Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.

11 grudnia 2003

Michał Apostata

Credo Apostaty
Spór o istnienie lub nieistnienie Boga...

Kategoria: Religie

Od wielu tysięcy lat wierzący wszystkich wyznań walą z całych sił w odrzwia niebieskie, a dochodząca stamtąd głucha cisza wzmaga w nich przekonanie, że skoro nikt nie odpowiada, to ktoś tam musi być. Cisza i pustka są obdarzone zdolnością odpowiadania na poziomie mogącym przekonać pukających, ale pod warunkiem, że pukający nie są głusi i ślepi. Spór o istnienie lub nieistnienie Boga przypomina, jako żywo, sprzeczkę o istnienie czy nieistnienie krasnoludków: dla tych, którzy ich nie znaleźli - one nie istnieją; dla tych którzy ich jeszcze do dzisiaj szukają - istnieją jak najbardziej. One przecież muszą być, wszak opisano je ze szczegółami w bardzo grubej (nie wiedzieć tylko czy równie jak tamta, natchnionej) księdze. Nadludzka moc krasnali jest wszystkim ich wyznawcom dobrze znana. Okazuje się, że mgła wiary potrafi nader często wykreować postaci naprawdę gigantyczne i straszne. Ich sugestywna potęga znika, gdy powieje chociażby najsłabszy zefirek rozumu i nauki.

Z religią zerwałem zaraz po maturze. Jeszcze na krótko przed tym byłem ministrantem, a wcześniej miałem nawet jedno objawienie - przed samym bierzmowaniem. Ale wówczas psychiatria nie była tak dostępną jak dzisiaj specjalizacją medycyny w małym miasteczku. Dziś oczywiście mój ateizm nie ma takiego kształtu, jak wtedy, bo przez kolejne lata wzbogacał się i pogłębiał między innymi (o ironio) przy lekturze Biblii i innych kościelnych publikacji, a ostatnio w szczególności przy katechezach głoszonych w przekazach Radia Maryja. Zbudowałem sobie na tym fundament w postaci własnego systemu filozoficznego. Budowa tego systemu była możliwa oczywiście dzięki postawie ateistycznej, programowo odrzucającej wszelkie zabobony i dogmaty, od czarnego kota i czerwonej wstążeczki po zmartwychwstanie, przyznając sobie prawo do absolutnej wolności myślenia. Dlatego nie rozumiem, jak można filozofować wyrzekając się samodzielnego myślenia, a właśnie każda religia wymaga bezwarunkowego podporządkowania rozumu, nauki, filozofii - wierze. Natomiast w nauce, nawet tej bardzo przyziemnej, nie ma miejsca na wiarę.

Ateizm jest przede wszystkim absolutną wolnością myśli. Religia jest najbardziej ekstremalną formą totalitaryzmu. Bóg jest wszystkim - człowiek wobec Boga niczym, co najwyżej nędznym żałosnym prochem przyjmującym wobec Stwórcy wieczną postawę psiego służalstwa i równie żałosnego poddaństwa. Człowiek religijny nie jest podmiotem własnej egzystencji, ale przedmiotem w rękach Boga, a raczej Jego urzędników. Człowiek nie jest celem, sensem, ani treścią własnej egzystencji, jest nią Bóg - którego zresztą sam sobie stworzył. Jeśli człowiek naprawdę pragnie być istotą w pełni wolną, panem i władcą swego istnienia, powinien pozbyć się wszelkich bogów. Bogowie są zbędni, a nawet szkodliwi.

