zdjęcie Autora

11 stycznia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (3)

Kategoria: Twórczość

« Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (2) Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (4) »

Co nie budziło zdziwienia w wiadomościach z roku 1924? Jak to zmierzyć?

Nie były komentowane kary nakładane przez sądy, jednak przeglądając kilka roczników gazet wydaje mi się łatwym do uchwycenia kilka prawidłowości;

— Pierwsza z nich to podawanie nazwisk imion i adresu osób które bądź dokonały przestępstwa bądź były tym przestępstwem skrzywdzone, na przykład ofiar wypadków. Z jednym tylko wyjątkiem – samobójstw. Dokonywały ich najczęściej służące i — wg notek prasowych — najczęściej „w bramie domu pod takim a takim adresem”. Dlaczego wszystkie te nieszczęsne kobiety wypijały ług lub esencję octową akurat w bramie domu? Zapewne po to by chronić reputację ich pań przed podejrzeniem, że one, albo warunki pracy u nich mogły być choć w części odpowiedzialne za ten gest — o co oczywiście nie dbały same służące, tylko dziennikarze albo policja.

— Naiwność przestępców. Co by nie powiedzieć od tamtej pory przestępcy weszli na wyższy poziom swojej „sztuki”. Nie zdarzają się już raczej przypadki, że ktoś coś ukradnie i nie wie potem co z tymi przedmiotami zrobić.

— łagodne kary dla mężczyzn za czyny dokonane we wzburzeniu i surowe dla kobiet w podobnych okolicznościach. Zazdrosny mężczyzna zabijający żonę ląduje na kilka miesięcy w więzieniu, kobieta w identycznej sytuacji dostaje nawet karę śmierci.

         Poniższy przykład może być taka ilustracją. A przeczytamy o nim w numerze 23 z 17 października w artykule pod tytułem: „Dlaczego Antoni Muc strzelał w tłum kobiet?”

         „Antoni Muc, człowiek żonaty, a nawet dzietny — jak to się często zdarza — zakochał się w Józi Ch., z którą łączyły go bliższe stosunki. Nieszczęśliwa żona – bo jaka żona jest w takich razach szczęśliwa? — starała się wszelkimi sposobami nawrócić męża na drogę cnoty i moralności, ale cóż, kiedy wilk ciągnie do lasu... Antoni odbywał często wycieczki, gdzie na łonie natury mile spędzał czas z zalotną Józią, podczas gdy jego małżonka wraz z dzieckiem czekała nieraz dniami i nocami powrotu lekkomyślnego męża o głodzie... To dało powód do ciągłych nieporozumień małżeńskich, do których wtrącała się również rodzina żony romantycznego męża. Gdy pewnego razu Muc wrócił zblazowany w towarzystwie Józi z wycieczki dopadła go na ulicy siostra jego żony Anna Sowa wraz z legjonem kumoszek i jęła mu „draniowi” perswadować, że kto ma żonę i dziecko nie powinien się „łajdaczyć z dziewkami”, a że chciała  go o tem przekonać namacalnie — kopnęła go kilka razy w to, o czem się nie mówi... Zawstydzony przed swoją kochanką Muc chciał udać bohatera i wyjąwszy z kieszeni rewolwer skierował go w kierunku zbuntowanych kumoszek. Rozległ się strzał, a po chwili Anna Sowa, zataczając się, runęła na ziemię. Krew buchnęła z rany w klatce piersiowej, powodując silnym swym upływem śmierć Sowy. Muc stanął wczoraj przed Sądem Okręgowym, oskarżony o popełnienie szaleńczo-zbrodniczego czynu, jakim było właśnie zabójstwo własnej szwagierki. Zmizerowany, wychudły i wynędzniały już w więzieniu prewencyjnym oskarżony przyznał się do błędu życiowego i fatalnego czynu, który popełnił w uniesieniu, i zapewniając Sąd, że więcej już nigdy nie będzie zdradzał swej żony oraz, , że chce uczciwie dla niej i dla dziecka swego pracować prosił o łagodny wymiar kary. Sąd wychodząc ze słusznego założenia, że jedno przestępstwo nie powinno pociągać za sobą drugiego, że jedno wykolejone życie nie powinno wykolejać życia innych, wymierzył Mucowi najłagodniejszy wymiar kary skazując go na 3 lata więzienia z zamianą na dom poprawczy. Może jeszcze rodzina Muców będzie kiedyś szczęśliwa, a głowa tej rodziny odkupi swą winę okazując się pożytecznym członkiem społeczeństwa?”

