Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

17 lutego 2015

Maciej Szymczak

Czarownice z Boscastle
Magiczna Kornwalia

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: magiapodróże

Samochód mknie przez zielone wzgórza. Zza horyzontu wyłania się urokliwe Morze Celtyckie. Turkus z oddali uderza w oczy, przyjemnie kontrastując z poszarpaną linia brzegową. Czy aby na pewno jesteśmy w Wielkiej Brytanii? Mijając rozległe pastwiska, z pasącymi się nań krowami, podziwiamy poszatkowany krajobraz Kornwalii. Zbliżając się do wybrzeża, przejeżdżamy przez gęsty liściasty las. Stare powykręcane drzewa przykuwają naszą uwagę, czyżbyśmy wkroczyli w świat baśni i legend? Przekraczając granicę miasteczka Tintagel, znaleźliśmy się we wspaniałej scenerii imponujących klifów. Przez kurort ten przebiega słynny South West Coast Path. Liczący sobie ponad 1000 km szlak pieszy, ciągnie się wzdłuż urwistego wybrzeża, prowadząc do ukrytych grot morskich i imponujących atlantyckich plaż. Słusznie został wpisany na listę Unesco, kto lubi typowe romantyczne angielskie klimaty, nie może sobie odmówić eksploracji nadmorskiej okolicy.

Tintagel posiada także inne atrakcje. Największą z nich są niewątpliwie ruiny wczesnośredniowiecznego zamku, umiejscowione na widowiskowym przylądku. Prowadzą do niego strome schody wydrążone w klifie i zwodzony most wiszący ponad wzburzonym morzem. Stan ruin nie jest zadowalający, ale uroku temu miejscu nadaje przede wszystkim dzika przyroda oraz legenda związana z najsłynniejszym z celtyckich władców. To tutaj według podań wychowywał się Artur, legendarny wódz Brytów. Dorastał pod czujnym okiem druida Merlina[1], ucząc się sztuki sprawiedliwego rządzenia oraz doskonaląc swoje rycerskie umiejętności. W okresie dzieciństwa doznał wizji, w której ujrzał piękny i potężny zamek, przyszły Camelot, który został wybudowany na wzór gniazda rodzinnego.



Spacer wśród zniszczonych murów, pośród kępy zielonych traw, z widokiem na wzburzony akwen morski, pozostawia niezatarte wspomnienia w głowie. Warto podejść do krawędzi klifu i spojrzeć na małą plażę, która usadowiła się u stóp urwiska. Kto chce zażyć ożywczej kąpieli musi się pośpieszyć, gdyż popołudniami morze zabiera ten maleńki skrawek lądu, zazdrośnie strzegąc go przed plażowiczami. Wieczorem spacerujemy maleńkimi uliczkami, chłonąc prowincjonalny czar miasteczka. Małe kamienne domki stoją w równym rzędzie, w ogródkach egzotyczna roślinność. Nie spodziewałem się tutaj palm, które to kojarzą się zazwyczaj z krajami basenu morza śródziemnego. Przestajemy się dziwić, patrząc na termometr. Temperatura iście południowa, czy można sobie wymarzyć lepszą pogodę pod koniec sierpnia?

Kornwalia to nie tylko widowiskowe klify, wiejska architektura czy wspaniałe plaże. To także fascynująca historia dawnych mieszkańców tych ziem. Celtycki duch zadomowił się w tej krainie, w wielu miejscach odcisnął swoje piętno. Pełno tu samotnych menhirów, dolmenów, świętych źródełek. Coś niewątpliwie magicznego, nieuchwytnego przenika nas, niesione przez atlantycki wiatr. Tłum rozwrzeszczanych turystów to tylko pozór, poza sklepikami z pamiątkami, budkami serwującymi Fish and Chips, kryje się tajemnica. Jaka? Tego dowiemy się już niebawem.

