zdjęcie Autora

13 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Cykliści jak zawsze wszystkiemu winni

Kategoria: Twórczość

« Poprzednie wcielenie M. Gdzie naprawdę byliśmy? (1) »

         Spotkała mnie przedwczoraj niemiła przygoda. Częściowo jestem sama sobie winna — z nawyku staram się być grzeczna i ustępliwa, jeśli ktoś ode mnie czegoś żąda, bezmyślnie dostosowuję się; dopiero, gdy żądania zaczynają przekraczać pewne granice, usiłuję się bronić. Często jest już wówczas za późno. Zostałam przypisana do pewnej rangi i nic nie jest w stanie tego zmienić, nawet rozsądne argumenty.

         Akurat z rowerzystami mam na pieńku – poruszamy się po tych samych chodnikach, a oni są szybsi i agresywniejsi, wsiadamy do tych samych wind, a oni wielkością swojej masy mają przewagę, gorzej jeśli towarzyszy temu otoczka ideologiczna, a może dla młodych nie jest to dostrzegane, że obecnie nie tyle cykliści (razem z Cyganami i Żydami) przeszkadzają nobliwym obywatelom i obywatelkom jak w okresach międzywojnia, ile starsze osoby owym cyklistom. Młodzi i prężni, nabuzowani prawicową odrazą dla tych wszystkich, którzy podpierają się państwem jak kosturem (starcy, emeryci, renciści), chociaż przecież prawicowiec w swoim założeniu powinien być konserwatywnym  patriotą, szanować rodzinę (a więc starszych także, rodziców, dziadków) i w ogóle reprezentować tzw. „wartości”, może dla mnie osobiście inne, ale nie podlegające wątpliwości, że w sporej mierze (jeśli pominąć wynaturzenia), słuszne. Właściwie spór dotyczy raczej metod niż pryncypiów.

Wspaniale jest mieć dzieci dobrze wychowane, mądre i grzeczne, tyle że nie powinno się ich lać pasem wskutek braku osiągnięć wychowawczych. Dobrze jest mieć kochającą żonę i dużo dzieci, ale źle jest przymuszać ich do tego domowym terrorem. Dobrze jest szanować życie poczęte, słusznie mieć dużą rodzinę, ale co zrobić jeśli projekty się sypią — brak pracy, środków utrzymania, niepłodność, upośledzenie, choroba, przemoc. I tak dalej.

         Wsiadłam sobie spokojnie do windy w metrze – z babcinym wózkiem na zakupy i kulą, kiedy nagle za mną pojawiła się wjeżdżająca w pełnym pędzie gidia (jak mawiała o takich dziewczynach staroświecko moja mama w czasach, gdy trafiały się o wiele rzadziej niż dziś) przynajmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu z rowerem o wielkich kołach. W tych windach na ogół łatwo się mieszczę z mamusiami z wózkiem, innymi babciami z bagażami, a nawet z rowerzystami o normalnych kołach. Ale ta dziewczyna miała nogi prawie pod niebo, więc i koła jej roweru musiały być większe, nie mogła się więc ze mną i moim wózkiem zmieścić. Zablokowała jednak windę i kazała mi się przesunąć w drugi kąt. Posłusznie przesunęłam się, wtedy ona jednak kazała mi przestawić mój babciny wózek. Przesunęłam go dalej posłuszna, ale niezbyt zadowolona. Ale i to jej nie pasowało, wymyśliła więc, że ja powinnam przestawić wózek w jeszcze inne miejsce, pozwolić jej wejść z tym wielkim rowerem i potem zastanawiać się czy ja się zmieszczę, Tego było już dla mnie za dużo i ośmieliłam się zauważyć, że dla osoby z kulą i ciężkim wyładowanym wózkiem nie jest łatwo przestawiać się to tu, to tam. Nie pomyślałam, że w moim bloku, gdzie winda jest mniejsza, młodzi ludzie ustawiają rowery na sztorc i znakomicie się mieścimy razem i nie przyszło mi do głowy, żeby uczyć ją rzeczy podstawowych, jak ustawiania roweru. Nawet moje pierwotna ugodowość zakładała, że ona postawi rower po przekątnej na sztorc, skoro się tak bardzo spieszy i nie może poczekać na następny kurs. Zauważyłam więc nieco złośliwie, że mogłaby przestać mnie przestawiać i poczekać na następną windę, szybciej by wyszło.

