Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 maja 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Babcinizm

Kategoria: Twórczość

« Graciarnie Europy (1) Gospodarze miejsc i czasu Graciarnie Europy (2) wiosenne porządki »

Wyrastałam, jak i całe moje pokolenie w przekonaniu, że życie człowieka, a szczególnie kobiety dzieli się na wyraźnie odróżnialne etapy, w których pewne rzeczy są stosowne i oczekiwane, a pewne nie. Był to relikt tych czasów, gdy na przykład uważano, że stosownym wiekiem dla zawarcia związku małżeńskiego dla panny jest wiek do 25 lat, potem panna stawała się już „starą panną” a więc przekraczała etap życia stosowny do odczuwania miłości i dokonywania wyborów. Jeszcze dawniej etap ten podkreślano zmieniając ubiór kobiety, zakładając mężatce czepiec czy chustę. Choć te zwyczaje dawno znikły z codziennego życia stając się etnograficzną ciekawostką, ich otoczka została jako spadek przeszłości.

Kolejny etap, dojrzałości nie niósł ze sobą już perspektyw żadnych przyjemności, tylko obowiązki. Moja mama pouczała mnie, gdy miałam 24 lata, że skoro mam już dwoje dzieci to czas zaprzestać współżycia z mężem ponieważ nie muszę już wypełniać „obowiązków mężatki” – jak to nazywała. Była bardzo oburzona, że nie zastosowałam się do jej wskazań. Mając dwoje dzieci byłam już „kobietą w średnim wieku” choć nie umiałam jeszcze gotować, nawet jajecznicy mężowi nie potrafiłam usmażyć, a co gorsza, nienawidziłam prasowania i prania (dopiero pojawiały się na rynku pierwsze prymitywne pralki jak Frania i Światowit, a ja jeszcze prałam na tarze obcierając sobie kostki palców). Moje drobne, wypielęgnowane dłonie z starannie dobranym perłowym jasnym lakierem zaczęły wyglądać jak dłonie praczki – spuchnięte, czerwone, popękane, miejscami zaropiałe. Nikt jeszcze nie słyszał o uczuleniach, a ja, niestety, miałam uczulenia na proszki do prania. W panieńskich latach prałam swoje skromne ilościowo rzeczy w rękach, a tu nagle ponad setka pieluch (w tym ze dwadzieścia zakupkanych), rzeczy moje i męża, pościel nasza i dzieci – stosy tego było!

W dodatku miałam coś, co dzisiaj nazywamy „depresją poporodową”, ale wówczas nikt się fumami położnic nie przejmował. Zresztą mieszkałam poza rodzinnym miastem, wśród obcego środowiska. Siedziałam w domu sama z maluchami, a jak płakały i nie dały się uspokoić, szłam do łazienki, zamykałam drzwi i sama płakałam. Czasami wypijałam kieliszek koniaku, który dostaliśmy w prezencie na urodziny dzieci. Po trzech miesiącach wróciłam do pracy i pracowałam na stojąco, ponieważ jeszcze się w moim środku wszystko nie zagoiło i nie mogłam siedzieć: tylko stać albo leżeć.

Miała więc rację moja mama twierdząc, że już nic dobrego mnie nie czeka.

Kobiety w moim obecnym wieku dawno już zostawały babciami (czasami nawet tuż po 30-tce), ubierały się w ciemne lub mocno stonowane kolory jak paskudne beże i szarości i z definicji powinny być już wolne od uczuć miłości, seksualnych porywów czy jakichkolwiek innych marzeń, niż przyszłość ich wnuków. Spotykało je jedno wielkie szczęście: nie miały już miesiączki, nie musiały zdobywać środków higienicznych których brakowało i nie musiały uprawiać seksu. Jeśli chciały – to były wynaturzone i za ich plecami złośliwie szeptano o jakichś „wściekliznach macicy”, Czasami jednak los pokazywał im swoje pazury i kobieta na przykład pięćdziesięcioczteroletnia, jak moja koleżanka z pracy, zachodziła w ciążę. Zaczął jej rosnąć guz w brzuchu (nie było wtedy USG) więc zabrano ją do szpitala, żeby guz ten wyciąć. I tu pewien przytomny lekarz zamiast rozcinać kobietę wysłuchał tętno dziecka. Urodziła prześliczną dziewczynkę (w przeciwieństwie do swoich dorosłych dzieci, samej siebie i męża, którzy urodą nie grzeszyli), bardzo kochaną przez rodzinę ale na nią patrzono nieco podejrzliwie. „W tym wieku jej się zachciało, no, no!” A przecież nie było wtedy w Polsce środków antykoncepcyjnych z prawdziwego zdarzenia. I córeczka nie była zasługą jej jakichś zdrożnych chęci.

Muszę tu dodać, że dotyczyło to wszystkich środowisk, z którymi się stykałam, no, może poza tymi z najwyższej, niedostępnej półki.

