Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 września 2016

Jan Mivas

Bajka o wróbelku Zygmuncie
Bajka mistyczna

Kategoria: Twórczość

Dawno, dawno temu, gdy na świecie nie było jeszcze ludzi, daleko stąd żył sobie wróbelek Zygmunt. Był samotnikiem i mieszkał na uschniętej jabłoni. Nie lubił zadawać się z innymi, nie interesował się całodziennym zdobywaniem pokarmu, szczebiotaniem i fruwaniem wśród gałęzi. Nie lubił też uganiać się za dziewczynami, ani wić gniazd. Jego marzenie było większe, znacznie większe. Chciał szybować wysoko w chmurach jak orły, bo trzeba wam wiedzieć, że wróbelki mają zbyt małe skrzydełka, by latać tak wysoko. Wciąż przyglądał się im, jak szybują majestatycznie na nieboskłonie, a gdy nikt nie widział - ćwiczył i wierzył, że w końcu i on wzbije się ku słońcu. Nauczył się w locie jeść i spać, zwiedził całą okolicę, był nawet raz nad morzem, ale to osobna historia...

Wkrótce, mimo starań, by ukryć przed innymi swą odmienność, stał się obiektem kpin i żartów. Młodsze wróble często przylatywały na pobliski klon i naśmiewały się z niego, nazywając go wróblem nielotem lub skarłowaciałym orłem. Zygmunt starał się ignorować zaczepki i ćwiczył niestrudzenie. Każdej nocy. W tym celu latał do pobliskiego lasu, siadał na najwyższym drzewie i wzbijał się w górę dopóty, dopóki nie spadł wyczerpany i zmarznięty. Ćwiczył już wiele lat, każdej nocy, lecz nigdy nie udało mu się przebyć choćby połowy drogi do chmur. A co gorsza, miał wrażenie, że idzie mu z dnia na dzień coraz gorzej. Osowiał, sposępniał i schudł, gdyż zupełnie stracił zainteresowanie jedzeniem. Siedział tylko na swej jabłonce i rozmyślał. Przestał nawet ćwiczyć. Opadały go czarne myśli niczym stado wron. "Może jestem chorym marzycielem - myślał - bo przecież wróble nie latają wysoko w chmurach, tylko wśród drzew. Dlaczego nie jestem taki jak one?"

Następnego dnia postanowił zmienić się - chciał zapomnieć o chmurach i szybowaniu. Zaczął wić gniazdo. Inne wróble przyglądały się temu z zainteresowaniem. Jednak nic z tego wicia nie wychodziło. Gniazdo wciąż się rozpadało, wróble chichotały rozbawione jego niezdarnością, a on nie mógł skupić się na niczym innym poza spoglądaniem w niebo. W końcu, po kilku dniach starań, zniechęcił się. "Jestem inny - pomyślał - i nic, poza szybowaniem ponad chmurami, nie ma dla mnie sensu. Nie zdołam się zmienić, a tylko narażę na jeszcze większe kpiny moich braci. Taki już jestem i albo spełnię swoje marzenie, albo umrę. A jeśli mi się to uda - będą mnie szanować i podziwiać. Może nawet niektórzy przyjdą, by się ode mnie uczyć…"

I znów zaczął ćwiczyć, ale było mu coraz ciężej sprostać zadaniu, które sobie narzucił. Prawie nie wracał z lasu na swą jabłoń. Teraz nie tylko w nocy, ale i za dnia nieustannie ćwiczył. Któregoś poranka wpadł na pomysł, że poleci po poradę do wielce mądrej, znanej w całej okolicy, czapli. "Może robię coś źle - pomyślał - więc czapla na pewno mi coś doradzi. Tak więc wybrał się nad pobliskie jezioro, gdzie czapla zazwyczaj łowiła ryby. W tym celu stawała przy brzegu, w płytkiej wodzie, podkurczała jedną nogę i czekała na ofiarę. Zygmunt szybko dotarł na miejsce, usiadł na rozkołysanej trzcince i zawołał do czapli:

– Czaplo, czaplo, czaplo! -Ta na początku nie reagowała, aż w końcu podenerwowana rozpostarła skrzydła, puściła nogę i odwróciła się do wróbla, mówiąc:

– Cicho bądź mały! Ryby płoszysz!

