Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

12 lutego 2015

Włodzimierz H. Zylbertal

z cyklu: Pochwała republiki kupieckiej (odcinków: 19)

Barok: przegrane wyzwanie


« Kiedy biznes może być etyczny? My, wszechmocni? »

I.

Mówiąc "barok", najczęściej mamy na myśli coś groteskowo przeładowanego, nadmiernego. Ba, powiedzenie o kimś: "osobnik barokowy" sugeruje niemal automatycznie pretensjonalność i sztuczność osoby, której taki, wątpliwy w naszych czasach, komplement dotyczy.

Aliści jest to tylko przejaw naszych uprzedzeń, naszej niechęci do tego, co stłumione i w stłumieniu przekazywane z pokolenia na pokolenie. W każdym kolejnym pokoleniu stłumione myśli działają, produkując wyniki wręcz fatalne. Takie myśli muszą się kiedyś wyładować, ale jeśli pochodziły ze stłumień długo nagromadzonych - działają bez kontroli i zawsze przeciw człowiekowi.

Jeśli więc barok uznajemy za czas przeładowań, to uznajmy i przeładowania nieuświadomione, wobec których to, co było widoczne, stanowi tylko drobny ułamek tej niepojętej ilości energii, jaką zdolni są zgromadzić ludzie. Energii, która wyładowując się bez kontroli - niszczy wszystko, co na swej drodze napotka. Oto i pretekst do napisania jeszcze jednego tekstu o baroku.

Będzie zatem o procesie, który zaczął się zwycięskim, choć cichym ",a jednak się kręci", a zakończył... nie, stanowczo nie można powiedzieć, że się zakończył. Można tylko powiedzieć, że powinien się zakończyć. Im prędzej, im bardziej pod kontrolą - tym prędzej będziemy wyzwoleni z osobliwego przekleństwa, które - przez barokową chyba zaiste dworskość - nazywać zwykliśmy kulturą nowożytną.


II.
Za czas jej narodzin, wszyscy niemal kompetentni w tej materii ludzie, uważają zgodnie lata 1453 - 1600, czyli to, co na użytek szkolnej dziatwy wbijane jest jej do głów, jako wspaniały okres Odrodzenia. Niewiele się ta dziatwa dowiaduje o powikłanych losach rodu Borgiów, niewiele o okrucieństwach w imię "słusznego" Chrystusa toczonej wojny w Niemczech, niewiele o świetności i sprawności Świętego Oficjum. Tęsknota, jaką każdy wrażliwy na kulturę człowiek odczuwa, myśląc o "epoce harmonii", warta jest chyba dla niego ceny tej niewiedzy. Nie jest to nawet niewiedza, raczej początek procesu tłumienia. Bo trudno o człowieku nowożytnej Europy powiedzieć, że żyje szczęśliwie. I równie trudno odmówić mu elementarnego w takiej sytuacji prawa - prawa do iluzji. Iluzje dotyczące Renesansu nie są przecie w żaden sposób szkodliwe, a jeśli w wyniku życia nimi ktoś zasłuży sobie na miano "człowieka renesansowego", może zakosztować wrażenia szczęścia, jakie powstaje, gdy negatywne stłumienia na moment dają spokój wymęczonej walką z nimi jaźni.

Co innego barok. On przypomina bardziej moment heroicznej walki z ukrytymi w podświadomości potworami. Walki, jaką toczyli nie tylko ludzie żyjący w wieku XVII, ale i takiej, jaką prowadzi każdy chyba współczesny intelektualista. Zatem choć nie można powiedzieć, że my, sumujący kolejne milenium, jesteśmy ludźmi baroku - to jednak bez wielkiej przesady stwierdzić można, że jesteśmy ludźmi zatrzymanymi psychicznie i mentalnie na poziomie wymagań, jakie barok człowiekowi postawił.

