Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

19 maja 2013

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Kolej warszawsko-wiedeńska (odcinków: 118)

Czytanie Kaplana


« Chreody i zarodki w geopolityce Po czytaniu Kaplana rzut oka na Polskę »

Roberta. Dokładniej, jego książki „The Revenge of Geography”, o której dowiedziawszy się, natychmiast nabyłem via Empik ściągnąwszy z UK. O czym książka? Robert Kaplan, amerykański zawodowy podróżnik i wojenny reporter, i chyba nie tylko to, bo byle turysta, nawet ładnie piszący, nie zostaje doradcą ministra od wojska, przedstawia fizyczno-polityczną mapę świata, pokazując na niej, jak geograficzne uwarunkowania wymuszają istnienie i polityczne, tak pokojowe jak i agresywne, zachowania regionalnych potęg. Przedstawia świat jako wielobiegunowy, ale z biegunami nałożonymi na bardziej podstawowe tło Mackindera i Spykmana, swoich ulubionych autorów-mentorów, czyli na wewnątrzazjatycki Heartland, dalej obrzeżający Kontynent Świata (czyli Euro-Azjo-Afrykę) Rimland (na którego chwiejnym wewnętrznym skraju my – sic! – leżymy) oraz rozproszoną po oceanach Światową Oceanię, której najkrzepszym ogniwem USA.

Kaplan omawia kolejne bieguny: Europę (którą na wyrost – ale może mieć czuja! – traktuje jako jedność, chociaż sięgającą ledwie Karpat i Bugu), Rosję wraz z jej historyczną strefą, Większy Bliski Wschód z jego podjednostkami: Półwyspem Arabskim (o którego państwach ma jak najkrytyczniejsze mniemanie i patrzy jak na twory żałośnie tymczasowe), Iranem (do którego ma dziwny szacun), Turcją (również wysoko oszacowaną i przedstawioną jako prawie-wyspa, ze wszystkimi rozkoszami wyspiarstwa, nawet niekompletnego; tym Turcja różna od Iranu, który ma rozkosz przeciwną: zasiadania na karku Eurazji, na jej wielkiej przełęczy-siodle, czy jak inaczej to nazwać; Kaplan (nad)używa tu słowka pivot), okazyjnie wspominając Środkową Azję post-sowiecką i Egipt, jako dalsze skladniki tego Większego Bliskiego Wschodu. ...Chiny i Indie, kontrastując geopolityczną „dobroć” Chin (nie że jakieś dobroczynne to mega-państwo, tylko korzystnie ustrukturowane ziemsko i ludzko) z wadliwością Indii, które islamistyczny Pakistan dusi, dławi i krew-moc ssie niby wampir u krtani, ależ to logiczny ciąg dalszy całego indyjskiego losu. Wyćwiczywszy metodę na krajach dalekich, w końcowym rozdziale bierze się za świat (Ameryce Stanowo-Zjednoczonej) bliski, choć (jak twierdzi) przez intelektualistów ze Wschodniego Wybrzeża prześlepiany, mianowicie za jej stosunki z- i do latyńskich południowych sąsiadów, z których gwałtownie powiększający się liczebnie i chaotyczny Meksyk największym challange'em.

Hmm... Uprzedzę pytanie, dlaczego ja, ezoteryk szamanista, czytam takie książki, w trudzie, bo w nie całkiem znanym języku, i jeszcze się tym chwalę oto? Warto marności poświęcać uwagę? Niech mnie usprawiedliwi, że też praktykuję astrologię, a ta ma z geopolityką wspólne, że interesuje się przyszłością. Auto-dygresji koniec.

Co z Polską? Kaplana nie interesuje, widzi ją jako kawałek Europy, w jego sensie zawężającym Europę do Zachodniej, właściwie do Unii. Ma w tej Europie faworyta, to Niemcy, i ma dysfaworyta, którym Grecja, której szczerze nie cierpi i ma za kraj-naród niedorozwinięty, który ledwie na krzywy ryj się załapał do ścisłej Europy, minując ją od środka. Szczęście, że nas za takich nie ma. Gdzie Kaplan skończył, ja w miarę swoich szczupłych możliwości, zacznę.

