Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

03 grudnia 2010

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki (odcinków: 148)

Czytając Grofa


« Wnyki duszy – o „Co nami kieruje?” Mieczysława Budzińskiego Grof czytany do str. 150 »

Stanisław Grof jest ważną postacią w moim wykształceniu. Kiedy dawno temu (dzięki Tannie Jakubowicz) spotkałem się z terminem „transpersonalny” i „psychologia transpersonalna”, na pytanie, co i kogo w tym kierunku czytać, dostałem odpowiedź: Grofa! Czytałem, najpierw zresztą po angielsku, bo polskie przekłady zaczęto wydawać ze sporym opóźnieniem. Brałem udział w warsztatach oddychania holotropowego, najpierw u Niko Vissela („Otwieranie trzeciego oka tlenem”), potem u Milana Hrabanka. Oddychanie holotropowe to technika wizyjno-terapeutyczna, którą Stanisław i Christina Grofowie wynaleźli jako namiastkę skryminalizowanego LSD. Grofowską koncepcję czterech matryc okołoporodowych włączyłem do swoich ulubionych pojęć – dobrze wpasowała się w astrologiczny schemat czterech psycho-żywiołów.

Grof podzielił poród przeżywany z punktu widzenia noworodzącego się na cztery fazy: przedporodową jedność z matką-łonem-światem, zaczynającą właściwy poród fazę opresji w kurczącej się macicy po odejściu wód, dalej, trzecią fazę „bohaterską” przeciskania się przez porodowy kanał pochwy, i czwartą fazę uwolnienia i wejścia w obcy i w pewnym sensie wrogi świat zewnętrzny. Te cztery fazy dobrze odpowiadają czterem żywiołom, kolejno: wody, ziemi, ognia i powietrza. Zarazem Grof uznał przeżycia noworodzącego się w każdej z tych faz za archetypy-pierwowzory głównych kompleksów przeżyć i stanów psychiki w całym życiu, także w tym poporodowym. Mówiąc z pewną przesadą, Grofowi całe życie jawiło się jako rozwleczony na kilkadziesiąt lat i amplifikowany poród. W drugą stronę patrząc, poród jawił się jako piguła, koncentrat życia, także tego dorosłego. Grof sam użył na to dziwacznego skrótu-akronimu coex, co się wykłada: condensed experience, po polsku „zgęszczone doświadczenie”, co ja kiedyś pisząc o tym, spolszczyłem jako „zgędoś” (tego zgędosia, tym zgędosiem itd.) Chyba prócz Grofa nikt tamtego terminu coex nie używał.

W latach 2000-ych duża część książek Grofa została wydana po polsku. Parę tygodni temu Wydawnictwo Okultura Dariusza Misiuny wydało jego „When The Impossible Happens: Adventures In Non-Ordinary Reality” (2006) pod tytułem „Kiedy niemożliwe staje się możliwe. Przygody z niezwykłymi stanami rzeczywistości.” Czytam tę książkę po trochu i będę dzielił się wrażeniami.

Pierwsze wrażenie jest takie, że Autor napisał te i inne kolejne książki na społeczne zamówienie społeczności swoich głodnych kontaktu czytelników. Mało w niej jest treściowego mięsa, przeważają – jak dotąd, jestem dopiero na 75 stronie – anegdoty z życia, relacje z kolejnych zjazdów i towarzyskich wydarzeń, na których autor bywał w Stanach i poza nimi, z kolejnych love affairs i małżeństw, i spotykania mistrzów-celebrytów. Nie mogę jednak powiedzieć, że książka rozczarowuje, ponieważ rzuca światło na kontekst, w którym Grof działał; przybliża jego „punkt stania”. A że pisana jest dla odbiorców, którzy bardziej niż ja mogą skupić się na jej smakowaniu i wchodzeniu w komunię z Autorem – to już mój problem, nie jego.

Gdybym był złośliwszy, powiedziałbym, że pokolenie ex-hippisów, a zwłaszcza ex-hippisek, oryginalnych czyli angielsko-języcznych czytelników-fanów Grofa przeszło na emerytury i ma teraz mnóstwo czasu, żeby pod hasłem przeżyjmy to jeszcze raz! smakować jego przygody sprzed pięćdziesięciu lat.

Stanisław Grof zaczął swoją karierę (o czym pisze w tej książce) w 1956 roku, mając 25 lat, w Pradze, kiedy jako asystent swojego profesora został dopuszczony do eksperymentów z LSD. Następnie prowadził, dalej w rodzinnej Pradze, badania stanów psychicznych indukowanych przez LSD. Przebadał, jak podaje, ok. 5 tysięcy przypadków, w tym część na sobie. Z tym dorobkiem zaczął być zapraszany na Zachód, a w 1967 wyemigrował do Stanów. Zarazem był to koniec jego właściwych badań, ponieważ w następnym roku LSD zostało w USA zabronione, a jego posiadanie zdelegalizowane. Przez to naukowa biografia Grofa zaczęła przypominać kariery etnologów, którzy po studiach jechali w teren badać jakieś egzotyczne plemię – Malinowski Trobriandczyków, Victor Turner rodezyjskich (dziś zambijskich) Ndembu, Levi-Strauss Nambikwarów – a potem w oparciu o fakty u tamtych zaobserwowane rozwijali swoje teorie już jako dojrzali i dostojni profesorowie. Stanisław Grof niechcący zrealizował ten sam schemat, a jego „próbkowym plemieniem” stali się czescy ochotnicy biorący LSD. (Ciekawe, czy ktokolwiek dotarł do nich po latach i zapytał ich, jak tamte przeżycia wpłynęły na ich losy?)

