Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 maja 2008

Wojciech Jóźwiak

Barbarzyńcy na rubieżach
O symbolicznym postrzeganiu przestrzeni

Kategoria: Symbole
Tematy/tagi: Godzambasymbolesłowiańska mitologia i religia

Barbarzyńca to słowo dostojnie greckiego pochodzenia; barbaros to onomatopeiczne przedrzeźnianie kogoś mówiącego niezrozumiale: bar-bar niby ple-ple. Tak określano kogoś, kto nie mówił dość dobrze po grecku, a w jego bełkocie Grek słyszał tylko chrapliwe echolalie. Słowo to wraz z jego etymologią wprowadza w sam środek zagadnień związanych z symbolicznym postrzeganiem przestrzeni, z widzeniem w niej środków i poboczy, linii granicznych i tego co pozostaje poza tymi granicami, a także wiąże się z różnymi rodzajami mocy zalegającymi w tak podzielonej przestrzeni.

W greckim barbaros mieści się opozycja swój-obcy, gdzie tylko swój jest naprawdę człowiekiem, człowiekiem w pełnym sensie tego słowa, obcy zaś, jeśli nie wróg to chociaż istota podejrzana i niedość uformowana, odróżnia się odeń tym, że nie posiadł naszego, więc prawdziwego, jedynie przynależnego ludziom języka. Odróżnienie swojego od obcego, człowieka cywilizowanego od barbarzyńcy, opierające się na różnicy języka, jest zdumiewająco nowoczesne. W czasach, kiedy same przestrzenne odległości przestają być przeszkodą, a to za sprawą szos, samolotów, kanałów TV i elektronicznych sieci, jedynym co naprawdę dzieli ludzi i to z tym większą dokuczliwością niż dawniej, kiedy „grube” przestrzenne rozstępy były czynne - pozostaje język, a raczej brak wspólnych języków, wraz z tym, iż większość ludzi jest sobą tylko mówiąc w jednym, swoim, rodzimym języku. Słowo barbarzyńca przypomina nam, że siedzimy w „domach” swoich języków, a wychodząc z nich, narażamy się być obcymi, podejrzanymi, niekompletnymi... barbarzyńcami.

Drugie tytułowe słowo to rubież. Stara pożyczka z ruskiego, bo w czysto polskiej linii językowych przemian byłoby *rąbież, jako że od rąbania-rubania pochodzi. Słowo wzięło się jako nazwa znaków granicznych wyrąbanych ostrym narzędziem na granicznych drzewach lub słupach. Dźwięczy w nim jednak drugie jego, poboczne znaczenie, rubież-rąbież od rąbania, tak jak grabież od grabienia - a więc rąbanina, bitwa, mord, rzeź. Łącząc te dwa znaczenia, nasz język poucza, że granica-rubież jest miejscem niebezpiecznym, gdzie sprzeczne dążenia się ścierają i łatwo leje się krew.

Rubież-granica jest skrajem, a kto mówi o skraju, musi mieć na myśli jego przeciwieństwo: środek. Środek i skraj. Znowu etymologia wprowadza w sam... środek sprawy. Słowo środek, co najmniej dwuznaczne, w polszczyźnie i w innych słowiańskich pochodzi od słowa serce, które w niektórych gwarach brzmi sierce, a dawniej miało postać sird-ce, co jest zdrobnieniem od srd', który to archaiczny rdzeń na oznaczenie serca i środka bezpośrednio wywodzi się od indoeuropejskiego rdzenia KRD, od którego idą także greckie kardia, łacińskie cor, cordis, niemieckie Hertz, angielskie heart, staroindyjskie hrd-. Z tego samego gniazda, co serce i środek są też, oczywiście, średni, w-śród i środa, sierdzić się i serdeczny.