Tak jak w przyrodzie rozwój osobniczy powtarza w niesamowitym przyspieszeniu rozwój gatunkowy, tak rozwój psychiczny, mentalny i duchowy (każdego człowieka z osobna) powtarza po trosze drogę kultury, jaka go wykołysała. Masowe nieprzepracowanie, w jakiejś kulturze któregoś etapu rozwoju osobniczego, może służyć do diagnozowania prawidłowości rozwoju tej kultury.

Od tej strony patrząc - na rozwój kultury nowożytnej - jest o czym mówić i co diagnozować.


III.
Co ujrzałby podróżnik jakiegoś hipotetycznego wehikułu czasu, wynurzając się ze świata gotyckich katedr, spowitych nieprzeniknioną mgłą scholastyki? Zapewne pierwszym jego wrażeniem byłoby powiększanie się przestrzeni dostępnej ludzkiemu poznaniu. Widziałby marynarzy na pokładach karawel. Widziałby Kopernika na jego wieży. Widziałby szkice Leonarda i akademię Giambattisty della Porty. Uczestniczyłby zatem w procesie rozsadzania nałożonych przez uniwersalistyczny, katolicki model granic ludzkiej ekspansji.

Jak bardzo proces ten obecny był w ludziach tamtego czasu (i jak bardzo domagał się konkretnego wyrazu) - świadczy fakt zaistnienia Reformacji. Jest ona przecie żądaniem bezpośredniego doznania Boga, doznania daleko wykraczającego poza dozwolone przez średniowieczny Kościół granice.

Raz złamane tabu okazało się nie do odtworzenia. Stąd tak charakterystyczne dla całych dziejów nowożytnych zjawisko nieposłuszeństwa wobec zastanych prawd, prowadzące w prostej linii do buntu dzieci przeciw rodzicom, dziś już tak powszechnego, że traktuje się je jako odwieczne prawo świata. Tylko na takim podłożu mógł się rozwinąć światopogląd naukowy - już w powiciu nieufny wobec wszelkich praw "danych od Boga", a w końcu i Boga - wyganiający ze świadomości, słowami Laplace'a skierowanymi do Cesarza Francuzów: "Nie, Sire, hipoteza o Bogu, nie była mi w tej pracy potrzebna". (Chodziło o jedną z rozpraw matematycznych Laplace'a, którą przeczytał rozmiłowany w nauce Napoleon - przyp. W. Z.)

Nasz podróżnik stwierdziłby ponadto, że jego wehikuł zużywa coraz więcej paliwa na pokonanie coraz mniejszych dystansów czasowych. Czyli doświadczyłby tego samego przykrego zjawiska - które i dla nas, o cztery stulecia późniejszych, jest trudne do strawienia - swoistej "lupy czasowej". Zalewu informacji, z którym trudno jest nam sobie poradzić. Może nie skojarzyłby tego ze specyfiką miłościwie (?) nam panującej cywilizacji naukowo-technicznej, ale instynktownie zrobiłby pewnie to samo, co i my, czyli poszukiwałby jakiejś ostatecznej stacji, na której szaleńczo rozpędzone dzieje mogłyby się zatrzymać. Oto i prosta droga do "mędrca berlińskiego", Georga Wilhelma Fryderyka Hegla, filozofa iście barokowego w swym historiozoficznym rozmachu. Teraz jest już zapewne dla nas jasne, dlaczego Hegel - niewątpliwie prawzór naszego hipotetycznego podróżnika - kazał swojemu Duchowi Dziejów zatrzymać się na wieki wieków w państwie pruskim. I chyba jasne stają się ciągoty socjalistów utopijnych i naukowych, by historii położyć kres przy pomocy jedności światowego proletariatu. Z biologiczną pewnością, bez historii, z pokolenia na pokolenie powtarzającego swe najemne trwanie.

Jest w każdym z nas tęsknota do zatrzymania czasu, do stanu bezczasowości właściwej dziecku. Dane nam bywają chwile takiego zatrzymania w skali osobniczej i kulturowej. Tęsknimy za nimi. Ale nasza tęsknota - wynikła bardziej z gorzkiego przeświadczenia, że POWROTU nie ma, niż z wiary, że wrócimy - jest zapewne niczym wobec tęsknoty człowieka baroku. Nam bowiem odbiera się ją po raz któryś z rzędu, a tamtym ludziom przyszło przeżywać wszystkie uczucia dziecka zawiedzionego po raz pierwszy.

