Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 stycznia 2001

Wojciech Jóźwiak

Buddyzm a szamanizm
Różnice miedzy dwiema ścieżkami duchowymi, ich podobieństwa i dopełnienia

Kategoria: Nowy szamanizm
Tematy/tagi: buddyzmszamanizm

W artykule Komuny i sekty stwierdziłem, że "Buddyzm ma do świata stosunek czysto techniczny", podczas gdy: "szamanizm jest wielkim otwarciem się na świat zewnętrzny"; ale także, dodałem: "buddyzm i szamanizm sobie nie przeczą. Dopełniają się." Pociągnę ten wątek dalej.

Kiedy mowa o buddyzmie i szamanizmie, spotykają się dwie bardzo nierówne strony. Buddyzm jest prastarą religią, oparta na Wielkim Oświeceniu Buddy Śakjamuniego i na duchowych urzeczywistnieniach tysięcy jego naśladowców, wśród których byli mahasiddhowie tacy jak Padmasambhawa, Milarepa czy Bodhidharma, o których powiada się, że dalece przekroczyli zwykłe ludzkie uwarunkowania. Buddyzm ma fundamenty w postaci świętych pism, subtelnej filozofii, instytucji klasztornych i nauczających, ma zaufanie milionów wyznawców, ma też wypracowane od wieków ścieżki czyli metody dochodzenia do Celu, potocznie zwanego Oświeceniem lub Nirwaną.

Mówiąc o szamanizmie, trzeba odróżnić dwie rzeczy, nazywane tą nazwą. Pierwszą jest tradycyjny szamanizm pewnych ludów pozaeuropejskich, polegający na tym, że istnieją i działają wśród nich specjaliści od odpędzania złych duchów, leczenia chorób i przeprowadzania dusz zmarłych w bezpieczne miejsca na tamtym świecie; i specjaliści ci przechodzą wpierw długi i żmudny trening, budzący u współplemieńców tyleż podziw, co grozę. Wśród etnologów trwa spór, w których kulturach tamtejsi czarownicy i uzdrowiciele zasługują na miano szamanów, a w których nie; w każdym razie za wzorcowy uchodzi szamanizm ludów Syberii.

Tym szamanizmem dalej nie będę się zajmował, gdyż dla współczesnych Białych bycie tradycyjnym szamanem nie jest możliwe.

Szamanizm w drugim sensie, to neoszamanizm, czyli praktykowanie (przez Białych) pewnych działań inspirowanych przez kultury ludów pierwotnych. Neoszamanizm bywa uprawiany w dwóch postaciach: jako ceremonialny i enteogeniczny. Enteogeniczny (neo)szamanizm polega na stosowaniu naturalnych środków zmieniających świadomość, w tej liczbie peyotlu, kaktusa San Pedro, grzybów psylocybe i ayahuaski. Nie mając do czynienia z tą postacią neoszamanizmu, nie będę się nią dalej zajmował i skupię się na (neo)szamanizmie ceremonialnym.

Ten zaś nurt, jak cały w ogóle neoszamanizm najbardziej popularny w Ameryce Północnej, wypracował już sobie pewien kanoniczny zestaw działań. Zaliczają się tu: mentalne podróże przy bębnie, odosobnienia w przyrodzie czyli poszukiwanie wizji, praca ze zwierzęciem mocy, czyli szałas potu, chodzenie po ogniu, transowe pieśni, tańce i marsze. W Ameryce Północnej Biali neoszamaniści biorą też udział w indiańskich ceremoniach świętej fajki i Tańca Słońca.

Szamanizm tak rozumiany jest raczej projektem, czymś co dopiero powstaje i jest mocno nieokreślone, niż jakąś stabilną i łatwą do określenia tradycją. Neoszamanizm ma rozmyte brzegi; nie wiadomo, czy zaliczyć do niego pochodzącą z Hawajów hunę; nakłada się na ruchy neopogańskie i magiczne, roztapia w ogólnym new-age'u, miesza się z inspiracjami buddyjskimi, jogicznymi, psychoterapeutycznymi, okultystycznymi. Neoszamanizm nie ma uznanych autorytetów ani organizacji; jest raczej luźną wiązką ludzi go praktykujących i ich inicjatyw.

Neoszamanizm nie ma swojej teorii czy teologii, chociaż każdy chyba jego praktyk czytał Junga, Eliadego i Grofa.

Różnice między buddyzmem a neoszamanizmem co do tego, jakim społecznym zjawiskiem jest jedno i drugie, są więc aż nadto wyraźne.

Czym się zaś różnią w bezpośrednim kontakcie? Wyliczyłbym cztery takie różnice: różnicę sztywności, różnicę otwarcia, różnicę programowania i różnicę gotowości.