Skraj z kolei pochodzi od kroić, jak krój, krajka, krojczy, krawiec i okrawek. Od krojenia bochna chleba i płata płótna metafora poszła do wykrawania kawałka ziemi będącego czyjąś własnością, a także miejscem zamieszkania pewnej wspólnoty, stąd nieustannie mieszają się nazwania kraju i krainy jako obszaru ziemi, z nazwaniami brzegu i granicy, więc „kraju” jako skraju tegoż terytorium: „na kraj świata pójdę”. Pogranicza nazywano krainami (Kraina na pograniczu austriacko-tureckim, dziś w Słowenii), krajnami (Krajna wzdłuż Noteci) lub okrainami-ukrainami; to ostatnie słowo stopniowo awansowało na nazwę drugiego co do wielkości państwa Europy.

Blisko starego rdzenia KRI oznaczającego krojenie, leży podobny rdzeń KRU, do którego należy nasze słowo krew, ale i podobne w innych językach indoeuropejskich: łacińskie cruor - krew, zwłaszcza ta płynąca z rany, ale i „morderstwo”, crudus (surowy); greckie krea (mięso), litewskie kraujas (krew), sanskryckie kravi- (mięso surowe). W przykładach tych zarówno krew i surowe mięso definiowane są przez ranę-cięcie będącą wynikiem krojenia, więc użycia ostrego narzędzia.

Środek jest zatem skojarzony z sercem, skraj - z raną i płynącą z niej krwią. Jeśli nałożymy to na obraz krwiobiegu w organizmie, środek zjawi się nam jako miejsce, gdzie serce krew pompuje, wprawia ją w ruch, dostarcza jej energii, zasila energią oraz podtrzymuje życie - zaś skraj, przeciwnie, zjawi się jako miejsce, gdzie krew wycieka, energia jest tracona, życie niknie. Ten fizjologiczny obraz natychmiast przekłada się na obrazy historii: gdzie państwa-imperia swoją żywotną moc czerpały ze swych środków-centrów, a wykrwawiały się na pograniczach.

Rubież-skraj-granica jest naznaczona śmiercią. Ale gdzie śmierć, tam zjawia się cała związana ze śmiercią dwuznaczność. Kto zgadza się umrzeć, ma szanse zwyciężyć. Kto, przeciwnie, ukochał życie, może stać się nie więcej niż niewolnikiem. Jak pisał Hegel (o Panu i Niewolniku), w starciu dwóch istot ta, które obstawia życie, w końcu „zadrży” i podda się, wybierając nędzę raba. Za to tylko ta, która swoje życie zlekceważy, wyżej ceniąc „samowiedzę”, więc i np. swoją sławę lub honor, dopuszczając ewentualność śmierci własnej - może wygrać, a zatem życie afirmować. Rubieże naznaczone śmiercią, naznaczone są też heroizmem. Grożą, ale i przywabiają obietnicą przekroczenia zastanych statusów. W języku mitów zostało to wyrażone tak, że oto za rubieżami zamykającymi świat ludzki, znany, swojski i (przynajmniej pojęciowo) bezpieczny - za rubieżami zamykającymi ekumenę - rozpościera się anekumena, czyli świat nie-ludzki, więc czyj? Przynależny bogom, demonom i duchom, zwierzętom oraz ludziom-nie-ludziom czyli barbarzyńcom właśnie. I jak poza śmiercią, o ile się ją w heroicznym poświęceniu przekroczy, leży zwycięstwo, tak poza rubieżą w anekumenie leży moc. Zresztą, moc i zwycięstwo, to dwa słowa na tę samą rzecz. Nie mając zbyt wielu słów na nazwanie tych, którzy wyszli poza ludzkie ograniczenia, dawni Indusi zarówno Buddę jak i Dżinę-Mahawirę utytułowali „zwycięzcami”!