Nazajutrz wybieramy się do Boscastle, miejscowości nietypowej, odmiennej, jakby zaklętej w czasie. Ten bastion zabobonów i przesądów umiejscowił się nad naturalną skalistą przystanią, wchodzącą niewielkim fiordem w głąb morza. To nieoficjalna stolica brytyjskiego okultyzmu, stąd wywodzą się słynne kornijskie czarownice. Aż po XX wiek zachowała się tutaj oryginalna i niespotykana nigdzie indziej tradycja handlu żywiołami. Brzmi dziwacznie? Strudzeni rybacy, strapieni marynarze odwiedzali przystań, szukając miejscowych zaklinaczek. Targując się z nimi, chcieli zapewnić załodze sprzyjające żegludze warunki pogodowe. Znachorki handlowały wiatrem, więżąc go w kawałku sznura, zakończonego węzłem. W ten sposób chwytały nadmorskie żywioły, które od tej pory musiały być im posłuszne. Kupcy nabywając ten swoisty magiczny przedmiot, mogli bez obaw wypływać w morze.


Chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o miejscowych zamawiaczkach. W tym celu udajemy się do lokalnego muzeum czarów i magii. Museum of Witchcraft[2] zostało założone w 1951 roku przez ekscentrycznego okultystę Cecila H. Williamsa. W latach młodości zaprzyjaźnił się on z lokalną wiedźmą, którą farmerzy oskarżyli o rzucanie uroków na bydło. Dzięki jego interwencji oskarżona kobieta uniknęła linczu, uchodząc cało przed publicznym samosądem. W dowód wdzięczności postanowiła podzielić się swoją wiedzą ze swoim wybawcą. To był początek jego fascynacji naukami tajemnymi. Dużo podróżował, gromadząc rekwizyty do swojego kontrowersyjnego przybytku. Przebywając w Zimbabwe zgłębiał rzemiosła miejscowych czarowników, poznając tradycyjne metody leczenia. Jego poszukiwania uczyniły go osoba znaną i popularną. W latach trzydziestych pracował dla brytyjskiego rządu jako ekspert od wiedzy tajemnej.[3] Śledził poczynania hitlerowskich okultystów, sabotując ich działania za pomocą praktyk czarodziejskich. Cecil zmarł 1999 roku, a dziś jego dzieło kontynuuje Graham King, obecny właściciel muzeum.



Wkraczamy do świata tajemnic, wiedzeni dziecinną ciekawością. Wewnątrz podziwiamy zaangażowanie właściciela w rozwój projektu. Ilość zgromadzonych eksponatów jest imponująca. Każda sala poświęcona jest innej epoce, innej dziedzinie czarnoksięstwa. Rozpoczynamy fascynującą podróż, od zamierzchłych czasów neolitu, do nowożytnych zakonów magicznych. Odbywamy swoistą podróż w czasie, spoglądając na przedmioty, którymi posługiwali się druidzi (na uwagę zasługują metalowe sierpy, którymi ścinali zioła). Wkraczamy w ciemne wieki średnie, spoglądając na egzemplarz Malleus Maleficarum, dzieło które zepchnęło do podziemia wszystkich ówczesnych ludzi parających się magią. Jest i sala tortur, w której inkwizytorzy wymuszali zeznania na zdezorientowanych kobietach. Miłym rodzimym akcentem jest Baba Jaga i mała ekspozycja jej poświęcona.

W końcu docieramy do czasów nowożytnych, kiedy nauki tajemne odradzały się, a różne stowarzyszenia okultystyczne rosły w siłę, wychodząc z podziemia. Poznajemy rozmaite tradycje neopogańskie, satanistyczne, kabalistyczne a nawet nowoczesną magię chaosu. Przy eksponatach wiszą słuchawki, możemy posłuchać nagrań z rytuałów magicznych. Współczesne wiedzmy inkantują zaklęcia, z podniesionym głosem wypowiadając niezrozumiałe formułki. Efekt jest piorunujący. Przez chwilę mogłem się poczuć częścią tych misteriów. Lekko oszołomiony kontynuuję zwiedzanie, wkraczając do kolejnego pomieszczenia.

