Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

25 grudnia 2009

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki (odcinków: 148)

Autorecenzja bożonarodzeniowa

Kategoria: Projekt Taraka

« Zło epifaniczne i inne Wojna o kobiety »

Przed Świętami, z powodu nieuchronnego dla tych Świąt pośpiechu i amoku, nie zamieszczałem nadsyłanych mi mnogo przez Autorów tekstów, tym bardziej, że niektóre z nich były ilustrowane szczególnie czasożernymi ilustracjami; teraz zaległość odrabiam.


Po kolei.

Terravision (któremu dałem dyspensę od Tarakowego obowiązku podpisywania się imieniem i nazwiskiem; jednak, podkreślę, jest to wciąż wyjątek! - mam też nadzieję, że ów znawca historii Tarota się ujawni...) przy okazji wezwania Krzysia Joczyna do dyskusji o archetypach, przedstawia kolejne paralele tarotowo-mezopotamskie ubogacone o kilka ciekawych znalezisk z historii formowania się tarotowego kanonu. Znakomite! Jednak pytanie, czy twórcy kart doznawali wyłonienia się archetypów w snach lub wizjach, czy raczej naśladowali widziane gdzieś, może w łupach krzyżowców, starożytne emblematy - pozostawia bez odpowiedzi.

Moim zdaniem słusznie, ponieważ pytanie czy archetypy "są", i jakie, należy jak mi się wydaje, do tych nierozstrzygalnych przez empirię. Jungowi zarzucano, że rzekome obrazy staroegipskich bóstw których pojawianie się w ich snach relacjonowali Jungowi jego informatorzy-pacjenci, potwierdzając tym postulowane przezeń archetypy, równie dobrze mogły pochodzić z realu, mianowicie z drukowanych wtedy broszur czy czasopism popularyzujących sztukę i mitologię Egiptu, do których piśmienni przecież, a często zainteresowani okultyzmem pacjenci Junga mieli nietrudny dostęp.

Z drugiej strony, na pytanie "czy komuś może się przyśnić obraz, którego nigdy nie widział, a który faktycznie gdzieś istnieje?" nie można śmiało od razu i a'priori odpowiedzieć "nie", ponieważ wielu ludzi powie, że owszem, takie przypadki im się zdarzyły. Jak zwykle gdy zajmujemy się peryferiami psychiki, kontrola takich doświadczeń jest skrajnie trudna jeśli w ogóle możliwa. W szczegóły nie będę się zagłębiać - zasygnalizuję, że problem jest i zapewne był już wielokrotnie poruszany przez psychologów i para-psychologów, i gdyby Ktoś odpowiednie dociekania zebrał i streścił dla Taraki, będę wdzięczny.

Z trzeciej trony wygodnie i po literacku ładnie jest przedstawić sobie proces powstawania kart tarota i dojrzewania ich kanonu jako właśnie stopniowe i mozolne wyłanianie się ich PRAWDZIWEJ postaci czyli archetypu!

Tym bardziej, że chcielibyśmy, żeby jakiś prawdziwy Tarot istniał, i skoro nie ma go w roju przypadkowo i masowo wciąż rojonych talii, to mógłby choćby z jakiejś równoległej rzeczywistości napomykać o swoim istnieniu jako archetyp. Może też być tak, że dopiero gdy ktoś wierzy w istnienie i wpływ owego archetypu, może skutecznie posługiwać się kartami, podobnie jak dopiero ktoś, kto wierzy w skuteczną leczność pewnego proszku może zostać przezeń uleczony, bo ten, kto wie, że to placebo, uleczon nie będzie. Ot, pokręctwo tej nieliniowej psyche.