– Czaplo, czaplo, czaplo, muszę cię o coś spytać! To bardzo ważne!

Czapla kilka razy uderzyła w powietrzu swymi ogromnymi skrzydłami, że aż trzciny się zakołysały, i wyszła na brzeg.

– No dobrze, mały, co jest takie ważne? Mów, byle szybko, bo nie jadłam jeszcze śniadania.

– Czaplo, jak to się robi, żeby fruwać tam - wysoko w chmurach, ćwir?

– A po co ci to?

– Bo ja muszę!

– Ach, musisz… Dlaczego musisz?

– Bo tak – odparł wróbel i zakołysał się na swej trzcince tak bardzo, że aż wpadł do wody. Czapla chwyciła go za skrzydło i posadziła na trawie.

– Widzisz, mały – powiedziała – matka natura stworzyła nas tak, żeby każdy był inny. Czaple łowią ryby, kury jedzą dżdżownice, orły szybują najwyżej, a wrony kraczą zamiast śpiewać. Gdybym ja chciała być wróblem i fruwać wśród gałęzi, czy udałoby mi się to? Nie! Natychmiast połamałabym pióra i skrzydła. Tak samo ty nigdy nie poszybujesz jak orzeł, choćbyś nie wiem jak się starał. Musisz pokochać to kim jesteś. A teraz zmiataj stąd, bo mam mnóstwo zajęć!

Mówiąc to, czapla wzbiła się w powietrze i przefrunęła na drugi brzeg, gdzie ponownie stanęła na jednej nodze. Wróbelek Zygmunt zamyślił się nad tym, co mu powiedziała. W końcu kiedy wysechł - wrócił na swą jabłoń. "Ta czapla taka mądra - myślał - ale chyba nie aż tak, bo ja się nie poddam i udowodnię wszystkim, że mi się uda." I ćwiczył uparcie. Jednak gdzieś w głębi duszy nie był pewien siebie. A do chmur było jakby dalej i dalej, i dalej...

W końcu zdesperowany wpadł na pomysł, by poprosić o pomoc starego orła, który mieszkał na pobliskiej górze. "Skoro czapla miała rację i nie jest mi pisane szybować tam wysoko, to chociaż poproszę go - myślał - by zabrał mnie na plecach na wycieczkę. Nie mam nic do stracenia." Jak pomyślał, tak zrobił. Z samego rana pofrunął na górę. Orzeł siedział przy skale i iskał pióra. Gdy wróbel usiadł w bezpiecznej odległości, zaskrzeczał:

– A ty tu czego? Życie ci niemiłe?

Zygmunt zaćwierkał:

– Panie orle, mam do pana prośbę. Ćwir. Czy mógłby mnie pan zabrać ponad chmury? Może pan mnie potem zjeść…

Orzeł roześmiał się.

– Pomieszało ci się w głowie, mały, co? Uciekaj stąd!

Wróbelek podleciał jeszcze bliżej.

– Panie Orle, proszę, niech się pan zgodzi...

Orzeł łypnął okiem i podrapał się pazurem za uchem.

– Mam dla ciebie lepszą propozycję – powiedział po chwili zastanowienia. – Zabiorę cię w chmury i nie zjem, ale w zamian ty pomożesz mi zdobywać pożywienie. Stary już jestem i niedowidzę, brak mi sił, ale ty możesz zagadywać ptaki, odwracać ich uwagę. Będzie mi łatwiej polować. Co ty na to?

Zygmunt się zasępił. Nie chciał mieć na sumieniu życia swych braci. Nawet jeśli dzięki temu miałoby spełnić się jego marzenie. Chwilę myślał, a cały drżał ze strachu, w końcu odpowiedział:

– Nie mogę tego zrobić.

– No to zjem cię już teraz! – zakrzyknął orzeł i rzucił się na Zygmunta.

