Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

20 września 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Biurwy

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: obyczaje

« Kobieta w delegacji – lata 60-te Czysta gwiazdka »

         Po niektórych uwagach czytelników, delikatnie wątpiących w przedstawiony obraz kobiety delegacyjnej, zastanawiałam się, na ile mogłam go nieświadomie zniekształcić i odkryłam, że owszem, mimo najlepszych chęci pisania o wydarzeniach prawdziwych w sposób możliwie obiektywny, takie zniekształcenia mogły i musiały nastąpić. Postarałam się o przypomnienie sobie wszystkich 28 miast powiatowych dawnego (do 1973 r. według spisu z Wikipedii) województwa warszawskiego i hoteli w nich i odkryłam, że zupełnie nie pamiętam hoteli w Ciechanowie, Makowie Mazowieckim, Mławie, Ostrołęce, Ostrowi Mazowieckiej, Płońsku, Przasnyszu, Pułtusku, Sierpcu, Sochaczewie, Wyszkowie, oraz, oczywiście, nie znam hoteli w tych miastach, z których można było dojechać do Warszawy bez noclegu. Tak więc tych kilka hoteli, które opisałam, stanowiło bez wątpienia mniejszość, a kilka incydentów spośród kilkunastu zapamiętanych, a nieopisanych z powodu mniejszej ich barwności, także ilościowo nie daje się ująć w znaczącą statystycznie liczbę, ponieważ jako inspektor ubezpieczeń, szkód i kradzieży w zarządzie Spółdzielni Transportu Wiejskiego pracowałam 8+3 lata (z 4-letnią przerwą na pracę w centrali Samopomocy Chłopskiej). Ostatecznie moją przygodę z transportem wiejskim zakończyłam w początku 1984 roku, po ukończeniu studiów i przeniesieniu się do PZU na stanowisko naczelnika wydziału ubezpieczeń transportowych. Jest to więc dość długi czas i oczywiście stan naszego kraju od drugiej połowy lat 60-tych, gdy zaczynałam tam pracę, do lat 80-tych, gdy ją tam skończyłam, bardzo się zmienił. Zresztą zmienił się też podział administracyjny kraju i po reformie z 1975 r województwo warszawskie zastąpione zostało stołecznym województwem warszawskim, a wskutek zniesienia trójstopniowego podziału kraju zlikwidowano też powiaty. Pozostało w województwie 20 miast i 32 gminy, a wszystkie oddziały mojej spółdzielni znalazły się w zasięgu możliwości codziennych dojazdów pociągiem lub autobusem — nie miałam więc już możliwości obserwacji życia hotelowego w małych miastach.

         Dlatego też opisując moje obserwacje, które poczyniłam wczesnymi rankami w Warszawie w latach 1985—1992, raczej bliżej tej drugiej daty, muszę wnieść zastrzeżenie: tekst poniższy, będący fragmentem powieści, jest subiektywnym zapisem poranków rzeszy kobiet spieszących do pracy na godziny między 7.00 a 8.00 i przemieszczających się ulicą Marszałkowską, odwiedzających jeden z trzech malutkich sklepów na trasie do pracy (w moim przypadku tzw. dom pod sedesami). Oczywiście zniesienie kartek żywnościowych i innych w tym okresie miało wpływ na zakupy tych kobiet.

         Jak najbardziej prawdziwy jest też opis ówczesnego sposobu liczenia i ówczesnych maszyn liczących, który będzie tematem następnego odcinka — ostatni dzwonek przed pojawieniem się w biurach komputerów (ja dostałam pierwszy w 1993 roku, już w innej firmie ubezpieczeniowej).

         I jeszcze jedna uwaga, związana z obiektywizmem spostrzeżeń. Powszechnie wiadomo, że łatwiej zapamiętuje się upokorzenia niż przyjemne doznania, stąd i skażenie mojej pamięci. Mimo kierowniczego stanowiska byłam starzejącą się kobietą pod pięćdziesiątkę, jedną z rzeszy urzędniczek na warszawskiej ulicy i zarówno do mnie, jak do innych pracujących kobiet skierowane było pogardliwe określenie, wchodzące wówczas w modę, które stało się tytułem odcinka. Pracowałam wśród kobiet, w moim wydziale miałam około dwudziestu pracownic (rotacja była dość duża) i tylko jednego mężczyznę, a większość z nich czuła się równie jak ja, dotknięta tym powszechnie stosowanym pogardliwym określeniem. No, może z jednym wyjątkiem, pewnej dziewczyny nazywanej przez nas Margaritą (miałam 3 pracownice o imieniu Małgorzata) która pracowała dodatkowo wieczorami jako kasjerka w kasynie, a w weekendy na wyścigach. Ona tkwiła już obiema stopami w nowym świecie, podczas gdy my byłyśmy jeszcze w starym świecie — formalnie przede wszystkim, gdyż mój inspektorat obsługiwał jednostki gospodarki uspołecznionej. Margarita nie zawracała sobie głowy takimi sprawami, zresztą nie starała się zbyt wiele myśleć, przez co niesłusznie uważałyśmy ją za dość głupią. 