Podczas gdy Terravision do instalacji archetypów podchodzi ostrożnie niczym elektryk do kabli z kombinerkami w izolatorze, to Krzysztof Wirpsza archetypowych wnętrzności ima się gołymi rękami, lekceważąc napięcie pod którym te są. A to prawie wszak ten poziom, w którym znalazłszy się, magowie chronili się wewnątrz kredowych kół, a kabaliści nie puszczali gałęzi kabalistycznego drzewa. W głębinowym świecie dalekim od empirycznej powierzchni rzeczy, zaludnionym przez Punkty Dodekaedru, lokalnie tożsame z Enneagramowymi, Wirpsza rozważa granicę naukowego racjonalizmu, którą znajduje równą różnicy między Piątką (przypomnę: Obserwatorem w nomenklaturze Palmer) a Szóstką (tam zwaną Adwokatem Diabła). Szóstka jest już po drugiej stronie tej dysjunkcji, ponieważ nie pomija siebie. Resztę czytaj, nie streszczę.

Tekst Krzysztofa Wirpszy popchnął (ku publikacji) artykuł Krystiana Defera, nad którym siedziałem od jakiegoś czasu nie mogąc się zdecydować, czy dać go do Taraki. Gotów byłem wybaczyć Autorowi potknięcia w użyciu fachowej kwantowofizycznej terminologii, zresztą opatrzyłem je prostującymi przypisami; bo trudniejsza dla mnie do przyjęcia lub choćby stolerowania, od szczegółów była zasadnicza teza Autora: iż tym, co promuje alternatywne, a w istocie okultystyczne czyli wiedzotajemne techniki poznawania i poprawiania świata, jest upadek (tytułowa "klęska") racjonalno-naukowego obrazu świata. Medytowałem długo nad tekstem Defera, ponieważ coś z niego jest mi bliskie i akceptowane, a coś z niego mnie odstręcza. Akceptuję to, że "naukowy", a raczej scjentystyczno-redukcjonistyczny światoobraz jest dotkliwie niewystarczający i domaga się przezwyciężenia (jak Człowiek wg Nietzschego: "der Mensch ist etwas, was überwunden werden soll"!), ale z drugiej strony daleki jestem od tego, żeby sejsmografy zastępować różdżkami i telefonię komórkową telepatią. Z fizyką i logiką (które krytykuje Krystian Defer) jest tak, że one są znakomite, nad podziw udane i warte tego, żeby naszym dzieciom stawiać z nich pały, gdy się ich nie nauczą! Tylko że one nie są wszystkim. I główną wadą Scjencji dla mnie nie jest to, że ma swoje słabe punkty, jak ten, iż ten sam obiekt (kwantowy) raz nam się wydaje bardziej falą a kiedy indziej cząstką, w systemie zaś dedukcyjnym mogą istnieć "pluskwy" czyli zdania, których ani prawdziwości ani fałszu się nie da wykazać - wadą poważniejszą jest, iż jej adherenci uważają, że poza jej skopem już nic nie ma! I to jest prawdziwy problem, do którego podprowadzają nas i Wirpsza i Defer, każdy z innej strony tej Ziejącej Jamy, każdy swoją ścieżką; obie bardzo różne. Czytaj.

Czwarty z nowych tekstów to ostatni już odcinek opowieści Ralpha Metznera o ayahuasce i spotkaniach ludzi Zachodu z nieznanymi krainami, nie tyle nad Amazonką, co wewnątrz (wewnątrz, czyżby?) ich umysłów. Odmienne, niezwykłe, enteogenne, wizyjne i szamańskie stany umysłu (umysłu, czyżby?), to właśnie jest to, przed czym i nauka i nie-nauka Zachodu się wzdraga, cofa i ociąga, a nie mogąc podołać, kryminalizuje. O tempora! Prawie już to mamy, że tyle obiektywnej rzeczywistości, ile policyjnych starań o jej utrzymanie - czy Lem to przewidział?

Piąty jest wyciąg Janusza Piotra Waluszki z dzieła Lwa Gumilowa pt. "Śladami cywilizacji Wielkiego Stepu" - dla tych, którym nie chce się czytać całości, albo którzy podczas lektury zapotrzebują fachowego przewodnika. Gumilowa, dodam, znać trzeba, lektura to obowiązkowa; wierzyć mu - niekoniecznie. Nawet porwać mu się można pozwolić, ale nie dłużej niż na jakiś miesiąc.



« Zło epifaniczne i inne Wojna o kobiety »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)