą do osi. Odbiciem równika ziemskiego na niebie jest równik niebieski. Gwiazdy, które leżą na równiku niebieskim, na Ziemi na równiku są widoczne dokładnie w zenicie! Skoro w rytmie precesji obraca się oś Ziemi i jej bieguny, to również równik - i ziemski i niebieski - zmienia swoje położenie. Dla nas, astrologów, ważnymi miejscami na niebie są te punkty, w którym równik niebieski przecina się z ekliptyką, czyli z płaszczyzną orbity Ziemi. Kiedy Słońce mija te punkty, mamy równonoc - wiosenną lub jesienną.

Otóż gdyby nie było precesji, to te punkty zajmowałyby stałe miejsce na tle gwiazd. Ale na skutek precesji punkty równonocy przesuwają się, w tempie 1 stopnia na 72 lata. To niewiele i jeden człowiek w ciągu swojego życia raczej tego nie zauważy. Aby odkryć to zjawisko, potrzeba współpracy kilku pokoleń w dziele obserwacji nieba. Konieczny jest przekaz wiedzy, zapisywanie obserwacji, np. w kamieniu, albo układanie o nich pieśni.

Dlatego precesję dostrzegały dopiero te ludzkie cywilizacje, które były dostatecznie dojrzałe. Znali to zjawisko Babilończycy, ale w Grecji odkrył je dopiero Hipparch około 128 roku pne, zapewne "coś słysząc" o odkryciach babilońskich. Są przypuszczenia, że jeszcze dawniej znali precesję budowniczowie megalitycznych kręgów, z których najsłynniejszym jest Stonehenge w Anglii. Znali to zjawisko także Majowie z Ameryki Środkowej.

Dla astrologów precesja jest czymś, z czego wciąż muszą się tłumaczyć, kiedy ludzie mylą znaki zodiaku z tak samo nazywającymi się gwiazdozbiorami. Bo właśnie skutkiem precesji znaki zodiaku leżą na niebie gdzie indziej niż gwiazdozbiory: znak Barana znajduje się na tle gwiazdozbioru Ryb, Ryby na tle Wodnika itd. Przesunęły się o mniej więcej cały znak. Znaki odpowiadały gwiazdozbiorom ponad 2000 lat temu, kiedy starożytni Grecy ustalali reguły astrologii i ponazywali znaki od gwiazdozbiorów.

W ciągu roku widoczne są w nocy kolejne części nieba. Orion widoczny jest tylko zimą, gwiazdozbiór Skorpiona - tylko latem. Precesja sprawia, że obraz nieba latem (lub zimą) zmienia się przez wieki i w ciągu 26 tysięcy lat obiegnie całe niebo. Z tego powodu przyrównywano precesję do roku, i nawet nazwano "rokiem platońskim".

Nasze czasy z jeszcze jednego powodu są niezwykle: oto (właśnie skutkiem precesji) punkt w którym Słońce znajduje się podczas zimowego przesilenia, przejdzie przez środek Drogi Mlecznej, czyli przez równik Galaktyki, gigantycznego zbioru gwiazd, do którego należymy razem ze Słońcem. Ciekawe, że fakt ten przewidzieli - ponad dwa tysiące lat temu! - starożytni Majowie, i tak ustawili swój kalendarz, aby właśnie teraz kończył się jego długi cykl. Zdarzy się to w 2012 roku.

6.VI.2004



Precesja, czyli co naprawdę się wydarzy 21 grudnia 2012 roku?

Publiczność strasznie lubi się bać, a dziennikarze ją straszyć! Czym to nas nie straszono: wściekłymi krowami, łabędziami-nosicielami ptasiej grypy, zderzeniem z planetoidą, nagłym nadejściem epoki lodowcowej, a ostatnio głównie katastrofalnym ociepleniem. (Faktem jest, że gdy to piszę, zima jest podejrzenie ciepła.) Przed rokiem 2000 straszono nas nieszczęściami z powodu tej daty, a kiedy minęła bez strat, pojawił się następny straszak: 21 grudnia 2012 roku, kiedy to jakoby ma być "koniec świata" według kalendarza Majów.

Ja oczywiście w to nie wierzę, ale wspomniana data jest ciekawa z innych powodów. Otóż my, mieszkańcy planety Ziemi, jesteśmy wraz ze Słońcem i innymi planetami obywatelami Galaktyki - gigantycznego zbioru gwiazd, liczącego ich niewiarygodnie wiele: około 400 miliardów, kilkadziesiąt razy więcej niż ludzi na Ziemi. Ta chmura gwiazd ma kształt dysku albo spłaszczonego kapelusza: gwiazdy gęściej skupiają się w środku, rzadziej na skrajach. Większość ich leży w pobliżu jednej wspólnej płaszczyzny, zwanej równikiem galaktycznym. My wraz ze Słońcem też znajdujemy się niemal dokładnie na równiku Galaktyki.

