Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

12 listopada 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 30)

Czemu nie podlegają niepodlegli


« Nothing compares Winter is coming. Cz. 1: Ostatni będą pierwszymi »

Obserwowanie obchodów Święta Niepodległości było doświadczeniem irytującej monotonii. Po pierwsze już na etapie przygotowań widać było przewidywalność debaty. O czym mówimy? O narodowcach. Właściwie o niczym innym nikt nie rozmawiał. Czy narodowcy zakłócą marsz patriotyczny – oto oś sporu. Łatwiej by pewnie się takich dyskusji słuchało, gdyby ktoś podjął się rozróżnić, czym mianowicie narodowiec różni się od patrioty. Czy różnica jest ostra, czy nieostra? Ostra różnica jest w warstwie stylistyki. Jeśli nawiązuje ona do historycznych kreacji Hugo Bossa, co projektował dla hitlerowskich organizacji mundury i zdaje się, że trochę znaków, mamy narodowca. Te stylizacje łatwo rozpoznać. Ostre kolory, podobna geometria znaków, ubrania o charakterystycznych krzywiznach. Nie trzeba specjalnie znać się na modzie, by natychmiast zobaczyć, w co się tutaj zapatrzył artysta, tym bardziej, że każdy ma tę estetykę w pamięci, bowiem z bólem serca przyznać trzeba, że była świetna. Gdy jednak stylistyka do tego wszystkiego nie nawiązuje, mamy patriotę. Jak się łatwo domyśleć, ten małpi sposób rozróżnienia skłania do tego, by z nim igrać i łatwo to robić. Czerwone tło, na nim białe koło, a w nim czarny staroindyjski symbol szczęścia się nie podobają? Ok. To zrobimy zielone tło, a na nim biały znak sochy. No i co? Jest z tym trochę jak z Coca Colą. Club Cola, Quick Cola, PepsiCola, Polokokta... Słowem i znakiem można się bawić bez końca i nikt z tym nie nadąży, tak jak nikt nie nadąży z uzupełnianiem listy dopalaczy. Historia zna wiele przypadków takiego igrania, jak choćby wybieg z Wozem Drzymały, czy sztuczka angielskich bukmacherów. Gdy wydano edykt, że nie można uprawiać bukmacherstwa „na ziemi angielskiej” przynieśli stołki i uprawiali bukmacherstwo stojąc na nich.

Tu podobnie. Większy sens byłby pewnie, gdyby ktoś spróbował określić istotę prezentowanego poglądu, a nie stylistykę samej prezentacji. Tego jednak wszyscy unikają jak najstaranniej, bo teren to grząski. Gdy się wsłuchać, wychodzi to jakoś tak mniej więcej, że narodowiec to ten, kto swój naród lubi, ale innych nie lubi, zaś patriota ten, kto swój naród lubi i inne też lubi, tylko jakby swój bardziej, ale inne nie mniej, a przynajmniej nie na tyle mniej, żeby im się zrobiło przykro. O ile więc narodowiec jest ciągle jakby nieco poirytowany, o tyle patriota wydaje się istną kopalnią endorfin, nie tylko bowiem, że wszystkich lubi, to jeszcze tych najbliższych nawet bardziej lubi, niż tych dalszych. Narodowiec jest zatem przepełniony złością niczym diabeł, gdy patriota świeci miłością, niczym Chrystus Pan. I było to nawet spójne z przekazem, kiedy bowiem pytano ludzi, o co w ogóle im chodzi w tym święcie, odpowiadali często coś w rodzaju, że chodzi o to, żebyśmy się wszyscy kochali, byli życzliwi, szanowali i w ogóle godzili. Ale czy także z Czechem, Rusem i Szwedem, czy tylko z sobą nawzajem mamy się godzić w granicach tego kraju? O to nikt nie pytał, nie chcąc otwierać puszki Pandory, bo nie wiadomo, co wtedy by można usłyszeć na pytanie tak zaskakujące. Najsprytniejsi, obdarzeni szczególnym refleksem odrzekli by pewnie, że patriota szanuje innych patriotów innych krajów i te patriotyzmy są życzliwe do siebie, bo się wzajemnie rozumieją. Przywodzi to na myśl historię z powieści Krzyżacy, kiedy to polscy zakochani rycerze zwierzali się sobie wzajemnie, jaką to pannę cudowną poznali i jaką to od niej chusteczkę noszą i pili zdrowie każdej, wzajemnie się rozumiejąc, podczas gdy zachodnioeuropejscy przywieźli zwyczaj odmienny, zaskakujący swoją oczywistością, gdy się już raz na to wpadnie. Postanowili bowiem subiektywne obiektywizować. Subiektywnie Danuśka najpiękniejsza, ale czy obiektywnie także? Czy jeśli mówisz mi, że rozumiesz, że Danuśka najpiękniejsza mi się wydaje, to rozumiesz to dlatego, że tobie najpiękniejsza wydaje się Jagienka i po prostu znasz ten stan, czyli w gruncie rzeczy nie traktujesz mych słów zbyt poważnie, a tylko traktujesz tak moje uczucia, czy też mówisz „wiem, wiem” bo faktycznie mi wierzysz, że Danuśka jest na świecie najpiękniejsza? Obiektywnie, nie subiektywnie? Zachodni rycerze wprowadzili więc zwyczaj, by subiektywne konfrontować z obiektywnym, wywieszając ogłoszenia wszędzie, gdzie przybyli. Ktokolwiek by twierdził, że panna Dulcynea, czy inna tam Eurydyka z Akwizgranu, czy skąd tam, nie jest najpiękniejszą na świecie, to jestem do dyspozycji na miecze, topory i tak dalej. Ogłoszenia takie wisiały koło siebie, wypisane przez różnych rycerzy i podobnie, jak opisane przez Haska w Szwejku wiadome pozostałości wrogich armii leżące na ziemi gdzie front przeszedł, ani myślały bić się ze sobą. Można jednak powiedzieć, że taki rycerz zachodni trochę podobny jest do narodowca, podczas gdy ten wschodni, co tylko się dzieli subiektywnym doznaniem, to jakby do patrioty.