IV.

Co musiałby uczynić człowiek baroku, by sprostać swemu wyzwaniu? Jak musiałby działać, żeby n a m oszczędzić swych nieprzepracowanych problemów? Tego oczywiście wiedzieć na pewno nie możemy. Radząc Galileuszowi, jak miałby się zachować na sądzie Inkwizycji, bylibyśmy podobni historykom, wygrywającym po stuleciach przegrane w swoim czasie bitwy... Raczej trzeba, aby każdy z nas, mieszkańców świata, co wymknął się spod kontroli, wybaczył komuś, kto tę miotłę czarnoksiężnika uruchomił.

Jest ktoś taki w człowieku końca XX w. Mieszka w zapomnianym kątku jaźni i wciąż, niczym odmawiające dojrzewania dziecko, powtarza swoje dramatyczne "DLACZEGO?" Gdzie podziała się nagle cudowna jedność pogańskiej radości ciała i chrześcijańskiej nadziei na Zbawienie? Dlaczego wygnano człowieka z Raju, dopiero co odzyskanego? Dlaczego postawiono mu wymagania, których nie rozumie? Dlaczego zmuszono do działań, których nie pragnął?

Bez rozwiązania tej kwestii, bez ukazania dziecku uroków i zalet dojrzałości - człowiek baroku w każdym z nas będzie "wrogim bratem", kojarzącym dojrzałość i odpowiedzialność tylko ze starością i śmiercią, jak czyniono to w wieku XVII.

Gdyby chcieć sprostać wyzwaniu baroku - trzeba by inaczej podejść do konsekwencji odkrycia Kopernika i jego kontynuatorów niż to zrobiono w zaistniałej kulturze. Miast przerażać się nagle objawionym zestawieniem nieskończoności Wszechświata ze znikomością ziemskiego bytowania - należałoby coraz bardziej integrować mikro- i makroskalę, coraz bardziej scalać światy lunety i mikroskopu. Tak się dziwnie składa, że oba te błogosławione dla nauki, a przeklęte dla JEDNOŚCI przyrządy wynaleziono u progu epoki baroku - na początku XVII w. Trudno chyba o lepszy, od lunety i mikroskopu obok siebie postawionych, symbol otwierającej się otchłani.


V.
Człowiek, w rzeczywistości nigdy nie zaistniałego "hiperbaroku", musiałby pogodzić się z faktem, że ceną zwiększenia zakresu swobody poznawczej jest... zwiększona odpowiedzialność poznawcza. A ona nakazuje niczego nie odrzucać tylko dlatego, że nie pasuje do założeń sprawdzających się w innej skali możliwości. Bo skala możliwości poznawczych epoki baroku jest, nierównie bogatsza niż średniowieczna, z uporem narzucana ludzkości przez dawnych i współczesnych inkwizytorów.

Inkwizytorów zrozumieć łatwo - bronią swej władzy nad ludzkimi umysłami, w okresie średniowiecza absolutnej. Od kogoś, komu odebrano władzę nie oczekujmy odpowiedzialności poznawczej; nie jest to cecha, której można oczekiwać od inkwizytora. Ale pozostałym ludziom, wolnym od szaleństwa władzy, a poszukującym wiedzy, owa odpowiedzialność nakazuje "wewnętrzną Reformację", czyli samodzielne stawianie swym bogom pytań o świat i swoje w nim miejsce; oczywiście ze świadomością, że do błogiego bezpieczeństwa sytuacji, gdy kapłan wie, a wierny słucha i z pełną ufnością przyjmuje na słowo - nie ma już powrotu. Odpowiedzialność poznawcza nakazuje nie szukać jedynego bieguna rzeczywistości, jedynie słusznych założeń, jedynie prawdziwych religii. Każe raczej zastanowić się nad sobą - co nam bogowie chcieli powiedzieć, a czego my nie chcieliśmy, czy też nie mogliśmy usłyszeć. Aby sprostać stojącemu przed nim wyzwaniu, nasz "człowiek hiperbaroku" musiałby nauczyć się żyć ze świadomością opozycji różnych części świata jako dopełnień, nie zaś przeciwieństw. Wtedy miejsce świętej wojny zajęłaby modlitwa o duchowe oświecenie.