Różnica sztywności polega na tym, że w buddyjskim życiu przestrzega się mnóstwa starych, dostojnych i niezmiennych form, i wręcz trudno, żeby miało być inaczej. Złożyły się na to te setki i tysiące lat klasztornej praktyki, azjatycka hierarchia społeczna, ciężar tradycji, w cieniu której należy siedzieć cicho niby mysz pod miotłą. To wszystko działa usztywniająco, nie tylko w przenośni, ale i dosłownie: usztywniająco w sensie konkretnym i cielesnym. Nie będę drążył tego tematu; ale niech za symboliczny wyraz tego zjawiska posłuży obserwowana kiedyś przeze mnie scena, kiedy przybyły do polskiego ośrodka tybetański lama robił pokłony (w wadżrajanie pokłon kończy się wyciągnięciem się na całą długość na ziemi) podczas których wciąż spadała mu szata zarzucona na ramię. Pokłon - poła szaty spada - lama wstaje i wciąż tym samym ruchem zarzuca ją na ramię. Ale przecież nie można było tej szaty do tego ćwiczenia - najprościej - zdjąć!

O różnicy otwarcia wspomniałem w Komunach i sektach. Składa się na to kilka rzeczy. Zacznę od tego, że praktyki buddyjskie - pudże, medytacje, odosobnienia - są przeznaczone do wykonywania raczej w miejscach sztucznie urządzonych niż na świeżym powietrzu: a więc w budynkach, pod dachem, w tym zwykłym sztucznym środowisku, jakie stwarza sobie cywilizowany człowiek. Nawet buddyjskie odosobnienia odbywają się w zamkniętych domkach, a nie jak w czasach Śakjamuniego, w lesie. Owszem, można sobie wyobrazić, że któryś lama lub rosi zabiera swoich uczniów do medytację do lasu, i pewnie tak bywa i teraz, tylko, pomyślmy, jakie to niewygodne: kłują igły, gryzą komary, deszcz pada, za zimno, za gorąco, szatę można sobie pobrudzić, itd. To jest właśnie ta różnica: bo to wszystko, co w praktykach buddyjskich byłoby dziwaczną niedogodnością, w szamanizmie jest właśnie tym, z czym się pracuje.

Buddyzm dzieje się w budynkach, szamanizm pod gołym niebem; i pod dachem byłoby to po prostu nie to. Ogień w gompie jest lampką (chociaż Opiekuna Mahakalę maluje się w chmurze płomieni), w działaniach szamańskich jest prawdziwym ogniskiem. Podobnie jest z innymi żywiołami, drzewami, górami, ptakami itd.

Za otwarciem na świat podniebny i na żywioły idzie otwarcie na ciało. Buddyzm ciało toleruje, szamanizm ciała używa i kosztuje w pełni. Najlepsze, co z ciałem może zrobić buddysta, to zasiąść w nieruchomej i zrównoważonej pozycji, w asanie lotosowej. Najlepsze, co z ciałem może zrobić szamanista, to tańczyć. (Uwaga. Ja NIE WARTOŚCIUJĘ! Pokazuję różnicę, ale ani słowa nie powiedziałem, że coś jest, jakoby, lepsze lub gorsze. Jeżeli ty, Czytelniku, szukasz w tym wartościowania, to nic nie rozumiesz.)

Jest jeszcze otwarcie na konkret w sensie lokalności. Znowu, zamiast długo tłumaczyć, użyję opowieści. Powiada się, że kiedy Padmasambhawa wprowadzał dharmę czyli buddyzm do Tybetu, aktywne tam dotąd pogańskie bóstwa i duchy miejsc, często złośliwe, związał przysięgą, i tak uczynił je Strażnikami Dharmy, dharmapalami. Spodziewałem się, że buddyjscy nauczyciele przybywający do nas będą podobnie zainteresowani naszymi duchami, żeby je wiązać przysięgami i wystawiać rodzimych dharmapalów. Nie muszę mówić, że nie zauważyłem śladu nawet, żeby cokolwiek się działo w tym kierunku. Buddyzm, taki jaki znam, rozgrywa się w swojej własnej przestrzeni, która słabo się styka ze środkowoeuropejską lokalnością. W przeciwieństwie do tego David Thomson zachwycił mnie i ujął tym, że w pierwszej swojej ceremonii oddał honor krążącym w górze polskim bocianom, czyniąc z nich Strażników Kierunku Wschodniego. (To tyle będzie o różnicy otwarcia.)

