Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 września 2018

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 168)

Bregmana: Co z tymi klasami?


« Anny Gierlińskiej: cztery wizje świata i cztery fazy Grofa Witkowskiego w Krytyce Politycznej: donos na pogan »

Czytam Rutgera BregmanaUtopia dla realistów”. Tak, tego, który propaguje bezwarunkowy dochód podstawowy, czyli rozdawanie pieniędzy za nic, i nieograniczoną wolną emigrację i imigrację dla wszystkich chętnych. Ale ponieważ ten cykl „Czytanie” nie streszcza książek, tylko jest o skojarzeniach, często odległych, jakie mi przyszły do głowy przy czytaniu, to będzie tu właśnie takie odległe skojarzenie.

Co z klasami? Kiedyś uczono o podziale na klasy robotników i kapitalistów, antagonistyczne, bo obie mające przeciwstawne interesy, bo co kapitalista zyskiwał, to robotnikowi zabierał. Ale bliżej naszych czasów opozycja pomiędzy pierwszymi a drugimi się zatarła – opozycja zarówno polityczna jak i pojęciowa. Stało się tak, ponieważ okazało się, że jedni i drudzy mają wspólnego wroga-antagonistę. Oraz, że coś ich łączy: łączy ich to, że działają na rynku, żyją z rynku. Mają i mieć mogą tylko to, co sprzedadzą innym, a więc poddają się twardemu i bezwzględnemu testowi podobania się klientom. A właściwiej mówiąc, nie oni, ale ich produkty – w tym jakość pracy, kwalifikacje, w przypadku najemnego pracownika, którego lepiej tak nazywać niż „robotnikiem” – są przez nich poddawane bezwzględnym testom rynku. Życie z rynku obie te klasy zlewa w jedną. Kto zaś ich antagonistą? – Państwo. Bo o ile rynek ma naturę Wenus i dzieje się na nim wymiana, do której chętne są obie jej strony, sprzedający i kupujący, o tyle państwo ma wojenną naturę Marsa, gdzie do działania, podobnie jak do wojny, wystarcza chęć i interes tylko jednej strony, tej, która napada. Państwo jest takim marsowym aktorem, który sam zabiera, nie pytając rabowanego o zgodę. Państwo działa poza rynkową wymianą, łupiąc rynkowców. Z takiego punktu widzenia, społeczeństwo dzieli się znów na dwie klasy, oczywiście antagonistyczne: na tych, którzy żyją z rynku, więc pospołu właścicieli kapitału i ich najemnych pracowników, oraz na tych, których karmi państwo, środkami skonfiskowanymi rynkowcom. Więc państwowcy naprzeciw rynkowcom. Państwowcy prowadzą grę w utrzymanie rynku (i klasy rynkowców) ledwie powyżej punktu zdechnięcia lub zagłodzenia, po angielsku nazywałoby to się zapewne starvation point: chodzi o taki poziom podatków i innych przymusowych danin, który ledwie zostawia obywatelom rynku środki na jakie-takie przetrwanie.

Powyższy obraz kiedyś mi się spodobał i właściwie, podoba mi się dziś. Ale dawniej siebie identyfikowałem jako człowieka rynku, czyli kogoś, kto spędza życie główkując, co by tu wyprodukować i sprzedać; który ewentualnie może też sprzedawać komuś swoją pracę.

Jednak w ostatnich latach lub miesiącach zbierały mi się wątpliwości co do tego modelu. Coraz bardziej widzę, że do rynku jeśli należę, to tylko w jakimś ułamku, fragmentarycznie. Że nie jestem rozsiadły w nim jak w fotelu, lecz raczej przycupam na nim jakby kawałkiem pośladka na chwiejnym zydlu.

Nie jestem człowiekiem rynku, przynajmniej zasadniczo, w swojej głównej masie. Owszem, usiłuję, od dziesięcioleci, jakoś na ten rynek się dostać i coś na nim sprzedać, ale ta działalność nie jest moim głównym wektorem. Gdybym był rynkowcem, nastawiłbym się na robienie rzeczy, które inni kupią i zapłacą, i żeby to mnie jak najmniej kosztowało. Nie produkowałbym takiej masy czegoś niesprzedawalnego, jak 16698243 znaków/bajtów tekstów w Tarace – co przed chwilą przy pomocy bazy danych zsumowałem. To jest równe 10 436 stronom licząc po 1600 znaków na stronę, albo ok. 35 tomom książkowym licząc po 300 stron na tom. Tej biblioteki nie sprzedaję, przeciwnie, dopłacam do niej: niewiele wprawdzie, ale jednak. Więc moja motywacja nie jest rynkowa.