Jeżeli zatem ktoś zadaje mi pytanie: "Czy wierzę w Boga?". Odpowiadam - w zależności od tego kto pyta - NIE, bo już dawno "Bóg zwolnił mnie z tej wiary" - albo TAK, ale tylko w Boga stworzonego przez ludzi na swój wzór i podobieństwo. Od tego czasu odczuwam błogi spokój mej duszy. Irytuje mnie natomiast (inaczej postawione) pytanie: "Czy pielęgnuję praktyki życia duchowego?" - bo i tak podchwytliwe się zdarzają. Określenie "praktyki życia duchowego" może mieć dziesiątki znaczeń, nie wiem zatem, czy chodzi tu o rodzaj powtarzalnych ćwiczeń, medytacji, rozważań, na przykład w stylu Loyoli albo Nietzschego, czy też raczej o pewien rodzaj stałej samoświadomości, towarzyszącej nam w bardzo różnych momentach egzystencji, dla przykładu, podczas obcowania z poruszającym dziełem sztuki, w trakcie samotnego spaceru po miejscowej Górze Kamiennej, czy wówczas, kiedy w miłosnym akcie przekraczam granicę cielesności i jestem, wedle intuicji Rilkego, "gdzie indziej", niejako poza własną osobą. W takim znaczeniu mogę odpowiedzieć na pytanie twierdząco: owszem, towarzysząca mi świadomość, czy też precyzyjniej: typ wrażliwości, w jaką zostałem wyposażony, sprzyja "życiu duchowemu" w tym sensie, że rozmaite fenomeny rzeczywistości, z którymi jest mi dane obcować, nie ograniczają swojego znaczenia wyłącznie do sfery fizykalnego istnienia i bywa, że poprzez swoją intensywność, piękno czy niezwykłość, zdają się wskazywać na owo "gdzie indziej", na jakiś inny porządek, do którego nie mamy dostępu, a którego istnienie jest przecież w takich chwilach olśnienia intuicyjnie przeczuwane. (Przez chwilę myślałem, że już tego zdania nie skończę!) To może być zachód słońca nad morzem, twarz nieznajomego człowieka, pięknej brunetki lub blondynki, czyjś los opowiedziany podczas przypadkowego spotkania, muzyczna fraza dobiegająca z uchylonego okna, równie dobrze jak spojrzenie bezdomnego, porzuconego psa, łączące w sobie rozpacz, skargę i nadzieję. Nie sądzę, aby tego rodzaju doświadczenia były czymś wyjątkowym, nie da się jednak zaprzeczyć, że ich znaczenie może być duchowo czy literacko inspirujące.

Co do modlitwy, liturgii i spowiedzi - to terytorium o rozmiarach kontynentu, dające pytanemu niewielką szansę na rzeczowe przebrnięcie takiej przestrzeni. Nie powinienem może odpowiadać na tego rodzaju pytania, traktując je jako impertynencję, wtargnięcie w najbardziej intymny obszar mojego życia, tym bardziej, że jak już wyraźnie zaznaczyłem - w bogów nie wierzę, a zatem nie może być mowy o żadnych z tym związanych szamaństwach. Nie chodzi tu chyba o modlitwę jako taką, liturgię czy spowiedź, ale w istocie o to, jak rozumiem (czy może jak rozumiałem kiedyś) Boga, czy i na ile w Niego wówczas wierzyłem, a także jaki wówczas (kiedy wydawało mi się, że wierzę) rodzaj relacji w moim życiu zachodził pomiędzy Nim, (czyli ściślej "tym czymś") a mną. Tylko czy w ogóle jakakolwiek relacja jest tu możliwa, skoro już nie wierzę? Zresztą, tego rodzaju pytania stawiałem sobie zawsze, czego ślady widać w moich zainteresowaniach religią jako taką oraz w mojej skromnej prywatnej twórczości i w wielu zasadniczych w tej kwestii wątpliwościach czy nawet w zdecydowanej negacji.

