Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 września 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Czysta gwiazdka

Kategoria: Twórczość
Tematy/tagi: twórczości psychologiawspomnienia

« Biurwy Ptaszki »

         Jestem starą kobietą i nie mam już siły zabiegać o wydanie moich tekstów literackich. Dawno, dawno temu zaszufladkowano mnie do SF i wydawnictwa tego kręgu nie chcą niczego innego; pożądają akcji ze strzelaniem i momentami, gołymi babami masakrowanymi najnowszymi modelami broni w stylu popularnych filmów (z odchyłką prawicowych moralistów, tropiących wszędzie ZŁO i z tego powodu nazywające gołe, maltretowane dziewczyny MUTANTKAMI), inne wydawnictwa zaś, po prostu nie czytają tekstów autorów im nieznanych. Nazywa się to segmentacją rynku. A ja zawsze poruszałam się na pograniczu i odpuszczałam zabieganie o wydanie – zarabiałam o wiele lepiej uprawiając zawód ekonomisty. Debiut w wieku 73 lat – śmieszne, no nie?! Chciałabym jednak ocalić z moich szuflad opis świata, który przeminął, choć może to nie jest zbyt popularny pomysł. Ale też i nie mam wystarczającego zapału do opisywania raz jeszcze czegoś, co wcześniej już opisałam, dlatego wolę pójść po linii najmniejszego oporu. Jeśli kogoś zainteresuje świat widziany, ale odrobinę przetworzony – proszę bardzo. Jednak będę się starać zawsze informować o odstępstwach literackich od realiów – na ile będę w stanie.

         Proszę, nie myślcie, że macie inne doświadczenia – wszyscy jesteśmy inni i każdy z nas przeżywa coś innego, co jest dla niego ważne. Jeden ciężko pracuje, haruje dla przyszłości i na koniec zostaje kopnięty w pewną część ciała, w najgorszym momencie, gdy nie ma już możliwości manewru; inny robi to samo nie dla siebie, a dla swojej drugiej połówki orzecha, a czytanie akt sądowych przypłaca koniecznością łykania tabletek na depresję, nie chcąc wierzyć w obraz połowicy z akt tych się wyłaniający; inna zaś (to ja), do ostatka starająca się sprostać rozmaitym wyzwaniom, po których zostaje kawałek tekstu, nie wiadomo czy potrzebnego komuś, poza ich autorką.

         Wierzcie mi – tak jak opisuję, wyglądał świat widziany wówczas moimi oczami, jak wasz zapewne wyglądał jeszcze inaczej. Nie ma jednej prawdy – jest wyłącznie suma prawd. I zawsze możemy – jeśli chcemy – zanurzyć się w cudze światy. Nie brońmy się przed nimi – to one stanowią cały nasz ludzki dorobek, tę umiejętność patrzenia ponad własnym doświadczeniem. Czerpmy z niego naszą satysfakcję rozumienia innych i naszą umiejętność penetrowania ich światów. Stać chyba nas na to, żeby wkraczać w nie bez żadnych zobowiązań. Wszak nasze dni są policzone i swoją otuchę możemy czerpać jedynie z cudzego zrozumienia, a potwierdzenia oczekiwać od już nieobecnych. Korzystajmy z tego bez narzucania sobie ograniczeń. Nikt niczego nie jest już nam winien. Winni wszystko jesteśmy sami sobie.

         Po tym, silnie ideologicznym wstępie, pozwalam sobie zamieścić arytmetykę lat TUŻ PRZED, księgowość zapomnianą i nielogiczną, wszak jednak skodyfikowaną o wiele bardziej niż oficjalne kodyfikacje oczekiwały. To świat arytmetyki biurw – świadectwo jak zwykłe, poniżane istoty, oswajały powinności ich stanu i usiłowały dostosować się do wymagań.