Uderza pobłażliwość z jaką się pisze o Mucu. Jego przeciwniczki to „stado zbuntowanych kumoszek”, które właściwie należałoby wszystkie wystrzelać. Jedyna wina Muca polega na tym że zachowywał się niemoralnie. Stąd oczywistym wydaje się ten łagodny wyrok i nadzieja na powrót małżeńskiego szczęścia, gdy już poprawi się w domu poprawczym, na który zamieniono mu wyrok więzienia, a skoro oskarżony przyznał się do błędu życiowego zapewniając Sąd, że więcej już nigdy nie będzie zdradzał swej żony, należy mu wierzyć.

Przestępstwa w roku 1924 bywały różne. Z biedy i nędzy, z umiłowania honoru i z arogancji. A także z poczucia niezależności, które spotykało się z najbardziej ostrą przyganą. Oto przykład tego ostatniego — w numerze 26 z dnia 30 października pod znamiennym tytułem: „Niewdzięczny wychowanek”. Oto notka:  „Z domu wychowawczego przy Szpitalu Dzieciątka Jezus zbiegł wychowanek 13-letni Edward Jedynak w ubraniu zakładowem”. Biedny niewdzięczny wychowanek! Nie dość, że ucieka w porze niepogody, to jeszcze nie jest uprzejmy zostawić ubrania, w które go odziała dobroczynność, jakby miał inne na zmianę!  

Tu pozwolę sobie na dygresję: O warunkach jakie panowały w domach wychowawczych i przytułkach dla sierot i bezdomnych (często mieściły się razem) nie raz wypowiada się prasa. Tutaj tylko jeden z licznych przykładów:

Baraki dla bezdomnych i sierot mieszczące się na Żoliborzu były 2 rodzajów” blaszane i drewniane. W obu rodzajach panowały okropne warunki, zimno, woda kapiąca z sufitu, po kilkanaście rodzin w jednym baraku. Z tym, że w razie pożaru baraki blaszane były śmiertelną pułapką. W barakach tych sypiano także na korytarzu. W którymś numerze Kurjera opisano los biednego sieroty, sypiającego właśnie na korytarzu, któremu bezdomny ukradł łóżko i pobił jeszcze dzieciaka, który na niego naskarżył.

We wspomnianym wcześniej numerze 26 czytamy, że „Teściowa chciała otruć zięcia różowemi kluskami”

„W Łodzi zdarzył się niezwykły wypadek. Oto córka robotnika fabryki Gampe i Albrecht, Hajdukówna przyniosła ojcu swemu — jak to zwykle bywa — obiad do fabryki, który składał się z kapusty i klusek. Po spożyciu kilku klusek Hajduk poczuł, że mają one jakiś dziwnie gorzki smak poczem stwierdził, że są one zabarwione na różowo. Jeden z robotników który był obecny przy tej scenie poradził Hajdukowi, by obiad oddał do policji dla zbadania, czy nie zawiera trucizny. Badanie chemiczne klusek i kapusty przeprowadzone przez Państwowy urząd badania żywności wykazało na kluskach warstwę czerwonego proszku który rozpuszczony w kwasie solnym spowodował wydzielanie gazowych pęcherzyków. Wedle opinii biegłego trujące substancje zawarte w badanem pożywieniu może spowodować natychmiastową śmierć konsumenta. Jak się okazało obiad dla Hajduka gotowała jego teściowa Marianna Bartczak, która sama włożyła kluski do garnka. Stosunki pomiędzy zięciem a teściową od dłuższego czasu były naprężone, a nawet nieżyczliwe! Hajduk oskarżył swą teściową o usiłowanie otrucia go farbowanemi kluskami. Doprawdy, różne bywają teściowe, ale takiej wiedźmy nie notowały jeszcze kroniki policyjne.”

Nie mogę oprzeć się ciekawości — po co było kobiecie to farbowanie klusek? Żeby zięcia nie otruć, a przestraszyć? I dlaczego coś, co wydziela gazowe pęcherzyki, koniecznie jest trucizną? No i w końcu zięć zjadł kilka klusek i nic mu się nie stało — przynajmniej czytelnikowi nic o tym nie wiadomo. W sumie jakaś dziwna sprawa.

No ale nie wszystkie ówczesne przestępstwa są takie zagadkowe.

W numerze 23 z 27 października czytamy o „Skandalu w „Udziałowej”.

