zdjęcie Autora

24 marca 2011

Wojciech Jóźwiak

Astroczytanki nr 3. Duchy, nauka i hipotezy

Kategoria: Astrologia
Nie tylko dla astrologów! Przedstawiam tu - zebrane i uporządkowane - felietony, które w minionych latach pisałem dla tygodnika "Gwiazdy Mówią".


Astrologia i nauka, czyli "dwa na słońcach swych przeciwnych bogi"


"Dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi" - mówiąc to, Juliusz Słowacki miał na myśli siebie i swego wielkiego poetyckiego rywala, Mickiewicza. To dobry wstęp do dzisiejszego felietonu, gdyż pobrzmiewa w nim echo starożytnej wiary, iż na planetach, Słońcu i gwiazdach rezydują bogowie i stamtąd patrzą na ludzi i czasami w ich świecie mącą. Dlatego astrologia raczej nie podobała się późniejszym religiom monoteistycznym, no bo skoro wierzono, że Bóg jest jeden, to nie mógł się rozdrabniać i zasiadać jednocześnie na wielu planetach. Jednakże Żydzi i mahometanie wpadli na pomysł, że chociaż Bóg jest jeden, to wysyła różne swoje emanacje, które kierują zarazem planetami i ludźmi, i dzięki temu pomysłowi astrologię zaakceptowali. Trudniej było w chrześcijaństwie, bo tutaj astrologia kłóciła się z poglądem o wolnej woli człowieka, a planetarni bogowie raczej pobożnym myślicielom przypominali demony.

To jednak nic w porównaniu z totalnym odrzuceniem, jakie spotkało astrologię, kiedy za sprawą Kartezjusza i Newtona zaczęła się rozwijać nowoczesna nauka, z fizyką i astronomią na czele. Czemu tak się stało? Dlatego, że astrologia i nowoczesne nauki o przyrodzie bazowały na biegunowo odmiennych założeniach. Astrologia opierała się na starożytnym poglądzie, że niebo i Ziemia są zbudowane każde w zupełnie odmienny sposób, a substancja, z której zbudowane są ciała niebieskie, nie jest ziemską materią. No bo przecież ta niebiańska materia nie spada na Ziemię, jak pospolite kamienie lub jabłka, ani nie hamuje swojego ruchu. Planety poruszają się niestrudzenie, wciąż są w ruchu, podczas gdy ziemskie przedmioty w końcu zatrzymują się, jakby ich ruch się wyczerpał. Słońce świeci i grzeje żywym ogniem, a przecież nie wypala się, jak ziemskie ogniska i piece.

Drugie założenie dawnej astrologii było takie, że wszystko w świecie podlega magicznym wpływom: "podobne przyciąga podobne" - i na tej zasadzie działały planety na ludzi. Jeśli ktoś się urodził, kiedy wschodził (przykładowo) Mars, to ów człowiek zawsze już pozostawał w stanie magicznego powinowactwa z tą planetą i kiedy Mars się na niebie aktywizował, na przykład wchodząc do znaku Barana lub tworząc kwadraturę do Merkurego, to i człowiek ów "marsowiał" szczególnie, czyli wściekał się, awanturował, lub, powiedzmy, podbijał sąsiednie królestwo.

Nowoczesna nauka to miała do siebie, że zrównywała materię ziemską i niebieską, odkrywając prawa, które zarówno dotyczyły ciał ziemskich i ciał niebieskich (np. prawo grawitacji lub prawo przyspieszenia pod wpływem siły), oraz odrzucała pogląd o istnieniu magicznych wpływów, szukając wszędzie sił konkretnych i mierzalnych za pomocą odważników lub sprężynek. Okazywało się jednak, że takich sił i oddziaływań, jakie zakładali astrologowie, najwyraźniej nie ma... A przynajmniej fizycy ich nie znajdują. Astrologów wypędzono z uniwersytetów.

I tak jest do dziś. Kiedyś, w początkach mojej astrologicznej kariery, zapytałem profesora Andrzeja Wiercińskiego (dziś już nieżyjącego), czy astrologia ma szanse - w dającej się przewidzieć przyszłości - wrócić do świata nauki. Prof. Wierciński był antropologiem, prócz tego gnostykiem i znawcą kabały, a astrologię też znał i cenił. Odpowiedział jednak zdecydowanie: "nie". Nie widział takiej możliwości.

Faktycznie, jeszcze w latach 70-tych zebrał się w Anglii zespół złożony z astrologów-profesjonalistów oraz z miłośników astrologii będących poza tym profesorami chemii, matematyki lub astronomii (byli tacy w Anglii jeszcze niedawno), aby podsumować dokonania astrologii. Wydali wtedy gruby tom pod tytułem "Współczesne postępy astrologii urodzeniowej", w którym streszczono wyniki badań i dociekań w astrologii w XX wieku. Były planowane dalsze tomy... ale już nie ukazały się. Bo klimat następnych lat coraz bardziej nie sprzyjał związkom astrologii i nauki, a szczelina dzieląca obie te dziedziny coraz bardziej się poszerzała.

Cóż takiego się stało? Raczej nie było tak, żeby naukowcy stali się bardziej krytyczni. To astrologia zaczęła odjeżdżać od nauki. Stawała się coraz bardziej irracjonalna, Pod wpływem ruchu New Age nowe pokolenie miłośników astrologii zaczęło gardzić ścisłym myśleniem i racjonalnym wnioskowaniem. Astrologię skojarzono z wszelkimi "cudami-niewidami", a jednocześnie poczęto coraz natarczywiej reklamować ją jak towar, wmawiając jej właściwości, których nie ma - tak jakby to był kolejny jogurt lub szampon, który ma przynieść natychmiastowe szczęście i spełnienie. Do tego dodawano astrologię indyjską (tzw. "wedyjską"), która posługuje się zupełnie innym kluczem pojęciowym niż nasza zachodnia i nie miesza się z nią jak olej z wodą. Skutek: powstała mieszanka, która była już całkiem nie do przełknięcia dla szanujących się ludzi nauki.

A jednak... Astrologowie nie powinni obrażać się na naukę. Jestem przekonany, że to, co kiedyś się rozpruło - związek między nauką a astrologią - w przyszłości zostanie zszyte. Tylko że będzie to już inna astrologia i inna nauka, niż te, które mamy dzisiaj.

20 maja 2004


Czy racjonalista może zajmować się astrologią?

Wśród moich ulubionych internetowych stron jest "www.racjonalista.pl" - zresztą znakomicie redagowany i od strony technicznej perfekcyjny wirtualny magazyn. Prawie codziennie pojawiają w nim nowe teksty. Specjalnością "Racjonalisty" jest krytyka religii i prób przerabiania Polski na państwo religijne, ale akurat tutaj nie chcę się w te sprawy zagłębiać. Zainteresowało mnie coś innego. Oto niedawno jeden ze stałych autorów "Racjonalisty" napisał tak... Cytat jest długi, ale musi taki być, bo jest dla nas ważny:

/.../ pod nasze skrzydła ["Racjonalisty" - WJ] zamierza skryć się część ludzi, którzy przez racjonalizm rozumieją zupełnie co innego, niż my; są to mianowicie wyznawcy paranauki, ezoteryki i innych podobnych - przepraszam, jeśli kogoś urażę - zwykłych bredni. Odrzuceni - i słusznie! - przez oficjalną naukę szukają jakiegoś werbalnego alibi dla swej działalności i przekonań; etykietka "racjonalisty" bardzo by się im przydała. Nic otóż z tego, drodzy państwo. Nie ma miejsca w racjonalistycznym światopoglądzie i w rodzącym się właśnie racjonalistycznym środowisku ani na zwolenników odwiedzin Ziemi przez UFO, ani na różdżkarzy, ani bioenergoterapeutów, ani sprawdzających codziennie w komputerze wykresy biorytmów, ani pasjonujących się "niewyjaśnioną" tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego, czy "niepojętymi" zależnościami matematycznymi Wielkiej Piramidy, ani na wyznawców astrologii czy numerologii. Po prostu: nie, państwu dziękujemy. Racjonalista nie tylko nie zajmuje się pseudonauką, ale jest obowiązany ją zwalczać. Racjonalista uważa pseudonaukę za mentalny śmieć.

I co ma powiedzieć ktoś taki jak ja, kto od lat siedzi w samym oku paranaukowego cyklonu?

Jako przykłady paranauki-pseudonauki-ezoteryki czyli, jakoby, bredni, wymienione zostały: UFO, różdżkarstwo, bioenergoterapia, biorytmy, Trójkąt Bermudzki, piramidologia, numerologia i - nasza - astrologia. Zauważmy, że te dziedziny zainteresowań są rozbieżne. Nie ma głębszego powodu, żeby ktoś zajmujący się np. astrologią pasjonował się Trójkątem Bermudzkim albo piramidami. W astrologii w ogóle nie mówi się o bioenergoterapii ani nie korzysta się z bioenergoterapeutycznych zdolności. Astrologa może zainteresować, jak uzdolnienia do uzdrawiania zapisane są w horoskopie pewnej osoby, ale na tej samej zasadzie interesują go horoskopy matematyków! W samych paranaukach wymienionych przez publicystę "Racjonalisty" nie ma nic, co by je łączyło - wspólne mają tylko to, że są odrzucane przez obecną naukę.

Przy tym nie można zaprzeczyć, że fakty na których bazują te paranauki, nie istnieją lub są wymysłem, fikcją albo kreacją dziennikarsko-literacką. Wielokrotnie bioenergoterapeuci przywracali chorym zdrowie. Wielokrotnie wielu z nich wyleczyło pacjentów, na których naukowa medycyna postawiła krzyżyk. Podobnie różdżkarze odnosili sukcesy... Oczywiście, jedni i drudzy także się mylili lub chybiali. Mocne fakty mają badacze UFO: lista spotkań z latającymi talerzami i ich załogami jest długa i dobrze udokumentowana, chociaż, jednocześnie, beznadziejnie zaśmiecona produktami oszustów, naiwnych i nadmiernych entuzjastów.

Dwie cechy łączą różne tematy paranauki: jednym jest odrzucenie przez naukę, druga zaś ta okoliczność, że zagadnienia naukowe nie budzą emocji i przyjmowane są przez opinię publiczną z eleganckim chłodem, natomiast to, co paranaukowe, owszem, wywołuje emocje namiętne i szalone.