         Dla wielu z Was, moich czytelników, będą to sprawy niewarte zatrzymania się, jednak wierzcie mi, nic z naszej wiedzy o świecie nie idzie na marne. Wszystko przydaje się, ponieważ świat kołem się toczy i zawsze wraca do punktu wyjścia choć przemieniony, jednak konsekwentnie podobny. Astrologiczne cykle Jowisza i Saturna są tu najlepszym świadectwem – jeśli przeżyło się ich kilka i jeszcze trochę.

         Przestaję więc przynudzać i odwołuję się do tekstu: 

         „Szczeniaczek objaśniała Iwonie zliczanie kwot wypłaty dla jednego przedsiębiorstwa. Akurat zwolnił się jeden sumator, wszyscy dawno o nim zapomnieli, bo wrócił z naprawy, a Pulardzie nie przyszło do głowy, że dział ma nadwyżkę, bo dawno by go zabrała. Lubiła zawsze, żeby w jej szafie stały jakieś zapasowe maszyny, które potem przydzielała po usilnych prośbach i zabiegach. Dziewczęta postanowiły wykorzystać to zapomnienie do maksimum, zanim odbiorą im maszynę i nauczyć Iwonę sumowania długich kolumn. I tak musiały po niej sprawdzać, ale jeśli dwa razy, im i jej, wyszła taka sama suma, można było sobie darować już trzeci raz. Byłby to wyjątkowo złośliwy przypadek, żeby mimo błędu w sumowaniu, dwa razy wyszedł ten sam wynik. Po prostu nieprawdopodobne.

         – Widzisz tę gwiazdkę? O tu, wśród tych klawiszy? Zawsze, zanim rozpoczniesz liczenie, musisz nacisnąć tę gwiazdkę. Ona wyrzuca wszystko, co było przedtem nastukane w maszynie, sumuje i jednocześnie kasuje. Jeśli gwiazdka jest czysta, to w porządku, możesz wbijać co chcesz, jeśli koło niej jest jakaś suma, to musisz gwiazdkę naciskać dotąd, aż będzie czysta. A ty nie nacisnęłaś gwiazdki, w maszynie było coś i wyszło jak komu głupiemu sześćset z czymś tysięcy.

         To jeszcze nic, każdy się może pomylić, ale trzeba trochę inteligencji też, żeby wiedzieć jak dodajesz tysiąc z czymś do dwóch tysięcy, to nie może wyjść sześćset. No nie ? Pamiętaj o gwiazdce, przede wszystkim gwiazdka, to się nie pomylisz....

         Potem, jak wbijesz już wszystko, co masz i dasz gwiazdkę, bierzesz ołówek i punktujesz. Sumę na arkuszu i sumę na taśmie, tu haczyk i tu haczyk. Potem patrzysz. Gdzie brakuje haczyka, jeszcze raz sprawdzasz. Omyliłaś się w liczeniu, czy przepuściłaś, gdy dodawałaś na maszynie - wszystko wtedy wyjdzie. Dopiero gdy jesteś pewna, że policzyłaś dobrze, wypisujesz ten druczek, co wiesz, na całą sumę zbiorówki.

         Druczek wypisujesz w czterech egzemplarzach, to znaczy podkładasz trzy kalki. O, tu są kalki, bierzesz nóż i przycinasz je na dwie części, potem odcinasz dołem i masz taki format, jaki potrzebujesz. Druczek, jak widzisz, ma trzy kolory, czarny, niebieski, żółty, znowu czarny i tak dalej. A ty musisz wystawić operat w czterech egzemplarzach. Co to jest operat? No tak się nazywa, taka obiegówka dla papierków, musisz po prostu wiedzieć, ale nie musisz rozumieć. Po coś wydrukowali, no nie?

         Pierwsze trzy kartki wydzierasz, jak idą kolory z wierzchu bloczka, a czwarty, obojętny, żeby ci się nie myliło (bo zawsze musi być jeden czarny, jeden niebieski i jeden żółty) ze spodu wyrzucasz, obojętnie jaki kolor wypadnie. Mamy takie pudełko, tam zbieramy te papierki bo się czasem przydadzą.

