Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 października 2004

Wojciech Jóźwiak

Bogowie dawnych Polaków
Łukasz z Koźmina w kazaniach z ok. 1410r zdradza imiona pogańskich polskich bogów

Kim byli dawni bogowie naszych przodków? Jakimi obrzędami ich czczono? Jakie składano im ofiary? Jakie śpiewano im pieśni? A przynajmniej, jakie były ich imiona?

Minęło ponad czterysta lat od przyjęcia chrześcijaństwa przez polskich książąt. Był początek XV wieku. Na krakowskim tronie zasiadał Litwin Jagiełło. Niedawno pobiliśmy Krzyżaków. W latach 1411-12 rektorem Akademii Krakowskiej był magister Łukasz z Koźmina, wykształcony w Pradze teolog, późniejszy obrońca religijnego reformatora Jana Husa. Spisał on swoje niedzielne kazania, a w jednym z nich - wygłoszonym na Zielone Świątki - surowo pouczał tych, którzy:

mówią rzeczy bezbożne w tańcach lub gdzie indziej na widowiskach, rozważają w sercu rzeczy nieczyste, wykrzykują i wymieniają imiona bożków...

I dalej:

Albowiem nie wolno dopuszczać do uszu swobodnie tych świąt, które niestety obchodzą wedle tego, co pozostało z obrządków przeklętych pogan, jakimi byli nasi przodkowie...

Niebywałej rzeczy dowiadujemy się z tego pełnego oburzenia kazania! Oto okazuje się, że w czasach bitwy grunwaldzkiej, kiedy rycerstwo idąc w bój śpiewało pobożną "Bogurodzicę", lud w Krakowie lub może raczej w pobliskich wioskach świętował Zielone Świątki po swojemu, urządzając pieśni, tańce i widowiska, których pogańska treść raziła oczy i uszy uczonych teologów. A przecież od chrztu Polski minęło wtedy już 445 lat! Więcej lat niż nas dzieli od Unii Lubelskiej - otchłań czasu... A imiona starych bogów wciąż pamiętano.

Dalszy ciąg kazania rektora Łukasza z Koźmina jest jeszcze ciekawszy:

Albowiem na tym święcie swobodnie stawały się nieprzyzwoite obnażenia i inne obrzydliwości...

- które kaznodzieja przyrównuje do praktyk w Sodomie i Gomorze. A więc można się domyślać, że stare pogańskie Zielone Świątki były świętem płodnościowym, chwalącym seks i zapewne zachował się w nich ich dawny orgiastyczny charakter. Gdyż to było tak, że kościelne święto zesłania Ducha Świętego w 7 tygodni po Wielkiejnocy lud polski "przechwycił" i w jego czasie obchodził swoje stare, pogańskie wiosenne święto zmarłych przodków i dobroczynnej, płodnej siły przyrody i ziemi. To się zawsze łączyło w jeden zespół: zmarli przodkowie, płodność, seks i żyzność ziemi. I taki był sens pogańskich Zielonych Świąt.

Łukasz z Koźmina pisze dalej, oczywiście, jak przystało uczonemu i duchownemu, po łacinie:

Albowiem nie zbawia się człowiek w imię Łado, Jassa, Kwija [Quia], Nija, tylko w imię Jezusa Chrystusa. ... Nie Łada, nie Jassa, nie Nija, które są skądinąd imionami bożków tu w Polsce czczonych...

I tak, przy okazji gromienia "wszetecznych pogan" krakowski teolog wygadał imiona ich bóstw! Dwa pokolenia młodszy od niego historyk Jan Długosz wykorzystał jego kazania - oraz zapewne inne źródła pisane i ustne - i w swych "Rocznikach czyli kronice Królestwa Polskiego" napisał tak:

Wiadomo też o Polakach, że od początku swego rodu byli bałwochwalcami oraz że wierzyli i czcili mnóstwo bogów i bogiń, mianowicie Jowisza, Marsa, Wenerę, Plutona, Dianę i Cererę... Jowisza zaś nazywali w swoim języku Jessą... Marsa nazywali Ładą... Wenerę ... Dzidzilelą... Plutona... Niją.

Dalej Długosz wymienia jeszcze boginie Pogodę, Żywię, Dziewanę i Marzanę.

Była już wtedy nowa epoka, początki Renesansu. Do Polski z Włoch szła moda na starożytność rzymska i grecką, czytano pogańskich przecież greckich filozofów, uczono się o dawnych bogach od Homera i Hezjoda. Polska nie mogła być gorsza od Italii i Grecji - też wypadało, by miała własne stare bóstwa.