W szkołach uczymy dzieci o elektronach, molekułach i genach, a dzieci siedzą i ziewają. Każdy uważa te sprawy za pożyteczne, ważne i cenne - ale bez żalu zostawia je specjalistom. Za to horoskopy, piramidy, różdżki i UFO wzbudzają namiętny entuzjazm albo równie namiętną furię sprzeciwu - jak to czytaliśmy w tamtym artykule w "Racjonaliście".

Tematy uznane za paranaukowe są przez naukowe środowiska starannie omijane. Czytałem, jakoby kiedyś podczas konferencji na szczycie amerykańskich astronomów ktoś wpadł na salę z sensacją, że właśnie nad ośrodkiem, gdzie się zebrano, przelatuje UFO. Jaka była reakcja sali? - Nikt nie ruszył się z miejsca! Nawet po to, żeby zdemaskować ewentualnego żartownisia. Ta reakcja kilkuset profesorów niby wyraża chłodne opanowanie, ale naprawdę była przejawem lęku: co to będzie, jeśli ja na własne oczy zobaczę to wyśmiewane przez mnie UFO?

To są bliźniacze emocje: u jednych entuzjazm przypominający religijną wiarę, a u drugich lęk, który każe im zamykać oczy lub rzucać brzydkimi słowami w rodzaju "brednie, mentalny śmieć".

Mnie się wydaje, że te emocje są wskazówką, że nasz świat nie został do końca poznany i nadal są w nim miejsca i sprawy naładowane mocą, które poznać można właśnie po tym, że przy próbie rozpracowania wywołują emocje: pozytywne lub negatywne. Nasz "umysł emocjonalny" je wyczuwa, chociaż umysł racjonalny usiłuje zignorować.

Tym bardziej cenię sobie tych przedstawicieli świata nauki, którzy nie ulękli się UFO, horoskopów, uzdrawiaczy ani reinkarnacji i podeszli do tych spraw z otwartymi głowami. Było i jest ich wielu. Wybitny angielski fizyk William Crookes, który eksperymentował ze słynnym cudotwórcą Danielem Home'em. Psycholog Hans Eysenck, który zajmował się ludźmi o uzdolnieniach parapsychicznych. Astrofizyk Josef Allen Hynek, który tropił UFO. Statystyk Michel Gauquelin, który znalazł ziarno prawdy w horoskopach. Nie wszyscy naukowcy boją się nieznanego. Wydaje mi się, że boją się raczej ci mniejsi duchem...

22 września 2005


Równoległe rzeczywistości astrologii

Pomysł równoległych rzeczywistości, albo wielości światów, najpierw pojawił się w fizyce - i stąd dopiero, z obszaru ścisłej nauki przewędrował do fantastyki, a nie na odwrót, jakby się wydawało.

Koncepcja wielości światów liczy ponad pół wieku. W 1957 roku opublikował ją amerykański fizyk i matematyk Hugh Everett. Miał wtedy ledwie 27 lat i przyszła błyskotliwa kariera dopiero była przed nim. Później pracował dla amerykańskich agencji rządowych, budował pociski dla armii, wreszcie założył firmę, oferując profesjonalne usługi w dziedzinie zastosowań matematyki. Dorobił się na tym dużego majątku.

Jego koncepcja wielu światów zrazu przeszła niezauważona wśród fizyków. Może uznano ją za żart? Jego oryginalną pracę "odkurzono" dopiero w 1970 r. Od wielu lat uważana jest za jedną z uznanych i poważnych interpretacji mechaniki kwantowej.

W czym problem? Otóż mechanika kwantowa określa, że kiedy coś się dzieje w mikroświecie, np. rozpada się jądro atomu, albo elektron w atomie przeskakuje z orbity na orbitę ("z orbitala na orbital", powiedzieliby fizycy), to każde takie zjawisko jest określone tylko jako prawdopodobieństwo. Jądro rozpada się z pewnym prawdopodobieństwem. Elektron przeskakuje i wysyła energię w postaci fotonu z pewnym prawdopodobieństwem. Każdy taki kwantowy obiekt ma przed sobą wiele dróg do wyboru. Wybiera tylko jedną drogę i to nie zawsze tę najbardziej prawdopodobną. Co się dzieje - zapytajmy - z pozostałymi wariantami przyszłości? Wcześniej fizycy, zapytani, wzruszali ramionami. Hugh Everett powiedział natomiast: te wszystkie niewykorzystane możliwości istnieją! Istnieją gdzieś obok. Obok nas bytują nieprzebrane roje światów, które tym się różnią od naszego, że w nich coś poszło troszkę inaczej! Oczywiście, istnieją też światy, i jest ich mnóstwo, które od naszego różnią się znacznie - np. na tamtejszej Ziemi nadal żyją dinozaury.

Jedyna różnica między "prawdziwym" światem a tamtymi wirtualnymi jest taka, że twoja świadomość podłączona jest do tego jednego z mnogich światów i dlatego ten świat uważasz za rzeczywisty i jedyny. Ty sam (sama) istniejesz też w mnóstwie kopii na raz. Dlatego Everett wierzył w "kwantową nieśmiertelność" - twierdził mianowicie, że jeśli przytrafi mu się śmierć, to tylko jednej jego pechowej kopii, lub kilku, ale zawsze w którymś świecie pozostaną kopie żywe. Everett jakby zgodnie ze swoją wiarą nie oszczędzał się, był łańcuchowym palaczem (czyli odpalał papierosa od papierosa), nie stronił od alkoholu; zmarł też niestaro, mając 51 lat, na atak serca. Był ateistą i życzył sobie, żeby jego prochy wysypać na śmietnik, co jego wdowa uczyniła.

Ciekawy byłby horoskop tego oryginała - niestety, nie znalazłem jego godziny urodzenia. Niech nam wystarczy, że był spod znaku Skorpiona.

Koncepcja wielu światów pojawiła się też w innym dziale fizyki: w teorii przestrzeni i grawitacji. Tam przyjmuje się, że świat ma więcej wymiarów niż znane nam z widzenia trzy, i w tej wielowymiarowej super-przestrzeni różne światy leżą jeden obok drugiego niby prześcieradła w szafie. Ale ponieważ przestrzenie tych poszczególnych światów są powyginane, gdyż wtedy działa w nich grawitacja, więc chyba lepszym obrazem byłby widok prześcieradeł pogiętych i pływających w basenie. Podobno kiedy dwie takie membrany (albo brany, jak mówią fizycy) zbliżają się do siebie, pole grawitacyjne jednej przecieka do drugiej. Hipoteza ta jest na tyle poważna, że astronomowie szukają wśród galaktyk śladów grawitacji pochodzącej spoza naszego kosmosu.

Dla nas, astrologów, wszelkie koncepcje wielości światów są bardzo pociągające, ponieważ wyjaśniają, dlaczego nasze życie przybiera takie dziwne obroty. Na przykład planujesz jakieś przedsięwzięcie, a ono udaje się w połowie, albo pozostaje w sferze marzeń. Spotykasz kogoś, kto ci strasznie się podoba, ale po dwóch dniach musicie się rozstać, na zawsze. Jedziesz w Pieniny, ale po drodze z zapałem czytasz książkę o podróży w Himalaje, tak jakby twoim prawdziwym przeznaczeniem było podziwiać szpiczasty szczyt Annapurny.

No właśnie... Wszystko przez to, że twoja świadomość podczepiona jest do tego wariantu rzeczywistości - jednego z mnóstwa - w którym przeznaczenia realizują się tylko na ćwierć gwizdka. W tej "łupinie" rzeczywistości, do której popadłeś, nie zarabiasz miliona, tylko odmawiają ci kredytu. Piękna dziewczyna znika za zakrętem, zamiast (jak w innej łupinie świata) zostać twoją tantryczną kochanką. Pęd do jazdy na południe doprowadza cię nad Dunajec, zamiast do prawdziwego celu nad Ganges.

Na pociechę zostaje myśl, że są światy, w których jest gorzej. Przypomnij sobie choroby, z których z trudem się wykaraskałeś, albo wypadki, które nie miały miejsca, bo samochód na szosie minął cię o włos, albo, tak samo, spadający z rusztowania młotek. Wielu twoich kopii już nie ma, bo one nie miały tyle szczęścia.

19 maja 2008


Co myśleć o reinkarnacji?

Reinkarnacja kojarzy się z Indiami - bo w tym kraju typowo wierzy się, że po śmierci ludzie rodzą się powtórnie i przez niezliczone tysiąclecia wciąż i wciąż wracają na ten świat. Najstaranniej teoretycznie reinkarnacja została rozpracowana w buddyzmie, którego założyciel, Budda Śakjamuni żył pod Himalajami na pograniczu dzisiejszych Indii i Nepalu.

Ciekawe, że Budda odrzucał istnienie duszy. Pogląd, że człowiek ma duszę, czyli eteryczną substancję, która decyduje o ciągłości naszego istnienia i o naszej świadomości, Budda uważał za błąd. Twierdził, iż dusza lub ciągłość świadomości, to tylko złudzenie, spowodowane uwarunkowanym powstawaniem. Twierdził, że wierzymy w ciągłość i nieustanność naszego istnienia, bo inaczej nie znieślibyśmy pustki, w której każdy świadomy byt jest zanurzony. Ale Budda właśnie ową pustkę uznawał za ostateczną rzeczywistość, a rozwianie się w niej czyli nirwanę uważał za najlepsze, do czego człowiek może ze wszystkich swych sił dążyć, lekceważąc zarówno bogów, jak i światową karierę, jak i codzienną krzątaninę. Zauważmy przy okazji, że sanskryckie słowo nir-wana jest identyczne z naszym słowiańskim "roz-wianie" - budują je te same rdzenie, tylko trochę inaczej wymawiane.

Co więc według buddyjskich poglądów przenosi się z jednego ludzkiego istnienia poprzez śmierć do następnego? - Otóż niewiele. Przenosi się ciąg przyczynowo-skutkowy. Używając nowoczesnych pojęć, przenosi się energia. Przenosi się pewien kształt "dziania się". Ktoś, żyjąc swoje życie, "narozrabiał". Spowodował, że różne rzeczy zaczęły się dziać, i dobre, i złe. Te skutki nie gasną wraz z jego śmiercią, tylko dopadają inną istotę, która narodzi się już po jego śmierci.

Buddyjscy myśliciele nie byli idiotami i zdawali sobie sprawę, że większość ludzi żadnych swoich poprzednich wcieleń nie pamięta. Ale też wiedzieli, że czasem się zdarza, że dzieci pamiętają i w ich opowieściach jest zbyt wiele realiów, które przydarzyły się dawniej komuś innemu. Wiedzieli też, że niektórym ludziom napływają do umysłu zagadkowe fakty, które nie należą do ich życia. Pogląd, iż do "następnych wcieleń" przenosi się nie dusza, tylko bezosobowy proces przyczynowo-skutkowy, wyjaśnia zarówno to, że większość ludzi traci pamięć poprzednich żyć - jak i to, że w rzadkich przypadkach strzępy tej pamięci są jednak zachowane.