         „Głośny syk, a później stukot. Pierwsze drzwi. Drugie drzwi. Trzecie drzwi. Kobiety wysypują się z autobusu na chodnik, parte wewnętrznym ciśnieniem, które jak zdaje się czasem słabszym z nich, rozsadzić może metalowe pudło. Nie ma niczyjej woli w wysiadaniu. Jest los niekształtnych kartofli sypiących się z worka do skrzyni. Zatrzymasz się na chwilę na stopniu albo przydepcze ci ktoś spódnicę, i musisz wyskoczyć, bo inni cię wypchną i nie patrząc na ciebie, pozbawią ubrania. Możesz iść dalej ulicą bez sukienki i butów - i tak nikt nie zauważy. Dla nich jesteś bryłą, która zawadza. Możesz nie mieć ciała, możesz nie mieć twarzy, jednego się nie pozbędziesz, masy i obłego kształtu wpasowanego przez los w ostrokształtną skrzynię. Kartofel, ziemniak, grula.

         Chodnik zaludnia się kobietami spieszącymi do biura. Siódma piętnaście, siódma trzydzieści, siódma czterdzieści pięć - kolejne godziny rozpoczynania pracy w śródmieściu. Za dwie, trzy godziny, gdy otworzą domy towarowe CENTRUM, chodniki będą pękać od tłumów przechodniów, ale ich tam wtedy nie będzie. Za to teraz są tylko one. Niewiele się różnią od siebie w gruncie rzeczy i łatwo zaobserwować, co je łączy. Są kobietami. Różny wiek, wygląd, tusza, sposób ubrania - nie zacierają tego, co w nich jednakowe. Te, które mają jeszcze piętnaście minut czasu do rozpoczęcia pracy, stoją w sklepiku spożywczym. Inne biegną ulicą. Dwie sprzedawczynie podają to wszystko, co potrzebne na śniadanie: dwie „małgośki”, serek „fromage”, kefir w kubeczku. Nie, w butelce nie, w takim razie poproszę jogurt, trudno, może być owocowy. Z czymś trzeba mieszać otręby, nadzieję tych, co latami siedzą na niewygodnych krzesłach, spłaszczających im pośladki. Może od otrębów figura stanie się jak dawniej smukła. I przejdą zaparcia.

         Sprzedawczynie są szybkie, sprawne i bez wyrazu - jakby startowały w konkursie. Kobiety w kolejce też są szybkie. Żadna się nie waha. Rano każde piętnaście sekund jest ważne. Niewielkie spóźnienie i już są konsekwencje, kary, pisanie oświadczeń, żenujące tłumaczenie w kadrach lub dzień bez posiłku – są wolne i mogą wybrać: być czy jeść. Do czasu są uprzejme. Słychać : proszę, dziękuję. Do czasu, aż w którejś coś wybuchnie nie wiadomo czemu. Udają wtedy, że wśród nich pojawiła się jakaś wariatka, wdają się w spory z pozycji wyższości, choć w każdej z nich tkwi głęboko lęk, że to jej może się coś takiego przytrafić, że stanie sama przeciw wszystkim i nikt nie pojmie, jak oczywiste są jej racje. Na razie jeszcze nikt nikogo nie zdenerwował - nie licząc tych, które kłóciły się w ciasnym autobusie, ale to była inna zupełnie sprawa i inna konwencja awantur. Żadna z kobiet nie uśmiecha się, żadna nie zażartuje. Nawet koleżanki rozmawiają cicho i spokojnie. Choroby, dzieci, mężowie, koleżanki. Złe spojrzenie. Ołówek odłożony nie tam, gdzie trzeba. Do telefonu nikt nie poprosił, choć było się tuż. Kible zamykane na klucz, koleżanka omyłkowo go wzięła do domu, bo ma żakiet z kieszeniami, teraz trzeba chodzić i pożyczać. Pomyłki, bezsensowne polecenia, podwyżki, ceny. W ich życiu nie ma śmiesznych rzeczy. Jest obowiązek. I resztka snu.

