zdjęcie Autora

23 marca 2011

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Elita (odcinków: 6)

Blef założycielski

Kategoria: Pytania i granice

« Nasze podwórko

Termin „blef założycielski” znam od Dariusza Misiuny. Termin genialny – i jak się wydaje, jest oryginalnym dziełem Przyjaciela mojego i Taraki. Równoległy do „mitu założycielskiego” i „mordu założycielskiego”. Przykłady: Gurdżijew, który swoje nauki podpierał opowieścią o swojej podróży do tajemniczego klasztoru w Pamirze. Zakon Złotej Zorzy (Brzasku lub t.p., Golden Dawn), który wywodził swoje nauki od sfingowanego Szyfrowanego Rękopisu. Czy przykład nr 1 na liście, Carlos Castaneda ze swoim powieściowym bohaterem „z plemienia Yaqui”, co do którego utrzymywał, że jest realnym człowiekiem i jego, Castanedy, nauczycielem.

Blef, to w istocie kłamstwo, więc czynność obrzydliwa, więc niby po co ozdobnym słowem maskować obrzydliwość. Ale z drugiej strony, jak się przyjrzeć, co więcej mogłoby zostać uznane za kłamstwo, to purystyczne rozumienie kłamstwa i prawdy może przerazić. Kłamstwem okażą się przygody Zagłoby (który nie istniał) i Wołodyjowskiego (który istniał, ale był mało podobny do sienkiewiczowskiego bohatera). Kłamstwem będzie mapa! – Bo nie jest prawdą, czyli tym terenem, który przedstawia, a w terenie nie ma tych kolorowych linii, które są na mapie, tylko pasy szarego asfaltu. Kłamstwem są pieniądze, bo nie są dobrami, które można zjeść lub się nimi okryć przed chłodem. (Z tego powodu z pieniądzem socjaliści walczą wciąż, coraz zacieklej.) Ale, za daleko zaprowadziłyby nas rozważania o symulakrach.

Na założycielskie blefy wolno patrzeć jak na przebierankę, jak na karnawałowy bal maskowy... Świat wesołych przebierańców z pewnością jest przyjemniejszy niż świat szaroponurych robociarzy borykających się z twardą ciężką prawdą materii. Problem ten, że wyznawcy dróg ufundowanych na blefach bywają śmiertelnie poważni.

Jest takie zjawisko: jak przy wejściu do kościoła wykonuje się pewien gest dłonią zanurzoną w wodzie, przy wejściu na żydowski cmentarz zakłada się czapkę, a przy wejściu do gompy robi pokłon czołem dotykając ziemi, tak przy akcesie do pewnych grup trzeba sobie coś przekręcić w umyśle – złamać pewien bezpiecznik w swojej logicznej aparaturze. Złamać bezpiecznik w umyśle! Żeby dołączyć do katolików, trzeba zaakceptować, że Maryja, jeszcze kiedy była ziemską kobietą, urodziła dziecko nie przestając być dziewicą. (Właściwie, jak?) Żeby dołączyć do pewnej religijnej grupy hinduskiego pochodzenia, trzeba zaakceptować cud chyba poważniejszy: że ich guru nie urodził się wcale, tylko jako gotowy młodzieniec, „optycznie” około dwudziestoletni, zmaterializował się w himalajskiej jaskini. To złamanie bezpiecznika, pozwolenie na to, że świat, jak go widzę i pojmuję, jest normalny prócz paru niedorzeczności, bywa biletem wstępu do niektórych grup religijnych lub para-religijnych.

Są więc grupy oparte na weryfikacji, na dociekaniu prawdy, i grupy oparte na złamaniu bezpiecznika. Sądzę, że między nimi jest przepaść. Złamany bezpiecznik to inaczej tabu. Coś, czego ruszać nie wolno. Tam, gdzie są treści których ruszać nie wolno, zaczyna się fundamentalizm; to zresztą jego definicja. (W astrologii powyższej różnicy odpowiada różnica między sektorem południowo-wschodnim kosmogramu, z domem Jedenastym w środku, a sektorem południowo-zachodnim z domem Ósmym w środku.) Niestety, z powyższych równań wynika, że Gurdżijew, Castaneda, Ichazo czy Samuel Liddell MacGregor Mathers, budowali fundamentalizmy: małe i zwykle nieudane, ale jednak.

Ezoteryka, w niej astrologia i neo-szamanizm, jest (niestety) konglomeratem małych fundamentalizmów; co z tego wynika, chcę w kolejnych odcinkach rozwinąć.

Z drugiej strony kariera książek Castanedy o Juanie Matusie, czy obecna furora książek Władimira Megre o Anastazji, czy produkcje channellingowe – mają u podstaw znużenie literaturą, owo ubolewanie „błazen tylko, tylko poeta” któremu dawał wyraz Nietzsche. Literatura jako miejsce, gdzie fikcja uwolniona jest od obowiązku wierzenia w nią, rozwinęła się (w tym aspekcie) jednocześnie z ekspansją nauki bezwzględnie dociekającej prawdy. Ciekawe, że też jakoś równocześnie nastąpiło pęknięcie w jednej i drugiej: w latach z mniej więcej 1980 rokiem w środku postmodernizm ze swoim kulturowym relatywizmem uczynił pęknięcie w gmachu nauki, i w tych samych latach dała się odczuć i powiększać nieufność wobec literatury jako fikcji; zaczęły furorę robić dzieła literackie podawane przez ich autorów za prawdę, za relację z faktycznych wydarzeń. (C.d. jak zwykle n.)

Elita: wstęp na końcu

Elity, twórcy, intelektualiści, wiedza tajemna: rozważania o powyższych rzeczach w odcinkach.


« Nasze podwórko

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)