Jak Galaktykę widzimy z Ziemi? Gęsto leżące dalekie gwiazdy zlewają się w jedną białą poświatę, która rozciąga się wzdłuż galaktycznego równika. Widzimy ja jako smugę opasującą całe niebo. To Droga Mleczna! Prócz gwiazd zalegają w niej także masy ciemnego gazu, które widać jako ciemne smugi. Gdy się dobrze przyjrzeć Drodze Mlecznej, może się ona kojarzyć z przekrojem przez pień drzewa albo z... kręgosłupem. I takie skojarzenia mieli dawni twórcy mitów. W wierzeniach wielu ludów Droga Mleczna występują jako, owszem, droga, ale także jako pień kosmicznego drzewa, albo jako kręgosłup kosmicznego praolbrzyma. A jeśli jako droga, to taka, po której bóstwa zstępują na Ziemię - tak właśnie wierzyli Majowie.

Słońce (jak wszyscy wiemy, ale przypomnieć warto...) wędruje w ciągu roku po niebie wzdłuż linii - wzdłuż koła wielkiego - zwanej ekliptyką. Na ekliptyce są cztery charakterystyczne punkty: miejsca, gdzie Słonce przebywa podczas wiosennej i jesiennej równonocy i podczas letniego i zimowego przesilenia. To cztery punkty kardynalne ekliptyki. My, astrologowie widzimy je w każdym horoskopie, gdyż są to początki znaków Barana, Raka, Wagi i Koziorożca.

Nazwano je tak, ponieważ w starożytności, kiedy wynajdywano astrologię, punkty te leżały w gwiazdozbiorach o tych samych nazwach. Ale już nie leżą... Dlaczego? Ponieważ działa zjawisko zwane precesją. Polega ono na tym, że punkty kardynalne przesuwają się po ekliptyce. Co roku punkt, w którym Słońce jest w chwili równonocy (i w pozostałych zwrotnych chwilach), trochę się przesuwa. Niewiele, około 1 stopnia na 70 lat, tak że człowiek w ciągu swojego życia raczej tego nie zauważy. Potrzeba było obserwacji i zapisków astronomów przez kilka pokoleń, żeby to stwierdzić. W starożytnej Grecji zjawisko precesji odkrył Hipparch w 130 roku p.n.e., a Majowie, zapewne, jeszcze wcześniej.

Cykl precesji trwa około 26 tysięcy lat i w tym czasie punkty kardynalne zatoczą pełne koło. Zjawisko to jest dość nieregularne, ponieważ jego przyczyna leży nie w niebie, tylko na Ziemi. Precesja polega na zmianach położenia osi obrotu Ziemi, czyli ziemskich biegunów, i zależy od takich trudnych do przewidzenia zjawisk, jak topnienie lodowców i przenoszenie mas piasku przez rzeki. Ten okres 26 tysięcy lat podzielono na 12 epok nazwanych od gwiazdozbiorów zodiaku. Teraz kończy się epoka Ryb. Kiedy się skończy i zacznie następna - Wodnika - na ten temat są różne poglądy, do których wrócę.

W swoim rocznym ruchu po niebie Słońce dwa razy przekracza Drogę Mleczną czyli równik Galaktyki. A w ciągu cyklu 26 tysięcy lat także każdy z punktów kardynalnych przetnie Drogę Mleczną. Ten fakt uwzględnili w swoich rachubach twórcy kalendarza Majów! Bo co się okazuje: 21 grudnia 2012 roku punkt kardynalny w którym zachodzi zimowe przesilenie, znajdzie się na osi Drogi Mlecznej czyli na równiku galaktycznym. Starożytni Majowie musieli tę datę znać - wyliczyć sobie - na kilka tysięcy lat naprzód, ponieważ na ten moment przewidzieli zmianę epok w swoim kalendarzu. Nie jest to wprawdzie "koniec świata", tylko koniec jednej ery i początek następnej.

Powtórzy sobie: co więc wydarzy się na niebie 21 grudnia 2012? Jak co roku będzie zimowe przesilenie, najkrótszy dzień, ale przy tym Słonce znajdzie się dokładnie pośrodku Drogi Mlecznej. (Oczywiście w dzień, w świetle Słońca, Drogi Mlecznej nie widać.)

