Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.

06 sierpnia 2003

Wojciech Jóźwiak

O Chrystianie i o dawnych czasach
Chrystian Belwit - wspomnienia, epitafium

Kategoria: Wspomnienia

Moja bliższa znajomość z Chrystianem trwała wszystkiego parę lat. Poznałem go latem 1978, od roku 1984 zszedł z mojego horyzontu. Ostatni raz widziałem go w sierpniu 1998 na pamiętnym zjeździe 25-lecia Chaty Otryckiej - rzecz jasna na Otrycie to było. Potem jeszcze w 2000 przysłał mi swój tomik p.t. "Pierwszy i ostatni", jedyny zbiór jego tekstów, jaki mam. Czasem do mnie dzwonił w dziwnych porach: bardzo późno lub bardzo wcześnie. Nasze drogi już jednak jakoś się nie przecinały.

Z początkiem lipca 78 przyszedłem na Otryt. W Chacie było kilkoro nieznanych mi wcześniej ludzi, jego poznałem po kilkunastu minutach, przyszedł mi pokazać swoje wiersze. Pamiętam tamten pobyt. Pełna beztroska. Słońce grzeje znad połonin. Siedzimy na tarasie, owady brzęczą, Chrystian, ja, pewna dziewczyna i ktoś może czwarty pijemy wódkę, którą organizmy skwapliwie wchłaniają jak źródlaną wodę... wcale nam nie szkodzi. Chrystian miał wtedy 22 lata, ja kilka więcej. Obaj byliśmy kimś, kogo - dużo później - Peter Lamborn Wilson nazwał "runaway children", dziećmi na gigancie. Takimi trochę starszymi dziećmi. Z tą różnicą, że ja byłem dobrze urządzony i do swego gigantu starannie przygotowany: miałem do czego wracać. Prowadziłem wtedy podwójne życie: trochę jako bieszczadzki obibok, trochę jako "młody-zdolny", doktorant, asystent na uczelni, wystarczające pieniądze, dużo dużo czasu, zwłaszcza kiedy naukowej kariery nie traktuje się za poważnie. Chrystian miał postawione na jedną kartę, jego gigant był bez odwrotu. Przerwana szkoła średnia przed maturą, brak rodziny, bez zawodu, życie koczownika bez stałego punktu.

Miał ojca z którym był skonfliktowany, matka umarła kiedy był mały i chyba jej wcale nie znał, wychowywała go ciotka, która - zdaje się - umarła i wtedy poszedł w świat. Ale kiedy parę lat później, kiedy zaczynałem uczyć się astrologii, zapytałem go o godzinę urodzenia, powiedział bez namysłu. (18 marca 1956 we Wrocławiu, godz. 11 przed południem - przekazuję, chociaż nie mam żadnej gwarancji, czy nawet rok jest prawdziwy.) Horoskop narysowany na tę godzinę wygląda jednak wiarygodnie. Słońce i Merkurego miał w Rybach i faktycznie miał niezwykłą intuicję, "nos" niby u wędrownego ptaka. Kiedyś wybieraliśmy się na spływ kajakowy od Drawska jeziorami i dalej Drawą do Krzyża. Ale Chrystian uparł się, że dojedzie później, bo musi być na jakimś festiwalu piosenki na Śląsku. Umówiliśmy się w którymś nadrzecznym miasteczku, które znalazłem na mapie. Umówiony dzień minął, tamta miejscowość też. Płyniemy, nad głowami most, na moście Chrystian... czeka... jak zjawa. W innym dniu, w innym miejscu, nie mając mapy ani niczego takiego, w okolicy, gdzie był pierwszy raz w życiu. Ja byłem tym poruszony, on nie.

Księżyc miał w Bliźniętach, co dawało mu dar korzystania z czyjejś uprzejmości, spania "u ludzi", otwierało przed nim drzwi i sprawiało, że miał wszędzie przyjaciół, z których gościny korzystał. Kiedy go poznałem, tak właśnie żył. Potrzeby materialne miał minimalne, zresztą do pracy mało się nadawał, był jak dziecko, robił to, co go bawiło, reżim związany z każdą pracą zarobkową był dla niego nieznośny. W jego horoskopie Mars był w Koziorożcu, co zupełnie zgodnie z zasadami astrologii dawało mu wilczą odporność na trudy i niedostatki. Chudy, długowłosy, brodaty, bardzo sprawny fizycznie, z ogniem w oczach. Wiele lat później widziałem ludzi z tego samego co on gatunku, łudząco podobnych, być może przyjęliby go jako swego: prawosławni mnisi w klasztorze nad Irtyszem.