Reinkarnacja obiecuje nam coś w rodzaju nieśmiertelności, chociaż jest to nieśmiertelność marna, bo wciąż zapominamy cały swój dawniejszy dorobek, musimy wciąż zaczynać od nowa, a do tego nie mamy gwarancji, ze odrodzimy się jako ludzie, a nie jako zwierzęta lub nieszczęsne głodne duchy.

Taka nieśmiertelność połączona z nieustannym cierpieniem i brakiem satysfakcji, Buddzie wydała się przekleństwem i postanowił tak długo siedzieć pod drzewem, aż znajdzie z niej ucieczkę. W końcu znalazł! - Chociaż buddyjskie wyzwolenie jest niezwykle trudne do osiągnięcia i, dodajmy, dla większości ludzi nieatrakcyjne.

Klasyczny pogląd o reinkarnacji głosi, że jeden człowiek "przeciela się" po swej śmierci w innego, nowonarodzonego człowieka. Ale czy zawsze musi jeden "przerodzić się" w jednego? Tybetańskie opowieści głoszą, że pewni ich duchowi mistrzowie odradzali się jako kilka osób. Powodowali mianowicie, że ich czakramy w następnym pokoleniu dawały początek niezależnym osobom. Taki lama rozszczepiał swój strumień przyczynowo-skutkowy na kilka nurtów, które dalej bytowały w osobnych ciałach.

Kilkanaście lat temu poszukiwano nowej inkarnacji zmarłego w 1980 roku Jego Świątobliwości XVI Karmapy. Znaleziono... dwóch. Skutek był niefortunny: buddyjska szkoła Kagyu, której przewodził Karmapa, rozpadła się na dwie frakcje. Ale niewykluczone, że stary lama rozszczepił się i teraz przebywa w dwóch osobach naraz. Może jeszcze się zdarzyć, że dwaj młodzi jego następcy spotkają się i jak Tybetańczyk z Tybetańczykiem ustalą, że nie ma sprzeczności i że obaj są równie uprawnionymi duchowymi "klonami" Karmapy.

Może też być tak, że to, co nazywamy reinkarnacją, w istocie polega na "przebiciach poprzez czas". Ktoś doświadcza wspomnień, które nie są jego, nie dlatego, że jest inkarnacją tamtej dawno zmarłej osoby, tylko dlatego, że jego umysł na chwilę sprzęga się z umysłem kogoś, kto żył w innym czasie. Doświadczenia reinkarnacyjne byłyby w takim razie odmianą telepatii - tyle że nadawca i odbiorca rozdzieleni byliby czasem, i to nawet setkami lat.

Żeby to stwierdzić, trzeba by było prowadzić staranne badania, oddzielić sugestię i fantazjowanie, oraz przeciekanie do podświadomości przeczytanych powieści i widzianych filmów... Na takie badania potrzeba czasu, pieniędzy i stałych źródeł finansowania.

Przebicie przez czas być może wiąże się z astrologią. Skoro ludzie mający podobne horoskopy lubią wchodzić ze sobą w rezonans, czyli spotykać się, prowadzić wspólne sprawy, łączyć się ze sobą - to można sądzić, że także ludzie żyjący w innych pokoleniach i rozdzieleni rzeką czasu, lecz mający podobne horoskopy, mogą wchodzić ze sobą w rezonans - czyli doświadczać przebić przez czas.

Dużo jeszcze jest do zbadania.

11 czerwca 2008


Inwazja duchów na komputery

Inwazji duchów na komputery jeszcze nie ma, ale będzie. Wszystko do tego zmierza krok po kroku. Zaczyna się od tego, że trwają prace nad bezpośrednią komunikacją człowieka z komputerem. Czytałem wypowiedź pewnego eksperta, że około roku 2020 klawiatura i mysz wyjdą z użycia. Co je zastąpi? Badane są dwa kanały łączności. Pierwszy z nich to po prostu mowa. Stworzone zostaną programy rozpoznające język mówiony i wtedy zamiast mozolnie wklepywać teksty i komendy przez klawiaturę, będzie się po prostu do komputera mówiło. Będziemy komputerom dyktować teksty do zapisania i głosem wydawać komendy, takie jak "zapamiętaj", "wykasuj" czy "otwórz plik".

Rozmawianie z komputerami jeszcze nie tworzy okazji dla duchów. Za to skorzystają one z drugiego mechanizmu, który także jest już w fazie prób. Chodzi o sterowanie komputerem przy pomocy prądów czynnościowych powstających w nerwach i mięśniach człowieka. Właściwie będzie to sterowanie komputerem przy pomocy... myśli. Operator będzie miał założone czujniki, zapewne w kształcie bransolety na rękę lub opaski na czoło. Urządzenie to będzie odbierać prądy, które przepływają przez nasze tkanki podczas normalnej pracy nerwów, mięśni i mózgu - tak zwane prądy czynnościowe. Sygnały te będą wzmacniane i komputer będzie odpowiednio na nie reagował.

My oczywiście nie jesteśmy świadomi tych prądów i nie będziemy ich świadomi również wtedy, kiedy pod ich wpływem będzie na ekranie przesuwał się kursor albo będą wyświetlały się litery i ikony. Z punktu widzenia człowieka-operatora obiekty na ekranie poruszane będą jego myślą i jego wolą. Tak jak teraz aktem woli zginasz palec albo mówisz "aaa", tak wtedy aktem woli będziesz przesuwał kursor myszy lub wyświetlał słowa.

Oczywiście, sztuka ta będzie wymagała specjalnej nauki, tak jak teraz trzeba się uczyć prowadzić samochód lub samolot. Ale jaki będzie zysk! Człowiek będzie wtedy znacznie szybciej reagować i będzie mieć wolne ręce. Sterowane myślą myśliwce i wyrzutnie już marzą się wojskowym.

Ale gdzie tu miejsce dla duchów? Nie myślę tu o duchach wszelkich i jakichkolwiek, tylko o tych, które jawią się ludziom w bardzo konkretny sposób: przez channellingi, a szczególnie przez pismo automatyczne. Być może nie są to wcale duchy, tylko samodzielne procesy w ludzkim mózgu, które wyemancypowały się i wyrwały się spod władzy świadomości. Automatyczne pisanie polega na tym, że komuś "sama ręka pisze", to znaczy osoba nie wie, co zostanie napisane jej dłonią, zanim przeczyta. "Coś-ktoś" pisze jej ręką. Ludzie, którzy odkryli u siebie taka zdolność, szybko przechodzą do następnego etapu: uczą się wiedzieć, co zostanie za chwilę napisane, chociaż treść tych słów nie pochodzi od nich, tzn. nie pochodzi z ich świadomości. Ta treść może też być słyszana jako wewnętrzny głos. Może być pisana w stanie podobnym do transu. Wszystkie te zjawiska nazywane są z angielska channellingiem.

Dotąd nie został wyjaśniony problem, czy ci nadawcy to tylko usamodzielnione fragmenty mózgu, osobowości mnogie, jak nazywają je psychiatrzy - czy też faktycznie duchy, czyli istoty bytujące gdzieś poza ludzkimi mózgami i ciałami i tylko wykorzystujące czyjś mózg jako swoje narzędzie.

Niezależnie od tego, kim oni są, skonstruowanie myślowego sterowania komputerami jest okazją, na którą czekali od tysięcy lat. Poruszanie ręką z ołówkiem, tak żeby wykreśliła sensowne napisy, jest dla duchów z pewnością czymś trudnym. Wypowiadanie ludzkim gardłem słów, jest chyba jeszcze trudniejsze, bo świadomość człowieka stawia tu większy opór. Ale "poruszanie" prądami czynnościowymi w mięśniach lub  w samym mózgu, aby dalej przy ich pomocy kierować komputerem - o, to z pewnością będzie dla nich łatwe. To będzie dla channellingowych duchów łatwe, proste i przyjemne. I one zaczną to robić - masowo.

Zaczną same pisać i kreślić rysunki na ekranach. Nauczą się zapisywać własne sygnały w pamięci komputera. Nauczą się otwierać strony w Internecie i wysyłać e-maile. Nie tylko do ludzi - także do siebie nawzajem. Pozakładają sobie konta e-mailowe. Zaczną ze sobą gadać na wielką skalę. Stworzą własne języki, niezrozumiałe ani dla ludzi, ani dla programistów. Wejdą w sojusz, w symbiozę, z wirusami komputerowymi! Tym łatwiej im to pójdzie, że one same są przecież w naszych umysłach czymś na kształt informacyjnych wirusów.

Trzeba będzie instalować specjalne tłumiki przeciw-duchowe. Antyduchowe oprogramowanie! Podobnie jak teraz walczy się z wirusami i spamem. Niektórzy ludzie, o silnej zdolności do channellingu, będą mieć zakaz zbliżania się do serwerów, żeby nie zakłócali pracy systemu. A przy okazji, ile nauka się dowie o ukrytym życiu naszych umysłów! Jak wstrząsną nami dzieła - poezje i proroctwa, które powstaną w ten sposób, czyli same się napiszą. Nie mówiąc o masie głupstw, które spłyną z naszych umysłów do światowej sieci.

Kiedy już tak się stanie, pamiętajcie - ja ostrzegałem już w dwutysięcznym ósmym.

17 czerwca 2008


Egzorcyzmy czyli licho nie śpi

"Gazeta Wyborcza" w kolorowym magazynie tuż przed Nowym Rokiem 2004 zamieściła duży artykuł-reportaż o diabelskich opętaniach i o egzorcystach walczących z Szatanem. (Piszę to słowo z dużej litery, bo to jednak imię własne.) Okazuje się, że zarówno opętania jak i egzorcyzmy wcale się w naszej oświeconej i naukowej epoce nie skończyły, a przeciwnie, kapłanów mających uprawnienia do wypędzania diabłów jest coraz więcej i pracy im przybywa, bo i diabelska aktywność wciąż narasta.

