zdjęcie Autora

22 maja 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Biznesmeni od akwarium

Kategoria: Twórczość

« Graciarnie Europy (4) praca - czyli prowadź przez życie taczki swoje Graciarnie Europy (5) Buty »

       W poprzednim odcinku wyraziłam niezbyt życzliwy pogląd na temat właścicieli małych firemek i ich tendencji do przedkładania własnej satysfakcji z posiadania firmy nad realne zyski z działalności. Uzasadnieniem jest obserwacja ich stosunku do pracowników.

         Zacznę od anegdoty. W 1997 roku, gdy po wypadku utrzymywałam się z nędznej renty inwalidzkiej wynoszącej trzysta z czymś złotych, a mąż pracował za granicą, skąd nie był możliwy transfer jego zarobków, podjęłam się prowadzenia księgowości takiej niewielkiej firmy, której właściciele za bezcen wykupili od likwidowanych zakładów państwowych baraki i maszyny; wydzierżawili specjalistyczne środki transportu i tłukli jeden produkt budowlany, korzystając z zamówień swojego poprzedniego pracodawcy. Byli to przedsiębiorcy typu nazywanego w tamtych czasach „biznesmeni w białych skarpetkach”. Księgowałam ręcznie, w tzw. książce przychodów i rozchodów, bo nie miałam ani komputera ani stosownego programu, pracowałam w domu i tylko raz na tydzień pojawiałam się w firmie przynosząc wykonaną pracę i zabierając nową porcję.

         Pierwszą własną inwestycją owych biznesmenów był zakup ogromnego akwarium z pływającymi rybkami, a pierwszym przykazaniem każdego pracownika firmy troska o to, by niczym o to cudo nie zaczepiono, nie potrącono go, nagłym rozbłyskiem światła nie przestraszono rybek.

         Akwarium stało w przejściu, ponieważ firma mieściła się w barakach, gdzie pokoje, łącznie z gabinetami właścicieli-prezesów były maleńkimi klitkami i stąd pochodziły wszelkie, grożące mu niebezpieczeństwa. Wszak podłoga z płyt pilśniowych ugina się, a lud roboczy chodzi ciężko tupiąc buciorami; nosi ze sobą jakieś narzędzia i ogólnie rzecz biorąc jest toporny.

         Z późniejszych opowiadań, a może i plotek wiem, że koniec akwarium był inny, choć niemniej żałosny, mianowicie podczas jakiejś imprezy ktoś z zaprzyjaźnionego z właścicielami biznesu (a może konkurencji) postanowił poczęstować rybki alkoholem...

         Moja umowa z firmą miała zakończyć się z końcem pewnego miesiąca, gdy jej obroty tak bardzo wzrosły, że musiała przejść z księgi przychodów i rozchodów na profesjonalną księgowość i zatrudnić księgowego z uprawnieniami.

         W ostatnim dniu pracy zjawiłam się w gabinecie prezesa z dokumentami, gdzie poznałam nowego księgowego. Prezes postawił nam kawę, co w owym czasie nie było taką oczywistością jak dziś, zawołał jakiegoś pracownika i wysłał go do dość odległej kwiaciarni po zakupienie bukietu pożegnalnego dla pani Kasi. Wówczas nowy księgowy zauważył, że powinnam być zatrudniona jeszcze przez miesiąc po to, by płynnie przejść z jednego systemu księgowania na drugi, uzgodnić dokumenty i sporządzić wyjściowe zestawienia konieczne z jego punktu widzenia.

         Prezes zgodził się z nim i szybciutko zawołał z powrotem pracownika wysłanego po kwiaty oświadczając mu: to już nieaktualne z tym bukietem, proszę pieniądze z powrotem oddać pani sekretarce.

         Pracowałam jeszcze miesiąc, ale pożegnalnego bukietu już nie otrzymałam — wszak prezesa niespodziewanie kosztowałam jeszcze jednomiesięczną pensję.

         W tej i w kilku innych małych firemkach, w których podejmowałam pracę po wypadku i w jakich pracował mój mąż po powrocie zza granicy, obserwowałam ich właścicieli i nie dziwiłam się, gdy firmy te po kilku miesiącach upadały. Ich właściciele chcieli być carem i bogiem dla swoich pracowników, regulować najdrobniejsze ich posunięcia zawodowe i prywatne lekceważąc zdrowy rozsądek w zarządzaniu. Wydawało się, że tym, co ich napędza jest nieposkromiona żądza pokazania, „kto tu rządzi”. Chlubili się wręcz tym, że „w mojej firmie kierownik administracyjny może najwyżej decydować o kolorze zakupionego papieru toaletowego”.

Na koniec w jednym przypadku okazało się, że gdy zatrudniona jako dziennikarz nowo powstałego, ponoć profesjonalnego ubezpieczeniowego pisma, zgłosiłam się po swoją pensję, firma rozwiała się, choć jeszcze poprzedniego dnia istniała i poszukiwała nowych pracowników.