To jest obiektywny, fizyczny fakt. Jakie wierzenia łączyli Majowie z tym zjawiskiem? Niewiele wiadomo, niektórzy dzisiejsi miłośnicy ich kultury wyobrażają sobie, że wierzyli, iż ciemnym kanałem idącym wzdłuż Drogi Mlecznej bogowie zejdą na Słonce i z niego na Ziemię, czyniąc na niej porządki. Co wtedy będzie, zobaczymy... Ja się nie boję.

Wydaje mi się też, że warto od tej daty zacząć liczyć Epokę Wodnika.

8.I.2007



Wielkanocne rachunki

Wielkanoc to główne święto chrześcijańskie, pamiątka zmartwychwstania Jezusa - i pospolicie uważa się ten dzień za rocznicę owego cudownego (lub fikcyjnego) wydarzenia. W którym jednak dniu je obchodzić? Ewangeliści zanotowali, że pusty grób Jezusa odkryto rankiem w dzień po szabacie podczas żydowskich świąt Paschy. Pamiętamy, że tuż przed paschalnymi obchodami Jezus poniósł śmierć. Pewny więc był dzień tygodnia: niedziela, a raczej dzień z soboty na niedzielę.

Tu konieczna uwaga: dawni Żydzi żyli w rytmie siedmiodniowego tygodnia, ale z wyjątkiem dnia świątecznego - szabatu, nie mieli nazw dla kolejnych dni. Dzień, który my nazywamy niedzielą był dla nich po prostu pierwszym dniem po szabacie. Nazwy dni tygodnia były nowszym i greckim wynalazkiem, i pochodziły od planet patronującym dniom. To greccy astrologowie pierwsi ponazywali dni tygodnia!

Licząc dni według kalendarza żydowskiego, Jezus zmartwychwstał 14 dnia miesiąca Nisan. I w tym dniu obchodzili pamiątkę Zmartwychwstania pierwsi chrześcijanie we wschodnich prowincjach Państwa Rzymskiego. Ale niektórzy zaczęli się temu sprzeciwiać. Dlaczego? - Bo nie chcieli świętować razem z Żydami, podczas ich Paschy. Już w II wieku po Chrystusie oba te bratnie przecież wyznania, zwolennicy Jezusa i Żydzi-tradycjonaliści, rozchodzili się, byli skłóceni i nie życzyli sobie mieć ze sobą nic wspólnego. Zwolenników świętowania 14 Nisan uznano za heretyków. Długo panowały różne lokalne obyczaje co do obchodzenia Wielkanocy. Dopiero na soborze w Nicei (czyli w obecnym mieście Inzik w Turcji - nie mylić z Niceą francuską) w 325 roku biskupi postanowi, iż cały świat chrześcijański będzie świętować Wielkanoc w jednym dniu, a odpowiedzialnymi za ścisłe określenie owego dnia wyznaczono biskupów egipskiej Aleksandrii - bo pewnie tam mieli najlepszych astronomów. Aleksandria miała odtąd, z odpowiednim wyprzedzeniem ogłaszać datę Wielkanocy reszcie świata. Wtedy właśnie zaprzestano osobnego liczenia Wielkanocy w Rzymie - wcześniej biskupi Rzymu mieli własny sposób wyznaczania tego święta.

Od soboru w Nicei upowszechnił się zwyczaj, że Wielkanoc jest w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni. W tym roku tak się złożyło, że wiosenna równonoc jest 20 marca, pełnia nazajutrz 21 marca, a niedziela 23-go: mamy więc jedną z najwcześniejszych możliwych wielkanocy!

Święta Wielkanocy należą do cyklu lunisolarnego ("księżycowo-słonecznego"), czyli do wspólnego cyklu łączącego pełnie Księżyca i równonoce roku słonecznego. Cykl faz Księżyca czyli miesiąc synodyczny trwa 29,53059 dni. Rok zwany zwrotnikowym, czyli cykl pór roku, trwa 365.24219 dnia. W jednym roku wypada więc 12.368266 naturalnych księżycowych miesięcy.

Kłopot tylko taki, że ludzie nie chcą ułamków! Trzeba więc znaleźć taką liczbę lat, taki wieloletni okres, żeby w nim mieściła się w miarę równa liczba księżycowych miesięcy. I właśnie taki okres czasu nazywa się cyklem lunisolarnym.