Dziś oczywiście wszystko jest inaczej. Czterdziestoparolatki bywają podfruwajkowatymi dziewczynkami, ale siedemdziesięcioletnie babcie na ogół siedzą i zanudzają otoczenie opowieściami o swoich chorobach (jeśli nie opiekują się wnukami, co skutecznie temperuje ich zapędy) .

Tu przejdę do różnic między babcinizmem a dziadkizmem. W moim pokoleniu zainteresowanie dziećmi było stosowne dla kobiet: matek, babć, dorastających dziewczynek, zamieniających swoje szmaciane lalki na braciszków i siostrzyczki, których co rok przybywało. Mężczyźni interesowali się dziećmi o tyle o ile, pogłaskać dziewczynkę po głowie, pociągnąć chłopca za ucho. Byli ponad „majtkowe sprawy”. Stąd ich sfera zainteresowania pomijała na ogół dzieci, chyba, że jakiś dziadek bardzo je lubił; uważano wówczas, że jest zdziecinniały.

Ja miałam buntowniczą naturę i tych podziałów nie chciałam akceptować. Ile jednak można się szarpać z otoczeniem? Przez jakiś czas studia zaoczne wytrąciły mnie z marazmu, ale gdy się skończyły, wraz z nimi prysło złudzenie młodości. Przekonania, że jestem stara i nic już tego nie zmieni nabyłam po pięćdziesiątym trzecim roku życia. Uznałam więc, że jestem babcią i kropka.

Wówczas to zaczęła się u mnie kształtować wstępna faza babcinizmu. Przyjęłam, że z tym etapem życia wiążą się pewne obowiązki, choć prawdę mówiąc robiłam wszystko, żeby się ich pozbyć. Nieśmiało czasami demonstrowałam swoje lenistwo, unikałam niektórych prac (np. prasowania), opiekowałam się czasami wnukiem (bez entuzjazmu), rozwijałam w sobie spryt kobiet, które zbyt wiele pracowały i miałyby już ochotę wyłącznie górobrzuszyć, choć nie wypada się im do tego przyznać.

Jednym słowem znalazłam się w tym stanie umysłu, kiedy intelekt wysila się w kierunku unikania zdarzeń, a nie kierowania nimi czy, co gorsza, prowokowanie ich.

Nie oznacza to, że unikałam robienia wszystkiego. Nie, pewne rzeczy robiłam chętnie, na przykład poruszałam się po sieci, czytałam mnóstwo książek i czasopism, dopóki mogłam, pracowałam na działce. Założyłam komitet budowy wodociągu w gminie, zebrałam fundusze na opracowanie planów, współroztrzygałam z wójtem przetarg na wykonawcę, wreszcie urządziłam na swoim tarasie wielkie przyjęcie kończące tę pracę z udziałem miejscowych i okolicznych notabli.

W miarę jak wymierali moi sąsiedzi i działkowi przyjaciele i ja poczułam balast wieku i popadłam w stan który nazywam „babcinizmem zaawansowanym”, z którego dopiero teraz powoli steruję do następnego etapu.

Babcinizm to stan ducha, stawiający przed wszystkim innym wspomnienia, ale przeżywane, jakby to było dzisiaj. To zainteresowanie historią rodziny, kontakty z rozmaitymi osobami, poszukiwania genealogiczne, ale pozbawione głębszej refleksji. To podporządkowanie się trendom obowiązującym w środowisku rówieśników: kochać wnuki, dbać o męża, jego dietę i godziny zastrzyków, znosić złe humory powtarzając sobie: „to tylko poziom cukru”, żyć dobrze z sąsiadami, prowadzić z nimi nudne i nic nie dające rozmowy, unikać punktów zapalnych: polityki, religii, sztuki sakralnej i bridża. Unikać rozmów o konieczności postawienia nowego płotu i innych wspólnych przedsięwzięć. Z rodziną nie dyskutować o sprawach dla mnie ważnych tylko o ważnych dla nich. Ustępować dla świętego spokoju. Jednym słowem ostatni etap zaprojektowanego dla mnie życia przez społeczne oczekiwania moich współczesnych.

Z babcinizmu zaawansowanego powoli się wyzwalam, także dzięki ezoteryce i innym zainteresowaniom. Refleksje nie są już tak nasączone przeszłymi emocjami, wiem, że nic nie muszę i umiem bronić swojego nicniemuszenia przed zakusami bliskich. Ośmielam się nawet od czasu do czasu wyrazić swoje zdanie, choć nadal nie wchodzę w konflikty. Swoje wiem, ale nie muszę od razu tego ujawniać. Czasami zachowuję się jak młodsze osoby. Na przykład noszę czerwone swetry (Jaka to zgroza była dla mojej mamy – porządna dziewczyna nie zakładała na siebie czegoś tak jaskrawego!) Zgorszonym babciom z rehabilitacji odpowiadam, że muszę być widoczna na jezdni, bo wolno się poruszam i łatwo mnie rozjechać, a jaskrawość wyglądu jest lepsza niż noszenie odblasków. Kamizelki odblaskowe poprawiają widoczność, ale tych, których chcemy widzieć: służby drogowe, policję itp. Starych kobiet na ogół nie chce się dostrzegać, chyba, że wyglądają dziwacznie. Na Ursynowie jest taki skręt w lewo na światłach dla samochodów, gdzie testuję skuteczność moich strojów, ponieważ na ogół pieszy na pasach na zielonym świetle nie jest jakimś powodem do zatrzymania się i przepuszczenia go.