         Nie wolno ci się pomylić, jeśli by coś takiego się trafiło, to księgowość zwróci do poprawki, albo jeszcze gorzej - tam są świeże dziewczyny - puści przelewy, a nie odda ci niebieskiego (a niebieski zawsze musi wrócić) i pani naczelnik oblicza potem według niebieskich kwotę wypłat za dany miesiąc. Sama rozumiesz, jak się pomylisz, to oberwie pani naczelnik.

         Jeżeli niebieski nie wróci, jest to prawdziwa tragedia i co gorsza, wszyscy o niej wiedzą. Sumy w księgowości nie będą się zgadzać; wszystkie działy i referaty liczą i szukają u siebie i klną tą pieprzoną urzędniczkę, co wyżej sra jak dupę ma, a gówna do sików nie umie dodać. Można czasem i trzy dni szukać, gdzie jest błąd i do końca nie wiadomo, u kogo powstał, a terminy sprawozdania są takie, że od otrzymania globalnej sumy z księgowości jest tylko pół dnia na uzgodnienia. Jak się coś nie zgadza, to za mało czasu, żeby sprawdzić i wtedy pani naczelnik obrywa od wszystkich i wiadomo, dla kogo to się źle kończy. Dla tej, co miała błąd w niebieskim.

         Jeżeli zabraknie żółtego na przykład, a dajmy na to księgowość na czas się nie dopatrzy, to jest jeszcze gorzej, bo one tej sumy nie przeleją, a ponieważ niebieski wróci, wtedy z naszej strony jest więcej wypłaconego niż z księgowości, a to już prawie kryminał, jeśli się w porę nie wyjaśni....

         Czarny druczek wysyłasz do klienta. Jakbyś tego zapomniała, to klient dostanie forsę i nie będzie wiedział za co, więc wydziwia i zawraca głowę. Czasami nie wie w ogóle o co chodzi i wydzwania po wszystkich wydziałach, zanim trafi do nas. Tam nieraz są takie tłumoki, że nie zorientują się, gdzie go odesłać i klient miota się w te i w te, aż poskarży się do dyrektorki i jest zaraz afera, bo ta wyjaśniać każe Pulardzie. A musisz zrozumieć, że najważniejsze u nas jest tak pracować, żeby nie było afer. Jak się już coś robi, to trzeba robić to dobrze. Trzeba robić swoje najlepiej, jak umiesz, a jeśli nie umiesz, jeśli nie jesteś pewna, albo jeśli charakter masz nieuważny – sama to najlepiej wiesz – sprawdzaj piętnaście razy zanim coś puścisz, pytaj się ile się da. Każda ci chętnie odpowie; jak się komuś coś tłumaczy, człowiek wydaje się sobie mądrzejszy i lepszy, twoja to rzecz umiejętnie koleżankę wykorzystać. Lepiej, jak się spytasz w czas, niż zrobisz źle...

         Teraz, jak masz już wypełnione druczki, bierzesz w jednym egzemplarzu taki czarny druczek i wypełniasz go według wzoru. Rozpoznajesz go po tym, że ma taką ramkę na dole. Wszyscy, którzy po tobie sprawę oglądają, stawiają swoje pieczątki, daty i podpisy w tych rubrykach. Ty swojego nazwiska nie wpisujesz, bo nie masz jeszcze uprawnień. Uprawnienia będziesz miała, jak skończysz kurs i zdasz egzamin, ale to dopiero za jakiś rok, albo dłużej no i po maturze oczywiście.