         Na to owa, wielka niczym Brenne z Tarthu, z „Gry o Tron”, dziewczyna (tylko ładniejsza), orzekła, że ona w  przeciwieństwie do mnie, która się obijam po zakupach, pracuje. No nie, to nie była Brenne – szorstka wojowniczka, choć poziomem rozumienia świata nie odbiegała od tamtej, niestety nie mogła mi założyć sznura na szyję i gnać kopniakami przed siebie, jak tamta Jaimego Lannistera. Nie miała też miecza. Jej strata.

         Nie pozostałam jej dłużna – Ja też pracowałam całe życie — odpowiedziałam głupio. Niestety, morał rodem z rozmaitych „Gier o tron” nie zagrał, bo owa Brenne stwierdziła: — Wy tam, w tym waszym PRL-u nie pracowaliście, tylko udawaliście że pracujecie. A teraz bierzecie te swoje emerytury za nic i starcza wam na wasze zakupy i nie musicie się o nic martwić, nie macie żadnych obowiązków, tylko się rozpieracie po tych waszych bazarach, kościołach i przychodniach. Legion Ojca Rydzyka. Dawno powinniście być już w piachu!.

         Mam stałą odzywkę na takie okoliczności: — Pani (pan) też się kiedyś zestarzeje. Zaopatrzyłam ją w dodatkowe zaklęcie: — Namieszali pani w głowie, a pani choć tak duża i taki wielki ma rower, powtarza głupstwa. O mało nie dodałam: — jak Brenne w Trzecim sezonie - ale nie miałam pewności, że wie, kto to jest Brenne. Perspektywa znalezienia się w piachu jakoś oderwała mnie od  intelektualnego podejścia do sprawy i o mało nie zawołałam: — Ty głupia małpo, k...wo pie...lona i tak dalej. (przepraszam; rzadko używam takich słów, ale one pomagają człowiekowi najlepiej, gdy poczuje się słaby i zdeptany).

         Zawstydziłam się. Tak pięknie zapowiadał się poranek, noga nie bolała za bardzo, miałam chęć gdzieś iść, nie przejmowałam się kłopotami, które miały przyjść jutro i rozwalić mój uporządkowany żywot (doprowadzenie wody do mojego mieszkania po czterdziestu latach od jego wybudowania przestało działać), temperatura była w sam raz dla babć, świat na chwilę nabrał smaku czarnych porzeczek (smorodiny – jak mówiło się za mojego dzieciństwa), młodych orzechów które według tego, co mówiła synowa wracająca świeżo z działki obsypywały wręcz pierwszy raz w historii działki drzewo, a tu taka makolągwa (nie ubliżając ptaszkowi) zmusza mnie do podsumowań ideolo.

         To, co pisałam niedawno w odcinku o tangach PRL wydało mi się nagle tak żenująco śmieszne, dziecinne i nieadekwatne, iż rzeczywiście słuszniej i sprawiedliwiej byłoby  zakopać się w piach. Komu potrzebny jest opis emocji przy tangu? Więc może to owa Brenne z wielkimi kołami, a nie ja miała rację?

         Czekałyśmy obie na peronie ponad 8 minut, bo akurat są wakacje. Brenne wysyłała namiętnie sms-y, widać w  jej pojęciu ciężko pracowała. Ja podsumowywałam każdy wspomniany moment mojej pracy zastanawiając się czy naprawdę pracowałam i czy zasłużyłam na emeryturę. Jedno, co zostało mi po tej bywszej formacji politycznej — nauczyłam się znosić upokorzenia, choć nie ukrywam, coraz gorzej, co jest zasługą/utrapieniem obecnych czasów.

         My starzy, przeszkadzamy młodym nie tylko fizycznie, ale głównie ideologicznie. Nabito im w głowy tezą, jakie to PRL wyrządziło szkody w pokoleniach wychowanych w tamtych czasach, że należy je spisać na straty i wykasować, poczekać na ich wspaniałe dzieciaki dzieciaków, które słusznie zajmą miejsce tej ludzkiej mierzwy i wreszcie nie będzie trzeba płacić na ich przychodnie, ich kule, ich leki, ich darmowe bilety po siedemdziesiątce, nie trzeba będzie ustępować im miejsca, bezkarnie będzie można grać umfa-umfa cały tydzień pod ich oknami, grillować na boisku do rana, ponieważ należy im się to niezbywalne prawo do podsumowania świata swoim bełkotem i wrzaskiem.