Trenuję nie wstydzenie się siebie, wywlekam na jaw różne wstydliwie skrywane latami sprawy i przy okazji dowiaduję się o wstydliwych sprawach innych. Nadal nie mówię ludziom niemiłych rzeczy, uśmiecham się do wszystkich i przytrzymuję drzwi windy nawet młodym i z radością widzę, że coraz więcej ludzi mi się kłania.

Jest to nieco inna odmiana babcinizmu, powiedzmy późna. Myślę o przyszłych pokoleniach, ale w inny sposób. Nie próbuję nikogo zmieniać ani krytykować. Nie mamy pojęcia przecież my tu i teraz, co takiemu dziecku w przyszłości będzie potrzebne do zadowolenia i osiągnięcia satysfakcji z życia, jakich rzeczy powinien się uczyć, do czego zmuszać, a do czego nie, z jakimi przeszkodami przyjdzie mu się zmierzyć. Czy musi być zdrowy i wysportowany na wypadek gdyby najeźdźca wymusił na nim długie wygnańcze wędrówki, czy może powinien oddać się myśleniu, lub strategicznym grom, albo zwykłym strzelankom – wyrabiającym wszakże refleks. Wiem tylko, że żadne z wskazań moich rodziców i ich pokolenia nie było przydatne w moim życiu, przeciwnie, krępowało mnie i prowadziło na manowce. Miałam kształtować swój charakter i w istocie kształtowałam, aż nie zrozumiałam, że tak przycinany jest właściwy dla osoby zależnej, podporządkowanej, bez żadnej innej ambicji, niż spokojne życie i zadowolenie z pełnionej służby – żywot służącej, czy niepracującej gospodyni domowej. Zawody te i duma z nich zaginęły w Polsce wraz z wojną i kształtowanie charakteru pod ich wymagania jest zbędne, a nawet szkodliwe. Co dobrego może przynieść wymóg podporządkowywania się wyżej postawionym? W dodatku nigdy bym nie osiągnęła zakładanego ideału, po prostu do takiej pracy się nie nadawałam. Ani do podporządkowania.

Ale czyż pokolenie moich rodziców i dziadków mogło sobie wyobrazić wyzwania współczesności? Moja mama, sierota od dziecka zdana na łaskę obcych, mój ojciec, wprawdzie wykształcony ale z piętnem nieuleczalnej choroby i zespołem przekonań o tym, jakie zbędne obciążenie dla mężczyzny stanowią żona i dzieci?

Moja mama przyszłość mojej rodziny widziała w karierze moich synów, których należało wychować na „małych dziedziców”, mój ojciec jedynie nieco uwagi poświęcał mojej siostrze odznaczającej się zainteresowaniami naukami ścisłymi, a i to w miarę, ponieważ była tylko dziewczyną. Moja babcia nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia. Mój dziadek, bez przekonania zresztą, interesował się nami dość powierzchownie, dopóki moi rodzice byli małżeństwem.

Rozumiem to. Ich życiorysy pełne były zawirowań, wojen, nieszczęść i życiowych przeszkód, podczas gdy nasze życie jest coraz uboższe w doświadczenia, także te w sferze podstawowego bytu. Żyjemy bardziej w świecie wewnętrznym niż zewnętrznym, im jesteśmy starsi, tym bardziej. Młodzi potrafią już całkiem odrywać się od realu, zastępować go światem nieprawdziwym, wymyślonym lub miłymi ułudami. Co im będzie potrzebne gdy to wszystko tąpnie? A może i tak na nic nie będą mieli wpływu?

Tak wiele przywiązuje się wagi do indywidualnych odczuć i doznań, podczas gdy coraz mniej mamy istotnego wpływu na cokolwiek!

Możemy przeprowadzić taki eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie średniowiecznego rycerza cwałującego na koniu z miasta do miasta. Gdyby ktoś mu powiedział, że ma obowiązek zejść z konia i przedostać się na drugą stronę drogi jedynie w miejscu oznaczonym namalowanymi pasami, uznałby to za niedozwoloną ingerencję w jego wolność. A przecież swobodne poruszanie się to podstawowy wymóg naszej wolności. Jak więc małą jej cząstką musimy się zadowolić! I czymś trzeba tę resztę zastąpić.

Takie głupawe rozważania nazywam babcinizmem skrajnym.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Graciarnie Europy (1) Gospodarze miejsc i czasu Graciarnie Europy (2) wiosenne porządki »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)