Okazuje się jednak, że mamy tu pewien paradoks. Bo o ile patrioci nie zaprosili innych patriotów – czeskich, szwedzkich, słowackich, katalońskich i tak dalej – by szli ze swoimi flagami „tak wiem, że Danuśka najpiękniejsza, bo Jagienka też najpiękniejsza” odpowiednio szwedzkimi, czy katalońskimi, obok tego morza flag biało-czerwonych, identycznie monotonnych i trochę aż nudnych, o tyle narodowcy właśnie zaprosili. Z różnych krajów. Na przykład Włochów, gdzie polscy chłopcy w stylizacji byli z flagami na zielono, lub czarnymi ze „świaszczycą”, zaś Włosi byli na elegancko, jak to Włosi, w stylizacjach czarno czerwonych, ostro, agresywnie, z gustem. Narodowcy wydają się mieć więcej przyjaznych sobie narodowców w innych krajach, niż patrioci zaprzyjaźnionych sobie analogicznych patriotów. To bardzo ciekawe, że może istnieć taka międzynarodówka narodowców, jak gdyby nie było między nimi żadnego logicznego konfliktu. Znak to, że chyba nie naród jest dla współczesnych narodowców prawdziwym adresatem ich uczuć, a coś całkiem innego. Coś, co ich łączy, a obserwatorom umyka, gdy nie chcą sobie obrazu świata zanadto komplikować.

Wróćmy do przykładu z zakochanymi rycerzami. Gdy mówią sobie wzajemnie, że Danuśka najpiękniejsza na świecie, że Jagienka najpiękniejsza także i, że Dulcynea najpiękniejsza, i Eurydyka też, to jakim cudem nie ma między ich słowami logicznej sprzeczności? Ano takim cudem, że oni nie to mówią. W ogóle nie mówią o tych kobietach. One są tu tylko środkiem pewnego wyrazu. Tak naprawdę ci rycerze mówią, że wszyscy są hetero. To jest istota wyznania i dlatego tu nie ma sprzeczności. Jak to jest z narodowcami? Tak samo. Czemu nawet narodowiec ukraiński prędzej pójdzie w jednym marszu z narodowcem polskim, niż z ukraińskim, powiedzmy nie–narodowcem? Bo tak naprawdę nie mówią o narodach, tylko mówią, że są hetero. To istota ich wyznania, darujmy już sobie w tym miejscu wyjaśnianie, czemu aż tyle musi w nim być ostentacji.

Co jednak mówią patrioci? Że chcą być do kogoś podobni. Żeby było coś wspólnego między ludźmi i w tym rozpaczliwym marzeniu biorą w ręce wszyscy takie same flagi i przez moment mają dzięki temu złudzenie, że można być takim samym jak inni i, że inni nas mogą naprawdę rozumieć.

