Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 września 2016

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 182)

Czaplińskiego na Korfu

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: GrecjaMiędzymorzepodróżepolitykaRosja

« Tollego, Nawrockiego i Baby, i o rozwoju Taraki Billa Mollisona o permakulturze »

Któregoś dnia na początku września wracałem z Warszawy z zakupów, które robiłem przed wycieczką na Korfu, i w Drugim Programie usłyszałem wywiad z prof. Przemysławem Czaplińskim, który prezentował swoją książkę „Poruszona mapa”. Nazwiska i tytułu dowiedziałem się na końcu audycji, powtórzyłem parę razy na głos, żeby zapamiętać i szybko kupiłem jako e-book i wziąłem na Kindle'u na Korfu. Kindle, w podróżach wielki wynalazek.

Dlaczego na Korfu? Bo względnie tanio (Grecja przebija inne oferty), ciepłe morze i wiedziałem, że zielono, a chciałem spróbować innej Grecji niż półpustynna Kreta, gdzie byłem – byliśmy z Elżbietą – wcześniej. Do tego blisko! Samolot leciał ledwie dwie godziny – właściwie można by było wyskakiwać na weekendowe wycieczki. Korfu faktycznie jest zielone i porośnięte zielonym gęstym lasem i krzewem, przynajmniej tak to wygląda z daleka. Co przypomina? Ostre formy wzniesień najbardziej kojarzyły mi się z węgierskim pogórzem: jakiś Miszkolc, Tokaj... Ale też można sobie wyobrazić, że to takie Tatry, tyle, że z Tatr wzięte samo pierwsze skałkowe pasmo: Krokiew, Sarnia Skała; cyprysy są zamiast świerków, zamiast Zakopanego – ciepłe morze. Wysokości, stromizny, proporcje terenu – jednak podobne.

Czapliński pisze o podróżach, więc książka w sam raz na podróż. Chociaż tamte podróże aż nad Morze Śródziemne nie sięgają. Grecja jest poza horyzontem polskiej wyobraźni, tak jak ją widzi tamten autor.

Tytuł „Poruszona mapa” i w podtytule wyjaśnienie: „Wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku”. Czapliński twierdzi, słusznie, że żyjemy nie tyle w przestrzeni fizycznej, co w przestrzeni relacji, w przestrzeni znaczeń. Polska leży tam, gdzie leży, jej fizyczne miejsce nie zmienia się, ale zmieniają się znaczące relacje lokujące ją w świecie. Autor widzi Polskę – pod koniec zeszłego, 2015 roku, kiedy książkę skończył pisać – jako łódź, która zerwała się z kotwicy i dryfuje, jeszcze nie wiadomo dokąd. Po objęciu władzy przez „izolacjonistów” nastąpiła „wyprowadzka z dotychczasowej mapy”. Nie znając jeszcze faktów politycznych, Autor sięga po szczególny czujnik, po szczególny narząd zmysłów czy antenę, jaką jest literatura – z nadzieją, że pisarze wcześniej rozpoznali zmiany, zanim przebiły się one do polityki. Rozważa więc literackie podróże polskich autorów w czterech kierunkach: na wschód: do Rosji, na zachód: do Niemiec, na południe: do sąsiadów, z którymi wspólnie stanowimy Europę Środkową (być może całkiem mityczną; nie wiedziałem, że pierwszym, który „wymyślił” i wypromował Europę Środkową złożoną z Czech, Węgier i Polski, jako chwilowo oderwany, ale jednorodny fragment Zachodu – był Milan Kundera!) – I na północ do Skandynawii. Ta tradycyjna czwórdzielna róża wiatrów w całej książce obowiązuje; nie ma śladów tej praktyki, którą wprowadziłem w Tarace: obracania mapy, najlepiej o 52 stopnie.

Streszczając i podsumowując: Czapliński stwierdza, że w polskim literackim widzeniu słabnie napięcie na osi Zachód-Wschód, więc między podziwianą, wzorem będącą, wytęsknioną i bezpieczną, ale i zawstydzającą nas Zachodnią Europą – a groźną, tyrańską i orientalną Rosją. Za to nabiera wyrazistości napięcie na kontr-osi Północ-Południe, gdzie od skandynawskiej Północy mamy szansę uczyć się tworzenia i korygowania własnej nowoczesności, nowoczesności dopasowanej do „nas” jak dobre, własne ubranie, podczas gdy na środkowoeuropejskim Południu widzimy zaledwie podobieństwa w trzymaniu się swojskości jako medium narodowej izolacji. Po tych uwagach jasnym jest, że Autor nie ceni pomysłu Międzymorza, za jałowy go mając.