         Ale kiedy pewnego dnia ich własne dzieci i wnuki oświadczą: tato, mamo, babciu i dziadku co zrobiliście dla mnie? Co mi daliście oprócz niepotrzebnych, przeszkadzających skrupułów i tak zwanej ogłady, którą o kant dupy potłuc? I której pracowicie musimy się oduczać? Dlaczego nie kupiliście mi: domu, mieszkania, samochodu, sztabek złota i co tam jeszcze? Co z was za rodzice?

         Podobnie jak moje dzieci wyśmiały kiedyś dziadka darowującego im na urodziny po 1 dolarze. Wstyd mi, ale śmiałam się z nimi (choć robiliśmy to dyskretnie, po cichu, żeby nie zrobić mu przykrości) i mam za swoje. Dziadek chciał dobrze , ale biedny nie miał pojęcia, że czasy się zmieniły, dolar staniał, a siedmioletni dzieciak lepiej zna jego kurs niż on, mający na koncie dolarowym aż 25 dolarów przesłanych przez rodzinę z USA. Ja też bywałam niedzisiejsza: kiedyś siostrzeńcowi na Pierwszą Komunię przyniosłam pęczek białych kwiatków i jakąś stosowną książkę nie wiedząc, że zaczynają już być wymagane konkretne prezenty.

          Tak więc jaki pożytek ze współczesnych babć i dziadków? Współczesne targi polityczne o fundusze emerytalne przywołują mi pamięć o pewnym moim koledze z pracy, zaciekłym prawicowcu, nawet z wyglądu budzącym skojarzenie z jakimś nawiedzonym fanatykiem religijnym; wątłej postury, chudy, z pałającymi oczami z tych, co do celu idą po trupach (także koleżanek i kolegów). On właśnie pewnego dnia w 1990 roku, świeżo przyjęty na stanowisko jakiegoś tam kierownika d/s organizacji, przydupas nowych władz firmy, składu wykopanego z pewnego ministerstwa, wygłosił nam mowę na temat, jak wyobraża sobie Polskę w czasach, które nadejdą, gdy jego formacja polityczna przejmie rządy. Stwierdził, że emerytury dla starszych ludzi to rzecz niedopuszczalna, spuścizna komunistyczna. Moja koleżanka, wówczas niedługo przed emeryturą zapytała go więc, jak on sobie wyobraża los starszych ludzi pozbawionych dochodów? Czy może uzna iż należy dokonać ich humanitarnej eksterminacji?

         Ów kolega był całkiem pozbawiony humoru (jak większość takich ludzi) i odpowiedział jej dosłownie na pytanie zadane z oczywistym przekąsem: — humanitaryzm musi zostać wykorzeniony, bo to wynalazek komunistów. Ale nie oznacza to, że emeryci nie mają prawa żyć — jeżeli mają zasługi dla następnych pokoleń, dla dzieci i wnuków, to one powinny zadbać o ich utrzymanie. Na to moja koleżanka pytała dalej: — A co z takimi jak ja, którzy nie mają męża ani dzieci, czy wnuków, żeby ich utrzymywali?

         Wstrzymaliśmy na chwilę oddech, bo nie wiedzieliśmy jak przerwać tę gadkę, żeby nie poszło to wszystko za daleko. Lubiliśmy naszą koleżankę, była miła, choć już niezbyt przydatna w pracy, coraz częściej zapominała wszystko no i była okropnie, po dziecinnemu płaczliwa. Nie ulegało wątpliwości, że najlepsze lata miała za sobą. Ale on odpowiedział bez najmniejszego zażenowania:

— Sens istnienia człowieka mieści się w tym, co może przekazać następnym pokoleniom. Jeśli nie ma czego przekazać, ba, sam chciałby coś otrzymywać, nie zasługuje na egzystencję. Jest pasożytem po prostu!

         Na szczęście, kiedy jego formacja przejęła rządy, ktoś poszedł po rozum do głowy i policzył ilu to potencjalnych wyborców może stracić; zrobiła zwrot o 180 stopni i dziś jest jednym z największych obrońców biednych, starych i chorych.