         Ulicą toczy się dwóch młodych mężczyzn. Są na tym etapie trzeźwienia, kiedy poranna lampka szampana kończy zabawę i świat wydaje się tak bardzo interesujący, pełen sekretów i głębszych analogii, że tym młodym ludziom, ubranym w czarne płaszcze, kapelusze o szerokich rondach i białe szale, wydaje się stworzonym do tego, aby pobudzając ich intelekt, pełen luzu i poczucia wolności, pozwolił sformułować wnioski lekkie niczym słowa rockowej piosenki, błahe, ale tak bardzo ważne przez rytm, słowa nabierające znaczenia modlitwy, najważniejsze właśnie w tej jednej, jedynej chwili, niepowtarzalne elementy bąbelkowej oceny świata.

         – Popatrz Piotrze! – woła jeden. – Zaledwie kilka godzin i świat się odmienił. Schowały się kurwy, wypełzły biurwy!

         Żadna z kobiet nie próbuje odszczeknąć się, chociaż mężczyźni taksują je spojrzeniami, które większość uznaje za bezczelne, zwłaszcza te starsze i grubsze, niemające na swą obronę lekkości i urody. Rozchodzą się ze sklepiku do swoich biur, do pracy monotonnej określonej drobiazgowymi, aż do przesady przepisami. Może tylko ta pani w czarnym kapeluszu na siwiejących włosach nie kupiła w warzywniczym tych gruszek, które zamierzała, bo odechciało się jej diety odchudzającej i jedzenia owoców zamiast wszystkiego innego trzy razy w tygodniu, bo przecież to wszystko jedno, kim jest naprawdę i jak wygląda. Jest już stara i nigdy nie będzie atrakcyjna. Może tylko młoda dziewczyna w trawiastej kurteczce skuliła ramiona, obiecując sobie przy najbliższej okazji, pewnego ranka wstać w świetnym humorze i wtedy... Może tylko jej koleżanka w kraciastej miniówie i szaliku spiętym tandetną, plastikową różą przypomniała sobie chłopaka, który tak o niej powiedział na dyskotece i który choć ładny, przestał się podobać, aż dziewczyny się z niej śmiały, że ma głupie wymagania. Dwie inne, nieco starsze, jedna o widocznej ciąży, w myślach wołały, aby szybciej skończył się ten czas, kiedy muszą pracować, a poranek, dzień i wieczór nie przynoszą im żadnej satysfakcji. Może innej grubasce przypomniał się ten pan w dzienniku telewizyjnym, który wczoraj wieczorem mówił o biurokracji w jej urzędzie, jakby to ona i jej koleżanki swoją złą pracą tak nękały społeczeństwo, że miało już ich dość. Program, który prowadził, mieścił się w budynku obok, nieraz widziała go na ulicy podchmielonego. Usiłowała przypomnieć sobie starocerkiewną formułkę, wykuwany kiedyś fragment Biblii : Nie vidiszi belci w oczie bratra svojevo... Nie była już pewna, czy dobrze to wymawia. Pożałowała w tym momencie, że kiedyś studiowała i że czytuje jeszcze z rozpędu od czasu do czasu filozofów światowej sławy, chociaż ich tłumaczenie świata nie daje jej tej radości, która znikąd przyszedłszy, bez żadnej zasługi opromienia młodych ludzi wymachujących butelką.

         Ja zaś, idąc kiedyś tą ulicą pomyślałam, że tylko dzieci widzą, jak stajemy się umieraniem, choć ich to nic nie obchodzi. Dla nich nie jest coraz mniej z nas w nas, ale coraz więcej i więcej, aż zbyt dużo za którymś razem. Narastamy niby kapusta wokół głąba licznymi warstwami liści, stając się dzięki temu bardziej kapustnymi niż wszystko inne. Dojrzewamy do ścięcia...

         – Szampan z rana jak śmietana! Napijcie się z nami smutne biurwy!"