Rosja. Czapliński w literackich podróżach na rosyjski Wschód wydziela trzy warstwy. Autorów, których wspomina, jest więcej, ja wybiorę z nich trzech, po jednym jako przykład: więc oto Kapuściński zwiedza Rosję jak wizytator, oceniając ją z zachodniej-oświeconej perspektywy kogoś, kto wie lepiej i patrzy przez filtr lepszej wiedzy o tym, co tam być powinno. Drugi niech będzie Jacek Hugo-Bader, który wędruje po Rosji jako kolekcjoner wrażeń, poszukiwacz ekstremalnych przygód, który nie boi się pobrudzić się Rosją, ale będąc tam nie-swoim, jednak pozostaje na zewnątrz tamtego świata niby w jakimś kitlu lub skafandrze. – I trzecim jest Mariusz Wilk, który cieleśnie-fizycznie w Rosję wrasta (Wilk do Rosji przeprowadził się, zamieszkał z żoną Rosjanką na północy w Karelii), a literacko Rosję wymyśla wraz z tworzonym na nowo językiem, w którym po polsku, ale polszczyzną twórczo dopasowaną do tamtejszej scenerii tyleż Rosję opisuje, co jej autorską wizję tworzy.

Tu czytałem o jednym, myślałem o drugim, to znaczy o moim jedynym wyjeździe do Rosji, którego nie opisałem; gdzieś leżą w starym zeszycie notatki z tamtej podróży. Przypominałem sobie tamten wypad i siebie w nim – i nie dopasuję siebie do tamtej trzystopniowej skali Czaplińskiego. To byłaby jeszcze inna, czwarta warstwa. Nie wizytacja okiem przybysza z lepszego świata, nie szukanie ekstremalnych jazd, i oczywiście nie Wilkowe rozpoznanie Rosji życiem (jak jest rozpoznanie bojem – w wojennej taktyce). To czwarte, którego próbowałem, to było szukanie w Rosji... mistrza? Wzoru? Inspiracji? W każdym razie napędu, źródła energii. A jednocześnie była to podróż w celu znalezienia kogoś podobnego, bratniej duszy. I nie wśród Rosjan, ale wśród syberyjskich tubylców, więc ludzi, którzy z jednej strony są marginalnie wyjątkowi, a z drugiej są tamtejszą potencjalną arystokracją; przynajmniej mają zasoby, żeby na taką arystokrację – raczej ducha niż materialnych przewag – się wybić. Nawiązałem wtedy, rok 2001, kontakt z Leonidem Larem, Nieńcem mieszkającym w Tobolsku, malarzem i etnografem, akademikiem tamtejszej wyższej szkoły. Byłem tam tydzień. Tamten kontakt zerwał się – starczyło mi zasobów (zapału, pomysłów i kasy), żeby go nawiązać i pojechać tam – nie starczyło na kontynuację. If I were a rich man. Bogatszy nie tylko w pieniądze: także, przede wszystkim, w ten subtelniejszy kapitał, który pozwala tworzyć rzeczy i sprawy, których dotąd nie było. If I were... Z tamtego kontaktu zostało kilka tekstów, są w Tarace, w jej głębokiej części, mało czytanej.

Leonid Lar w latach 1990-tych dokumentował, nanosił na mapę, fotografował – nienieckie święte miejsca na półwyspie Jamał. W swojej ojczyźnie. Tamtejsze święte miejsca to drzewa (lub raczej większe krzaki), polany, brzegi jezior... – trudno dobrać słowa do tamtego krajobrazu – po prostu miejsca. Które wyróżnia pamięć i opowieści mieszkańców. Gdzie coś dzieje się lub może się dziać. Gdzie czasem ktoś zawiesi czerwoną wstążkę na znak, że wysłał duchom swoją intencję. Leonid nanosił te punkty na mapę, żeby szukacze gazu ich przypadkiem nie rozjeżdżali swoim ciężkim sprzętem. (Jednak nie wiem, czy to, co zrobił, było jakoś skuteczne.) Od razu dodam, że ja na Jamał nie dotarłem.

Czy czegoś podobnego możemy dopatrzyć się w tym, co my robimy? Czy w naszych podróżach świecą nam na kierunku jakieś miejsca, chociaż trochę święte? Nie myślę tu o formalnych pielgrzymach odwiedzających słynne kościoły. Myślę o tych, którzy głównonurtowe wierzenia kontestują. I szukają innych znaków.