Idą więc. Każdy flagę taką samą niesie, a dokąd idą, nie wiadomo. Generalnie ze śródmieścia do Skaryszewskiego. Bóg jeden wie, co ma to symbolizować, na marszu bowiem nie ma śladów wspomnień jakichkolwiek osiągnięć tej doskonale zuniformizowanej masy. Można było to przecież zrobić. Pochód strojów narodowych, strojów z różnych regionów, kto nie był, temu polecam akurat teraz wystawa w Muzeum Etnograficznych pod hasłem Porządek Rzeczy. Coś rewelacyjnego, a na dole dla dzieci jeszcze jest o pszczołach. Bardzo dobre. Można było choćby coś takiego. Albo karawana polskich samochodów. I polskich motorów. Naprawdę niezłe motory robiliśmy kiedyś. Można było na przyczepę replikę P-11 z jego niezapomnianym krojem „polskich skrzydeł”, co zachwycały ekspertów na przedwojennych wystawach światowych. Można było dać kawalkadę polskich sportowców, polską naukę na przyczepach pokazać, gary z polskim bigosem, sam nie wiem, ale nic z tych rzeczy. Szła przez miasto polskość rozumiana po prostu jako barwa. Dwubarwność, wyrażająca doskonały jakiś dualizm bez reszty i nic, żadnej w tym treści. Doskonale zjednoczeni w doskonale nie wiadomo czym. Nie dziwne, że oko szło samo w kierunku międzynarodówki wyrazistych heteryków, gdyż oni jedyni się różnili w ogóle czymkolwiek.

Jedyne, co było pokazane jako polskie, prócz flagi polskiej, to wojsko. Patrząc na te obchody można by myśleć, że jesteśmy jakimś narodem najemnych żołnierzy i, że każda nacja wynajmuje nas do bitki, bo jesteśmy w tym absolutnie na Ziemi najlepsi. Ten mit podobny jest nieco do nieodwzajemnionej miłości Polaków do piłki nożnej. Wierzymy, że to nasz sport narodowy, choć każdy wie, że w nim regularnie dostajemy łupnia. Jest jednak realność – realna nijakość polskiej piłki i jej zupełnie przypadkowy poziom – i jest wielkość mitologiczna i mitologiczna identyfikacja z jednym jedynym sukcesem, już chyba czterdzieści lat temu. Podobnie w sprawach wojskowych. Polacy są w tym przeciętni, choć raczej idzie im przypadkowo, zwykle gorzej, niż lepiej. Nie mamy na świecie marki wyjątkowych jakichś wojowników. Mają ją Japończycy, Gurkhowie, może Rosjanie, ale my nie. Owszem, po drugiej wojnie została opowieść o polskich pilotach, ale to całego mitu, tego jaki mamy w głowach, nie obsługuje, bo nie mogą tak liczni zawdzięczać tak wiele tak nielicznym. We własnych oczach jesteśmy narodem Mongołów od Czyngiz Chana, albo jakichś chyba Wikingów, bo tyle w tych obchodach wojny i szabel i wojska. Mit piłki nożnej, jako narodowego sportu ma w sobie silny element masochistyczny, bowiem w ślad za regularnym pompowaniem zupełnie bezpodstawnych, maniakalnych oczekiwań i nadziei idzie faza depresyjna, gdy się te mecze już odbędą i skończą, jak skończyć się muszą. Z mitem polski wojowniczej jest podobnie. Element masochizmu jest tu wyraźny w tej identyfikacji z czymś, na co nas ani nie stać, ani nam to nigdy szczególnie jakoś nie wychodzi. Wpierw bohaterskie marzenie, później depresyjny spadek po klęsce i cierpiętnicze rozpamiętywanie. Żadnej radości.

Uderza w tych obchodach coś jeszcze. To specyficzna strefa przemilczenia. Bo oto słyszymy, że światowi przywódcy poszli na konkurencyjną jakąś imprezę, a mianowicie świętowali zakończenie pierwszej wojny światowej. W Paryżu, bo gdzieś tam chyba w okolicy jest ten słynny lasek, co w nim to zakończenie wojny podpisano. Kto by pomyślał, że dokładnie tego samego dnia to święto przypada. Kto by się spodziewał. Taki zbieg okoliczności..