Użyte tu słowo ekumena też okazuje się nieść etymologiczny ładunek sensu. Greckie oikoumene znaczyło: zamieszkana przez ludzi okolica, kraje greckie, następnie Państwo Rzymskie, czyli cały cywilizowany świat; wreszcie tym słowem określano przyszłe Chrystusowe Królestwo Boże - i widać w tym szeregu jak stopniowo poszerzało się znaczenie. Słowo to pochodzi od oikos, co po grecku dom, miejsce zamieszkania rodziny lub gospodarstwo, słowo zresztą mające wiele pochodnych, a dla nas ciekawe znów z racji indoeuropejskiej wspólnoty, gdyż idzie od *wojkos, skąd też łacińskie vicus (wioska), sanskryckie viś (wieś!) i vajśja („wieśniak” - czyli trzecia grupa kast, warna rolniczo-kupiecka); także nordyckie vik - bezpieczne miejsce dla osiedlenia się i trzymania łodzi, więc zarówno wioska jak i morska zatoka. W końcu i nasza wieś tu należy. Od greckiego oikos urobiono słowa dla ekonomii i ekologii - jako nauk o „gospodarowaniu” ludzkim i natury. Ekumena to źródłowo obszar zamieszkały i zagospodarowany przez ludzi, urządzony przez nich jako ich własne życiowe środowisko, anekumena zaś, an-oikoumene, to jego przeciwieństwo, ziemia nie ruszona pługiem ni toporem, gdzie nie człowiek, lecz Co Inne włada.

Jeśli ktoś chce sięgnąć poza siebie, poza to co zwykle dane człowiekowi, musi wyjść do anekumeny i stanąć na ziemi, która doń nie należy. Żeby to uczynić musi przekroczyć rubież. Anekumena jawi się więc źródłem mocy i jako miejsce mocy. Lecz nie tylko na skraju-rubieży, ani w anekumenie-zarubieżu, przebywa moc, gdyż przede wszystkim jej miejscem jest środek. Zanim zaczniesz szukać mocy w ranie-kraju, znajdź ją w sercu! Utożsamienie środka z miejscem mocy, definiowanie środka jako miejsca, gdzie jest moc, i mocy jako tego, co przynależy środkowi, jest tak powszechne i odruchowe, że zwykle nie zauważamy, jak ważne jest ono dla nas jako część symbolicznej budowy naszego świata.

Jeśli przestrzeń dostępną człowiekowi pojmować, zgodnie ze zmysłami, horyzontalnie, to środek w tej przestrzeni zaznaczy się obecnością elementu wertykalnego. Środek posiada moc, ta moc jest „mocna” czyli święta, ale i pozytywnie wartościowana, co oznacza razem, że zbliżając się do środka, wspinasz się do góry. Zatem środkiem - środkiem świata - jest święta góra, która w tej roli pojawia się i jako święta góra szamańska u tubylców Syberii, i u nas jako „podnóżek” dla miejsc kultu, z których Ślęża, Święty Krzyż i Jasna Góra były lub są na czele, i wreszcie jako nowoczesne miejsce mocy, z których w Polsce na pierwszym miejscu są Tatry, gdzie przecież masowo jeździmy dosłownie po to: żeby doładować energią swoje psychiczne akumulatory.

Przestrzenny środek zaznaczony wertykalnie ma cechy osi świata: tej wokół której jako osi obrotu, wirują w nocy gwiazdy, w dzień Słońce i która sięga nieba w Gwieździe Polarnej; ale i tej, która spina wszystkie rozdzielone normalnie poziomy świata: niebo z ziemią i światem podziemnym. O kilkunastu miejscowościach w Polsce miejscowi powiadają, że są one „środkiem świata”. Tak gadano o Kiernozi, miasteczku pod moim rodzinnym Łowiczem. Powiadano też, że owo wyróżnione środkowe położenie Kiernozi wykorzystał kiedyś sam Kopernik, który przybył tam, żeby „wymierzyć świat”, a podczas tej czynności cyrkiel wpadł mu do studni na rynku, gdzie leży dotąd. Kopernik zapewne w tym micie zastąpił jakieś stare bóstwo w rodzaju „Światowida” władającego okręgiem świata, czynność mierzenia była w istocie braniem ziemi na własność, upuszczenie zaś narzędzia z wysokości (pewnie z wieży miejscowego kościoła?) w głębiny studni ukonstytuowało w tym miejscu pionową oś spinająca świat wysoki-niebiański z głebokim-podwodnym-podziemnym, włączając po drodze w tę potrójną strukturę także powierzchnię zamieszkałej przez ludzi ziemi.

