Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 kwietnia 2017

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki 4 (odcinków: 85)

Co się zmieniło?

Kategoria: Projekt Taraka

« Co udało się, a co nie Ilu nas jest? »

Przez te 20 lat? Od kwietnia 1997, początku Taraki?

Z trzech lub czterech rewolucji technicznych, które miały miejsce na przełomie wieków, pierwsza, ewolucja mikrokomputerowa, była już dokonana: komputery, częściej jeszcze desktopy niż laptopy, na biurkach nam stały, a i laptopy upowszechniały się. Druga rewolucja, internetowa, była wtedy u szczytu, chociaż jeszcze nie było Googli ani Facebooka; były wyszukiwarki, do których trzeba było ręcznie zapisywać swoją stronę, a sygnał internetowy szedł jako modulowana fala głosowa w telefonie analogowym. Trzecia zaczynała się: chodzi o telefony komórkowe; długo nie mogłem się do nich przyzwyczaić, wydawały mi się fanaberią i długo zwlekałem z własnym. Zdjęcia jeszcze przez kilka lat robiłem aparatem analogowym czyli na błonę, ostatnie w 2004 r. – potem zaczęły się aparaty cyfrowe i bardzo zrazu marne aparaty w komórkach, które w końcu przejęły fotograficzną niszę. Niech będzie, że smartfony są rewolucją nr cztery – w 1997 r. jeszcze nie myśleliśmy, że będzie się nosiło komputer z Internetem – w kieszeni.

Bardzo przybyło książek. Ubyło księgarń. Teraz książki kupuję prawie tylko przez Internet. Z książkami są dwa problemy, pierwszy dla wydawcy i dla autora: jak książkę sprzedać? Bo wydać, wydrukować, łatwo. Sprzedać, to sztuka. Drugi problem, to książkę znaleźć, albo raczej: na nią natrafić. O wielu książkach dowiadywałem się po pięciu lub dziesięciu latach od ich wydania, kiedy już wyprzedane, nawet na Allegro nie ma.

Weszły e-booki. Mam czytnik Kindle. Mam mieszany stosunek do nich: z jednej strony nie ważą. (Niektórych papierowych tomiszcz nie daje się czytać z powodu ich wagi i nieodginania się kartek, zwłaszcza gdy ktoś jak ja najchętniej czyta leżąc – do leżonego czytania „kindel” jest idealny.) Z drugiej strony w e-bookach na kindlu coś takiego jest, że nie wiesz dobrze, co czytasz, jaki tytuł, autor, a już która strona i jak daleko do końca lub początku, to już całkiem nie wiadomo. Kartkować nie można, ani przelatywać wzrokiem, ani wyszukiwać jakichś miejsc na oko.

Bilety na samolot bardzo staniały, przybyło połączeń lotniczych, za to samoloty zrobiły się ciasne i niewygodne. Co łączy się z Europą. Kilka lat po „narodzinach” Taraki wchodziliśmy i weszliśmy do Unii. W 2002 byłem na Bornholmie i polska wycieczka szła tłumnie przez bramkę dla tych spoza Unii; bramka dla „Schengeńców” była prawie pusta. Unia to była sprawa! – wtedy nawet w Tarace zrobiłem ankietę o tym, jak wyobrażamy sobie ten nadchodzący lepszy europejski świat. (Zob.: "Euro-Taraka 2003. Podsumowanie ankiety i dyskusji w Tarace z marca 2003 r. nt. wejścia do Unii Europejskiej".) Dzisiaj czujemy, że Unia nas na wiele sposobów rozczarowała. Wymienię jeden powód: wciąż w porównaniu z Tamtymi, z Zachodem, jesteśmy biedni. Ja sam tak mam: z jednej strony jeździć, podróżować, kontaktować się – można, z drugiej nie ma na to kasy.

Sumując, ani techniczne rewolucje, ani integracja z Europą nie uczyniły nas, średnio, zamożniejszymi. Nie piszę tego, żebym czuł jakiś obłędny nienasycony głód konsumpcyjny. Po prostu, żeby funkcjonować na pewnym poziomie i brać udział w tym, co się dzieje w świecie, trzeba mieć pieniądze. Oraz czas. Małość obu tych zasobów ciągle nas ogranicza.

Wtedy, 1997 i okolice, prawie nie interesowałem się polityką. Owszem, dziwiło mnie i wkurzało, że reformy idą za wolno lub wcale, że tak panoszą się liczne gatunki polskich świętych krów: dawni ubecy, gangsterzy i kler katolicki; że nie można doczekać się jasnego prawa, niskich podatków ani wycofania socjalistycznych ustrojów ze szkół, medycyny i ubezpieczeń. Polityka napadła nas „na dobre” w 2010 i od tamtego roku trudno przed nią uciec, trudno być apolitycznym liberałem. Podobnie jak trudno być religijnie niezaangażowanym, kiedy Herrenkirche wciąż przesuwa granice tego, co mu wolno, but wbija w kolejne drzwi. Kompleks kościelno-partyjny, czegośmy się doczekali, wtedy 20 lat temu nie do pomyślenia, chociaż poszczególne klocki tego puzzla już były i kwitły, tylko jeszcze nie ułożyły się w obłędną i przemocową całość.