         Ja nie przejmowałam się za bardzo takimi gadkami, nie wierzyłam, że ktoś na serio może myśleć o pozbawianiu starych ludzi możliwości egzystencji. I wszystko zda się potwierdzałoby mój sceptycyzm w tej sprawie — wszak coraz większą rolę odgrywają ruchy ochrony zwierząt, a skoro broni się bezradnych zwierząt, to cóż mówić o bezradnych ludziach?

         Jednak stale ktoś młodym sączy tę truciznę do uszu, bo w chwilach złości niszczyliby chętnie wszystkich, którzy odbiegają od ich pomysłów na człowieka: Żydów, muzułmanów, Cyganów, gejów i starych ludzi. Ba, nawet bywają obrońcami przyrody i życia poczętego (choć chcą wieszać przestępców). Trudno uzasadnić sens niszczenia tych wszystkich grup ludzi — każda z nich ma odrębne cechy i chęć wyłączania akurat spośród nich nienarodzonych i zwierzęta. Spytany kiedyś o to taki młodzieniec odrzekł mi, że oni, nienarodzeni i zwierzęta nie są niczemu winni, choć już nie potrafił sformułować rodzaju tej winy u człowieka wspomnianych nacji (poza przestępcami).

         Są w tej grupie ludzie o różnym poziomie intelektualnym, jednak niewielu z nich nadaje się do poważnej dyskusji. Swoje wiedzą i tyle. Niekonsekwencji nie dostrzegają, własnych win także. Są nosicielami jedynej prawdziwej, najprawdziwszej prawdy.

         Cykl powieści „Gra o tron” dlatego jest tak pociągający i tak świetnie się czyta, że wśród skomplikowanej akcji, postaci bohaterów, (a jest ich wielu) są jednoznaczne, określone wyraźnie, a ich spis może służyć jako wzór tabeli „ludzkich typów charakteru”. Jednak autor o jednej rzeczy zapomniał: że większość prawdziwych ludzi jest całkiem niekonsekwentnych: mówią jedno, robią coś innego, a uzasadniają to wszystko konstrukcjami postawionymi na głowie. Rezultaty zaś bywają jeszcze z innej beczki. Jakbyś to wszystko wrzucił do miksera, zakręcił i zabrakło mu prądu.

         Dlatego można się obawiać, że powolutku zmierzamy do tego, iż starsi ludzie zostaną pozbawieni humanitarnego ogłuszania przed rytualną śmiercią. Ponieważ nie przynoszą dochodu, generują niepotrzebne wydatki, a jednocześnie są źródłem nadmiernej emisji gazów cieplarnianych. W dodatku hamują przepływ środków finansowych w jedynie słusznym kierunku — to jest nie do tych, którzy dochody swoje obracają na proste spożycie zamiast do tych, którzy ich wydatkowaniem podtrzymują postęp techniczny, rozwój i wynalazczość. Na szczęście to jeszcze potrwa ze 20 lat, więc wątpliwe, żebym tego doczekała.

         Pozostaje jeszcze jeden ciekawy aspekt sprawy, nazwijmy go upraszczająco, ezoteryczny. Gdybym w młodości – załóżmy – miała dostęp do rozmaitych technik szamańskich, duchowych, rozwojowych, do osiągnięć psychologii i do rozmaitych szkół eksperymentujących  z własną mocą, rozszyfrowujących wskazówki, które płyną do mnie z Wszechświata, pozwalających odkryć źródła osobistej mocy – których to pełen przegląd można znaleźć w ogłoszeniach, także w Tarace – czy ten dostęp pozwoliłby mi na wyrobienie w sobie osobistej pewności siebie, która na stare lata zaowocowałaby niewzruszonym przekonaniem o własnej stabilności, brakiem podatności na skutki podobnych spotkań? Twardym trzymaniem się własnych przekonań wobec silnie wyrażanych cudzych przekonań?

         Niestety: nie, nie i jeszcze raz nie. W czasach słusznie minionych, gdy o powyższych technikach mówiło się z oburzeniem: przesądy światło rozumu ćmiące nabywało się pewności w inny sposób, mozolnie budując piramidę swoich osiągnięć, mury obronne przed ingerencją obcych myśli, lochy i kazamaty dla niechcianych natręctw, pokoje tortur dla niepokojów. I co z tego?