Budowanie pionowych osi dla zaznaczenia ziemskich środków jest czynnością odwieczną i nieustannie ponawianą. Od megalitów, przez kopce, piramidy i obeliski. Tu zauważmy, że Rzymianie, Egiptem zawładnąwszy, masowo ich obeliski wywozili do siebie, do Rzymu, jak gdyby dla zaznaczenia gdzie jest odtąd prawdziwy środek, ale i odwrotnie, jakby mniemając, iż tylko w prawdziwym środku - Rzymie - jest miejsce dla markujących środek obelisków. To z powodu owej oznajmiającej środek wertykalności świątynie musiały mieć wieże, w architekturze zaś świątyń widać nieustającą konkurencję trzech elementów: wieży, ołtarza i portalu - który z nich ma być najważniejszy? Kiedy Sowieci zawładnęli Warszawą, by pokazać, kto odtąd tu rządzi, zbudowali w wyburzonym samym środku zdobytej stolicy konkurenta swoją wieżę - która dotąd nad miastem góruje i czyni to skutecznie i raczej czynić będzie długo, mimo wstrętu co świadomszych mieszkańców.

Do budowania wież zaznaczających środki - także wież na górach, więc arcy-wież i super-gór, bo ludźmi uczyniona wieża to pomnożenie przecież daru natury, góry - niekonieczne były religie, bo robiono to i pod świeckmi pretekstami. Zapewne pod koniec dziewiętnastego wieku (nie potrafiłem dotrzeć do szczegółów tej historii) Europę, a może i inne okolice, rządowe służby pokryły siecią wież triangulacyjnych, przy pomocy których zdejmowano szczegółowe mapy dla potrzeb wojska i podatków. Kiedy byłem mały, ta wyrafinowana struktura przestrzeni, widoczna po tym, że każde większe wzniesienie zwieńczone było miniaturą Wieży Eiffela z sosnowych bali, była jeszcze żywa, chociaż niektóre wieże straszyły tabliczkami ostrzegającymi przez zawaleniem. Co nastąpiło rychło i wież tych nie ma i bezskutecznie czekam, aż ktoś spisze historię wybudowania i upadku tej tytanicznej instalacji. Pogrzebało ją mierzenie Ziemi z satelitów. Ale zaraz zaczęło wyrastać nowe pokolenie wież na górach: przekaźniki telewizyjne, dużo bardziej agresywne i szpetne od tamtych: wystarczy spojrzeć na sprofanowany Święty Krzyż. A wkrótce i trzecia generacja, tym razem masztów telefonii komórkowej.

Centra zaznaczone sztucznymi wyniosłościami cechują się jednak, jak każde miejsca mocy, ambiwalencją pozytywnej cenności i negatywnego tabuicznego zakazu. Ostatecznie ani do świętego miejsca, ani do pałacu tyrana, ani do ołtarza boga swobodnego wstępu nie było, przeciwnie raczej. Co pozostało jako atrybut dzisiejszych wież telewizyjnych i komórkowych, które choć budowane jako wszech-widoczne, to zarazem troskliwie skryte za kolczastym drutem, tablicami grożącymi porażeniem i włączonym alarmem wołającym ochroniarzy.

Ciekawe, że władcy, mieszkańcy swoich naładowanych groźną dla pospólstwa mocą centrów, lubują się zarazem w równie mocą naładowanych rubieżach. Obcowanie z anekumeną w postaci wyprawiania się do dziczy na łów by spotkać groźnych mieszkańców anekumeny, więc w postaci myśliwskiego sportu, było i pozostało przywilejem arystokratów, kto zaś szedł do lasu nie pytając o zgodę, zrównywany był jako „kłusownik” ze złodziejem i grabieżcą. Uciekanie się do dziczy i polowania najwyraźniej pozostało arystokratom do dziś, czego świadectwem film „Królowa” z Helen Mirren w roli Elżbiety II, gdzie królowa Brytanii na wiadomość o ciężkim kryzysie w rodzinie i w państwie - tragicznej śmierci księżnej Diany - chcąc chronić jej synów-następców tronu, a także najwyraźniej po to, by wzmocnić „energetyczną linię” rodziny wysyła chłopców do wiejskiej posiadłości w Walii... na polowanie!