Na razie jako swego przyjęło go towarzystwo, które zbierało się na Otrycie. Chrystian od razu stał się jedną z tych kilku postaci, na które się czekało, które ożywiały i elektryzowały atmosferę; kiedy ktoś przychodził na górę, jedno z pierwszych pytań było: czy jest Chrystian? A kiedy będzie? W tym towarzystwie, przez które przechodziły różne burze w szklance wody, nie miał wrogów ani chyba nie zdarzało się, żeby na poważnie wzbudził czyjąś niechęć albo komuś się naraził. Miał wielki dar dostosowywania się i niestawania okoniem. Było w nim odruchowe wu-wei, płynięcie jak woda, która nie stawia oporu. No może niektóre trzeźwo myślące kobiety, są takie i bywały nawet na zwariowanym Otrycie, astrologia łączy je z planetoidą Westą, takie które wszędzie dbają o czystość i zawsze wiedzą która jest godzina, czasem o nim wyrażały się zgryźliwie. Po paru dniach naszego pierwszego wspólnego pobytu Chrystian zaczął przemawiać do siebie, raz mówił do siebie czułymi słowami, innym razem samego siebie pouczał, dawał sobie rady i przestrogi, podzielił się na role, prowadził z sobą dialogi. Jednych cieszył, drugich peszył, parodiował Otryt, gdzie w modzie był "dialog", "dialektyka", "komunikacja" i "wspólne rozmowy".

Kiedy go poznałem, pisał wiersze, mówił z pamięci, niektóre redukował do paru słów-haseł. Dziwił się najprostszym rzeczom, nazywał je po swojemu, tę samą właściwość zobaczyłem później u dzieci kiedy uczą się mówić - kiedy już miałem własne dzieci. Kiedyś na rajdzie po górach stwierdził: "mam plecak ciężki ale za to niewygodny". Grać na gitarze nauczył się już kiedy go znałem, z gitarą miał wieczne problemy, bo nie stać go było na taki wydatek, pożyczał, dostawał w prezencie, gubił, tłuczono mu w bójkach.

Na tym naszym pierwszym pobytowaniu na Otrycie nazwał się moim uczniem, ja mu się odwdzięczyłem nazywając się jego wyznawcą, co miało uzasadnienie w tym, że Chrystian - kiedy znudziło mu się mówienie samemu z sobą - twierdził że jest bogiem. Do tego została dorobiona naprędce teoria, tłumacząca, dlaczego oto bóg ma się uczyć od swego wyznawcy. (Jak widać, mówiąc słowami Mleczki, nie takie rzeczy robilim ze szwagrem.)

Latem 1979 Chrystian stał się człowiekiem księgi. (Mówię Chrystian, ale to imię sam sobie nadał, urzędowo nazywał się Witold Beliński.) Czytał Biblię, Ewangelię zwłaszcza, wg św. Jana zwłaszcza, Apokalipsę także. Nie spotkałem wcześniej nikogo, kto by z taką uwagą śledził słowa opowieści o Jezusie i jego uczniach. Przy nim ta dostojna ale jakże przecież ograna książka ożywała, Chrystian siedział w tamtej rzeczywistości, jakby dostał do ręki opowieść o kimś kogo znał z widzenia i wspólnej drogi. Kiedyś nad Sanem pod Leskiem zainicjował szczególny obrzęd: wyławianie z rzeki świętej deski. Tego samego dnia albo następnego albo poprzedniego ktoś kto do nas dołączył przywiózł wiadomość, że umarł Stachura. Był wilgotny upał, nad rzeką układała się warstwa zimnej mgły, bo od zapory w Solinie szła w upał lodowata woda z dna zbiornika, nad nią skraplała się ta mgła, na drzewach nad Sanem siedziały wielkie czaple i krakały, z wodą płynęły święte deski.