Nie należałem do "posiadaczy", czyli tych, którzy skarb wiary już posiedli na stałe i szczęśliwi (albo nieszczęśliwi) z tego faktu szlifują go w samotności albo obnoszą po współczesnej agorze, mówiąc innym: "Spójrzcie, jakie to proste!" Odebrawszy w dzieciństwie solidnie katolickie wychowanie, w pewnym okresie swojego życia utraciłem tamten prosty dar łaski. Bóg nie odpowiadał mi na coraz więcej i coraz bardziej trudnych pytań, a kaznodzieje i spowiednicy skupiali się na rzeczach dla mnie drugorzędnych, irytująco odległych od istoty sprawy. Być może miałem pecha, ale tak się złożyło w tym trudnym dla mnie okresie, że trafiałem na urzędników Pana Boga pozbawionych zarówno wyobraźni, jak też zdolności do myślenia i nawiązania dialogu. Przestałem wierzyć, że droga do jakiegoś Boga (jakikolwiek by on był) wiedzie wyłącznie przez cierpiętniczo-pokutniczą i dziękczynno-błagalną rzymskokatolicką bramę oraz przez szamaństwo zwane liturgią i świętymi sakramentami. Ten stan trwa do dzisiaj, mimo że od tamtego czasu dane mi było spotkać kilku prawdziwych mistrzów życia chrześcijańskiego, ale dla odmiany protestantów.

Z potencjalnego kandydata na "posiadacza" stałem się więc początkowo "poszukiwaczem", często gnanym niepokojem i niejasnością danych mi intuicji metafizycznych, nigdy jednak, nawet w okresach kiedy powracałem (zresztą na krótko) do zarzuconych wcześniej praktyk sakramentalnych, nie uległem już przekonaniu, że jestem na najwłaściwszej drodze do poznania Absolutu, tajemnicy i tej irracjonalnej czyli transcendentnej Prawdy. Może dlatego mój stosunek do modlitwy, liturgii i spowiedzi i w ogóle wiary stał się już dawno zupełnie nieortodoksyjny i nie spełniał wymagań katechetów mojego dzieciństwa, którzy, może i w dobrej zresztą wierze, lecz nieudolnie starali się przekonać swoich wychowanków, że Bóg jest kimś w rodzaju najpewniejszej firmy ubezpieczeniowej: wystarczy solennie i cierpliwie uiszczać swoją składkę (uczynki, sakramenty, rytuały), a On już się nami zatroszczy i wypłaci nam odsetki w życiu wiecznym.

Modlitwa jest dla wielu ludzi aktem rozpaczy: Bóg na ogół milczy i chyba nie słucha, a człowiek usiłuje to milczenie zrozumieć albo je przełamać. Niektórzy w tej rozmowie nawet Boga słyszą - ale to schizofrenicy! Dla niektórych modlitwa jest też aktem radości: nieliczne chwile szczęścia, w których ci, co się modlą nie odczuwają cierpienia, albo takie, w których czują intuicyjnie, że rzeczywistość nie jest wyłącznie zbiorem wirujących atomów, zasługują na akt wdzięczności z ich strony. Coś z tego opium chyba jest, chociaż coraz rzadziej wyznawcy odczuwają to podczas nabożeństwa. Okazuje się, że modlitwa wymaga nie tyle radiomaryjnego mechanicznego powtarzania wyuczonych wersetów, (po stokroć - "dla jego bolesnej męki, miej miłosierdzie...") co nadzwyczajnego skupienia, kontemplacji, całkowitej redukcji myśli i obrazów, niezwykłej wewnętrznej ciszy, w której strumień słów czy myśli osiąga jedyny w swoim rodzaju stan, zdolny wyrazić coś więcej niż oczywisty lęk przed chorobą albo prośbę o (wygraną w Totolotka) taki czy inny korzystny obrót spraw. W taki stan można również wprowadzić się bez wiary w Boga.