W takim świecie kontrreformacja nigdy by nie zaistniała - nie byłaby potrzebna. Luter i papież staliby się biegunami opozycji, czekającymi na ów magiczny błysk, zdolny pokazać pozorność wszelkich sprzeczności. Ani umartwiając ciało, ani katując ducha - żyłby sobie taki ktoś z miłą świadomością, że nie tylko jemu jest lepiej na Bożym świecie, ale i jego synowie wolni będą od przekleństwa lęku.

Ale tej akurat pracy ludzie baroku nie wykonali.


VI.
Zamiast tedy kontynuacji świeżo uzyskanej jedności świata nowych czasów - już u samego jego zarania zaczęło się rozdarcie, tak chętnie podkreślane
przez znawców tej epoki, jako charakterystyczny rys baroku. Rozdarcie to jest wynikiem braku siły (odwagi?), by nowo odkryte światy zjednoczyć. By porzucić świat wygodny może, ale już ewidentnie za ciasny dla nadchodzącej fazy ewolucji kultury. To właśnie wspomniany już problem dorastającego dziecka, które chciałoby robić to, co dorośli, ale bez właściwego dorosłym ponoszenia za to konsekwencji.

Z takiej właśnie bezsiły rodzi się człowiek barokowy, ponieważ nie potrafi już bezkrytycznie wierzyć żadnemu kościołowi, a jednocześnie chciałby mieć kogoś, kto zdjąłby palącą, jak ogień, odpowiedzialność; przerzuca się od Annasza do Kajfasza, zmienia wyznania, szukając pocieszenia u konkurencji. Coraz bardziej grunt usuwa mu się spod nóg, coraz wyraźniej widać, że nic już nie będzie takie, jak było, więc próbuje ucieczki w: przeładowaną sztukę, w iluzje, w pijaństwo i rozpustę. Można też poszukiwać jakiejś ostoi, zdolnej rozpędzone szaleństwo zatrzymać. Wtedy często pojawia się usłużnie jakaś "trzecia siła" - ani lepsza, ani gorsza od pozostałych, tyle tylko, że nie obarczona przeszłością. W czasach baroku rola ta przypadła nauce.

Reszta procesu to samograj: aby stłumić nieznośne wrażenie rozpadu rzeczywistości na wrogie sobie cząstki, człowiek nieodpowiedzialny (barokowy jak najbardziej) poszuka świata „naszego”, poszuka jasnego i prostego propagandowo rozróżnienia czarnego i białego - i oto, np. wszelkie kościoły zjednoczą się przeciw nauce. Gdy pozycja tej ostatniej przejściowo osłabnie - teologowie wrogich wyznań przypomną sobie o taktyczności zawartego sojuszu. A nad wymęczoną Europą krążyć będzie szatański chichot Woltera, trzymającego pod pachą swe "Dialogi chrześcijańskie, czyli prezerwatywę przeciw Encyklopedii", gdzie ksiądz i pastor w najlepszej komitywie gromią Encyklopedystów.


VII.

I oto wiek XX - dziedzictwem wyżej naszkicowanym obciążony. "Trzecia siła", nauka, odniosła tryumf na sposób iście barokowy - powaliła nas na kolana niekontrolowanym zalewem informacji, nie gorzej niż kapłani swoimi zaklęciami. Znowu jesteśmy w niewoli religii, tym razem naukowej. Religii naukowo stosującej i psychologię, i socjotechnikę. Z właściwą sobie skutecznością wykorzystującą nasze nieuświadomione lęki. Ba, nawet niedawny antagonista, religia oparta o wiarę w Boga, przejmuje naukowe metody działania, aby się uwiarygodnić w oczach tych, którzy jeszcze pozostali jej wierni. (Jakby na to nie patrzeć, nauka współczesna ma wszelkie cechy prawidłowo zorganizowanej religii: charyzmatycznych założycieli, nierzadko męczenników, zestaw dogmatów, świątynie, cuda niedostępne niewtajemniczonym, itp. elementy).