Skoro nie jestem rynkowcem, to do czego/kogo można porównać mnie i moje zajęcia? Przychodzą mi na myśl kobiety z tradycyjnych wsi, które malowały ściany domów we wzory. W Rumunii podobno robią to wciąż. W tamtej książce Rutger Bregman potrąca ten wątek. Że istnieją w społeczeństwach masy pracy, zajęć, krzątaniny, które ani nie wypływają na rynek – nie są przedmiotem sprzedaży i nikt za nie nie płaci, ani nie są wliczane przez statystyków do PKB lub innych wskaźników dobrobytu czy gospodarczej aktywności. Inaczej niż szara strefa, którą jednak próbuje się wliczyć.

Podsumujmy. (Tzn. ja sumuję, Czytelnik uważa.) Kiedyś była nieopłacana służba-niewolnicy, z pracy których żyli ich właściciele-arystokraci. Potem byli niedopłaceni chłopi, od których właściciele ziemi-szlachta pobierali rentę gruntową. W kolejnej epoce byli najemni pracownicy pracujący narzędziami i w zakładach należących do właścicieli kapitału, którzy przy pomocy różnych tricków płacili tamtym mniej, niż tamci wytwarzali wartości, i z tej nadwyżki zwrotu z kapitału nad ceną pracy, żyli. Potem 60% obrotu konfiskowało państwo, przez co jego utrzymankowie mogli całkiem dobrze żyć, w większości będąc zbędni bądź szkodliwi dla rynkowych wytwórców, pospołu kapitalistów i najemników, wartości wytworzone przez których sobie przywłaszczali.

Być może – bo pewien nie jestem – teraz już nadeszła lub zaraz nadejdzie faza, w której okaże się, że wszyscy ci, którym jest płacone, zarówno rynkowcy jak i państwowcy, są na utrzymaniu niewidzialnej części – czyli tej pracy i innej aktywności, która ani nie należy do rynku, ani nie jest zauważana przez ekonomistów i wliczana do statystyk. Oraz ludzi, którzy tą niewidzialną działalnością się zajmują.

Czy tylko ludzi? Bo wydaje mi się, że do tej niewidzialnej części należę, ja jako publicysta-amator, badacz-amator i programista-amator, razem z takimi bytami, jak tlen w powietrzu, drzewa w lesie, jak kobiety rodzące i rodzice wychowujący dzieci, jak tradycja i przyroda. Wszystkich nas łączy to, że jesteśmy poza rynkiem i poza państwem-fiskusem.

Być może to wyjaśnia, że więcej solidarności czuję z przyrodą, niż z tymi bądź innymi opcjami politycznymi.

Rutger Bregman
Rutger Bregman, z www.weforum.org

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« Anny Gierlińskiej: cztery wizje świata i cztery fazy Grofa Witkowskiego w Krytyce Politycznej: donos na pogan »

komentarze

1. > są na utrzymaniu niewidzialnej części • autor: Nierozpoznany#2082018-09-24 13:00:48

Oczywiście, z tym, że ta część jest tak rozległa i nieostra, że trudno ją zdefiniować.
Zawsze zachwycała mnie płytkość myślenia zwolenników teorii win/win, że niby wolny rynek w swojej idealnej postaci jest grą o sumie niezerowej. Nie zauważają właśnie tej "ciemnej materii". Stolarz robi krzesło, klient je kupuje i obaj są zadowoleni - gdzie jest minus? Drzewo jest na minusie, nawet jeśli jest czyjąś własnością (czy w ogóle można mieć życie na własność? Itd, itp.)
Takie sytuacje są normą, ale ludzie tkwią jeszcze w XIX wieku ideologicznie i tego nie widzą, bo ideologia im zasłania : )
[foto]

2. Wyjaśniam: mowa jest o typach idealnych • autor: Wojciech Jóźwiak2018-09-25 16:46:31

Napisałem w tekście, że "rynek  jest z Wenus" (bo polega na zgodzie obu stron, sprzedającej i kupującej), zaś "państwo jest z Marsa" (bo wprawdzie coś nam "sprzedaje", np. ochronę wojskową, uczenie dzieci lub ubezpieczenie na chorobę lub starość, ale nie pyta kupujących o zdanie ani nie daje im wyboru).
To są oczywiście tzw. typy idealne, których nie obala to, że niekiedy rynkowy sprzedawca wciska kupującemu coś, czego ów nie potrzebuje, lub państwo jako właściciel "spółek skarbu państwa" musi kierować się w jakimś stopniu potrzebami kupujących. W świetle powyższego dyskusję nad technicznymi szczegółami odnośnie firmy "LOT" uznałem za zbędną i zasugerowałem jej usunięcie.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)