Inaczej jednak jest z przestrzenią właściwą dla większości ludzi, przeznaczoną do zamieszkania przez zapobiegliwych wajśjów: ta rozciąga się gdzieś pośrodku między groźnymi rubieżami i prawie tak samo niebezpiecznymi środkami - pomiędzy, w strefie bezpiecznych stanów średnich. („Pośredni” - leżący pomiędzy skrajnościami - to jest właśnie to wspomniane na początku drugie znaczenie dwuznacznego słowa „środek”.)

Skraj i za-skraje są mocne jako miejsce mocy, jak i sama moc jest najpierw mocna, dopiero w drugiej kolejności wartościowana pozytywnie lub negatywnie, pożądana lub unikana. Liczne są przykłady tak pozytywnego jak i negatywnego wartościowania zewnętrza: wybierzmy dla przykładu dwa skrajne więc i odpowiednio wyraziste. W negacji zewnętrza i wstręcie do anekumeny najdalej posunęli się autorzy Objawienia św. Jana. Piszę „autorzy”, bo nawet bez specjalnych hermeneutycznych studiów, gołym niejako okiem widać, że na końcu tej opowieści dopisywano kolejne coraz to inne zakończenia; z Ewangeliami było podobnie.

Dla wybranych i zbawionych, zapewne na resztę wieczności, Bóg oto przeznaczył na miejsce pobytu zstąpione z nieba Nowe Jeruzalem, miasto ze szlachetnych kamieni. Poza zaś jego murami, na zewnątrz... „na dworze będą psy i czarownicy, i wszetecznicy /..../” Ekso hoi kynes kai hoi pharmakoi kai hoi pornoi... - oraz parę innych rodzajów potępieńców. (Obj. J. 22:15). (Kilka wersetów wcześniej budzi uwagę wzmianka o aniele, który - uwaga! - mierzy niebiańskie Jeruzalem: „ten, co mówił ze mną, miał trzcinę złotą, a zmierzył miasto i bramy jego, i mur jego” - nam od razu przypominając Kopernika mierzącego świat z jego środka w Kiernozi.)

Na przeciwległym biegunie względem przeklętego zamurza Jeruzalem zaludnionego przez „farmaków” z ich psami, stoi polska heraldyczna legenda o Godzambie, założycielu herbu Godziębów. Ów Godzamba, jakoby rycerz ze przedniej straży wojewody Sieciecha, „wicekróla” za rządów Władysława Hermana, więc około 1090 roku, podczas akcji przeciw Morawianom przez ichniego wojownika pobity, pozbawiony miecza i ratujący się ucieczką do lasu, tam z korzeniami wyrwał sosnę i tym drzewem jak orężem napastnika pokonał. Ta streszczająca się jednym zdaniem historia (która zmierza do nadania Godzambie herbu, gdzie w tarczy sosna o trzech wierzchołkach, w hełmie mąż zbrojny takąż sosnę trzymający) zawiera zdumiewająco wiele znaczeń. Oto zawodzi cywilizacja z jej zmyślnymi środkami, śmiertelny wróg przeważa, bohater staje nagi i bezbronny (jakież to emblematyczne dla całej polskiej narodowej mitologii!) i ratuje się ucieczką w jedyną stronę jaka mu została: poza ziemie człowiecze, do anekumeny, którą jest las zaludniony pospołu przez bóstwa, duchy przodków i zwierzęcą dzicz. Tam wyrywa drzewo i obraca je w maczugę, prymitywny oręż atrybutarny dla Dzikich Ludzi, więc... barbarzyńców, ludzi-nie-ludzi. Tą bronią zwycięża. Las-anekumena jawi się w tej opowieści jako miejsce i źródło mocy. Wyprawa do lasu metaforycznie przedstawia właściwą wyprawę herosa w zaświaty leżące poza rubieżą śmierci, jako że tylko tam leżą świeże złoża niezawłaszczonej jeszcze przez ludzi mocy, i ten tylko, kto rubież śmierci już przekroczył, ma prawdziwą władzę zwyciężania. Ale też nie przypadkiem Godzamba ucieka się do drzewa, gdyż drzewo, zwłaszcza owa trójszczytowa sosna ucieleśnia środek świata, jego oś. W archaicznych wyobrażeniach potrójne drzewa, bo trzy jest liczbą środka, rosły na środkach świata, centralnych kosmicznych górach. Sosna Godzamby jest kosmiczną osią, więc środkiem, który leży poza rubieżą. Właśnie po tym poznasz najpotężniejsze źródło mocy!