Po przeczytaniu tamtego artykułu nasuwa się wniosek: licho nie śpi, a Złe atakuje i swój napór wciąż nasila. Autorka - Magdalena Grochowska - bardzo sugestywnie przedstawia "nasz" świat, ten zwyczajny, normalny i (w miarę) bezpieczny, jako nieomal oblężoną twierdzę, dokoła otoczoną przez zastępy Szatana. Mam jej za złe, że uznała, iż cała ezoteryka, włącznie z wróżbami, astrologią i bioenergoterapią, otwiera furtki Złemu, i że jak ktoś idzie do wróżki albo do uzdrowiciela, to od razu naraża siebie i innych na atak Szatana. Dlatego chciałbym powiedzieć, co o tym naprawdę sądzę i jak się według mnie sprawy mają. Jako obserwator świata, nie jako wyznawca tej czy innej religii.

Zacznę od tego, iż oczywistym jest, że zło obecne jest w świecie i, co więcej, jest potężne. Zło rozumiane jako to coś, co sprawia, że w świecie nieuchronne jest cierpienie. Tak nasz świat jest zbudowany i nie ma na to rady. Zacznę od oczywistości, że jeśli chcę żyć, muszę jeść, a wśród mojego pożywienia jest mięso, a jak mięso, to ktoś zabił czującą istotę, a wcześniej hodował ją w nienaturalnych warunkach i maltretował wioząc do rzeźni. Oczywiście, mogę mięsa nie jeść, ale ubocznym produktem picia mleka jest to, że mleczne krowy też są w końcu zabijane, a jeśli odżywiam się tylko roślinami, to dla mnie rolnicy trują myszy i wycinają lasy. Spróbuj sobie wyobrazić świat bez cierpienia i bez śmierci: nie da się! Gdyby starzy nie umierali, nie byłoby na Ziemi miejsca dla młodych. Spróbuj sobie wyobrazić coś dużo skromniejszego: co by było, gdyby armie się rozbroiły, policja rozeszła do domów, a sędziowie wybaczyli przestępcom. Przecież od razu nastałby raj dla bandytów, którzy zaprowadziliby prawo pięści. (A może już tak się stało?) Tak więc trzeba się pogodzić z tym, że nasz świat składa się z zaledwie wysepek dobra, miłości, szczęścia, porządku i dobrej woli, zalewanymi wciąż falami zła, cierpienia, przemocy, złośliwości i śmierci. Gdy się dobrze przyjrzeć naszemu światu, to chciałoby się zapytać, po co jeszcze Szatan, skoro zła jest aż nadto w naturalnym porządku świata?

Więc wydaje mi się, że trzeba odróżnić zło jako nieuchronność cierpienia, które jest powszechne, od dość rzadkiego i szczególnego zjawiska, jakim jest opętanie przez złe duchy. Bo w opętanie wierzę - tzn. uważam, że są przypadki, kiedy człowiek traci swoją właściwą osobowość i w jej miejsce wchodzi coś innego, inna osobowość, która sprawia wrażenie przybysza z piekieł. Zgadzam się też z poglądem, że opętanie trzeba odróżnić od choroby psychicznej, bo nie każdy taki przypadek da się wytłumaczyć jako schozofrenię, ale z drugiej strony wygląda na to, że diabły szczególnie chętnie atakują schozofreników, jako słabszych psychicznie. Dodam, że opętanie znane jest we wszystkich religiach, nie tylko u katolików, co sugeruje Magdalena Grochowska. Także stosowanie egzorcyzmów jest wynalazkiem ogólnoludzkim, nie tylko katolickim.

Złe duchy atakują ludzi, którzy mają ku temu psychiczne, zapewne wrodzone, predyspozycje. Są chwiejni, słabi duchem, pomieszani. Zapewne istnieje takie zjawisko - być może jest ono samo rodzajem choroby psychicznej - jak pożądanie niezdrowych dreszczyków, podnieceń, podszeptów Złego. Do ludzi o takich skłonnościach w pewnym momencie "dosiada się" opętujący ich duch. Z drugiej strony jest rzeczą zastanawiającą, że ci, którzy uczynili naprawdę mnóstwo zła w świecie, jak Hitler, Stalin lub Lenin, oraz pomniejsi bandyci, byli psychicznie najzupełniej normalni, byli inteligentni, umieli znakomicie planować, dbali o porządek i odnosili sukcesy jako wybitnie sprawni organizatorzy.

Otóż mam wrażenie, że te diabły, które wnikają do mózgów ludzi słabych i pomieszanych to jedno, a siła, która wyrządza prawdziwe, wielkie zło, to coś innego. Gdyby te złe duchy, które opętują zabłąkane "owieczki" Kościoła Katolickiego, miały prawdziwą moc, to by nie traciły energii na chorych biedaków, tylko by od razu opętały papieża i biskupów. A jakoś tego nie robią. Co polecam uwadze demonologów.

5 stycznia 2004


Wróżby, Bóg i diabeł

Znalazłem w Internecie zwierzenia osób, które zajmowały się astrologią lub innymi wróżbami, po czym przeszły kryzys i przełom, po którym zdecydowanie odrzuciły "czary mary" i stały się prawowiernymi chrześcijanami, z odcieniem pewnej apodyktyczności, że nie powiem fundamentalizmu w tym kierunku.

Jeden z tych autorów pisze, że skuteczne przewidywanie przyszłości - czy to z pomocą horoskopu, czy na drodze jasnowidzenia - nie jest uzasadnione na drodze rozumowej. Przeczą temu prawa fizyki i innych nauk. Planety "nie mają prawa" wpływać na ludzkie losy, bo przecież, jak wielokrotnie udowadniano, takie fizycznie mierzalne czynniki z ich strony, jak siły grawitacji, pole magnetyczne albo promieniowanie świetlne, są zbyt słabe, aby w organizmie człowieka cokolwiek zmieniać. Planety działać na ludzi nie powinny, ale jednak działają! Autor, który sam uprawiał astrologię przez lata, nie zaprzecza, że horoskop dostarcza informacji o człowieku i że astrologowie (przynajmniej niektórzy) potrafią w jakimś stopniu przewidywać przyszłość. Czyli astrologia działać nie powinna - ale jednak działa? Dlaczego działa? I tu jest gwóźdź programu! Działa, ponieważ to jest sprawka diabła! Ów były astrolog twierdzi tak z pełną powagą. To demony podpowiadają astrologom i innym wróżbitom, jaka będzie przyszłość.

Inny autor opowiada, jak to medytacje nad kartami tarota doprowadziły go nad krawędź przepaści: kiedy w wizjach widział swoich duchowych (wewnętrznych) nauczycieli, którzy jawnie ukazywali się w swojej prawdziwej postaci: szatanów. Po czym palił karty, czynił egzorcyzmy, popadał w duchową próżnię, w której nie było ani dobra ani zła, a wszystko, co by robił albo nie robił, jednakowo było pozbawione sensu. W końcu wezwał Boga na pomoc.

Co ja o tym sądzę? Wglądu na "tamtą stronę" świata nie mam i ani Boga ani diabła nie oglądam, więc mogę wnioskować tylko z tego, co się dzieje w naszym, materialnym i doświadczalnym świecie. Jest faktem, że zdarzają się opętania przez złe duchy. W psychiatrii taka jednostka chorobowa nazywa się "osobowość mnoga" - to znaczy, że w mózgu człowieka oprócz jego głównej, normalnej osobowości uformowuje się druga osobowość, wysoce patologiczna, nastawiona nie tyle na czynienie zła, co raczej na teatralne odgrywanie dziwactw i obrzydliwości. Nie słyszałem, żeby "zły duch" wcielony w któregoś opętańca narobił poważniejszych szkód - zwykle szkodzi tylko swojemu właścicielowi. Wielcy złodzieje, masowi mordercy albo politycy-ludobójcy nie mają przecież osobowości mnogich - mają najzupełniej jedną, swoją, logicznie działającą osobowość.

Opętanie przez złego ducha można porównać z wścieklizną. Wścieklizna jest chorobą straszliwą, bo jeśli w porę nie zostania podana szczepionka, to chory umrze w cierpieniach. Wścieklizna kiedy już daje objawy, jest nieuleczalna. Więc dla kogoś, kogo ten wirus zaatakował, jest straszna. Ale z drugiej strony, wścieklizna jest w skali społecznej zagrożeniem równym zero. Wirus przenosi się w skrajnie rzadki sposób: przez ugryzienie zakażonego zwierzęcia, przeważnie lisa. Ilu ludzi jest regularnie gryzionych przez lisy? Wścieklizna jest dramatyczna, robi wrażenie. W Polsce umiera na wściekliznę jeden człowiek na około dziesięć lat i każdy taki przypadek jest sensacją dla prasy. Tymczasem co roku umiera pół miliona ludzi z powodów zupełnie "niemedialnych": miażdżycy, wieńcówki, powikłań cukrzycowych, raka żołądka.

Opętanie przez demony wydaje mi się takim odpowiednikiem wścieklizny, tylko w dziedzinie chorób psychicznych. Nazywając demona "chorobą psychiczną" nie twierdzę przez to, że złe duchy nie są czymś realnym. Choroby psychiczne mogą być indukowane, czyli jeden chory "zaraża" swoim obłędem inne osoby, zwykle kogoś z rodziny. W języku demonologii powiemy wtedy, że zły duch przerzucił się na kogoś drugiego. Te "mnogie osobowości" mają swój charakter, swoją - przecież - osobowość. Czy istnieją poza ludzkim umysłem, tak jak powinny to robić prawdziwe demony - nie wiadomo i zdaje się, że nie jest to możliwe do stwierdzenia.

Nasz umysły zamieszkuje ciekawa fauna. Są to postaci, które przejawiają się w naszych snach i wyłaniają się w wizjach. Jedne są faktycznie złe i plugawe, ale inne są dobre, potężne i wnoszą masę dobra w życie ludzi, którzy są z nimi w kontakcie. Czy istnieją poza naszymi umysłami, nie wiem i możliwe, że tego się nijak nie stwierdzi. Kto robi z "diabła" siłę władającą światem, to naprawdę sprawia mu uprzejmość.

A co do demonów związanych z kartami tarota, to jestem przekonany, że są to dobre duchy. Podobnie jest z planetami. Tylko że ich energie bywają dla niektórych ludzi zbyt silne. I tak jak nie daje się utrzymać w wodzach silnego konia, albo można się rozbić zbyt szybkim samochodem, tak i z nimi zdarzają się wypadki.

Wypadki zdarzają się głównie wtedy, gdy wróżbita lub okultysta używa tych dobrych demonów do wzmacniania swojego ego, czyli do rozdymania swojej osobistej pychy.