A liturgia? To swoiste szamaństwo. Dla wiernych powinna być piękna, wzniosła, poruszająca zarówno ich cząstkę zmysłową, jak i duchową - bo to teatr. Jej upraszczanie (np. rezygnacja z tradycyjnego kadzidła, dzwonków itp.), jej redukcja do form najprostszych i pośpiesznych, jest przejawem współczesnego barbarzyństwa, urzędniczenia tak zwanych sług bożych i dyktatury pospolitych gustów. Kościół rzymsko-katolicki, który w czasach kontrreformacji osiągnął więcej dzięki sztuce niż poprzez teologię lub politykę, powinien dzisiaj przemyśleć tamto doświadczenie i nie ustępować duchowi czasu, jeżeli chce pełnić funkcję "duszpasterza". Liturgia jest przecież jedynym w swoim rodzaju językiem symbolicznym, w którym każdy gest, słowo, dźwięk muzyki czy obraz, odnosi wiernych do innej, wyższej wirtualnej rzeczywistości, jakkolwiek by ją rozumieli. Niedbałość o formy, lichość wielu przejawów współczesnej sztuki sakralnej, duch kiczowatych pieśni w stylu kato-disco-polo, a nawet rockowiska, wszystko to stanowi niedobrą tendencję. Posługuje się wszystkim, co ma czynić religię bardziej atrakcyjną. Wprawdzie Jezus zwany Chrystusem nie założył akademii sztuki, ale mądrość najwybitniejszych ludzi Kościoła przez całe stulecia pozwalała łączyć liturgię, architekturę, malarstwo i muzykę w niezwykłą całość. Nie widzę powodów, aby dziś tę tradycję zubażać.

Co do spowiedzi, nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Bóg, który świadom jest wszystkiego, żąda wyznania naszych grzechów nie przed sobą bezpośrednio, ale przed drugim, takim samym jak my, a często jeszcze bardziej grzesznym i błądzącym człowiekiem. W czym jest on lepszy od nas? Dlaczego ma nas pouczać, np. o sprawach zawodowych, rodzinnych, czy seksualnych, o których często nie ma należycie zrównoważonego pojęcia? Dlaczego Kościół uzurpuje sobie prawo do przebaczania grzechów? Spowiedź (ale tylko przed Bogiem) w wielu przypadkach może przynieść tym, którzy wierzą, ulgę i autentyczne oczyszczenie, zaś przed innym człowiekiem często staje się chwilą zażenowania i upokorzenia - nie tyle siłą własnych występków, co głupotą, pychą i arogancją spowiednika.

Poniżająca spowiedź człowieka przed innym człowiekiem jest ukrytym źródłem, z którego wypłynęło już wiele zła. Największa liczba odejść od praktyk religijnych wiąże się nie z problemami teologii, ale właśnie z traumatyzmem nieudanej spowiedzi. Problem ten, występujący coraz częściej z o wiele większą jaskrawością, jest czymś, co należy przemyśleć, a nie odsuwać, obwiniając ludzi o grzech zaniechania. W moim dzieciństwie (za sprawą mojej ukochanej babci) odprawiłem swego czasu "siedem pierwszych piątków" i nie przypominam sobie, aby ten fakt wpłynął na mnie w jakiś szczególny sposób; najbardziej irytujące było dla mnie przyrzeczenie poprawy: wypowiadając tę formułę wiedziałem przecież, że prędzej czy później popełnię taki lub inny grzech.

Czy chodzi zatem o autentyczny rytuał oczyszczenia, czy też raczej o przywiązanie nas do formalnej praktyki, a przede wszystkim o władzę nad sumieniami? Tę ponoć ma mieć - zdaniem tych co wierzą - tylko Bóg, tak więc wracamy do punktu wyjścia: pośrednictwo ludzkie, niezbędne zdaniem katolickiej nauki, do pojednania, to najtrudniejszy punkt nie tylko spowiedzi. Wierzący winni mieć świadomość, że na drodze do ich Boga nie potrzeba żadnych pośredników, a tych w sutannach czy habitach przede wszystkim. Pewnego razu, za młodych lat, kiedy spowiednik był wobec mnie wyjątkowo impertynencki, wstałem z klęcznika konfesjonału i powiedziałem: "Przez takich jak ksiądz, ludzie tracą wiarę..." Nie wiem, czy zrozumiał wówczas, o co chodzi.