         Wszyscy ci właściciele zaczynali od zakupu drogich samochodów i dywanów do gabinetów o podłogach z płyt paździerzowych (często mieszczących się w baraczkach albo kontenerach). Firmom swoim nadawali pretensjonalne nazwy zaczynające się często od ich imienia, a kończące się na –ex, w rodzaju „Tadex”, „Rysieks”, „Marex” lub utworzone od imion żon wspólników np. „Kabar”. Żądali czołobitności i wręcz pańszczyźnianego podporządkowania, powołując się na to, że przyszły nowe czasy i należy wychować personel wedle światowych reguł (o których zresztą nie mieli bladego pojęcia). Od pracowników – kobiet wymagali określonego rodzaju strojów, oczywiście na ich prywatny koszt. Nosili w kieszeniach grube zwitki pieniędzy, choć oczywiście mieli konta firmowe i własne. Zabraniali stawiania na biurkach szklanek z kawą czy herbatą i popijania jej w czasie pracy – picie i jedzenie miało się odbywać w wyznaczonych miejscach. W jednej z firm był to przedsionek ubikacji, gdzie znajdowały się umywalki i pod oknem wstawiono stolik, żeby można było zjeść drugie śniadanie. Tam, gdzie kupowano mikrofalówki lub ekspresy do kawy ustalano bzdurne regulaminy ich używania, jak np. zakaz podgrzewania potraw zakupionych gdzieś „na wynos”, np. w barze „u Chińczyka”. Podejrzewam, że właściciel firemki traktował takie podgrzewanie jako nienależne świadczenie na rzecz owego baru, a nie swojego pracownika.

         Były to zwyczaje zaczerpnięte z radzieckiego modelu, choć bossowie nie zdawali sobie z tego sprawy, ponieważ zazwyczaj prezentowali prawicowy model przekonań. Do dziś pamiętam jak na rejsie radzieckim statkiem wycieczkowym po Morzu Czarnym kapitan wymagał od lekarza codziennego przynajmniej dwugodzinnego polerowania mosiężnych barierek stosowną pastą. Gabinet lekarski porządkowały i układały opatrunki w godzinach porannych barmanki. I tak dalej. Tak jak bossowi od zakazu picia herbaty czy kawy przy biurku zależało na tym, by nikt nie powiedział, że jego pracownicy „nic nie robią tylko popijają kawkę” tak panu kapitanowi na pokazaniu, że socjalizm oznacza równość i nikt wywyższony nad innych nie będzie. Możliwe, że komuniści z kolei ukradli tę ideę z Nowego Testamentu, którym przecież się brzydzili, jako „opium dla mas”.

         Jednak zapędzanie się w ideologiczne uzasadnienia niosą zawsze ze sobą śmieszność. Po latach powstają z tego kultowe komediowe filmy, choć żyjącym w przedmiotowych czasach wcale do śmiechu nie było.

         Ale zboczyłam z tematu. Chciałam zrozumieć, dlaczego u biznesmenów w białych skarpetkach właśnie akwaria z rybkami budziły tak częste pożądanie i skąd brał się wyścig w ich wielkości, bajerach oprzyrządowania oraz cenie rybek. Pomyślałam, że ludzie lubią się pochwalić posiadaniem czegoś, co się rusza, ale nie wymaga specjalnej opieki. (do dziś przetrwało zamiłowanie niektórych mentalnych „białoskarpetkowców” np. do drogich zegarków — chodzą, błyszczą, kosztują, ale nie trzeba ich karmić).

         Pewnego razu mój mąż przywiózł mi z ówczesnego ZSRR dziwną lampę. Miała kształt wysokiego szklanego walca wypełnionego w środku przezroczystym płynem. W płynie tym poruszały się wędrując w górę wielkie białe kule o rozmaitej wielkości, niektóre wydłużone lub powstałe z połączenia dwóch, przewężone w środku. Kule, które dotarły na górę walca spychały w dół poprzedników zapewniając stałą cyrkulację i zmianę kształtu w podświetlonym płynie. Takie „bąble poświaty”.

         Mogłam godzinami przyglądać się wędrówce tych kul. Bardzo mnie uspokajały, szczególnie przed snem. Inna wersja takiej lampy to były błyszczące skrawki w rozmaitych barwach, także cyrkulujące w miarę rozgrzewania lampy. Ale te nie wywoływały takiego wrażenia i sprzedaliśmy ją jakiejś restauracji.

         Zrozumiałam więc, że widok akwarium z pływającymi rybkami także uspokaja, jednak w tym celu powinno stać na widoku właściciela, a nie w przejściu. Cóż! Chęć pochwalenia się czymś czasami zaprzecza logice posiadania tego czegoś, podobnie jak latami trzymany w garażu drogi samochód, którym się nie jeździ albo piękny naszyjnik, którego się nie nosi z obawy przed napadem. Świadomość posiadania ma zastąpić wszelkie inne pożądane korzyści dostępne wówczas, gdyby posiadanemu przedmiotowi zapewnić kilka dodatkowych (czasami kosztownych) warunków.

         Co więc uspokoiłoby znerwicowanych biznesmenów i utwierdziłoby w stałości posiadanej przewagi nad resztą otoczenia? Powinno się ruszać, chociaż nie koniecznie być żywe (wypasiony wóz, piękna asystentka, drogie gadżety). Nie wymagać żadnych starań i opieki. Błyszczeć, przyciągać uwagę i nie mieć konkretnego zastosowania.

         Dlatego nieco bardziej wypasione odpowiedniki owej lampy przywiezionej przez mojego męża z b. ZSRR, kosztującej tam niewiele widuje się czasem w sklepach w cenach od kilku tysięcy złotych wzwyż. Jedyna istotna różnica polega na tym, że uruchamia się je za pomocą pilota, w czym mają oczywistą przewagę nad akwarium.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Graciarnie Europy (4) praca - czyli prowadź przez życie taczki swoje Graciarnie Europy (5) Buty »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)