         Jak już to wszystko zrobiłaś, to numerujesz akta. Na każdym papierku z danej sprawy stawiasz pieczątkę "sprawa nr..." i wpisujesz numery, te, które przedtem naniosłaś na wykaz i kartotekę. Numer składa się z kilku części, symbolu naszej działki łamanej przez trójkę rzymską - to symbol nas trzech : Margarity, mój i twój, numeru pracownika, który każda ma na swojej pieczątce do numerowania, numeru właściwego i dwóch ostatnich cyfr roku.

         Po ostemplowaniu pieczątką do numerowania, bierzesz flamaster czerwony (broń Boże nie zielony, bo zielonego używa pani naczelnik do poprawiania nas, więc jeśli na jakiejś sprawie jest notatka czerwona i zielona, to zielona jest zawsze ważniejsza, oznacza że poprawiła sprawę pani naczelnik) i walisz numery.

         Jak już całą sprawę onumerujesz, to odwracasz ją dupcią do góry, żeby kolejność się nie pomyliła. Potem zakładasz obwolutę, opisujesz sprawę i jeszcze raz sprawdzasz. Liczysz wszystkie pozycje na zbiorówce, liczysz komplety (pamiętając, żeby zawsze przewracać dupką do góry) i patrzysz na taśmę, czy się ilość zgadza. Na taśmie piszesz: " sprawa od nr...do nr...", wypłat tyle a tyle, odmów tyle a tyle, razem tyle a tyle i sprawdzasz z kartoteką.

         Jak sprawdzasz ilość? Na przykład w kartotece masz zapisane: sprawa od nr 123 do nr 189. Bierzesz i wybijasz gwiazdkę, potem 189 na plus, potem 123 na minus i znowu jeden na plus, potem gwiazdka i wychodzi ci ilość. Dlaczego dodajesz jeden? No, tak się robi i tyle. Możesz robić inaczej, 189 na plus a 124 na minus (bo zaczynasz liczyć od następnej), ale to się niektórym dziewczynom myli, więc lepiej rób tak, jak ci powiedziałam na początku. Tak jak zapisane i na koniec jeszcze jedynka, tak jakbyś siebie doliczała do swoich spraw.

         Gdy wszystko już gra, przynosisz mi do sprawdzenia i podpisu, ja potem daję Justynie, która ma większe uprawnienia niż ja, a Justyna daje pani naczelnik. Do trzech milionów idzie na dwa podpisy, więcej na trzy. Jak jest więcej niż dziesięć milionów, pani naczelnik idzie do dyrektorki. Zrozumiałaś? Wiem, że na razie może się kićkać, więc weź sobie od pani naczelnik czysty zeszyt i zapisuj po kolei wszystko, co musisz zrobić. Punkt 1. Wybić gwiazdkę. Jeżeli gwiazdka jest czysta, możesz liczyć. Jeżeli gwiazdka jest czysta.”

 

Przypisy:

— Pularda, to była wredna kadrowa, znienawidzona przez wszystkich. Nawet dyrektorka nie znosiła jej, ale uważała że ktoś taki potrzebny jest dla utrzymania dyscypliny. Krążyły o niej legendy, a jedna z nich opowiadała, że jej mąż, ginekolog wykastrował ja, bo nie chciał mieć dzieci czyhających na jego majątek. Model postępowania Pulardy wiązał się z najgłębszymi tradycjami UB — śledzenie, szantaż i wymuszanie. Przy tym wszystkim była ładną kobietą – gładką, obłą, o uśmiechniętej, okrągłej twarzy. Dziś przypomina mi twarz pewnego polityka.

— Szczeniaczek – to była taka młodziutka dziewczyna, tuż po maturze, ale bardzo zdolna i inteligentna. Kontrolująca ją i ucząca starsza koleżanka wkurzyła się kiedyś i wrzasnęła: ty głupi szcze..., ale zatrzymała się kończąc po chwili: ...niaczku jeden! Od tamtej pory były najlepszymi przyjaciółkami.