Ich imiona zachowały się jednak tylko w postaci przeinaczonej i nie zawsze wiarygodnej. Łukasz z Koźmina, Długosz i jeszcze kilku innych autorów zapisali je tak jak słyszeli - bo imiona te przetrwały tylko w ułamkach obrzędowych pieśni, nie używane już w zwyczajnej mowie. Nie wiadomo było, który to przypadek: czy mianownik, dopełniacz, wołacz. Do imion przyklejały się spójniki - zapisano np. "Alado" zamiast "Łado". Nie wiadomo też, czy np. "Jesze" to prawdziwe imię czy tylko zastępujące je zawołanie, albo czy "Dzidzilela" to jedno imię czy dwa sklejone, bo pojawia się też imię "Leli" - od którego później urobiono dwójkę bóstw, "Lela i Polela". Nie było też wiadomo, jak łacińskimi literami zapisywać dźwięki polskiej mowy.

Wydaje się dziś, przy całej obecnej wiedzy o dawnych bogach, że faktycznie Jesze lub Jesza był najwyższym bogiem, dawcą pomyślności (jak rzymski Jowisz), a jego pełne, prawdziwe imię brzmiało Dadźbóg. Łada raczej była boginią-matką, patronką małżeństw i płodności, choć nie da się wykluczyć, że miała swego męskiego odpowiednika o podobnym imieniu. Nija lub Nyja - to jest całkiem pewne - był bogiem zmarłych, przodków, i słusznie Długosz skojarzył go z podobnym rzymskim bóstwem Plutonem. Imię "Quia" czyli po polsku Kij, oznaczało zapewne mitycznego bohatera-kowala, który pokonał smoka. Być może - choć nie ma tego w średniowiecznych zapiskach - czczono też w Polsce boga nieba, burzy i piorunów, czyli Peruna, którego imię znamy z kronik staroruskich.

 

Na tym kończy się mój felieton dla "Gwiazdy Mówią". Całą historie o imionach polskich bogów wziąłem z książki Leszka Kolankiewicza pt. "Dziady teatr święta zmarłych" (wyd. "Słowo Obraz Terytoria" Gdańsk 1999). Stamtąd też cytaty z kazań Łukasza z Koźmina i z "Dziejów Polski" Długosza. Fragmentów kazań Łukasza z Koźmina jest u Kolankiewicza więcej i są, prócz polskiego przekładu, w łacińskim oryginale. (Kolankiewicz sprawie polskich bogów poświęca w swojej książce poświęca 52 strony.) Leszek Kolankiewicz pisze też, że kazania Łukasza z Koźmina odkryte zostały całkiem niedawno:

Odkrycia tego dokonała, badając rękopisy Biblioteki Jagiellońskiej (rkps BJ 1446), Maria Kowalczykówna, która przytoczone fragmenty opublikowała w 1979 roku. Jednak odkrycie to nie zostało zauważone: nie wspomina o nim ani Aleksander Gieysztor w "Mitologii Słowian" z 1982 roku, ani nawet Stanisław Urbańczyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w "Dawnych Słowianach" z 1991 roku wyraża przecież swoje uznanie dla odkrywczości Kowalczykówny.

Pod koniec ubiegłego roku została wydana książka Andrzeja Szyjewskiego pt. "Religia Słowian" (wyd. WAM, Kraków 2003) i tam także nie ma nic o rękopisie Łukasza z Koźmina. Dziwne.

 

W dawnym (aż do chińskiego podboju) Tybecie, zwłaszcza w buddyjskiej szkole Ningma - "starożytnej" - istniała rozbudowana praktyka odnajdywania ukrytych ksiąg. Nazywano je terma czyli "skarby" i wierzono, że pierwszy, nadludzkimi mocami obdarzony buddyjski oświeciciel Tybetu Padmasambhawa, dla potomności ukrył w ziemi, skałach, jaskiniach, murach i posągach tej ziemi masę świętych ksiąg, zawierających instrukcje do religijnych praktyk. Ukrył je także na dnie jezior i - co najciekawsze - w umysłach swoich przyszłych wyznawców: tak, aby ci, kiedy przyjdzie czas, je sobie przypomnieli. I tak było. Kazania Łukasza z Koźmina wydają się czymś w rodzaju takiej termy, ukrytego świadectwa dawnej polskiej religii. Może ktoś kiedyś pójdzie dalej tym śladem.

Wojciech Jóźwiak

12 sierpnia - 4 października 2004


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)