         I jeszcze jedna uwaga. Pan w dzienniku telewizyjnym istniał naprawdę, był synem innego pana, wcześniej nadającego ton wiadomościom i miałam z nim osobiście nieprzyjemne doświadczenia. Zaczęło się dość banalnie. Do inspektoratu przyszedł człowiek, pilot, który odkupił i wyremontował samolot i przyszedł go ubezpieczyć. Był pierwszym prywatnym właścicielem samolotu w Polsce, a ja zajmowałam się ubezpieczeniami i wypadkami lotniczymi – tylko że, jak cały inspektorat, obsługiwaliśmy wyłącznie gospodarkę uspołecznioną. W tamtych czasach przepaść między jgu (jednostkami gospodarki uspołecznionej) a pozostałymi firmami i osobami prywatnymi była nie do zasypania. Całkowicie odmienne były procedury ubezpieczania i wyliczania odszkodowań i z wyjątkiem statków żeglugi śródlądowej, którymi też się zajmowałam, ubezpieczenie prywatnego samolotu na moim szczeblu decyzyjnym, ani nawet mojej dyrektorki, nie było możliwe. Ba, nawet oddział wojewódzki – nasza jednostka nadrzędna, nie był w stanie nic na to poradzić. Na ich polecenie klient został odesłany do centrali, która jako jedyna miała uprawnienia załatwiania spraw nietypowych. Wytłumaczyłam to pilotowi i wysłałam do centrali, niedaleko, bo jeden przystanek autobusowy. Wydawało się, że zrozumiał i pożegnaliśmy się z nim zupełnie bez żadnych starć.

         Nie mam pojęcia, co zaszło w centrali, choć domyślam się na kogo tam trafił. Pani ta pracowała kilkanaście lat i była do tego czasu świetnym fachowcem. Później została przysłana, a raczej zesłana do mojego wydziału jako szeregowy pracownik, ponieważ zbyt często rozpoczynała dzień od koniaczku. Po kilku dniach pracy urządziła po pijaku awanturę klientowi i została zwolniona. Nie uważała się za alkoholiczkę, ponieważ nie piła wódki, tylko koniak.

         Tak czy inaczej całe odium spadło na mnie, jako urzędniczkę idiotkę, która nie dość, że nie potrafiła załatwić sprawy, to była jeszcze wobec klienta arogancka i niekompetentna. Przepraszano mnie bardzo na najwyższych szczeblach, ale sprostowania do telewizji nikt nie posłał, ponieważ nie wypadało, aby skompromitował się pracownik centrali; lepiej było, gdy opinia pogrążyła biurwy z inspektoratu.

         W następnym odcinku zamieszczę opis sposobu liczenia, jaki stosowałyśmy, a właściwie raczej sposób nauczania pracownic dokonywania obliczeń, swoistego rodzaju arytmetyki – ciekawy historycznie, dla porównania z dzisiejszymi metodami i oceny, jak bardzo w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat wszystko całkowicie odmieniło się. Ja przeżyłam już jeden skok – od liczydeł, na których uczyłam się, gdy zaczynałam pracę w początku lat sześćdziesiątych, poprzez sumatory, do obsługi komputera, której nauczyłam się tuż przed emeryturą (przy czym oczywiście te pierwsze komputery to także już historia). W PZU jedyną maszynę liczącą, czterodziałaniówkę, miałam ja, pozostałe pracownice miały sumatory, wielkie i głośne potwory elektryczne, ale działające poprzez mechaniczne obroty trybów. Każda miała na biurku swój wewnętrzny telefon. Przy dwudziestu pracownicach, głośnych maszynach liczących i piszących (jeszcze mechanicznych, nie elektrycznych) harmider był niesamowity, zwłaszcza, że osoba odbierająca telefon nastawiała go na głośne mówienie. Potrzebne to było, ponieważ przy dużej rotacji pracownic nie wszystkie opanowały dobrze niuanse likwidacji szkód i wówczas koleżanki dłużej pracujące podpowiadały, co powiedzieć klientom. W ogóle atmosfera była jak w szkole – ciągle czegoś trzeba było kogoś uczyć, coś w międzyczasie sprawdzać, poprawiać, podpowiadać, ale i było miejsce na żarty i wygłupy. Byłyśmy bardzo zgranym zespołem i szkoda było mi go opuszczać, ale zrobiłam to dla wysokiej odprawy, wykorzystując zwolnienia grupowe. Właśnie umierała moja mama i kilkugodzinna praca opiekunki w ciągu pół roku wpędziła mnie w ogromne długi, które dzięki odprawie pospłacałam.

         Niemniej pomijając ten młyn, w którym żyłam, bardzo dobrze wspominam swoją pracę w tamtym czasie. W przeciwieństwie do wielu dzisiejszych korporacji, atmosfera była sprzyjająca zgranym zespołom. Czasami czułam się jak dyrygent na koncercie, odczytujący każde drgnienie instrumentów członków orkiestry, korygujący je, czego rezultatem był perfekcyjnie brzmiący koncert. Zaliczyłam jeszcze dwie firmy ubezpieczeniowe i mimo awansu formalnego i finansowego nic nie było już takie przyjazne jak przedtem.


Korekta przez: Radek Ziemic (2015-09-21)



« Kobieta w delegacji – lata 60-te Czysta gwiazdka »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)