Nie wiem, dlaczego w książce Czaplińskiego nie ma nic o Południu tym – tym, gdzie teraz jestem, śródziemnomorskim? Czy ono dla nas nic nie znaczy, nie generuje symboli? Z tamtej książki wynika, że (1) boimy się groźnego, pełnego przekraczających nas mocy Wschodu, (2) aspirujemy do Zachodu, ale i stajemy przed nim zawstydzeni sobą, (3) widzimy niefortunne podobieństwo do sąsiadów z Południa-Środka, z którymi wespół idziemy w podobną rozsypkę, i (4) próbujemy wyobrazić sobie, że pójdziemy twórczym śladem zabałtyckiej Północy. A Śródziemnomorze – puste? Nie przeciągnięto kabli ze znaczeniami od nas do Italii, Hellady? Bylibyśmy tu tylko ciałami: karmionymi, pławionymi, opalanymi?

Książka Czaplińskiego, ta jego opowieść o czyichś opowieściach, jest depresyjna. Czy może Autor coś wie, coś przeczuwa, a raczej wiedział, przeczuwał już prawie rok temu coś, czego jeszcze nie wiemy, nie stało się? Rozpad zjednoczonej Europy? Poprucie się tego, co dotąd jakoś zszyte?

Na razie tu, na Korfu, Europa przeważnie emerytalna leży na leżakach, pije kawę i piwo, moczy się w ciepłej słonej wodzie, gapi na gładkie morze i na zamglony kontynent albański i grecki na horyzoncie. Różne języki słychać, każdy inny, żaden w przewadze. Pary i grupki osobno, każda po swojemu. Społeczna komunikacja – w restauracji, w recepcji – idzie w ludowym koine złożonym ze 100 angielskich słów wymawianych bardzo dowolnie.

Skoro Czapliński widzi już Polskę poza duchową Europą, bo z jego książki Unia wygląda na projekt, który się nie udał, przynajmniej dla nas, to przydałaby się inna książka, przedstawiająca Polaków-Europejczyków i Polaków-obywateli-świata, i ich wizje mapy. Przecież tacy są! Ja sam z pewnością Europejczykiem nie jestem, bo nie należę do żadnej komunikacyjnej społeczności, która by wychodziła poza Polskę – a raczej poza j. polski – ale przecież takich Polaków i Polek wykraczających-poza znam, wielu takich jest, także wśród autorów Taraki.

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« Tollego, Nawrockiego i Baby, i o rozwoju Taraki Billa Mollisona o permakulturze »

komentarze

1. Lajk • autor: Manna2016-09-18 10:52:12

gdyby był, to bym kliknęła:)) Bo: gdzie indziej znajdę w niedzielne przedpołudnie takie niezobowiązujące a jednak pełne inspiracji zamyślenie nad stanem naszego kawałka świata.
Ale właśnie "nasz kawałek..." Nawet jeśli projekt UE się rozpada, to nie znaczy przecież, że znika Europa. To, co nazywasz izolacjonizmem - a ja bym tego używała wymiennie z "naszością" czy "swojskością"  - jest tą jakością, która zawsze w Europie była obecna. W twórczym napięciu  wobec "uniwersalności" czy "europejskości".
Bez tego składnika (którego dziś bardzo wypada  nie lubić) znika napięcie, a więc i byt całości zagrożony.
Z tego punktu widzenia szukanie jakichś szczególnych "Polaków-Europejczyków" sens ma znikomy, bo, na przykład,  moja europejskość na tym dziś  polega, że siedzę w szlafroku z kubkiem kawy, wracam leniwie do akapitów Twojego tekstu, napisanego aż parę dni temu i piszę ten komentarz. I ciesze się, że mogę, choć to tak bardzo nie pasuje do tej Europy z projektu UE, gdzie trzeba być innowacyjnym, kreatywnym i nieustannie gonić
[foto]

2. Za lajk dziękuję • autor: Wojciech Jóźwiak2016-09-18 22:01:18

-- Manno. Dzisiaj nad Korfu przeszły deszcze, momentami uliczki zmieniły się w rwące rzeki. Teraz juz wiem, skąd tu tak zielono: regularne z nieba podlewanie. Ale deszcz ciepły, bo ta fala wilgoci przyszła z południa.

3. Depresyjność Czaplińskiego • autor: Manna2016-09-19 00:43:47

została przez ciepły deszcz nieco zakwestionowana, jak rozumiem?:))
[foto]

4. Czaplińskiego c.d. w Krytyce Politycznej • autor: Wojciech Jóźwiak2016-11-12 16:35:02

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/czytaj-dalej/20161110/mamy-mape-nie-mamy-narracji-rozmowa-z-przemyslawem-czaplinskim
Też o Polsce i Rosji i o myśleniu Sienkiewiczem contra myślenie Giedroyciem. Warto!

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)