Nie wiem też, czy te uwagi wniosą cokolwiek do tematu "stanu duchowego kultury polskiej". Jej chrześcijańskie źródła są oczywiste, ale odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu są to źródła nadal żywotne i na ile współdecydować będą one o kształcie naszej kultury w XXI w., jest trudna, jeśli w ogóle możliwa. Coraz częściej, co śmielsze i bardziej niezależne (od rzymsko-katolickiego Kościoła) publikacje są areną sporów jakie prowadzą z jednej strony przedstawiciele racjonalistyczno-ateistycznych nurtów, a z drugiej duchowo-religijnie zdeklarowanych katolików. Ci ostatni polemizują z logicznymi, popartymi naukową argumentacją wywodami racjonalistów za pomocą zaczerpniętych z Biblii dogmatów, czyli tak zwanych "prawd objawionych".

Czym tak naprawdę jest Biblia? Okazuje się, że już nie jest ona głosem żadnego boga, albowiem bogowie - jak wykazuje doświadczenie tysiącleci ludzkiej na tym łez padole świadomości - tylko w niej istnieją. Jeżeli ma być inaczej - to albo jest jeden, Stwórca i Władca - albo nie ma żadnego. Natomiast jak dotychczas, to ile narodów, tyle religii i tyle bogów. Bogowie są zatem tylko stale zmieniającym się tworem ludzkiej umysłu, ludzkiej "chorej" niestety wyobraźni. Już starożytni twierdzili, że "strach stworzył bogów".

Uważny czytelnik Biblii, o ile posiada dostatecznie spostrzegawczy i krytyczny umysł, dostrzeże ewolucję idei Boga w tak zwanym Piśmie Świętym. Do tej pory zachowały się w Księdze Rodzaju niezatarte przez nieuważnych Hebrajczyków ślady politeizmu. Stary Testament był setki razy przekształcany i reinterpretowany przez kapłanów pod kątem doraźnych potrzeb. Księga Rodzaju ze swoimi bajeczkami o stworzeniu świata, grzechu pierworodnym i wojnie Szatana z Bogiem i Boga z Szatanem to tak naprawdę przeróbki o wiele starszych, egipskich, babilońskich 1 i sumeryjskich mitów, w oparciu o które Żydzi tworzyli swoją religię.

Nowy Testament również nie ukazuje "jedynie słusznej prawdy" o rzekomym Zbawicielu. Spisano go (w miarę ostatecznie) dopiero w II wieku naszej ery. Spośród setek krążących w różnych gminach chrześcijańskich apokryfów wybrano cztery ewangelie najbardziej zgodne ze sobą pod względem treści, zresztą też po odpowiednich zabiegach redaktorskich i - jak podają bibliści- "po wprowadzeniu nieznacznych uzupełnień i poprawek". Nie rozumiem co można "uzupełniać i poprawiać" w dziele natchnionym przez samego Boga i doskonałym od podstaw? Która zatem z wielości ewangelii ukazuje prawdę o Jezusie i kim właściwie on był? Żadne proroctwa nie są dowodem prawdziwości Biblii! Jedne proroctwa dopasowywano do Jezusa - a w innych Jezusa do proroctw.

Jest dla mnie fenomenem wręcz niewytłumaczalnym fakt, iż w erze komputerów, internetu i lotów ku gwiazdom, dorośli, w pełni ukształtowani intelektualnie ludzie biorą na serio archaiczne, prymitywne mity o gadającym wężu (czy o mniej znanej wyznawcom gadającej biblijnej oślicy 2) i o kobiecie stworzonej z żebra wyjętego mężczyźnie przez nadprzyrodzoną istotę o imieniu Jahwe! Należy przyjąć, że chodzi tu o opisywany przez Zygmunta Freuda psychologiczny mechanizm religijnego samooszukiwania się, o którym tak wiele pisał ten niewątpliwie wielkiej klasy uczony i myśliciel. Równie dobrze można wierzyć w puszkę Pandory lub w zmartwychwstanie Ozyrysa, zabitego przez jego niebiańskiego braciszka Seta w ogniu walki o władzę nad ziemią faraonów. Nawiasem rzecz ujmując, właśnie w tym staroegipskim micie wielu badaczy upatruje praźródła chrześcijańskiego mitu o zmartwychwstaniu historycznego Żyda z Nazaretu. Zachęcam zatem naiwnych, bezkrytycznie wierzących chrześcijan do lektury. Warto czytać coś więcej poza Biblią, to bardziej zmusza do myślenia niż czołobitna kontemplacja tak zwanego Pisma Świętego.