Rosja się zamknęła. W 2001 r., Putin świeżo rządził, ale jeszcze nie wiadomo było, czym pachnie; pojechałem tam wtedy dość głęboko, do Tobolska. Bez wizy. Zdaje się, że były to ostatnie lata takiego luzu. Teraz, myślę, jakoś głupio by mi było, zwiedzać kraj i przyjaźnić się z ludźmi, których władza ogłasza i demonstruje, że chce nas Polaków zabić, urządzić nam holokaust – bo czym innym są coroczne manewry jądrowego ataku na Warszawę?

Ukraina została zarażona. Stała się jakby lekko tknięta trądem lub kiłą – oczywiście, żadną z tych chorób, tylko wojną od Rosji i jej wasali.

W ogóle mam wrażenie, ze budowanie jakiejś kulturowej jedności, szczególności i oryginalności Międzymorza – tego B-C i tego szerszego A-B-C – przepadło, bramka w czasie, która była otwarta 20 lat temu, znów się zamknęła, wróciło stare, czyli lokalna norma: niezrozumienie, rywalizacja, zamykanie się w narodach, nacjonalizm, manipulacje silniejszych z zewnątrz, rola przedmurzy i stref zgniotu. Trzecie hasło subtytułu Taraki: „...Słowianie”, z którego wynika sympatia dla Międzymorza, stało się nieaktualne.

Wracając do techniki, to ogromnie rozwinęły się i udoskonaliły techniki komunikacji. W 2004 roku, kiedy zaczynałem kursy w AstroAkademii, robiłem je przez listę mailową. (Dziesięć lat wcześniej mogłem robić to tylko arcy-tradycyjnie: „naziemnie”, wynajmując salę na zajęcia.) Teraz, od kilku lat, podobne kursy robię metodą telekonferencji, z fonią i wizją. (Lub metodą webinariów, jak kto woli.) Ale za rozwojem technik widzenia się, słyszenia i rozmawiania nie poszła umiejętność faktycznego porozumienia. Nie wiemy, do czego wykorzystać te środki. O czym rozmawiać? Co sobie komunikować? Co wspólnie organizować? Jakie robić razem biznesy i iwenty?

Nie ufamy sobie. Warsztaty „szamańskie”, później nazwane „warsztatami Twardej Ścieżki”, były ponad 20 lat temu dla mnie takim odkryciem, ponieważ powodowały wzajemne zaufanie – wśród tych, którzy brali w nich udział. Chyba jednak nie wykorzystaliśmy, nie przerobiliśmy potencjału zawartego w tamtych ćwiczeniach.

Piszę o warsztatach szamańskich i o Twardej ścieżce, ale dla kogoś innego podobnym odkryciem pewnie były inne techniki – techniki robienia dziwnych rzeczy – i wynikający z nich jako bonus pewien nadmiar: nadmiar indywidualnej energii i właśnie nadmiar wzajemnego zaufania.

Tu mam niedosyt. Tak jakby para (wzięta z szałasów potu, transowych marszów, także z ćwiczeń jogi lub tai-chi, z warsztatów tantry, czytania tarota, śpiewania etnicznego i czego jeszcze...) poszła w gwizdek. W gwizdki osobistej pychy, „guruizmu”, myślenia tylko o sobie, pójścia w swoją sektę, w swoją niuejdżową parafię, także w gwizdki zwykłego rozwibrowania i rozproszenia, i równie zwykłego borykania się z codziennością. Gdzieś te nadwyżki energii wsiąkły w naszą pospolitość. A mogłoby być inaczej. Coś mogłoby wyrosnąć.


Auto-promo Taraki 4: wstęp na końcu

Starsze teksty z tego cyklu w blogach:
Auto-promo 3
Auto-promo 2
Auto-promo
Auto-promo Zero.


« Co udało się, a co nie Ilu nas jest? »

komentarze

1. Dziękuję.... • autor: Nierozpoznany#79282017-05-15 13:07:52

Dziękuję za ten tekst podsumowujący... Sama nie potrafiłabym ogarnąć w dużym skrócie te najważniejsze zmiany. A potrzeba to robić i sobie poukładać, żeby mieć świadomość procesu, a raczej wielu jednoczesnych procesów... No i zastanowić się nad swoim udziałem i nie zagubić się ;)

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)