Zygmunt rzucił się do ucieczki, lecz orzeł był tuż za nim. Biedak przerażony ledwo zdążył ukryć się w dziupli. Drżał cały ze strachu. Orzeł uderzał zaciekle wielkim dziobem w drzewo, próbując przebić się do środka. W końcu zmęczył się. Ale Zygmuntowi wydawało się, że wciąż uderzał, ale to tylko jego małe serduszko tak waliło.

– I tak cię dostanę, mały – powiedział orzeł – będę tu czekał, aż sam wyjdziesz. Nie masz tam co jeść, ani co pić. Szybko wyjdziesz. Wtedy cię zjem.

"Co ja narobiłem?! - przeraził się Zygmunt. Orzeł rozsiadł się wygodnie na gałęzi obok i nie spuszczał oka z wejścia do dziupli. Wróbelek w końcu zasnął wyczerpany. Gdy się obudził - orzeł wciąż pilnował wyjścia. Po jakimś czasie znów zasnął i znów się obudził, ale orzeł był wciąż tam, gdzie wcześniej. Nie wiadomo ile razy jeszcze wróbelek zasypiał i budził się. Orzeł cierpliwie czekał. Zygmunt był coraz bardziej spragniony i głodny. Śnił o koszmarnych rzeczach, a gdy budził się - koszmar był jeszcze gorszy. Był coraz słabszy.

Którejś nocy obudził go blask księżyca w pełni. Wyjrzał ostrożnie z dziupli i zobaczył śpiącego głęboko orła. Przepełniało go niespodziewane poczucie siły. Jakby głód i pragnienie pożarły strach. Ostrożnie usiadł w wejściu i przyglądał się światu. Na niebie lśniły gwiazdy, zdawały się być w zasięgu dzioba. Chrapiący orzeł wydawał się przy nich mały i słaby. Wróbelek rozprostował skrzydła, ćwierknął kilka razy i wskoczył na jego kark. Ten zaskoczony zbudził się i zaczął się otrząsać, by pozbyć się intruza.

– Zjesz mnie, co? – ćwierkał tymczasem Zygmunt – A może jednak nie! Ty stary kacapie! Teraz zabierzesz mnie pod gwiazdy, bo jak nie, wydziobię ci oczy!

Orzeł szamotał się jeszcze jakiś czas, lecz wróbelek trzymał mocno. Dziobnął starego kilka razy ostrzegawczo w jedno oko, aż orzeł zaskrzeczał z bólu i wściekłości.

– Dobrze, już dobrze! Tylko mnie nie dziob! Zabiorę cię…

I poderwał się do lotu. Wróbelek był zachwycony. Świat z góry wydawał się taki mały. Cienka nić rzeki wiła się wśród łąk, las wydawał się być kałużą zieleni, a góra małym mrowiskiem. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Gdy spojrzał w górę, księżyc był większy i jeszcze piękniejszy. Zygmunt pomyślał, że skoro jest już tutaj, warto byłoby polecieć wyżej.

– Wzbij się jeszcze – powiedział do orła.

– Nie mogę już wyżej – odparł tenże, ledwie zipiąc.

– No cóż, więc sam spróbuję…

To powiedziawszy, oderwał się od karku orła i wystrzelił w górę jak z procy. Leciał wytrwale i dziarsko, jak nigdy dotąd. Chłód ścinał mu oddech, na piórach osiadł szron. W końcu zmęczył się i skostniał tak bardzo, że nie mógł już machać skrzydełkami. Lecz nie spadał...

Spojrzał za siebie i ujrzał olbrzymią, błękitną kulę. "O, kurczę - pomyślał - nie wiedziałem, że mieszkam na ogromnym niebieskim jabłku! Tylko gdzie jest drzewo? I dlaczego nie spadam? Ale się zdziwią inne ptaki, gdy im to wszystko opowiem!"

Odpoczął nieco i zaczął machać skrzydełkami, by wrócić na Ziemię, lecz nic się nie działo. Machał i machał, i stał, a raczej wisiał w miejscu. "Ojojoj... - zasmucił się - ale jak ja mam wrócić, skoro macham skrzydłami i nigdzie nie lecę! Co robić?"