Gdzieś w moich pudłach powinny być dwa zdjęcia moje z Chrystianem, robione wtedy w dwa kolejne lata. Później na późniejszym z nich dopatrywałem się u niego śladów zaczynającej się psychozy. Myślę, że będąc tak czułą anteną nie wytrzymał trzęsienia mentalnego eteru, które nadciągnęło latem 1980. Pamiętam lipiec tamtego roku. Otryt. Łąki. Łany dziurawca. Słońce. I dochodzące z dołu, z Polski, wiadomości o deszczach i powodziach, które omijały nasze góry. Potem o strajkach. W Lublinie. Chyba w Łodzi. Na górze u nas był (nieżyjący już) profesor Balcerek, ekonomista. Przerażony tym, co się dzieje w państwie, dokąd zaprowadziła gierkowska ślepa droga. Chrystian czytał mu swój napisany wiosną tamtego roku poemat prozą pod tytułem "Budowniczy szubienic"; pod tytułową postać profesor podstawiał Gierka i był zachwycony trafnością analiz Chrystiana. Sierpień ja, Chrystian i jeszcze kilkoro przyjaciół spędziliśmy na Suwalszczyźnie nie wychodząc z nadrzecznych trzcin. Przedostatniego dnia spływu dołączyli do nas ludzie, którzy przyjechali z Gdańska. Mieli ze sobą tamtejszą gazetę, z zaskakującym słowem, którego użycie przecież od zawsze było w oficjalnej prasie zakazane: strajk. Były dziwnie brzmiące, nie kojarzące się z nikim nazwiska przywódców tego strajku. Że najważniejszy z nich nazywa się "Wałęsa" nauczyłem się dopiero po paru dniach.

Jakoś wtedy, jesienią 1980, Chrystiana trafiła schizofrenia. We Wrocławiu, jego rodzinnym mieście. Podczas jakiegoś festiwalu albo innego mityngu. Później opowiadał mi o swojej męce, jak to jest, kiedy myśli ścinają się w twardą substancję, która stoi wszędzie jak szkło naokoło ciebie. Albo o tym, jak to się jest wystawionym na wpływy "ich", tych Zewnętrznych Potężnych, bardziej nagi niż cokolwiek, mając każdą najmniejszą najtajniejszą myśl zupełnie na wierzchu, albo jak Oni robią z tobą co chcą, a ty musisz myśleć dokładnie tak jak oni nadają i chcieć tego, co oni chcą żebyś chciał i nigdzie nie ma przed Nimi schronienia, bo wszędzie przenika cię promieniowanie idące od Nich.

Kiedyś potem odwiedził mnie w Beskidach gdzie opiekowałem się chatą harcerzy. Ta chata stoi do dziś, ale jest prywatna. Późnym latem 1983. Ktoś wtedy robił tam zdjęcia, na kolorowym filmie, co wtedy jeszcze było rzadkością. Na jednym ze zdjęć jest Chrystian. (Może gdzieś leży u mnie to zdjęcie.) Zapamiętałem to, bo wtedy byłem przekonany, że tamten fotograf był w innych dniach i Chrystian w innych i nie mieli prawa się spotkać. A zjawił się bez zapowiedzi, któregoś dnia wyszedłem rano z chaty i patrzę na podwórzu Chrystian.

Latem 1998 spotkaliśmy się po bardzo długim niewidzeniu znowu na Otrycie, był zjazd Klubu Otryckiego z okazji 25-lecia Chaty. Epoka przeszła. Chrystian miał 42 lata, ja 47. Ludzi mnóstwo, większości nie znałem, źle znoszę tłum a zwłaszcza obecność ludzi, których trochę znam a raczej nie znam, ci których naprawdę znałem byli rzadcy i bardzo zajęci. Dlatego trzymałem się Chrystiana, piliśmy piwo i nie tylko, z puszek do których ponalewana była woda, zawieszanych na gałęziach, zrobiliśmy jakąś maszynę perkusyjną. Alkoholowy amok się zagęszczał, noc spędziłem na samotnej pijanej medytacji przy ognisku w lesie. Gdyby z tego zrobić film, wystarczyłaby minuta na tę scenę. Półtora roku później przysłał mi swój tomik. Książeczka ma 55 stron. To jest dojrzała poezja. Skoncentrowany przekaz. Słowa napięte jak struna. Znałem Chrystiana z paru odsłon, wtedy na przełomie 70-tych i 80-tych, nie wiem jak ważnych w jego życiu i już się nie dowiem. Przez dwadzieścia lat działał gdzieś poza moim horyzontem. Ten tomik jest dowodem, że były to lata wypełnione pilną pracą nad słowem i nad sobą.