A nawet, jeżeli założymy czysto hipotetycznie, iż jacyś bogowie istnieją, czy raczej, że istnieje tylko jeden, nie zmieni to mojego (i mam nadzieję milionów innych myślących "stworzeń") stosunku do jakiejkolwiek religii. Jestem wolnym człowiekiem, dla którego liczy się przede wszystkim inny człowiek i właśnie dlatego żadnym bogom służyć nie będę, zawierzając tylko temu, co ludzkie i broniąc swej wolności przed zakusami niebios.

Dlatego uważam, że bez Boga (bogów) można żyć, o czym zaświadcza kończący z szacunkiem swoje credo przedstawiciel "inaczej myślącej mniejszości".

Michał Apostata

mismy@xl.wp.pl
Dolny Śląsk, jesienią 2003

MOTTA:

"Nie potrzebuję żadnej nadziei żeby żyć,
i nie potrzebuję celu, aby działać"
Pascal i Ja

Jeżeli ktokolwiek nazwie mnie komunistą, faszystą, nazistą, złodziejem, idiotą, czy nawet (tfu!) liberałem - będę traktował to jako informację o stanie jego umysłu, a nie o tym jaki ja jestem.
Boga usprawiedliwia tylko to, że nie istnieje. Jeżeli kiedykolwiek zacznę twierdzić, że już wierzę w istnienie Boga, to nie wołajcie księdza, tylko oddajcie mnie do psychiatry - z pewnością postradałem zmysły.
Życie tak szybko upływa. Nauczmy się zatem kochać ludzi, a nie zawracajmy sobie głowy bogami.
Jak pochlebiam sobie, pamięć o mnie zatrze się w ludzkich umysłach, z wyjątkiem wszakże małej garstki tych, którzy raczyli kochać mnie, zresztą z wzajemnością do ostatniej chwili i których wdzięczną pamięć zabiorę ze sobą do grobu - ale nie na tamten świat.




PRZYPISY

1. Przez długie wieki Biblia uchodziła za najstarszą księgę naszego świata. Aż tu 3 grudnia 1872 roku w Londynie, na posiedzeniu Towarzystwa Biblijnej Archeologii (Society of Biblical Archeology) jeden z pierwszych asyriologów, George Smith, ogłosił swoje zadziwiające odkrycie. Odczytując znalezione w ruinach starożytnej Niniwy tabliczki z pismem klinowym, natrafił na opowieść o potopie przypominającym uderzająco tekst biblijny. Potop taki - jak należy przyjąć - miał mieć miejsce w czasie kiedy jeszcze Jahwe na świecie nie było, czyli nie był Jego dziełem? Stanowią one treść wielkiej epopei o Gilgameszu (taki biblijny Noe) - pierwszym znanym z imienia i opisu człowiekiem na ziemi, stworzonym przez pierwszego boga Utapisztima.

2. Nie licząc węża z Księgi Rodzaju, który tak naprawdę wężem nie był, tylko Szatanem, który pod postać węża się wcielił. Natomiast pod postać oślicy Balaama - jak wynika z Biblii - nikt się nie wcielał, było to zatem czystej krwi stworzenie kopytne przemawiające (jeszcze przed Wigilią) ludzkim głosem.(4 Mojżeszowa 22.21-35).

[Protest "Taraki": Jak się nam wydaje, postać Szatana jest jednak dużo późniejsza niż mit o stworzeniu świata zapisany w Księdze Rodzaju. Wąż tam był po prostu Wężem. Z tego samego powodu w Księdze Rodzaju nie ma mowy ani o wojnie Boga z Szatanem, ani o samym Szatanie.]


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)