Z tą różnicą, że Grof badał także własne doświadczenia i chodzi mi po głowie idea, że to właśnie one w największym stopniu określiły jego poglądy i wnioski, które później przedstawiał jako wynik obiektywnych naukowych i seryjnych badań.

Na stronie 59 tej książki jest fragment, który być może wyjaśnia genezę grofizmu. Autor tak oto wspomina:

Po raz pierwszy miałem kontakt z Śiwą podczas jednej z moich pierwszych sesji z użyciem LSD, którą  przeprowadzaliśmy jeszcze w Pradze. Cztery początkowe godziny spędziłem w kanale rodnym, ponownie przeżywając traumę swoich narodzin. Kiedy poturbowany i umazany krwią wyłaniałem się z pochwy, doznałem przerażającej wizji hinduskiej bogini Kali, doświadczając przy tym bezwarunkowego poddania się żeńskiej zasadzie wszechświata. Po chwili zobaczyłem także górującego nade mną Bhajrawę [= Śiwę] ...

Podkreślenia moje. Nasuwa się hipoteza-podejrzenie: oto „podczas jednej z pierwszych sesji”, i być może była to pierwsza znacząca seria wizji, kiedy Autor już jakoś oswoił się ze stanem zmienionej świadomości, Grof napotkał wizję własnego porodu, która już dalej, przez resztę jego życia nim pokierowała. W dalszych próbach, na sobie i na innych, już tylko szukał potwierdzenia tego własnego pierwszego i głównego przekazu „stamtąd”.  Dostał wizję, pod której urokiem był takim, że dalej szukał już tylko jej i jej rozwinięć; i poprzez jej pryzmat patrzył na następne doświadczenia.

Nasuwa się tu porównanie z Michaelem Harnerem, który swój życiowy neo-szamanistyczny program rozwinął wychodząc od swej pierwszej wstrząsającej wizji od ayahuaski. Inne porównanie nasuwa Frank Henderson MacEowen, do którego inicjacyjna wizja przyszła podczas Tańca Słońca, a wraz z nią życiowa misja: odtworzyć zawarty w „przodczych kościach” rytualny szamanizm jego przodków Celtów.

Moje skromne własne doświadczenia uczą, że wizja zawierać może nie tylko same obrazy i zawarty w nich ładunek emocjonalny czy jak kto woli energetyczny, ale również wyjaśnienia do tej wizji. Przeżycie „tamtostronowe”, „nie-zwykło-rzeczywistościowe” może nieść i wizję, i teorię do tej wizji. Kusi teza, że wtedy w Pradze, podczas swego drugiego lub trzeciego wzięcia LSD, Stanisław Grof, urodzony w „rodzinno-macierzyńskim” jak powiadają astrologowie znaku Raka, dostał swoją Wizję Główną, której treścią był jego własny poród widziany od środka, z punktu widzenia noworodzącego się, a raz z nią również teorię do niej. Teoria ta głosiła, że to co widzi się (co każdy i zawsze widzi) pod wpływem LSD, to własny poród, ewentualnie inne doświadczenia, które podczas porodu i w związku z nim się wyświetlają rodzącemu się umysłowi. Treści te okazywały się nadzwyczaj bogate, obejmowały m.i. pamięć genetyczną, poprzednie wcielenia i postaci, które można było przypisać mitologiom, jak Kali i Śiwa w cytowanym fragmencie. Z jakiegoś jednak powodu ważniejsza od hinduskich bóstw okazała się skrwawiona pochwa i Grof nie siwaitą został, ale orędownikiem ufundowania psyche na fundamencie porodu.

Co tu chcę podkreślić: od siebie, od innych i z literatury wiem, że doświadczeń wizyjnych, w tym w szczególności tych z LSD i z oddychania holotropowego, w żaden sposób nie można sprowadzić do wspomnień z porodu, ani nawet do treści, które metaforycznie i luźno kojarzą się z porodem. Wizje porodowe były – tak mi się wydaje – prywatną specjalnością Grofa i jeśli występują u 10% psychonautów i ich przypadków, to dobrze. Faktycznie to jest tak, że jednemu przychodzi wizja porodu, inny widzi tańczące kręgi, do trzeciego przychodzą diabli, do następnego przodkowie, do innych zwierzęta. Sensy i teorie też są najrozmaitsze. Świat wizji jest wielokrotnie bogatszy ale i bardziej chaotyczny, trudniejszy lub wręcz niemożliwy do teoretycznego podsumowania (w cztery zgędosie) niż sugerowana i „zatwierdzona” prze Grofa wersja okołoporodowa.

W badaniu przestrzeni wewnętrznej Grof popełnił podobny błąd (ale twórczy błąd!) , co jego sławni prekursorzy: Freud, który wszystko sprowadzał do Ego, Id, Superego, Erosa i Tanatosa; i Jung, który wprawdzie odnalazł archetypy, ale zaraz ich rozmaitość zredukował do Jaźni, Cienia, Wielkiej Matki, Starego Mędrca, Animy i Animusa.

Czytam dalej i spostrzeżeniami się podzielę.

Książka omawiana: Stanisław Grof, „Kiedy niemożliwe staje się możliwe”, wyd. Okultura 2010.



« Wnyki duszy – o „Co nami kieruje?” Mieczysława Budzińskiego Grof czytany do str. 150 »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)