Różnica programowania. Zacznę od przykładu. Podróż przy bębnie (klasyczne działanie neoszamańskie) mogę wykonać z prowadzeniem lub bez. Prowadzenie polega na tym, że podczas gdy bębnię, mówię do uczestników, każąc im sobie wizualizować to i to; sugeruję im, co mają zrobić, podpowiadam, kogo mogą spotkać. W odmiennym stanie świadomości, w który się wchodzi słuchając bębna, sugestie natychmiast rozwijają się w wizje i ciągi astralnych zdarzeń i spotkań. Może też być podróż przy bębnie bez prowadzenia, i wtedy uczestnicy wsłuchują się tylko w swoje wewnętrzne głosy i obrazy, i jeżeli dostatecznie wyciszą oni swoje świadome myślenie (a pod wpływem bębna gaśnie ono dość szybko), to mają szanse zobaczyć i usłyszeć coś, co się spontanicznie wyłania w ich wewnętrznej przestrzeni. Pierwsze działanie jest programowaniem w takim sensie, o jaki tu mi chodzi, drugie programowaniem nie jest, przeciwnie, może być sposobem na rozprogramowanie umysłu, a to jest naprawdę cenny skarb. I jakkolwiek buddyjskie nauki obiecują rozprogramowanie umysłu - bo to przecież oznacza spontaniczność i pustość, o których się mówi w buddyzmie, to jednak buddyjskie praktykowanie zakłada najpierw masę programowania właśnie, choćby w postaci nauczenia się mnóstwa nowych terminów, postaci, tego od czego jest która forma medytacyjna, dlaczego Wadżradhara jest niebieski, jaki sens ma która mandala, po co się robi tormy, jak się rysuje tybetańską literę AH i całej tej lawiny szczegółów, które składają się - jeśli ktoś potraktowałby to zadanie serio - na uczenie się od początku całej nowej kultury. Tak przynajmniej było w tej tybetańskiej sandze, gdzie kiedyś służyłem do mszy; i nie sądzę, by w innych szkołach było inaczej. Tu się mieści też ten problem, jaki (wiem o tym) miało, i pewnie nadal ma, wielu polskich buddystów, mianowicie kulturowa obcość tych wyobrażeń. Uczenie się zaś pewnej kultury JEST właśnie programowaniem.

A wracając do nazwanej różnicy, to neoszamanizm najwyraźniej nie idzie drogą programowania, lecz przeciwnie, używa środków zmierzających do rozprogramowania umysłu i sięgnięcia do jego zasobów leżących poza świadomością, a więc i poza kulturą.

Z tym, co powyżej powiedziane, łączy się czwarta różnica gotowości. Chodzi tu o to, że buddyzm przychodzi do nas jako gotowa całość. Stworzona, zbudowana lub odkryta, ale gotowa, jak budynek oddany do użytku. Możesz tam wejść, możesz dołączyć do praktykujących. Jeśli ci nie będzie po drodze z jednym nauczycielem, lamą, rosim, możesz pójść do drugiego; buddyzm dopracował się mnóstwa różnych ścieżek i metod. Wystarczy, byś był uczniem; nie ma potrzeby, abyś cokolwiek tworzył. Inaczej jest w szamanizmie, który przychodzi do nas jako zaledwie projekt, pomysł, i wszystko można zaczynać (każdy musi zaczynać) od początku.

Napisałem w Komunach i sektach: "Buddyzm i szamanizm sobie nie przeczą. Dopełniają się." Na czym polega to dopełnianie? Buddyzm ma swój dobrze określony cel: prowadzi do Wyzwolenia. W szamanizmie wykonuje się pewne działania, które zmierzają do osiągnięcia wyższego poziomu energii. Istotę szamanizmu wypowiedział w pewnym zdaniu Robert Bly w książce Żelazny Jan: "Zasoby uzdrawiającej energii ukryte w wodospadach, drzewach, glinie, koniach, psach, jeżozwierzach, ... należą do królestwa Dzikich Ludzi." (Podkreślenie WJ.) Do uzdrawiania - ciała i duszy - potrzebna jest energia. Tak samo potrzebna jest do kochania i do współczucia. Na pewnym wysokim poziomie energii znika zło: gdyż zło istnieje tylko dzięki energetycznym niedoborom. Wydaje mi się, że najwyższy dostępny ludziom poziom energii to właśnie to, co w buddyzmie nazywa się Oświeceniem, Wyzwoleniem, Nirwaną, i co osiągnęli Śakjamuni, Milarepa i Bodhidharma. Z tego punktu widzenia buddyzm i szamanizm są sobie bliskie i sobie nie przeczą, i każda z tych dróg ma coś, czego nie ma druga, więc uzupełniają się.

Buddyzm ma skarb: wie, gdzie leży Wyzwolenie. Szamanizm jest sztuką wydobywania energii: z ognia, z wody, z czterech kierunków przestrzeni, z nieba, powietrza, ziemi, drzew, Księżyca, ze słów, z oddechu, z własnego ciała, z dźwięku, imienia, ruchu, z dziwnych spotkań, z wizualizacji, z opowieści, ze zwierząt, duchów i duchów przodków. Z kręgu ludzi wokół ognia. To tyle.

Wojciech Jóźwiak

Milanówek, 5 stycznia 2001

Podziękowania: Dziękuję tym, których listy (często krytyczne) skłoniły mnie do napisania; wśród nich Jackowi Majewskiemu i Jackowi Grucy. Dziękuję Joannie Tokarskiej-Bakir i Ireneuszowi Kani za wspaniałe książki (Wyzwolenie przez zmysły, tybetańskie koncepcje soteriologiczne i Muttavali, księga wypisów starobuddyjskich) o buddyzmie.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)