10 listopada 2004


O istotach czarnych, strasznych i włochatych

Niedawno pisałem o złych duchach, opętaniach i egzorcystach, którzy z szatanem - wciąż aktywnym - walczą. Ale chciałoby się powiedzieć: samiśmy sobie tego winni. Dlaczego? Bo szatan jest w religii katolickiej nieustannie przywoływany. Odbywa się to w kościołach przy ołtarzu! Podczas chrztu kapłan pyta: "Czy wyrzekasz się szatana?" - a katechumen, albo najczęściej, rodzice chrzestni w zastępstwie dziecka, uroczyście odpowiadają: "wyrzekam". Ktoś pewnie tu powie: ale przecież szatan właśnie jest tu odrzucany, negowany. Jednak każdy, kto miał do czynienia z magią (i z tresurą zwierząt też!) wie, że do pewnych istot nie trafia słówko "NIE". Inteligencja zarówno zwierzęcia jak i demona nie odróżnia twierdzenia od jego negacji. Zdania "pies idzie na spacer" i "pies nie idzie na spacer" dla psa brzmią tak samo i jednakowo będzie cieszył się i skakał do drzwi. Nawet dla niektórych ludzi zdania "Stefan kradł" i " Stefan nie kradł" niosą jednakowe przesłanie: kradł czy nie kradł, i tak jest podejrzany. Szatan na pewno cieszy się i rośnie, kiedy słyszy swoje imię uroczyście wypowiadane przy ołtarzach przez kapłanów wrogiej mu religii. Zwłaszcza że dzieje się to podczas przyjmowania nowej duszyczki na łono kościoła. Szatan dostaje oto wyraźną wskazówkę, aby te duszyczkę namierzył i miał ją odtąd na oku. A że duchy karmią się naszymi ceremoniałami, tym, że poświęcamy im swoje słowa i swoją uwagę, więc nic dziwnego, że demoniczne siły wcale nie słabną, mimo postępów nauki i religii.

Opętania przez szatana wyglądają tak, jakby złe duchy działały na podobieństwo wilków krążących wokół stada owiec. Kiedy któraś owieczka się zabłąka i odłączy od stada pilnowanego przez pasterzy (albo duszpasterzy), wtedy drapieżniki lub szatani ją atakują. W pewnym sensie można powiedzieć, że szatan działa jako strażnik kościoła: bo na tych, którzy by chcieli odejść spod kościelnej opieki, rzuca strach. Nieliczne upatrzone sztuki faktycznie porywa, tak jakby to robił na postrach i ku upamiętaniu się pozostałych. Takiego strażnika nazwijmy "zewnętrznym".

W buddyzmie tybetańskim znajdziemy coś podobnego ale i odwrotnego zarazem. W ich świątyniach zobaczymy obrazy przedstawiające postaci niepokojąco podobne do naszego diabła: też są czarne, włochate, pół-ludzkie, pół-zwierzęce, z wytrzeszczonymi oczami i wyszczerzonymi zębiskami, z ostrymi szpikulcami, otoczone kręgiem ognia. Wypisz, wymaluj, diabli! A jednak to coś innego... To są strażnicy wewnętrzni. Te groźne, demonicznie wyglądające bóstwa są sprzymierzeńcami i przyjaciółmi praktykujących buddystów, a ich groźna postać służy temu, aby chronić sanghę (czyli "kościół" po buddyjsku) przed wrogami z zewnątrz. Chrześcijański diabeł, jak go określiłem, jest strażnikiem zewnętrznym, jest siłą, która stoi na zewnątrz i dybie na tych, którzy poważą się opuścić religię. Buddyjscy groźni dharmapalowie (czyli strażnicy nauki buddyjskiej) są strażnikami wewnętrznymi. To są wprawdzie siły groźne, czarne, włochate, zębate i w ogóle straszne, ale - "nasze"! To znaczy sprzyjające buddystom.

Można powiedzieć, w wielkim uproszczeniu, że buddyzm zintegrował diabła! Co zgadza się z opowieściami o pierwszym misjonarzu buddyzmu w Tybecie, Padmasambhawie, którego atakowały tubylcze, zasiedziałe w tybetańskich górach demony, a on ujarzmiał je swoją mocą, po czym "przechrzcił" na strażników dharmy. Coś podobnego czynili - podobno - święci Cyryl i Metody, przemianowując słowiańskich bogów, Peruna na św. Eliasza, Welesa na św. Mikołaja.

W naszych duszach, w naszej głębokiej podświadomości - takie mam przynajmniej wrażenie - zakodowany jest raczej ten drugi model, kiedy to coś, co przypomina diabła, jest z nami, a nie przeciw nam. Dowodem na to są nasze sny. W tych snach odsłania się mitologia, może nawet religia, taka jaka w uśpieniu gdzieś trwa na dnie naszych duszy. Pewnej dziewczynie spod Tarnobrzega kilka lat temu śniła się Trójca św.: był Bóg Ojciec w postaci dostojnego białowłosego starca, był młodzieńczy i pełen troski Jezus, ale trzecią osobą, która warowała u tronu Boga, nie był gołąbek, tylko wielki, czarny, zębaty, groźnie wyglądający pies - chociaż dla śniącej zadziwiająco łagodny. Niedawno czytałem sen innej młodej kobiety, w którym jej Wewnętrzny Mistrz, siwy starzec podobny do św. Mikołaja, miał dwóch pomocników, a jednym z nich był wilk, tak samo wielki, czarny, z wielkimi świecącymi oczami i potwornie różowym jęzorem. Wyglądał jak jeden z buddyjskich groźnych dharmapalów.

16 lutego 2004


Jak (nie) rozmawiać z demonami?

Sklepy spożywcze w mojej okolicy zaopatruje firma, która wywiesiła następujący apel: "Kupując polskie produkty w polskich sklepach / zmniejszasz polskie bezrobocie". Górna linijka napisu na tle białym, dolna na czerwonym - z daleka wygląda to jak polska flaga. Stałem któregoś dnia przed tym napisem i zgroza mnie ogarniała. Miałem oto przed sobą przykład tego, jak nie należy rozmawiać z demonami, a także ze zwierzętami, wyroczniami oraz z własną podświadomością - jednym słowem, z niższymi inteligencjami wszelkiego rodzaju.

Oczywiście w tym przypadku tym "demonem" była podświadomość poszczególnego klienta sklepu - ale za nią stał dużo większy i potężniejszy "demon", mianowicie egregor zbiorowości jaką jest Polska. Bo przecież autor tego apelu o kupowanie w polskich sklepach odwoływał się do polskich uczuć patriotycznych.

Tu muszę coś wyjaśnić. Można nie wierzyć w duchy, ale nie można nie wierzyć w coś, co pewien mój znajomy nazwał "duchoidami", czyli jakby osobne i szczególne inteligencje - a może raczej energie - związane z pewnymi miejscami, instytucjami lub zbiorowościami. Bo nie da się ukryć, że istnieje duch miejsca. Kraków ma np. całkiem innego ducha niż Warszawa; Tatry, Bieszczady, Karkonosze - każde z tych gór mają całkiem odmiennego ducha, a może "duchoida". Są ludzie którzy mają zdolność wyraźnego odczuwania owych duchoidów, a niektórym mogą się owe istoty wręcz pojawiać w wizjach w postaci ludzkiej, zwierzęcej lub... duchów właśnie.

Egregor to jest duch ludzkiej zbiorowości, przede wszystkim narodu, ale nie tylko. Swój wyrazisty egregor miała polska szlachta, zwana od czasu, gdy skasowano jej osobne prawa i przywileje - ziemiaństwem... Ale ten "duchoid" już nie istnieje. Za to żywy jest egregor górali podhalańskich. Mają swoje egregory kościoły, masonerie, towarzystwa tajemne. Silny i zatwardziały jest egregor meliorantów i regulatorów rzek! Niby wszyscy wiedzą, że natrętne prostowanie rzek, wpuszczanie ich w sztuczne wykopy i wycinanie drzew nad nimi rosnących to zbrodnia przeciw naturze, lecz melioranci mimo wszystkich krytyk i protestów od dziesiątków, ba! od setek lat niezmordowanie kontynuują swoją niszczycielska pracę. Co - jaki diabeł - ich tak wspiera? Aż myślę sobie, że to pewnie wspiera ich i kusi moc rzek samych, tych rzek, którzy oni niszczą, a to po to, żeby utorować drogę dla wielkich powodzi, które kiedyś w końcu przyjdą i na nas, ludziach, okrutnie się zemszczą.

Ale wracajmy do tego apelu o kupowanie w polskich sklepach. W drugiej części tamtego zdania zastosowano podwójne przeczenie: "zmniejszasz polskie bezrobocie". W słowie "zmniejszać" zawarta jest negacja, bo przecież coś, co jest długo zmniejszane, w  końcu zniknie. W drugim słowie, "bezrobocie", też jest negacja, ponieważ bezrobocie to brak pracy dla pewnej liczby ludzi. W logice formalnej podwójne przeczenie, czyli negacja negacji, równe jest  potwierdzeniu. "Nieprawdą jest, że Jan nie kocha Anny" znaczy - w logice formalnej - dokładnie to samo, co "Jan kocha Annę". Jednak dla niższych inteligencji, czyli dla demonów, zwierząt, egregorów oraz dla naszej podświadomości wcale tak nie jest. Wszystkie te niższe inteligencje nie rozumieją nie tylko podwójnego przeczenia, ale nawet pojedynczego! Mój pies rozumie słowa "spacer" oraz "pies idzie na spacer", ale kiedy powiem mu uroczyście: "nie, pies nie idzie na spacer", to będzie tak samo się cieszył i skakał, jakbym mu oświadczył, że właśnie idzie.

Wszyscy, którzy zetknęli się z programowaniem swojej podświadomości w postaci (na przykład) tak zwanej "kontroli umysłu" albo technik NLP czyli neurolingwistycznego programowania, wiedzą, jakim błędem jest podsuwanie własnej podświadomości negatywnych skojarzeń, nawet jeśli mają one - formalnie - pozytywny sens. Nie wolno sobie wdrukowywać polecenia: "nie będę się spóźniać", bo to właśnie utrwali nawyk spóźniania się. Przeciwnie, trzeba sobie afirmować: "zawsze przychodzę o umówionej porze". Trzeba unikać negacji!

Podwojenie negacji wzmacnia negację. Słowa "kupując  w polskich sklepach zmniejszasz polskie bezrobocie" wywołają w podświadomości klientów skojarzenie, że kiedy korzystają z polskich sklepów, to coś ZMNIEJSZAJĄ, a przy tym trwa, a może umacnia się - BEZROBOCIE. Czyli dwa rodzaje zła się dzieją! A ponadto pojęcie "bezrobocie" otulone tu zostało czułością: "polskie bezrobocie" - czyli "nasze, kochane, swojskie, słodkie... jak Szopen i Kościuszko... jesteśmy z niego dumni... bezrobocie." Tak niestety pracuje podświadomość.