„Pewien porucznik, pan Lucjan Horodeński, lubiący zaglądać do kieliszka przechodząc Nowym Światem wstąpił do „Udziałowej” No i zaczęło się. „Licznie zgromadzeni tam koledzy porucznika poznawszy jego „stan” zaczęli pokpiwać i dowcipkować z tego że „Lutek znów się zalał”.  Porucznik słuchał i będąc prawie pół przytomny złapał nagle najbliżej stojące talerze z pączkami i ciastkami i, zaczął w pasji rzucać temi smakołykami we wszystkie strony”

         W artykule przedstawiono obraz pandemonium, jakie zapanowało do czasu przybycia policji i odprowadzenia delikwenta na komisarjat. Tam ów porucznik wołał do policjanta: „Ty glino jestem porucznikiem rezerwy i nie pozwolę się aresztować.” „Sąd Pokoju, do którego sprawa ta została skierowana skazał pana H początkowo nakazem na areszt jednak następnie na jego prośby i zapewnienia, że „to już nigdy się nie powtórzy” sprawa to została zupełnie powtórnie rozpatrzona i ostatecznie porucznik rez. został skazany za zakłócenie spokoju publicznego na 50 zł grzywny. Sądzimy, że to będzie dla niego ostatecznym środkiem do powstrzymania się na przyszłość od podobnych ekscesów, które hańbią godność oficera rezerwy” – podsumowuje sprawę dziennik.

         Co wojsko to wojsko, nawet w rezerwie!

Że sprawy honoru to nie są żarty świadczy i inna sprawa relacjonowana w numerze 30 z dnia 4 listopada. p.t. „Pułkownik Dzwonkowski oskarżony o pojedynek” Czytamy tam: „W Warszawskim  wojskowym Sądzie Okręgowym odbyła się przed kilku tygodniami rozprawa przeciw płk. Dzwonkowskiemu o to, że wbrew przepisom ustawy karnej wzywał i odbył pojedynek z p. Adolfem Nowaczyńskim. Sąd Okręgowy przyjmując w motywach stan wyższej konieczności i nieodpornego przymusu wywołanego pojęciami specjalnego honoru oficerskiego, płk. Dzwonkowskiego uniewinnił”

Czy ów nieodporny przymus to coś w rodzaju pomroczności jasnej tamtych czasów?

            A na koniec coś lżejszego, z dziedziny kultury z numeru 23 z 27 października, gdzie możemy przeczytać o „Radiowym koncercie psów„ w Londynie. (to jako odpowiedź na pytanie co ludzi nie zadziwiało w tamtym czasie)

         „... Pewnego dnia o godzinie 6 wieczorem na stacji londyńskiego Towarzystwa radiotelefonicznego pies posiadający dar szczególnie melodyjnego wycia które właściciel jego określa jako mezzo-alto-robusto podniecony muzyką zawył w telefon, a właściciele psów, którzy chcieli się przekonać o muzykalności swych czworonożnych przyjaciół i kosztem ich zabawić się, połączyli się z tą stacją i słuchawkę przytknęli do ucha. Tym sposobem nastąpiło chóralne wycie. Wiele psów odniosło wrażenie, że w słuchawce ukrywa się jakiś zwierz i poczęły gwałtownie warczeć w aparat. Jeden pies był przekonany, że wycie nadchodzi z ogrodu i gwałtem wydzierał się by wyskoczyć na poszukiwanie śpiewaka. Wogóle jednak psy nie zastanawiały się skąd pochodzi wycie, lecz nastrojone przez solistę na odpowiednią nutę, jęły wyć pięknie, co robiło im wielką przyjemność. Niektóre prześcignęły pięknością swego organu solistę i pytanie, czy nie znajdzie on poważnych rywalów przy najbliższym takim eksperymencie? Bo figiel ten tak się spodobał, że wkrótce koncert psi ma być powtórzony.”

Jak dzieci, całkiem jak dzieci! I nikogo te żarty z poważnego medium nie dziwiły.

W tamtych czasach radio działało przez przyłożenie słuchawki do ucha, był to właściwie telefon z którego na raz mogło korzystać kilkuset ówczesnych odbiorców. W Polsce założenie stacji radiowej było dopiero w planach. Na pierwszy program Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, początkowo doświadczalny trzeba było zaczekać do następnego roku.

         Skoro jestem przy radiu odbiegnę trochę od tematu : w październiku i listopadzie gazeta informowała o pracach Marconiego nad telegrafem bez drutu i jego planach zbudowania nad kraterem Etny anteny, żeby przekazywać szumy i odgłosy wulkanu naukowcom w ich gabinetach. Przeszkodą w tym dziele była wysoka temperatura. W listopadzie Marconi oświadczył, że rozwiązał problem bezpośredniego połączenia radiotelegraficznego między dwoma punktami świata bez konieczności posługiwania się stacjami pomocniczymi oraz kompletną izolację przekazywanych wiadomości przed nasłuchem.

Afer i spraw kryminalnych ciąg dalszy w następnym odcinku

 

Uwaga: Pisownia w cytatach i pogrubienia oryginalne

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (2) Z czym walczono, a co tolerowano w roku 1924? (4) »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)