Z ciekawych zbiorów mógłbym wymienić pokaźną kolekcję mandragor. Tworzone z tych roślin idole o antropomorficznych kształtach, były wykorzystywane w zaklęciach, zwłaszcza w tych stronach. Pełno tu zagadkowych, kontrowersyjnych, czasem przerażających artefaktów. Z lekkim niesmakiem oglądam zmumifikowane części ciał zwierząt, serce psa przebite szpilkami, czerwony but z truchłem ptaka w woskowym kokonie. Są i mumie: zasuszone ciała kotów, psów, także zajęcy. Nie brak i ludzkich szczątków. Przyglądam się zakonserwowanej w błocie czaszce ludzkiej, wysuszonej dłoni oraz innym częściom ciała, wchodzącym w skład ludzkiej anatomii. Jest nawet czepek poporodowy, będący potężnym amuletem przynoszącym szczęście swojemu właścicielowi. Moją ciekawość wzbudziły kolorowe butelki wypełnione amuletami. Służyły one do więżenia dusz, praktyki te powszechnie wykonywali kapłani Voodoo. Dość niepokojący eksponat… Pośród licznych zbiorów muzealnych całkiem pokaźna ich ilość jest powiązana z czarną magią.


Moje zainteresowanie przykuła także kolekcja okultystycznych figurek, współcześnie kojarzonych głównie z synkretycznymi kultami afrykańskimi. Kornijskie lalki są ulepione z wosku i nie służyły tylko do rzucania uroków. Część z nich miała medyczne zastosowanie i była wykorzystywana do uzdrawiania chorych. Oczywiście większość z tych kukiełek była używana w mniej chlubnych celach. Te, za pośrednictwem których chciano komuś zaszkodzić, całe były najeżone igłami, z przyczepionymi do ich głów kosmykami ludzkich włosów. Aby spotęgować działanie klątwy, należało taką lalkę zakopać przed domem nieszczęśnika. Pomimo wielu kontrowersyjnych zbiorów kończę zwiedzanie w znakomitym nastroju. Muszę przyznać, iż nie miałem pojęcia, jak bogata, jak niesamowita jest spuścizna kulturowo-magiczna rodzaju ludzkiego. Graham kontynuuje wspaniałą misję, dzięki takim ludziom jak on możemy zapoznać się z tradycja duchową, którą przez wieki starało się wyprzeć chrześcijaństwo. Na szczęście istnieje duże prawdopodobieństwo, iż moje wnuki będą mogły oglądać w przyszłości te same eksponaty, co ja teraz. Od właściciela dowiadujemy się, iż fach znachorski przetrwał po dziś dzień, a wielu farmerów korzysta z pomocy zamawiaczek. Zazwyczaj proszą je o płodność dla bydła lub o pomyślne wiatry w czasie połowu. Jak widać, nic się nie zmieniło w tej krainie od czasów najdawniejszych.

Po wizycie w muzeum nabrałem większego szacunku do zabobonów i przesądów. Coś, co przeczuwałem, co nie dawało mi spokoju, istnieje tu realnie. Intuicja mnie nie zawiodła, nic dziwnego że w Beltaine oraz Samhain zjeżdżają się tu neopoganie z całego świata. Pełen przemyśleń udałem się na spoczynek do swojego namiotu. Noc była spokojna, ciepła i łagodna. Zbudził mnie nagły powiew wichru. Nadciągnął znad morza, świszcząc melodycznie. Ciarki przebiegły mi po plecach. Czyżby był on wywołany przez jedna z tutejszych czarownic?


[1] Wielu współczesnych badaczy wywodzi postać tego słynnego czarownika od jakiegoś wpływowego Druida, który zapisał się w legendach jako baśniowy czarnoksiężnik o imieniu Merlin.

[2] http://www.museumofwitchcraft.com/

[3] Mało kto wie, że podczas drugiej wojny światowej również rząd Korony Brytyjskiej interesował się okultyzmem, a oba mocarstwa prowadziły wojnę magiczną, o czym można się dowiedzieć z eksponatów muzealnych.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-02-19)


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)