W dodatku słowo "bezrobocie" zostało wpisane w narodową flagę. Jak widać, przywołany tu został egregor Polski. Został do niego wysłany sygnał: "bezrobocie - naszym jest! Nasza to sprawa, bezrobocie!" Przez to egregor Polski, czyli nasza zbiorowa podświadomość, umacnia się w przekonaniu, że "Polska bezrobociem stoi". Bo trzeba wiedzieć, że egregory to istoty wcale nie kierujące się dobrem ludzi, którzy do nich należą. Egregor może trwać także siłą swoich wad, złości, cierpienia, marnowania sił.. Oj przydałoby się - i fachowcom od handlu i reklamy, i naszym politykom - szkolenie w demonologii!

22 września 2005


Nauka w świecie duchów

Jak wiadomo, nauka nie zajmuje się duchami, a badacze nie znajdują w świecie obiektów zwanych duchami, które można by zlokalizować, przenieść do laboratorium, tam zmierzyć, zważyć, poddać analizom i wysnuć na ich temat teorię. Z wyjątkiem jednej dziedziny nauki, mianowicie etnologii. Bo chociaż duchy są naukowo nieuchwytne, to przecież żyją ludzie, którzy z duchami obcują: widzą je, słyszą, przemawiają ich głosem... - a to jest już zupełnie obiektywnym faktem. Badacz podglądający życie mieszkańców Afryki, amazońskiej dżungli albo wysp Polinezji natrafia na świat, w którym od duchów aż się roi, i to że on ich nie widzi, nie ma znaczenia - bo tubylcy je postrzegają, a to jak je postrzegają, jakie są ich stosunki z duchami, to już jest coś, co naukę-etnologię interesuje jak najbardziej.

I oto okazuje się, że nawet tak szalona zdawałoby się dziedzina, jak kontakty z duchami, podlega prawom. Ludzie bowiem, najogólniej, mają do czynienia z duchami na cztery sposoby:

(1) Sposób pierwszy - groźny. Pojawienie się ducha, albo wejście ducha w człowieka, czyli opętanie, budzi lęk, a nawet przerażenie. Postrzegane jest jako zagrożenie: dla opętanego, dla jego otoczenia i dla całego porządku świata. Duch jest straszny i opętany przezeń budzi grozę. Dobrze wtedy przynajmniej, gdy są fachowcy- egzorcyści, którzy potrafią sobie z takim przypadkiem poradzić.

Zauważmy, że jest to podejście do duchów typowe dla naszej własnej kultury i to od bardzo dawna. Nie kto inny, jak sam Jezus, działa jako egzorcysta, wypędzając szatany z opętanych nieszczęśników i zsyłając je w wieprze. Egzorcyści, kościelni i świeccy, działają do dziś i przybywa im klientów, tak jakby dzisiejsi zestresowani ludzie byli bardziej niż dawniej podatni na atak ciemnych mocy.

Duchy, zwłaszcza te straszące i opętujące wydają się nam teraz czymś gorszym niż dawniej, właśnie dlatego, że ich nie powinno być! - bo naukowy racjonalizm zaprzecza ich istnieniu. A więc kiedy zjawia się duch, to tak, jakby powstawała nagle dziura w naszym obliczalnym i przewidywalnym świecie. Na tym polega horror jako gatunek filmowy: atakują tam upiory, których w ogóle w danym filmowym świecie być nie powinno.

(2) Drugi sposób - interesowny. Tutaj zjawisko nawiedzenia przez duchy budzi ciekawość i jest zaprzęgane przez ludzi do ich celów. Duchy przemawiają ustami owładniętych ludzi i ich ciałami wykonują gesty, a przekaz uzyskiwany w ten sposób od duchów jest uważany za cenny, ich słowa zaś pilnie wysłuchiwane. Na tej zasadzie działały starożytne wyrocznie, z wyrocznią w Delfach na czele, gdzie poprzez tamtejsze wróżki-pytie przemawiał, jak wierzono, sam bóg Apollo.

Wokół nawiedzenia powstały całe religie, z których najbardziej znaną jest wudu z Haiti. Wyznawcy wudu wierzą, że w nich wcielają się liczne loa, czyli duchy-bóstwa, a kiedy pewien loa owładnie człowiekiem, ten traci świadomość, zmienia mu się głos, ruchy i postawa ciała i zaczyna się zachowywać się tak jak to loa, które w niego wstąpiło. Loa Ghede, pan śmierci i umarłych, jest żarłoczny, a Loa Brigitte, żeńskie bóstwo miłości, jest zalotna i odpowiednio wyraża to ciałem - i wyznawcy wudu od razu wiedzą, które loa mają oto przed sobą.

(3) Trzeci sposób polega na poskromieniu i oswojeniu ducha. Tutaj człowiek nie traci świadomości, zachowuje czysty umysł i staje przed duchem jako ten silniejszy, który ducha pokonuje i zmusza do czynienia swej woli. Ten rodzaj pracy z duchami nazywa się szamanizmem. Łączy się on z wchodzeniem w zaświaty zamieszkiwane przez duchy, ale idący tam szaman nie traci głowy i posiada umiejętność poruszania się po owej równoległej przestrzeni z taką wprawą, jak myśliwy po lesie lub rybak po lodzie.

Odpowiednikami szamanów w Europie byli (są?) magowie ceremonialni, którzy kreślili na ziemi ochronne magiczne kręgi i przywoływali duchy inwokacjami, po czym swymi zaklęciami zmuszali je do posłuszeństwa i służby. Oczywiście czasem taki duch wymykał się spod kontroli i czynił szkody. Wszędzie jest ryzyko...

(4) Czwarty sposób polega na łagodnym pobieraniu energii od duchów. Ludzie pozwalają duchom, by do nich przyszły, ale nie traktują tego jak zagrożenie, ani z duchami nie walczą, ani im się nie podporządkowują. Co robią? - Można powiedzieć, że "kąpią się w duchach" - używają mocy duchów do własnej regeneracji, do uzdrowienia i do wzmożenia swojej mocy. Tak czynią np. Dinkowie z Kenii, na których podczas tańców zstępuje bóstwo zwane (w ich języku oczywiście) słowem "Ciało" - zwane tak, ponieważ zamieszkuje ich ciała i podczas transu szczególnie je ożywia.

Podobnie działał słynny Taniec Duchów u Indian z zachodu USA, kiedy podczas kilkudniowych tańców Indianie zyskiwali moc i przemieniali się wewnętrznie, a nawet wierzyli, iż staną odporni na karabinowe kule Białych.

Pierwsze z tych zjawisk, opętanie, wciąż budzi w nas grozę. Znów medium lub szamanem mało potrafi być: brakuje nam odpowiedniej wiedzy. Ale ten czwarty, "leczniczy" kontakt z duchami jest przecież dostępny i wcale nie tak trudny, jakby się zdawało.

19 stycznia 2007


Wiedza tajemna

W dyskusjach które prowadzę w Internecie i na żywo, co jakiś czas wraca pytanie, czy astrologia jest wiedzą tajemną? Od razu tu odpowiem, że - według mnie - nie jest! Ale warto się przyjrzeć powodom, dla których astrologia jest uporczywie posądzana o bycie taką (tajemną) wiedzą.

Bo owo skojarzenia, że jak astrologia to koniecznie mistyczne tajemnice, jest odwieczne i tak stare, jak sama astrologia! Zanim powstała właściwa astrologia, w krajach Bliskiego Wschodu praktykowano astromancję, czyli wróżenie ze zjawisk na niebie. Wiedza o tym była przechowywana przez babilońskich i chaldejskich kapłanów, którzy niechętnie ją ujawniali profanom. Więc już na samym początku do astrologii przylgnęła ta łatka, że to jakaś tajemna wiedza święta i świątynna, wymagająca wtajemniczeń i przekazów. I tak już zostało. Tym bardziej, że w średniowiecznej Europie znajomość astrologii zanikła i musiano się jej uczyć na nowo, od Arabów i Żydów, co dodawało jej kolejnego smaku egzotycznej tajemnicy.

Ale co to w ogóle jest "wiedza tajemna"? Jaki rodzaj wiadomości należy do niej zaliczyć?

Po pierwsze, to może być wiedza trudno dostępna. Z całkiem obiektywnych powodów - które w przypadku astrologii w dawnych wiekach były takie, że księgi z tej dziedziny były rzadkie, drogie i w obcych językach. I jeszcze do tego konieczność wykonywania mnóstwa obliczeń - które bez komputerów czy nawet tablic logarytmów były zupełnie koszmarne! Przecież dawni astrologowie nie mieli nawet wygodnych tablic efemeryd.

Po drugie, jakaś dziedzina może się komuś wydawać "tajemna", gdyż po prostu jest dla niego za trudna, nie na jego umysł i zdolności. Przecież żeby twórczo uprawiać np. muzykę albo matematykę, trzeba mieć specjalne zdolności po temu - zdolności, które mają tylko nieliczni. To samo można powiedzieć o zdolnościach językowych: znać jeden język, to każdy potrafi, nauczyć się drugiego języka czyli obcego - też udaje to się znacznej części populacji, ale żeby znać ich sześć albo dziesięć - o, na to potrzebne są umiejętności, które mogą wydać się cudownymi. (Mnie się takimi wydają!)

Czy astrologia wymaga więc jakichś cudownych zdolności umysłu? - Na pewno nie. Nie potrzeba w niej raczej większej inteligencji niż w zawodach psychologa, inżyniera albo menedżera. Trzeba się tylko postarać, jak w każdym fachu.

Po trzecie, pewna wiedza, czyli zasób informacji, może być tajemna w tym sensie, że jest zakazana i ukrywana, i celowo uczyniona tajemnicą. W ten sposób przecież funkcjonują tajemnice państwowe. Takim rodzajem tajemnicy otaczają swoją działalność wywiady, dyplomaci i inne tajne służby. Istniały i istnieją towarzystwa, które utajniały się w podobny sposób: tak choćby czynili masoni. Albo, może, tylko udawali, że się utajniają, bo jedni z nich twierdzili, ze strzegą jakichś niesamowitych tajemnic, podczas gdy drudzy, że wcale nie i że wszystkie rzekome tajemnice masonerii są od dawna znane. Kto z nich faktycznie ściemniał? - nie wiadomo dotąd.