Cykli takich w historii wynaleziono i używano kilka. Najpopularniejszy był cykl zwany ateńskim, bo w Atenach w oparciu o niego ułożono tamtejszy kalendarz. (W Grecji każde miasto-państwo miało swój odrębny kalendarz!) To jest okres 8 lat, i jednocześnie 99 miesięcy. W tym cyklu 5 lat ma po 12 miesięcy, a 3 lata mają po 13 miesięcy. Lubiącym magię liczb zwrócę uwagę, że 3, 5, 8 i 13 są to kolejne liczby w słynnym szeregu Fibonacciego. Tego właśnie cyklu używano do wyznaczania Wielkanocy w Aleksandrii.

Lepszą zgodność lat z miesiącami zyskiwano w cyklu Metona, który zawiera 19 lat i zarazem 235 miesięcy, w tym 7 lat mających po 13 miesięcy. Cykl Metona był podstawą kalendarza żydowskiego; według tego także cyklu Wielkanoc liczona jest w kalendarzu juliańskim, do dziś używanym przez kościoły wschodnie.

W Rzymie do tego samego celu zastosowano cykl 84-letni, chociaż daje on gorszą synchronizację pełni z równonocami. Jednak w roku 457 kościół rzymski przeszedł na Wielkanoc aleksandryjską. Irlandia i Brytania trwały przy tym systemie aż do roku 664 i ów własny kalendarz z Wielkanocą, obok innego kroju pisma i inaczej wyobrażonego krzyża, był jednym ze "sztandarów" odrębności kościoła celtyckiego.

Wydaje się też, że pierwotne "pogańskie" kalendarze Słowian były lunisolarne, co oznacza, że posiadano nazwy dla kolejnych miesięcy liczonych od nowiu do nowiu, a ich cykl co jakiś czas uzgadniano z porami roku.

Wielkanoc, choć to przecież najbardziej chrześcijańskie z chrześcijańskich świąt, dziwnie obrosło pogańskimi wtrętami. Najbardziej to widać u Anglików, gdzie sama nazwa święta - Easter - pochodzi od pogańskiej germańskiej bogini imieniem Eostre, na kontynencie zwanej Ostara. Jej imię znaczyło tyle, co "wschód", "świt" lub "jutrzenka". Dziś czczą ją Wikkanie podczas święta wiosennej równonocy. Podobno poświęconym jej zwierzęciem był zając - i właśnie z tej przyczyny trafił do wielkanocnych wyobrażeń.

U nas, Słowian, taką dużo starszą od chrześcijaństwa tradycją było malowanie jaj, dzielenie się nimi i obdarowywanie oraz rytualne ich toczenie i tłuczenie. Toczenie jaj było inscenizacją obrotów ciał niebieskich na niebie! O czym dzisiejsi ich miłośnicy powinni pamiętać.

10.III.2008



Dziwne liczby i zbieżności

Matematyczna teoria chaosu uczy, że jeżeli są jakieś ciała, które tracą energię na ciepło (np. z powodu tarcia) i te ciała wykonują drgania z pewną częstotliwością, to po jakimś czasie częstotliwości ich drgań wyrównają się. Coś takiego już się stało z Księżycem i Ziemią. Oba ciała okrążając się nawzajem, tracą energię na ciepło. Jak to się dzieje? Księżyc na Ziemi i Ziemia na Księżycu wywołują pływy. Na Ziemi widać to najlepiej po tym, że poziom mórz się podnosi i opada dwa razy na dobę: w tym kierunku, w którym widać Księżyc, na oceanie unosi się "garb" z wody; taka sama fala powstaje dla równowagi po dokładnie przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Znowu tam, gdzie Księżyc jest widoczny na horyzoncie, fala opada, jest odpływ. Naprawdę zjawisko to jest trochę bardziej skomplikowane, ale z grubsza tak właśnie jest. Nie tylko woda, także skorupa ziemska podnosi się trochę i opada wraz z Księżycem. Co dzieje się z energią fal pływowych? Zamienia się w ciepło. Na Księżycu fale przypływów i odpływów jego skalnej skorupy byłyby wiele, wiele razy większe niż te, które nasz satelita wywołuje na Ziemi i mogłyby go wyraźnie ogrzewać... - gdyby były! Ale właśnie te fale pływowe już przed miliardem lat wyhamowały obrót Księżyca tak, że obraca się on wokół swojej osi w tym samym rytmie, w jakim obiega Ziemię. Skutek: Ziemia na księżycowym (czarnym) niebie cały czas stoi niemal nieruchomo w jednym punkcie, a wraz z nią "stoją" też fale pływowe. A skoro się nie przesuwają, to i nie tracą energii. Pole grawitacji Ziemi przestało już podgrzewać Księżyc. Ale w drugą stronę to nadal działa i pole grawitacyjne Księżyca wciąż nas, nieznacznie, ogrzewa.