— pani naczelnik — to byłam oczywiście ja, ale opis jest z punktu widzenia moich pracownic, a nie mojego. Moją bohaterką jest Iwona – dziewczyna ze wsi, maltretowana przez ojca, która przeszła drogę od pomocy domowej do urzędniczki, uzupełniająca wykształcenie i wreszcie robiąca karierę w nowym świecie, który nadszedł. Pierwowzorem bohaterki była rzeczywista moja pomoc domowa z Gdańska, Janeczka, nieszczęśliwie zakochana w pewnym chłopcu z jej punktu widzenia z "wyższej sfery" i z powodu tej miłości podejmująca próbę samobójczą. To wszystko, co nastąpiło potem, dodało jej tylko życiowego napędu – jak chciałam wierzyć i jak wymyśliłam sobie w związku z jej postacią – stała się Iwoną – zlepkiem kilku osób, które znałam. Literacką inspiracją była pewna powieść czeskiego pisarza, Jarosława Havliczka, ale ona utkwiła gdzieś w głębi mojego regału na książki i dopóki jej stamtąd nie wydobędę – nic o niej nie napiszę. Tytułu, niestety, nie pamiętam.

         Dlaczego tak drobiazgowo zajęłam się biurowością dość specyficznej firmy, a właściwie jej malutką częścią? Realia zawsze się zmieniają: liczydła zastępują maszyny liczące, a te wypierają komputery. Druczki czy w papierowej postaci, pracowicie wypełniane przez kalkę, czy drukowane przez program komputerowy zawsze przeżywają swój życiowy cykl od prostoty do komplikacji. Pracownicy zajmujący się codziennymi czynnościami zawsze tkwią w sztucznym intelektualnie środowisku, nieprzyjaznym własnym rozważaniom i niestandardowemu myśleniu, wbrew temu co by się nie opowiadało o konieczności kreatywności i nowatorstwa. Niejednokrotnie słyszałam opowieści pracowników korporacji o tym, czym się zajmują, a ich praca była równie ciężka, jałowa i destrukcyjna dla osobowości, jak opisane manewry z liczeniem sprzed czterdziestu lat. Jednak cel tych działań jest zawsze jeden – zmusić naszą nieposłuszną i fantazjującą wolę do nagięcia się do reguł nie przez siebie wymyślonych. Podobnie - jak twierdzi się - że szkoła nie jest po to by uczyć dzieci, a po to, żeby coś zrobić z masą nieprzewidywalnych istot w czasie, gdy ich rodzice pracują. Należy znaleźć im zajęcie, którego sensowność jest sprawą wtórną. 

Przerwa śniadaniowa. Sedesy w tle



« Biurwy Ptaszki »

komentarze

1. koszmar gorszy od roboty w kamieniołomie • autor: Jerzy Pomianowski2015-09-24 20:17:24

Dobry tekst. Jednak nie jest przeznaczony "do czytania" gdyż może męczyć czytelnika. Czyli jest to tekst do słuchania, jako część sztuki teatralnej, monologu, czy dialogu w filmie. Użyty w książce musiałby być chyba podzielony na kawałki, co z kolei osłabiłoby jego moc.
[foto]

2. Nużące • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-09-24 20:22:05

Jasne! Odwieczny dylemat piszącego gdy chce pokazać coś upierdliwie nużącego, jak to zrobić. Dla wydawnictwa należałoby to radykalnie skrócić, a może w ogóle wyrzucić.
[foto]

3. Koszmarem to jest opisywana rzeczywistość • autor: Przemysław Kapałka2015-09-25 13:19:03

Dobry tekst i z powodzeniem nadający się do czytania. I dobrze, że ktoś tamte czasy wspomina, trzeba wiedzieć, jak to było kiedyś.

Ciekawe, jakby skłonić do zwierzeń moją cioteczną siostrę, całe życie mieszkającą w tej samej wsi, począwszy od czasów, kiedy w tej wsi nie było ani elektryczności, ani drogi.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)