O jeszcze jednym rodzaju wiedzy tajemnej było słychać tu i ówdzie. Otóż niektórzy twierdzili, że są w posiadaniu takiej wiedzy, którą tylko niektórzy wybrani są w stanie pojąć. Inni będą słuchać, czytać, a i tak niczego nie zajarzą. Dlaczego? Bo żeby to coś pojąć, trzeba mieć specjalny rodzaj świadomości. I tak marksiści uważali, że do studiowania ich nauk trzeba mieć specjalną "świadomość proletariacką", a naziści, że specjalną "świadomość narodową", najlepiej przy tym oczywiście, niemiecką! I jak ktoś tej świadomości nie ma, to trudno, nic nie zrozumie, jego strata.

Tu dopowiem stanowczo: do nauczenia się astrologii nie jest potrzebny żaden specjalny rodzaj świadomości. Wystarczy zwykły rozum.

I tak stopniowo dochodzimy do wiedzy tajemnej w najczęściej używanym sensie. Powiada się o niej, że pochodzi ona od jakichś istot nadprzyrodzonych i nadludzkich, objawiających się w odległych zakątkach globu (najlepiej w Himalajach!) i przechowywana jest (ta wiedza) w niedostępnych klasztorach, najlepiej też gdzieś we wnętrzu Azji - chociaż może też być Peru lub Meksyk. Do takich miejsc podróżował - jakoby, bo nikt prócz niego tego potwierdził - Georgij Gurdżijew. Wcześniej zaś Helena Bławatska. Później, w już w połowie XX wieku, kiedy już mało zostało białych plam na mapach Azji - inny głosiciel tajemnych przekazów, Oscar Ichazo. Także Ole Nydahl, znany nauczyciel buddyzmu, swoje opowieści o podróżach do tybetańskich lamów stylizował na wyprawy do źródeł wiedzy tajemnej. Carlos Castaneda z kolei twierdził, iż uczył się od mistrza tajemnej wiedzy dawnego Meksyku.

Jest taki wątek w literaturze i opowieściach ludzi Zachodu: wyprawy w poszukiwaniu wiedzy tajemnej i jej mistrzów. Nawet jest to cała mitologia. Ale z astrologią mało ma wspólnego. Jak się nad tym zastanowić, to trochę szkoda...

19 listopada 2007


Mana, inaczej fart

Piszę ten felieton przed zbliżającymi się wyborami do sejmu i senatu [jesienią 2007 - przypis z 2011r.] - zapewne przeczytasz to (Czytelniku) kiedy już będzie po. Ale nie o wyborach chcę pisać, tylko o czymś, co mi się z nimi skojarzyło. Gdyż oto w przedwyborczej kampanii mało kto już mówi o reformach, programach ani ideach, a występy polityków sprowadziły się do popisów, który z nich jest większy samiec alfa!

Zupełnie jak jakieś jelenie na rykowisku: najpierw próbują, który zaryczy grubszym basem i celniej obrazi rywala, a potem przechodzą do frontowego starcia, na rogi - czyli do debat telewizyjnych. W finale rykowiska samce już tylko cierpliwie czekają, do którego z nich przybiegnie więcej samic - a politycy czekają, ile głosów na ich partię rzucą wyborcy. Strasznie atawistyczne warstwy umysłu Homo sapiens wychodzą na jaw przy okazji wyborów! Wspólne przodkom wszystkich ssaków, a może i kręgowców.

Mnie wyborcza kampania skojarzyła się też z rzeczą trochę tylko mniej pradawną, mianowicie z tym, co nazywa się mana. Pojęcie to było podstawą światopoglądu ludów zamieszkujących wyspy Pacyfiku - od Nowej Zelandii i Wysp Salomona aż po Hawaje. Mana to była tajemna moc. Kto miał jej więcej, ten więcej mógł dokonać. Żeglarz, który miał dużo mana, był w stanie namówić towarzyszy na nową wyprawę w nieznane dale. Wódz mający dużo mana miał posłuch i autorytet, i krewni bali się spiskować przeciw niemu. W ogóle tym ludziom, którzy mieli wysoki poziom mana, wszystko w życiu się udawało, natomiast ci z mana niewielkim wiedli żywot podły.

Mana miało swój wymiar magiczny: było niezbędną substancją, dzięki której rzucano czary i klątwy. Przy tym mana mogło mieścić się w pewnym przedmiocie i wraz z nim było przekazywane dalej. Także szczególne miejsca bywały naładowane mana, co poznawano po tym, że właśnie tam działy się rzeczy cudowne i niezwykłe.

Mana też przejawiało się jako szczęście, jako dobry los: ludziom mającym wiele mana pomagały szczęśliwe przypadki. Z pewnością dzisiaj mieszkańcy Oceanii właśnie tak myślą o tych, którzy wygrywają w tamtejszych totolotkach: że oto mają ogromne mana!

Archaiczne pojęcie mana - archaiczne, bo przecież mieszkańcy wysp Pacyfiku należeli do epoki neolitu, kamienia gładzonego! - bez większych zmian można zastosować do naszych czasów i przypadków. Kto ma mana, temu udaje się w życiu. Dowodem żywotności pojęcia mana jest to, że wciąż wynajdujemy słowa, które mają to samo znaczenie: na przykład - "fart". Masz farta, miałem farta, on to ma fart! Słowo wzięte z niemieckiego, gdzie znaczy: jazda. Ma farta, czyli może daleko zajechać. Jak na baku zatankowanym do pełna. Bo także słowa "energia" jakże często używamy w takim sensie, jak Polinezyjczycy mana.

Niewątpliwie nasze wybory służą głownie temu, żeby sprawdzić, który z kandydatów ma więcej mana!

Czy poziom owego mana lub fartu można wyczytać z horoskopu? To jest problem, którego astrologowie dotąd nie rozwiązali. Najczęściej analizowanymi przez astrologów horoskopami są kosmogramy sławnych ludzi. Jednak do tej pory nie znaleziono wyraźnych wskaźników, które powodują, ze jeden człowiek dochodzi do sukcesu, sławy i wielkości - a drugi, choć urodzony prawie w tej samej chwili lub w inny sposób mający podobny horoskop, pozostaje przeciętnym Kowalskim.

Oczywiście znamy wskaźniki horoskopowe, które działają cząstkowo: wiemy, że dobrze mieć w urodzeniowym horoskopie Jowisza w szczycie nieba (czyli w MC), dobrze jest mieć owego Jowisza w koniunkcji albo w trygonie do Słońca, dobrze mieć silną Wenus... Takich konfiguracji, które podobają się astrologom, jest wiele. Ale z drugiej strony, jakże często robią błyskotliwe kariery i zyskują sławę ludzie, u których te rzekome wskaźniki sukcesu są ledwie widoczne, albo ich nie ma.

Za przykład weźmy dwóch ludzi, którzy w największym chyba stopniu odmienili świat końca ubiegłego wieku: papież Jan Paweł II i amerykański prezydent Ronald Reagan. Papież - co do niego zgoda: miał iście królewskie wskaźniki potężnego mana: Jowisz pomyślnie powiązany ze Słońcem i położony w MC. Ale Reagan? Kosmogram raczej "taki sobie", oparty na aspektach uważanych za niekorzystne: kwadraturach i półtorakwadraturach; z Jowiszem wcale nie wyeksponowanym, z Wenus też wcale nie wielką...

Jednak pod pewnym względem kosmogramy są użyteczne w naszych badaniach nad mana: pokazują mianowicie, i pokazuje trafnie, kto z jakich źródeł może czerpać dla siebie mana - jeśli ma go za mało. (A głód mana jest wciąż powszechny!)

Kosmogram pokazuje, w jakich obszarach życia leżą nasze źródła mocy. Ale o tym może już napiszę kiedy indziej.

1 października 2007


Magia i prawa fizyki

Jaką magiczną umiejętność chciałbyś mieć? Moc sprowadzania pieniędzy? Zdrowia? Unieszkodliwienia wrogów? Gdy się dobrze przyjrzeć wszystkim takim i podobnym tęsknotom za magią, to widać, że można je wszystkie sprowadzić do jednej podstawowej umiejętności: sprawiania, żeby coś w świecie działo się tak jak ja chcę - żeby rzeczywistość na zewnątrz mnie stosowała się do mojej woli.

Przy okazji ciekawą jest rzeczą uzmysłowić sobie, co od twojej (lub mojej) woli zależy, jak daleko twoja, czyli ludzka wola sięga. Bo wiadomo, że moja wola nie obejmuje nawet mojego ciała. Mogę do woli poruszać palcami dłoni, ale już nie zrobię tak, żeby lewą rękę położyć na plecach, prawą przewiesić za głową i chwycić jedna dłonią za drugą. Wiele osób tak robi - ja nie zrobię. Coś przeszkadza - a przecież poruszanie rękami to najtypowsza czynność podległa woli. Wola nie obejmuje całego ciała... Mam parę paskudnych brodawek i choćbym nie wiem jak natężał siłę woli, nie znikną.

Mnóstwo innych rzeczy dziejących się w naszych ciałach nie ma nic wspólnego z wolą: trawienie, ruchy jelit, bicie serca... W ogóle miliony procesów składających się na naszą fizjologię. Są one względem naszej woli tak samo zewnętrzne jak poruszanie liśćmi na odległym drzewie.

Wyobrażam sobie, że jeśli ktoś ma magiczne moce, to uruchamianie ich (kiedy się już tym magiem jest) przypomina poruszanie jakimiś mało używanymi mięśniami. Ćwicząc jogę nauczyłem się rozczapierzać palce u stóp - bo trzymanie ich jeden w odstępie od drugiego należy do właściwej postawy w jodze. Więc się nauczyłem chociaż pierwsze próby były dziwaczne. Nauczyłem się też poruszać i obracać mięśniami brzucha. To ćwiczenie nazywa się w jodze nauli. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że taki ruch jest możliwy. A żeby go wykonać, trzeba wiedzieć, w jaki specjalny sposób się skupić i jak do brzucha przyłożyć swoją wolę. Więc wyobrażam sobie, że mag ćwiczy się w wyczuwaniu jakoś "w sobie" odległych przedmiotów albo innych ludzi (albo demonów!) i przykładaniu do nich swojej woli, jak do mięśnia lub kończyny, żeby nimi poruszyć.