         To wszystko na starość przestaje działać, Bywa że w owych lochach i kazamatach tak zamknie się wszelkie rodzaje niepewności, że w miarę sztywnienia stawów usztywnia się poglądy, że wreszcie eliminuje wszystko uznane za zbędne i niepotrzebne pozostawiając coś, co niejednokrotnie jest jakimś potworkiem zrodzonym z utoczonej sobie krwi. Mimo to, złość niechęć i pragnienie odwetu na świecie zostaje – im większe poczucie bezsilności, tym większa trauma. Mam liczne tego przykłady wśród snujących się na osiedlu starszych osób. A od drgnień tegoż i ja nie jestem wolna.

         Zrozumiałam to dziś rano, gdy wydawało mi się, że zapłaciłam sprzedawczyni setką, a okazało się, że dałam zaledwie pięćdziesiąt złotych. Chciałabym siebie zwymyślać najgorszymi słowami, czułam się okropnie, gdy pomyślałam, że ta miła, zawsze żartująca ze mną dziewczyna mogłaby pomyśleć o mnie, iż chciałam wyłudzić nienależne mi pieniądze. A przecież kiedyś, bez drgnienia powieki, w ciągu jednego dnia podpisywałam do wypłaty kwoty wielu miliardów (na stare pieniądze) złotych, zakładając, że w takiej masie może zaczaić się błąd, za który przyjdzie mi odpowiedzieć. Dzisiaj rano nie pomogło mi to, bynajmniej.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Poprzednie wcielenie M. Gdzie naprawdę byliśmy? (1) »

komentarze

1. zmiana targetu na lewicy • autor: Jerzy Pomianowski2013-07-14 14:01:25

Nie wiem czy to celowe, czy też ironia polityki, że ukochanym oczkiem w głowie są dla socjalistycznej Europy akurat Żydzi, homoseksualiści i cykliści.
Kiedyś lewica szukała swojego "proletariatu" wśród grup słabych, a teraz opiekuje się silnymi i dominującymi, lub przynajmniej mocnymi w gębie.
Sądzę że rower to czysta lewica, natomiast polityczna przynależność samochodu zależy od jego wielkości. Mały jest lewicowy, zaś wielki - prawicowy.
[foto]

2. Lewica? Prawica? • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-07-14 15:07:42

Już nic nie jest takie jak było; nie wiem czy ma sens podział na prawicę i lewicę. Czy rower na małych kółkach jest lewicowy a na wielkich kołach prawicowy? Chatka na skraju lasu lewicowa, a wypasiona willa prawicowa? Obrońca drzew jest zwolennikiem czy przeciwnikiem kary śmierci? Chyba czas dojrzał, żeby porzucić określenia: lewica, prawica, centrum i poszukać nowych. Kiedyś lewicę od prawicy różnił przede wszystkim stosunek do człowieka – jako jednostki podporządkowanej zbiorowości i jej celowi (lewica) i jako jednostki, której celem jest wolność własnego rozwoju (prawica). Do tego dochodziły jakieś uboczne, mniej ważne cechy; a one dziś zdominowały ogląd tych zbiorowości. Powstały takie dziwaczności, jak prawicowość w życiu osobistym i lewicowość w poglądach społecznych albo na odwrót, czy też lewicowi kapitaliści i prawicowi bezrobotni. Nawet związki zawodowe nie są już związkami zawodowymi tylko związkami światopoglądowymi. Tak mi się wydaje.
[foto]

3. Prawica i lewica • autor: Przemysław Kapałka2013-07-17 18:01:07

Dla mnie podział na prawicę i lewicę to dziecinada. Raz się tego uczepiliśmy, może to i miało uzasadnienie, ale już dawno przestało je mieć a my się tego uparcie trzymamy dalej. 


[foto]

4. Odnośnie dzieci • autor: Przemysław Kapałka2013-07-17 20:01:20

A to pytanie, co z tymi, którzy nie mają dzieci, bym zmodyfikował: Co z tymi, których dzieci umrą, zginą w wypadku albo okażą się niezdolne do pracy?

Warto by było też zastanowić się nad odpowiedzią na taką tezę o pasożytach, bo możemy jeszcze spotkać takich, którzy ją wygłaszają. Ktoś ma pomysł?

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)