Jakiś czas spoglądał tęsknie w stronę Ziemi, w końcu zaczął się wokół rozglądać. Księżyc był wielki i okazały. Wspaniały. Słońce zaś wyglądało jeszcze piękniej. Mieniło się barwami tęczy niczym magiczny klejnot. Wróbelek całkiem zapomniał o domu, bo nie mógł oderwać wzroku od tego niezwykłego widoku. Czuł się zahipnotyzowany. Patrzył i patrzył, i nie potrzebował już niczego więcej do szczęścia.

Gdy tak trwał w zachwycie, nagle zdał sobie sprawę, że oddala się od Ziemi i zbliża do Słońca. "Niezwykłe - pomyślał - może to dlatego, że tak mi się tu podoba?" Zaczął czuć ciepło, które z wolna topiło szron na skrzydełkach i było mu przyjemnie. Słońce, o dziwo, nie raziło go w oczy. Zdawało mu się, że jest dokładnie odwrotnie i widzi wszystko jeszcze lepiej niż kiedykolwiek. Przybywało kolorów, bajecznych odgłosów i magii. Nigdy wcześniej Zygmunt takich cudów jeszcze nie widział. Kolorowe światła były niczym obłoki, w których można było zanurkować. Wróbelek pławił się w nich z rozkoszą.

Gdy trochę przywykł i oswoił - zauważył, że nie jest sam. Wokół słońca latały wspaniałe, kolorowe ptaki, których nie znał. Zdziwił się tym bardzo. Ale jeszcze bardziej dziwiły się ptaki, widząc jego.

– Co ty tu robisz, mały? – pytały – Nie powinno cię tu być.

– Dlaczego? – zdziwił się Zygmunt.

– To ptasi raj. Tutaj przychodzi się po śmierci. A ty jeszcze żyjesz…

– Pięknie tu – odparł wróbelek – Ale skąd wiecie, że nie umarłem?

– Bo jesteś szary – powiedział ktoś.

– A szary to nie kolor? – zaperzył się Zygmunt.

– Tutaj raczej rzadki...

– No to jestem wyjątkowy!

Zygmunt opowiedział im o swojej przygodzie, a ptaki zdumione słuchały. Po raju szybko rozeszła się plotka. Każdy, nawet biedronki, które często przylatywały tu po kromkę chleba, chciały zobaczyć niezwykłego wróbla. Wróbelek zaćwierkał rozbawiony i wciąż na nowo opowiadał swoją historię. Z czasem było w niej coraz więcej orłów, które pokonał.

Nie wiadomo jak długo był już w raju i obcował z pięknymi stworzeniami, w końcu jednak znudził się i zaczął zastanawiać, co jest w środku słońca. Pytał o to innych, lecz nikt nie wiedział. Wreszcie najpiękniejszy z nich oznajmił:

– Tam są odpowiedzi na wszystkie pytania.

– To pewnie i jest odpowiedź na pytanie, jak wrócić do domu! Trochę się stęskniłem...

Zygmunt ucieszył się bardzo, bo pomimo że było tu pięknie, to jednak nie ma to jak w domu. Jednym słowem tęsknił. Bez wahania skierował się w sam środek słońca. Gdy zmieniał się w czystą energię, zdążył jeszcze pomyśleć, że rzeczywiście tu są odpowiedzi na wszystkie pytania, gdyż nie ma żadnych pytań i wszystko jest jasne. Jak słońce. Po czym zmienił się w promyk, który wrócił na ziemię, na jego uschniętą jabłonkę i gdy jej dotknął - jabłoń po raz pierwszy zaowocowała. Miała tak wiele owoców, że mogła wykarmić wszystkie zwierzęta w okolicy, a były tak smaczne, że nawet bogowie wpadali po kilka na szarlotkę. Wiele lat później zamieszkali pod nią pierwsi ludzie - Adam i Ewa. A drzewo to rośnie do dziś i do dziś można znaleźć jego owoce.

Korekta przez: ()


komentarze

1. ufff.. • autor: Nierozpoznany#93702016-09-12 23:20:16

WZRUSZAJĄCE!

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)