I cały czas, jak dzieci i jak ludzie baroku, tęsknimy do Renesansu, do tego, co nam na krótko dano. Zapominamy, że czasem bogowie, chcąc skłonić nas do rozwoju, pokazują nam coś, co potem mamy zrobić sami. Jedyne, czego od nas oczekują, to wola działania we wskazanym kierunku, bo nie ukazuje się nam niczego, czego byśmy nie potrafili zrobić. (Nagrodą, oprócz postępu, jest prometejskie poczucie, żeśmy bogom równi. Ale za odmowę wykonania tego zadania, karani bywamy frustracją i pożądliwą tęsknotą jednocześnie. Jakże barokowa to mieszanina!).

Nic tedy dziwnego, że wciąż zbieramy żniwo po naszych przodkach. I nie dziwmy się, że zbierać je będziemy i w nadchodzącej (podobno) Erze Wodnika, jeśli szybko nie wyrobimy sobie woli zdobycia wiedzy większej niż dostarczana przez naukę i wiarę oddzielnie.

Jaka miałaby być ta wiedza? Może taka, jak wiedza nowoczesnych heretyków, ponoć w i e d z ą c y c h o rychłym przyjściu Kosmicznego Chrystusa? Może taka, jak wiedza gardzącego wszelką mistyką Stevena Hawkinga, rzetelna, dobrze w "Krótkiej historii czasu" podana i bez metafizycznych złudzeń? A może jak wiedza, pozostawiona nam przez Buddę Maitreję naszych czasów, Jiddu Krishnamurtiego? - Ach, żeby to na pewno wiedzieć! Ale tej właśnie pewności nie mamy i oto znowu barok w swoim najbardziej klasycznym wydaniu. Co prawda nie miotamy się już między polem bitwy a kościołem, tylko między laboratorium i ashramem jakiegoś guru, między zebraniem organizacji charytatywnej a obejrzeniem kolejnego pornosa, horroru, czy romansidła - ale to tylko wymiana zużytych dekoracji na nowe.

Barok redivivus...


VIII.

Kolejne nadzieje na cudowne wyjście z zaczarowanego kręgu kultury europejskiej może się sprawdzą, a może nie. Doświadczenie, przewodnik życzliwy, choć pełen rezerwy, podpowiada, że raczej nie. Wierzmy mu, ale nie tak do końca. Powiedzmy na tyle, żeby w momencie wydarzenia się cudu przyjąć go jako coś, co nam się należało. Ale i nie frustrować się, gdy cudu nie będzie. Umieć krok po kroku zanalizować i na nowo oświetlić znane fakty. Wyciągnąć wnioski żywe i twórcze dla nas, szukających wyjścia z pułapki czasów najnowszych.

Potrzebne będzie zatem coś na kształt "kulturowej psychoanalizy". Powrót do czasów już zapomnianych, do wspomnień już w głębokich warstwach stłumień upakowanych. I zrozumienie, głębokie, czujące i przebaczające zrozumienie dla błędów tamtych ludzi. Wtedy zrozumiemy i wcale znaczną cząstkę siebie samych. Przebaczymy i wreszcie będziemy wolni od jej dziedzicznego przekleństwa.

Pokochajmy więc ten śmieszny i trochę z zażenowaniem do tej pory wspominany czas. Przestańmy karać się za tę barokowość naszą codzienną. Bo to ona uczy nas, że nie ma jednego bieguna rzeczywistości, że każda rzecz przywołuje swe własne przeciwieństwo, a świat jest rytmicznie falującym ciągiem przypływów i odpływów. Pozwolić sobie doświadczyć falowania, nie stawiać ambicji teo- i technologów na ostrzu noża, nie szukać niczego na amen z abcugiem poczwórnym - to właśnie jest, zaklinane przez barokowych mistyków, doświadczenie Miłości! To właśnie ta magiczna iskra, przeskakująca od jednego do drugiego bieguna dwoistego świata, łącząca Dwa w Jedno.