Oczywiście na pozór każdy wie, że między jednym świętem a drugim zachodzi związek wynikania, ponieważ odzyskanie niepodległości wiązało się z tym właśnie, że zaborcy Polski przegrali wojnę i się rozpadli. Kraj otrzymał tożsamość z zewnątrz, podobnie jak to zresztą było ze słynnym polskim „pokonaniem komuny”, czyli po prostu z samorozwiązaniem się ZSRR na skutek wewnętrznych, głównie narodowościowych konfliktów w tym państwie i na skutek umów jego władców ze światowym biznesem. Wojna się skończyła, zwycięzcy porozumieli się co do nowej mapy świata i kilka państw na wschodzie Europy pojawiło się w miejscu, gdzie wcześniej byli ci, co przegrali wojnę. Autorstwo samych zainteresowanych jest tu minimalne w porównaniu do osiągniętego efektu i to, ten oczywisty fakt związku między tym, co na świecie się dzieje, a tym, co nam się czasem szczęśliwie przytrafia, jest największym przemilczeniem tych całych obchodów. To, że człowiek na niewiele rzeczy naprawdę ma wpływ. Przed tym uciekamy w fantazje. O identyczności, chodząc wszyscy z takimi samymi flagami, o nieograniczonej mocy, gdy machamy szablami i przypinamy sobie skrzydła, choć nie umiemy przecież na nich dolecieć do nikąd, albo o tym, że jesteśmy jakoś moralnie szczególni i należy nam się Bóg wie co od Boga, gdy rozpamiętujemy swe niezwykłe krzywdy i swoją ofiarność, która po części do nich nas doprowadziła. Myśl, że tak niewiele w gruncie rzeczy od nas zależy, wzięta czysto „na klatę” byłaby zbyt trudna. Stąd maniakalne obrony. Jak długo będą potrzebne, istnieć będą narody, bohaterowie i flagi i będziemy szli w pochodach, aż rozejdziemy się gdzieś w jakimś parku. I nie będzie śladu.


Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Nothing compares Winter is coming. Cz. 1: Ostatni będą pierwszymi »

komentarze

1. Ja patrzę na Polaków przez pryzmat polonii... • autor: JSC2018-11-12 21:36:57

i dochodzę do wniosku, że są w czymś w stylu (...)kompradorów(...) idealnych. W czasach rozbiorów spora część narodu rozjechała się po całym świecie budując po za Europą w wielu miejscach wielkość ówczesnych imperiów kolonialnych, ale nie tracąc przy tym sympatii lokalnej ludności (trochę nie trafiony przykład, ale Baskowie mają przydomek el Pollaco).
Co do sfery wojskowej do pewnego czasu (Rewolucji Macierewicza) naszą marką byli komandosi i wywiad w regionach byłego ZSRR i na Bliskim Wschodzie. Tu można dać przykład Iraku... tuż przed Pustynną Burzą polski wywiad zdobył dla Amerykanów masę informacji, mimo to polska strefa okupacyjna po 2003 tą najspokojniejszą (być może mieli szansę ją ustabblizować).
[foto]

2. Ale tego już nie ma! • autor: Wojciech Jóźwiak2018-11-13 08:10:55

Czego, kogo? Polaków. Naprawdę. Spory o to, kim i jacy są Polacy, czym się różnią i dlaczego bardziej, już zostały wygumkowane przez bieg rzeczy. Są jak rozważanie czy dla dziecka lepsza hulajnoga czy koń na biegunach, podczas gdy dziecko ma wąsy i kredyt do spłacenia. Albo jak spory o to, czy chłopów wypuszczać spod pańszczyzny, czy dadzą sobie radę. To przeszłość! Gorzej, to już jest niebyt. A te marsze i inne przepychanki to rojenia pacjentów z zespołem urojeniowym. Podobnie jak prawica z lewicą. Ale nie mówię, że nieaktualne są zbiorowości i łączenie się w nie. Tylko że aktualne zbiorowości są o dwa rzędy wielkości obszerniejsze, np. Europa/Europejczycy, albo uczestnicy cywilizacji opartej na rozumie w przeciwieństwie do zwolenników cywilizacji/kultur opartych na objawieniach jakichś starożytnych szaleńców. Tak samo prawica/lewica została wygumkowana przez realny spór polityczny, mianowicie czy zabić się i inne żywe istoty dwutlenkiem węgla, czy przeciwnie, przestać spalać węgiel, żreć mięso i wybijać dla sportu gęsi i nosorożce i próbować jednak się ratować.
[foto]

3. Ad. 2. Dużo racji • autor: Arkadiusz2018-11-13 11:09:20

Co prawda nasz polski egregor istnieje, jest rozemocjonowany, ale lista tematów, jaka budzi w nim emocje, jest dziwna, infantylna, jest zachwyt: istnieję! Ale nie ma pytań: po co, dla kogo, w jakim świecie, w jakich realiach? My jako egregor patrzymy do tyłu, czasami żyjemy też w teraz, ale nigdy nie patrzymy do przodu.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)