Nie co innego znalazł Budda, kiedy swoje Przebudzenie porównał do zapomnianego miasta odnalezionego w dżungli: „/.../ człowiek chodzący po lesie spostrzega starą, prosto biegnącą drogę, którą w dawnych czasach chodzili ludzie. /.../ Zapuściwszy się w nią, widzi /.../ starożytną stolicę, zamieszkiwaną niegdyś przez ludzi /.../ Zawiadamia króla /.../ Panie, odbuduj to miasto! /.../ Tak i ja, mnisi, natrafiłem na starą drogę biegnącą prosto, którą w dawnych czasach chodzili Buddowie Powszechni”.

Jednak aby znaleźć tę prostą drogę, konieczne jest wejście do lasu lub innej połaci anekumeny. Tak przecież zrobił Budda Śakjamuni, kiedy przed odkryciem nirwany porzucił swój dom i ruszył na medytacje, do lasu właśnie. Podobnie Jezus zaczynał swoją drogę od odosobnienia na pustyni, więc na pustkowiu poza zamieszkałą ziemią - w anekumenie, gdzie nikt z ludzi mu nie towarzyszył, a same zwierzęta, aniołowie i Szatan: „A zaraz Duch wypędził go na puszczą. I był tam na puszczy przez czterdzieści dni, będąc kuszony od szatana, a był z zwierzęty, a Aniołowie służyli mu.” (Mk 1:12-13)

W pustynnej, leśnej lub górskiej anekumenie blisko jest do ducha i mocy. Mieszkańcy pogranicznych rubieży mają tam szczególnie blisko, nie dziwi więc, że liczne ziemie święte lokowane bywają właśnie na nieuprawnych pograniczach. Aż nadto dobrze znamy to z Polski, gdzie na literacką „czystą krainę”, mającą być zdrojem polskiego ducha kreowana była najpierw Ukraina (Malczewskiego, Słowackiego, Sienkiewicza), a potem, z większym powodzeniem, młodopolskie Podhale. W model ten wpisują się tubylcy Syberii, którzy bądź pozostają mieszkańcami dziczy, bądź, jeśli migrują do miast, to obsadzają „wysokie” zawody, raczej nie brudząc rąk pospolitymi wajśjowskimi posługami. Podobnie dzieje się z Indianami Ameryki Północnej, z których zwłaszcza Lakotowie awansowali się sami do statusu duchowej arystokracji Ameryki, zazdrośnie strzegąc swych tajemnych obrzędów przed aż nadto licznymi new-age'owymi uzurpatorami.

Mieszkańcy pograniczy w jakimś stopniu zbliżają się swoim statusem do dawnych mieszkańców anekumeny... Choć to niby sprzeczność: anekumena miała być przecież od ludzi i ich gospodarskich wysiłków wolna... Łatwo przecież tę sprzeczność usunąć, mianując mieszkańców zarubieża nie-całkiem ludźmi. I jak anekumena, ziemia nieludzka, zwierzęco-boska, jawi się dwoiście jako śmiertelnie zagrażająca i jako zbawczo wabiąca, tak i jej ludzie-nie-ludzie, barbarzyńcy, jawią się jako zarazem śmiertelna groźba i jako nadzieja, nie tylko duchowego, ocalenia.