Odpuszczenie sobie, przyjęcie, że jest jak jest, że "na wiosnę trawa rośnie sama" - to otwarcie się na przyjście Miłości, czyli czegoś, czego zacietrzewiony i zapatrzony w jedną z dwu skrajności człowiek baroku dostrzec nie potrafił. To właśnie poszukiwane przez nas wyjście.

Nie mamy chyba innej drogi niż mądra i niewymagająca miłość do nas samych, w kostiumach sprzed czterech stuleci. Ucząc się kochać żywych, miast szukać winnych na cmentarzach - przechodzimy do tej, niech jej już będzie, Ery Wodnika, wolni od niechcianej przeszłości.

A cudu - chyba jednak nie będzie. Chyba nie ominiemy tej lekcji. Czekają nas zatem poważne i dogłębne studia nad kulturą europejskiego baroku. 



« Kiedy biznes może być etyczny? My, wszechmocni? »

komentarze

[foto]

1. Nauka, religia? • autor: Wojciech Jóźwiak2015-02-12 23:38:41

"(Jakby na to nie patrzeć, nauka współczesna ma wszelkie cechy prawidłowo zorganizowanej religii: charyzmatycznych założycieli, nierzadko męczenników, zestaw dogmatów, świątynie, cuda niedostępne niewtajemniczonym, itp. elementy)."
Ależ skąd. Nauka (ta porządna, Science) jest profesją, rzemiosłem, produkcją informacji. Pierwowzorem nauki jest raczej jakiś kowal lub cieśla, a nie kapłan.

[foto]

2. Nie zgodzę się z tym, Wojciechu... • autor: Włodzimierz H. Zylbertal2015-02-13 08:06:25

...bo nawet postać tak scjentystyczna, jak Richard Dawkins, uprawiający Science najtwardszą z najtwardszych, za papieża dla ateistycznego ludu robi... Wyrobnicy Nauki nie dostarczają obecnie  informacji specjalnie wartościowych, raczej piszą komentarze do opracowania poświęconego omówieniu. A czymże, jeśli nie religijną wręcz żarliwością tłumaczyć filipiki prof. Turskiego contra astrologiam wygłaszane?
[foto]

3. Ja się też nie zgodzę • autor: Wojciech Jóźwiak2015-02-13 08:36:46

...Bo jest różnica między papieżem a "robieniem za papieża", i między religijną żarliwością a "religijną wręcz żarliwością".
Porównywanie nauki do religii jest metaforą, ale jeśli metafora ma być użyteczna, to trzeba stosować ją ostrożnie i uważać, kiedy przestaje działać i zamienia się w zdania zwyczajnie fałszywe.
Nauka tym się różni od religii, że religia nie rewiduje swoich twierdzeń, a nauka rewiduje, co się nazywa zastępowaniem paradygmatów.
Poza tym nauka jest zbyt cenną rzeczą, zbyt cennym nabytkiem, żeby ją lekceważyć i postmodernistycznie uważać za "taką sobie narrację" ("Just so stories", Kipling) równą pozostałym "takim sobie" ideologiom.
[foto]

4. Jak Naukę w pacht biorą ignorantów stada... • autor: Włodzimierz H. Zylbertal2015-02-13 23:28:56

Wojtku, dzięki Ci za przypomnienie etosu Nauki. Sam wciąż jeszcze w niego wierzę, stąd moje wysiłki badawcze, aby psychotronikę zbliżyć do standardów nauki, na tyle, na ile okaże się to możliwe. Aliści, ideały sobie a życie (także naukowe) sobie. Jako "alternatywny" brałem udział w wielu dyskusjach, w których przedstawiciele nauki bardziej przypominali funkcjonariuszy Świętego Officjum, niźli otwartych racjonalistów. No i stąd takie a nie inne ujęcie sprawy w moim eseju. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)