Ten długi wstęp był mi potrzebny do pokazania, że dwa rodzaje okresowych ruchów Księżyca, jego ruch obrotowy wokół własnej osi i ruch orbitalny wokół Ziemi, już zsynchronizowały swój ruch. Teoria powiada, że taki sam los czeka dokładnie wszystkie okresowe ruchy nie tylko w naszym układzie słonecznym ale i w ogóle w kosmosie. Trzeba tylko odpowiednio długo na to poczekać. Na szczęście, zanim swoje orbity wokół Słońca wyrównają np. Ziemia i Jowisz, to wcześniej cały nasz Wszechświat nieprzyjemnie rozpręży się i rozbiegnie w przestrzeni - bo na to potrzeba niewyobrażalnie długich okresów czasu.

Ale zanim planety dokładnie zsynchronizują swoje orbity, mogą - wcześniej - zrobić to tylko częściowo. Jak to należy rozumieć? Coś takiego stało się z Ziemią i Wenus. Jeden obieg (czyli "rok") Wenus wokół Słońca równa się 224,7 dób ziemskich, rok ziemski - 365,5 doby. Oznacza to, że 13 lat wenusjańskich równe jest 8 latom ziemskim - z dokładnością 1/10 procenta! Z liczb tych wynika także, że punkty na ziemskim niebie, gdzie Wenus spotyka się (czyli tworzy koniunkcje) ze Słońcem układają się co 1/5 zodiaku, w kształcie pentagramu. Czy dlatego starożytni nazywali Wenus przydomkiem "Lucifer"?

Coś podobnego jak z Księżycem, stało się z Merkurym, który "cierpi" od fal pływowych bliskiego Słońca podobnie, jak Księżyc od Ziemi. Tylko że Merkury jeszcze nie całkiem zsynchronizował swój obrót wokół osi z obiegiem orbitalnym, i jego doba równa jest 2/3 jego roku. Skutek tego jest dziwaczny: obserwator stojący na jego powierzchni widziałby, jak Słońce wschodzi zza horyzontu raz na dwa tamtejsze, merkuriańskie lata! (Wenus zachowuje się równie dziwnie: obraca się wokół osi w przeciwnym kierunku, niż krąży po orbicie.)

Jest jeszcze jedna liczba w świecie planet, która mnie nieustannie dziwi: oto miesiąc Księżyca, od nowiu do nowiu, trwa 29,53 doby, a okres obiegu Saturna wokół Słońca (i pośrednio wokół Ziemi) - 29,46 naszego roku. Prawie ta sama liczba! Czy to przypadek, czy ślad jakiegoś głębszego podobieństwa pomiędzy Księżycem a Saturnem? Bo przecież siły pływowe pomiędzy tymi ciałami niebieskimi są praktycznie zerowe.

Inną zagadką jest fakt, że ziemski miesiąc, czyli czas obiegu Księżyca wokół Ziemi, jest dziwnie podobny do "dnia" na Słońcu, czyli do okresu obrotu Słońca wokół własnej osi. Wynosi on bowiem około 30 dni. Dlaczego "około"? - Bo Słońce nie jest sztywną bryła, jest obłokiem gorącego gazu sprężonego w kulę siłą własnej grawitacji. I ten słoneczny gaz z inną prędkością obraca się na słonecznym równiku i z inną na biegunach. Ale to są liczby właśnie około 30 dni. Czy to przypadek, czy zaszło tu zjawisko synchronizacji? Ale czy maleńka Ziemia z jeszcze bardziej maciupcim Księżycem może wywierać jakiekolwiek skutki na giganta, jakim jest Słońce? Dziwne. Podobnie jak dziwne jest to, że Słońce i Księżyc widziane z Ziemi mają praktycznie tę samą średnicę czyli mogą się wzajemnie zasłaniać, dzięki czemu mamy zaćmienia - zjawisko, którego nie ma na żadnej innej planecie!

Wynajdywanie "ładnych" stosunków liczbowych w świecie planet to fascynujące zajęcie. Księżyc wykonuje całkowitą liczbę obiegów wokół Ziemi co 19 lat. Przez to co 19 lat pełnie i nowie powtarzają się w tych samych miejscach zodiaku i w tych samych dniach roku. 19 równa się 12 plus 7, suma liczby znaków zodiaku i liczby planet znanych starożytnym. Warto by lepiej przyjrzeć się tej liczbie i innym...

18.VI.2004


Wojciech Jóźwiak


[1] Ang. Sabian Symbols, czego nie powinno się tłumaczyć jako "Symbole Sabiańskie", a właśnie "Symbole Sabejskie".


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)