W średniowieczu na Grenlandii spotkały się dwie ludzkie kultury: normańscy osadnicy, chrześcijanie hodujący bydło - z koczowniczymi myśliwymi Inuitami, śmigającymi po morzu w skórzanych kajakach. Wyroby Normanów, w tym ich żelazne narzędzia, były poszukiwane przez Inuitów i rozchodziły się wśród nich szeroko. Normanowie od Inuitów nie brali nic - impregnowali się na nich, nazywali ich „łajdakami”, gardzili jako potępionymi poganami. Falę chłodów, jaka nawiedziła Grenlandię, przeżyli jedni Inuici. Normanowie, odcięci od Europy i porzuceni przez swych duszpasterzy, wymarli z głodu i zimna. Czytając o tym dziwnym spotkaniu kultur, odczułem to, jak mogli oni myśleć o Inuitach: mając ich jednocześnie za potępionych i zdolnych żyć; za tych, którzy przeszli na ciemną stronę anekumalnych mocy - lecz dzięki temu pędzą swe niepojęte życie i nim się cieszą. Czy ci nieszczęśni ostatni Normanowie Inuitom nie zazdrościli?

Dawniej anekumenalne rubieże były zagrażająco częste; przeciwnie, cywilizowanych, bezpieczeństwo dających środków - brakowało. W miarę jak jest nas ludzi coraz więcej i coraz silniejsi jesteśmy w narzędzia cywilizacji (nudne byłoby je wyliczać...), tym rzadszym dobrem staje się anekumena, ziemia człowiekiem nieujarzmiona, wraz z jej rubieżami. Coraz pilniejsza staje się paradoksalna czynność: uprawa tych ostatnich skrawków anekumeny - jako czynne dbanie, by pozostały dzikie. Jak ogrody Jonasza Kofty: „Pamiętajcie o ogrodach Przecież stamtąd przyszliście W żar epoki użyczą wam chłodu Tylko drzewa, tylko liście”.


Wojciech Jóźwiak

napisane 9 marca 2008



Bibliografia

Etymologie polskie wzięte ze słowników: Wiesław Boryś, Słownik etymologiczny języka polskiego, Kraków 2005; i Andrzej Bańkowski, Etymologiczny słownik języka polskiego, Warszawa 2000; greckie: Słownik grecko-polski, opr. Oktawiusz Jurewicz, Warszawa 2001; łacińskie: Słownik łacińsko-polski, opr. Kazimierz Kumaniecki, Warszawa 1976.

Cytaty z Biblii za: Biblia gdańska, w: pl.wikisource.org; greckie z: www.greekbible.com .

Słowa Buddy z: Ireneusz Kania, Muttawali, księga wypisów starobuddyjskich, Kraków 1999.

Georg Wilhelm Friedrich Hegel o dialektyce pana i niewolnika pisał w Fenomenologii ducha ostatnio wznowionej przez wydawnictwo Aletheia; temat ten uwspółcześnił Światosław Florian Nowicki w artykule „Heglowski klucz do astrologii” w: Cykle zodiaku, Ś.F. Nowicki i W. Jóźwiak, Warszawa 1991.

Legenda o Godzambie zapisana przez Bartosza Paprockiego w Gnieździe cnoty (Kraków 1578) przytaczana jest np. w: Marek Cetwiński, Marek Derwich Herby, legendy, dawne mity Wrocław 1989; czy Mariusz Kazańczuk Staropolskie legendy herbowe, Wrocław 1990.

O zagładzie kolonii Normanów na Grenlandii - u Jareda Diamonda, Upadek, Warszawa 2007.

Słowa piosenki Jonasza Kofty są w internecie np. www.poezja.org .



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)