Chciałem na tym skończyć, kiedy zauważyłem, że jedna ważna rzecz nie została powiedziana. To co nas różniło, a co z tego co napisałem wcale nie wynika. Parę razy - teraz to pisząc tego unikałem - łapałem się na tym, że mówiąc lub pisząc o Chrystianie kreuję go na jakiegoś barda bieszczadzkiego wynurzającego się z lasu z liściem we włosach. Prawda, w tych wspominkach przewija się Otryt, góry, łąki, rzeki, kajaki i w takiej scenografii z nim bywałem. Ale mam wrażenie, że dla niego były to rzeczy przygodne, które mogłyby być takie lub inne lub mogłyby nie być. Przyroda nie była dla niego czymś duchowym i zdaje się wcale się nią nie przejmował, także jako poeta. Był człowiekiem miasta, czasem - kiedy była po temu okazja, oportunistycznie - przyjeżdżającym na łono. Sprawy, które zgłębiał w wierszach, mieściły się w trójkącie miasto-człowiek-słowo, do tego Bóg lub jego cień, śmierć. Był realistą bez nadrealistycznych odlotów. Nie ciągnęło go do snów i innych rzeczy spoza człowieka, choć transpersonalne moce w pewnym momencie aż za bardzo go doświadczały. Też był głuchy na orient, new-age, ludowość, pogaństwo i szamanizm. Inaczej niż ja, jeśli można porównywać nie-poetę z poetą, był zakamieniałym europejczykiem, i to raczej takim z żydów lub protestantów, z ducha biblii, takim któremu już nawet piramidy są obojętne. Może nawet nie był romantykiem. Tak to widzę. Teraz kiedy po latach i jak zamknęła się karta próbuję znaleźć jakiś sens w tym, co było, widzę, że to że nasze drogi się kiedyś - dość szybko - rozeszły, najwidoczniej nie było przypadkiem. Po prostu Chrystian obracał się w świecie i wciąż do niego wracał, z którego ja postanowiłem wyemigrować (inni ocenią, czy mi się udało) i pozostawszy duchem w Mieście na innych nutach grał niż ja chciałem słuchać.


Wojciech Jóźwiak
6 sierpnia 2003



P.S. Ciekawe, że z tamtych pierwszych spotkań z nim lepiej od jego wierszy pisanych serio zapamiętałem jego parodię ówczesnej maniery wierszopisania, szło to tak:

rekiny drzew
obwąchiwały moje uszy!
na sucho
bez
dodatków śledziowych



Chrystian Belwit (urzędowo Witold Beliński) zmarł 2 sierpnia 2003 we Wrocławiu. Jak napisał wtedy Baltazar Kajdrowicz:

Chrystian w sobotę (2 sierpień) po godzinie 13 wybrał się z grupą zaprzyjaźnionych dzieci karmić ptaki nad stawem w pobliskim parku. Kąpał się, zanurkował i nie wypłynął.
(Z maila do członków Klubu Otryckiego, 05-08-2003 14:51:56)


Zobacz też:





komentarze

[foto]

1. Trzy dni temu... • autor: Wojciech Jóźwiak2018-08-05 09:31:26

...minęła rocznica, 5 sierpnia dowiedziałem się o śmierci Chrystiana. 15 lat temu.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Christian_Belwit
[foto]

2. Tu śpiewa • autor: Radek Ziemic2018-08-06 12:07:11

https://www.youtube.com/watch?v=8dknr8-KVUM

Dziwne wrażenie - jakby śpiewając stawał się jakiś realniejszy, istniejący bardziej. Ale może tylko dla kogoś, kto go nie znał.
[foto]

3. Energia z gitary • autor: Wojciech Jóźwiak2018-08-06 12:53:45

Tak. Widać, jak bierze energię z gitary. Jakby to była jego zewnętrzna dusza. Dzięki, Radku, za przypomnienie tamtego filmu.

4. śmierć w wodzie • autor: Jerzy Pomianowski2018-08-06 23:08:11

Przypomniał mi się genialny, obiecujący młody aktor lat 60/70 ubiegłego wieku. Andrzej Nardelli, ktoś go pamięta? W 1972 roku poszedł sobie popływać w rzece, i po prostu się utopił.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)