Pewien polski jasnowidz uniknął podczas niemieckiej okupacji aresztowania (które by pewnie skończyło się fatalnie), ponieważ w chwili owego śmiertelnego zagrożenia skupił się tak, że w pewien wewnętrzny sposób chwycił stojącego przed nim gestapowca za jelita. "Chwycił" oczywiście nie ręką, tylko swoim punktem przyłożenia woli. Tamten zbladł, zachwiał się i pobiegł na bok zwymiotować. To wystarczyło dla ocalenia.

Mając takie wyobrażenia o magii, bez przekonania patrzę na filmy z gatunku fantastyki magicznej. Nie rozumiem, dlaczego w szkole Harrego Pottera gra się w ten quidditch, czyli mało oryginalną odmianę bejsbola, w której tyle jest z magii, że gracze nie biegają po trawie tylko latają na miotłach. Przecież w takiej szkole adeptów magii mecz piłki powinien polegać na tym, że z jednej strony siedzi jedna drużyna, z drugiej druga, pośrodku piłka i każdy gracz wespół z kolegami skupia się na piłce, żeby ją poruszyć, mało - żeby ją wbić do bramki przeciwnika. Można wymyślać inne warianty. Po co piłka? Może być dowolny przedmiot. Jedna drużyna skupia się, by go siłą "zestrzelonej w jedno ognisko" woli ten przedmiot magicznie zdematerializować, a druga podobnymi sposobami utrzymuje go przy "życiu". To by były emocje! Na boisku stoi jakiś, powiedzmy, posąg, i jedni go dematerializują, a drudzy starają się w pośpiechu odbudować. Zresztą, serial o Harrym Potterze naprawdę mało ma w sobie magii.

Gdy wyobrazimy sobie, że są czarodzieje, mający umiejętność sprawiania, żeby się działo tak jak chcą, samą ich siłą woli, to z tego wynikają pewne komplikacje. Przede wszystkim co chwila dochodziłoby do konfliktów, kiedy mag chcący "A" natrafiałby na maga chcącego "nie-A". Ja sobie magicznie siłą woli wyrastam drzewo, mojemu sąsiadowi-magowi zasłania ono widok, więc on je magicznie usycha. Albo sprawia, że moje drzewo znika. Z tego wniosek, że albo by magowie toczyli miedzy sobą nieustanne wojny, albo istniałby miedzy nimi ścisły kodeks zasad, co wolno magowi, a czego nie. Na pewno istniały by surowo strzeżone granice własności!

Jest problem, czy magiczne działania mogą naruszać prawa fizyki. W jakimś stopniu muszą, bo choćby taka prosta sprawa, jak lewitacja jest naruszeniem prawa grawitacji. Materializowanie przedmiotów narusza prawo zachowania masy, a więc i energii. Prawa zachowania to są takie świętości w fizyce. Fizyk w rozmaite rzeczy uwierzy, ale nie w to, żeby energia nie była zachowana, czyli pojawia się z niczego i bez śladu znikała. Intuicja, że zasada zachowania obowiązuje również w świecie magicznym, pojawiała się już bardzo dawno. Szamani  z Syberii wierzą na przykład, że uzdrawianie jest rzeczą chwalebną, ale... równowaga musi być zachowana. I jeśli przez swoje zaklęcia komuś dodadzą energii życiowej, to komuś innemu zostanie ona odebrana. Więcej; zostanie odebrana komuś, kto i tak jej ma niewiele. Najczęściej jakiemuś innemu choremu, który wtedy umrze. To brzmi rozsądnie: szaman może kogoś uzdrowić, ale kosztem tego, że kogoś inny życie straci.

Oczywiście, może być i tak, że magów prawa fizyki nie obowiązują. Ale to by oznaczało, że nie ma naszego "twardego" świata, tylko każdy jest podłączony - jak w filmie "Matrix" - do własnej prywatnej iluzji. Co gdyby było prawdą, byłoby raczej nieprzyjemne.

24 stycznia 2006


Skoro świat jest pełen magii, to dlaczego magia nie działa?

...A czasem działa. I jest to bardzo tajemnicze. Magia przyciąga ludzi od tysięcy lat, ponieważ obiecuje osiąganie celów. A czego więcej nam potrzeba? I pod tym względem nasze nastawienie nie zmienia się odkąd istnieje gatunek Homo sapiens. Z tym, że dawniej nie odróżniano tak wyraźnie jak dziś działań magicznych od nie-magicznych, czyli od tych czysto technicznych. Kiedy dawni myśliwi wyruszali na słonia lub bizona, to ostrzyli dzidy, a jednocześnie mruczeli zaklęcia i śpiewali pieśni wspominające własne dawne łowieckie sukcesy i wyczyny kultowych bohaterów. Kiedy zakładano wieś, trzeba było najpierw to miejsce oborać, najlepiej zaprzęgiem z dwóch białych krów, i czynność ta nie różniła się szczególnie od np. sprawdzenia, czy w okolicy jest dosyć wody do picia i pojenia bydła. Do tej pory chińska sztuka zakładania ludzkich siedzib, feng-shui, wygląda dla naukowego umysłu na mieszankę zasad racjonalnych i magicznych - ale tak wygląda tylko dla Europejczyka, bo chińscy mistrzowie wcale tych dwóch stron zagadnienia nie rozdzielają.

Magia ma wiele obliczy, ale dla potrzeb tych rozważań możemy ją sprowadzić do sztuki spełniania życzeń. U podstaw tak pojętej magii (a może nawet każdej magii?) leży przekonanie o sprawczej mocy myślenia. To jest dokładne przeciwieństwo tego, o czym uczy i co wdrukowuje w umysły światopogląd naukowy: że myśl jest bezsilna! Że sama myśl nie jest w stanie poruszyć nawet jednego atomu - a jedyne, co potrafi, to poruszać nasze mięśnie, i może działać, wpływać na świat dopiero poprzez ruchy naszych mięśni, rąk, nóg, a także poprzez aparat mowy, ale to i tak tylko wtedy, kiedy potrafimy kogoś drugiego nakłonić swoją mową do tego, żeby w pożądany przez nas sposób zrobił użytek ze swoich mięśni. Właściwie do tego sprowadza się cały filozoficzny materializm... Magia przeciwnie: uczy, że sama myśl, samo wysłanie "w eter" intencji albo wykonanie czynności, które wcale mięśniowo nie poruszają wybranego przedmiotu, także działają skutecznie.

Jest taka baśń Antoniny Domańskiej pod tytułem "Cosechciał" o dziewczynce, która przypadkiem zjadła magiczne ziele zwane właśnie "cosechciał", które sprawiało, że to, co sobie pomyślała, natychmiast stawało się rzeczywistością. Kiedy się lepiej wmyślić w tę bajkę, to widać, że chodziło o coś innego: ów cosechciał nie czynił cudów, nie zaburzał praw przyrody, lecz sprawiał, że myślenie dziewczynki biegło dokładnie zgodnie z dzianiem się rzeczy w świecie, tak iż myślała ona tylko o tym, co faktycznie miało się zdarzyć - i nie dziwota (jak mawia się w bajkach) że to się zdarzało. A że sprawy szły ku jej osobistemu sukcesowi, to bajka miała szczęśliwe zakończenie.

Mam pewne doświadczenie w stosowaniu magicznych czynności i mogę się podzielić własnymi obserwacjami, dlaczego tak często niektóre z nich nie działają. Otóż nie działają, bo tego nie chcemy. Kiedy stosujemy magię, zwykle lękamy się jej pozytywnego wyniku. A ponieważ magia jest środkiem przede wszystkim uruchamiającym naszą wolę, więc nie dziwmy się, że przy pomocy takiej niedoskonałej, kulawej woli niewiele zdziałamy.

Istnieją na przykład metody samoleczenia oparte na wizualizacji. Na temat takich działań napisano wiele książek, są w nich też szczegółowe przepisy, jakie obrazy wizualizować na poszczególne schorzenia. Na niektórych to działa... Skutecznie. Na innych nie. Dlaczego? Wizualizacyjne samoleczenie jest pracą z umysłem. Polega na uruchomieniu nieznanych, nieświadomych czy podświadomych umiejętności umysłu. Często przy tym jest tak, że nie musimy, a nawet nie powinniśmy wiedzieć, jak te nieznane funkcje umysłu działają, bo jeśli zaczniemy spekulować na ten temat, to jest groźba, że sobie te umiejętności zablokujemy. Tak więc mamy tu do czynienia z nader delikatną materią. Chcemy, jak powiedziałem, usunąć chorobę czyli przywrócić stan zdrowia. Ale podstawą tego jest: naprawdę tego zdrowia chcieć! Bo jakże często choroba ma swój początek w stanie umysłu. Do czegoś jest nam potrzebna. Coś nam załatwia. Wielu ludzi wręcz całe swoje życie buduje wokół choroby, nie uświadamiając sobie tego. Wizualizacja zdrowia jest wewnętrzną walką z potrzeba chorowania. Co byś zrobił, gdybyś całkiem wyzdrowiał? I tu okazuje się, że pełnia zdrowia wcale nie jest aż taka atrakcyjna. Lepiej chorować. I choroba pozostaje, magia nie działa.

Albo takie typowe magiczne życzenie: "żebym miał dużo pieniędzy!" Podobno 90% uprawiających magię modli się o pieniądze. Pierwsze pytanie, jakie trzeba sobie zadać przed uruchomieniem zaklęć, sygili i wizualizacji, jest: co ja zrobię z tymi pieniędzmi, gdy będę je miał? Wiele można się tu dowiedzieć od ludzi, którzy wygrali poważne kwoty, przysłowiowy milion, w gry liczbowe. Okazuje się, że większość z nich te pieniądze przejada - szybciej lub wolniej, a dla niejednego ta wygrana staje się początkiem pasma nieszczęść: rozpada się rodzina, zaczyna się życie ponad stan, porzucenie pracy, demoralizacja, nałogi, długi i w końcu obudzenie się z ręką w nocniku. Z pieniędzmi jest tak jak ze zwycięstwem: trzeba umieć je przyjąć i wchłonąć, podobnie jak wchłania się i absorbuje energię uderzenia. Ci, którzy ćwiczyli dżudo lub karate, wiedzą, o czym mówię. Dobrobyt, pieniądze, sukces, sława, władza - to są ładunki energii, która tych, którzy zbyt słabo stoją na nogach, rozwala! Nasz psychoenergetyczny organizm o tym wie i dlatego broni się przed sukcesem. Dlatego magia nie działa. Ale też, podobnie, nie skutkuje wiele przedsięwzięć, które podejmujemy w sposób racjonalny i materialny.

11 października 2005


Wojciech Jóźwiak


Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)