Kiedyś, przejeżdżając w poprzek Węgry, zauważyłem, gdzie ich główna słabość: że są puste w środku. W tekście „Z drugiej strony Bieszczadów”, jesień 2009, napisałem:

Dawne Węgry [...] czyli Korona św. Stefana, wydały mi się, kiedy tak rozglądałem się po nich z nadcisańskiej równiny, krajem pustym w środku. Korona św. Istvana miała faktycznie mocną, twardą skorupę - wał Karpat od północy i wschodu, przedgórza Alp na zachodzie, ścianę Velebitu na południowym zachodzie. Ale środek miała pusty: równiny nad Cisą były romantycznie nostalgiczne i choć czyniły Węgrom komunię z ich pasterskim koczowniczym archaikiem, to ludzi nie karmiły, miast ani rozwiniętszej cywilizacji nie podtrzymywały. Węgry, jak mi się zdaje, nie miały swojego matecznika, nie miały rdzenia, w którym siedziałby chłop-vajśja zaparty w ziemi, mnożący się i karmiący sąsiednie miasta i pałace. Kiedy w 13 wieku uciekli przed Mongołami Kumanowie, władcy Węgier osadzili ich w centrum swojego kraju, pod obecnym Budapesztem, od czego ten kraj do dziś nazywany Kiskunság, czyli Mała Kumania. Mogli tak uczynić, bo środek ich państwa wciąż był niezaludniony. Mijam kilometrowe pola świeżo orane po żniwach. Ziemia w grubych skibach, barwy mało różnej od asfaltu. Tyle że ten czarnoziem rodzi dopiero od niewiele ponad stu lat, bo potrzebuje wałów, rowów, melioracji, głębokiej orki i ciężkiego sprzętu. Dawny chłop z pługiem lub wcześniej z sochą nie dawał mu rady. A pasterz nie wykarmiał państwa. Być może w tej geografii leży przyczyna słabości Węgier, które w historii wciąż zapadały się - właśnie jak owoc z twardą skorupą lecz w środku pusty. W końcu skorupa, czyli mniejszości narodowe zamieszkujące Karpaty, korzystając z klęski Węgier wraz z Austrią i Niemcami w Pierwszej Wojnie, zbuntowały się i odłupały się z tą skorupą, przez co obecne Węgry nie mają żadnych geograficznie uzasadnionych granic. Ale już są w Unii, gdzie granice niepotrzebne.

Od tamtej pory zastanawiam się, co było i jest główną geograficzną słabością Polski, której historia równie jak węgierska tyleż chwalebna, co żałosna. Kaplan pomaga, wskazując główną słabość Rosji, słabość taką, która wymusiła jej siłę: był nią brak granic, kompletny brak geograficznych barier z którejkolwiek strony. Dotyczyło to nie tylko dawnej Rusi ani Moskiewskiego Księstwa, ale każdego politycznego bytu działającego na Równinach Scytyjskich, jak po starożytnemu lubię nazywać region, który nie ma dobrej nazwy, bo ani to Rosja (Rosja sama dalej sięga, a Scytyjskich Równin całych nie obejmuje), ani Wschodnia Europa (jaka tam z niej Europa...), i za Ural dalej sięga, a i Ural żadną barierą. Nie tylko Moskwa-Rosja, ale każdy polityczny byt w tym megaregionie musiał z braku geo-barier chronić się za własnymi szablami, a gdy te decydują, to zawsze najlepszą obroną jest atak, skąd drapieżna agresywność wszystkich Gotów, Hunów, Pieczyngów, Bułgarów, Madziarów, Waregów, Czyngis-chanów, Tamerlanów, Ord Złotych i Błękitnych, Krymu, Moskwy... Litwy pod Giedyminowiczami... i w końcu Polski, odkąd wessała wraz ludem, szlachtą i ziemią Wielkiego Księstwa Litewskiego jego geopolityczną karmę. Od Litwy i Rusi dostaliśmy w wątpliwym prezencie ich chorobę na bezgraniczność i idący stąd nieuleczalny militaryzm. Któremu nie sprostaliśmy. Ale...

W chwiejnej bo bez-granicznej układance Równin Scytyjskich mógł tylko jeden gracz wygrać. Padło na Moskwę. Wojna między Rosją a Litwą, Moskwą a Wilnem była strukturalna. W ich konfrontacji nie było punktu równowagi, bo nie było między nimi (i nie ma!) żadnej geograficznie uzasadnionej granicy. Od czasu, kiedy Giedymin, twórca litewskiego imperium, zajął Witebsk (1318) i Kijów (1331), wojna Litwy z Moskwą trwała praktycznie nieustannie, nie było okresów pokoju, były ledwie rozejmy. Nawet XVIII wiek, lata saskie i stanisławowskie, mimo niezmiennej formalnej granicy, był czasem ciągłych rosyjskich interwencji, karnych ekspedycji na stronę litewską i ukraińską, i głębiej. Litwini, już utożsamieni z Polakami, okupowali Moskwę i pustoszyli osady aż nad Morzem Białym, w odwecie Moskale pokolenie później wymordowali i zrujnowali Wilno. Kontynuowały tę wojnę XIX-wieczne powstania i następujące po nich rosyjskie retorsje. Hołodomor, Katyń i przesunięcie Polski w 1945 niby na kółkach 300 km na zachód były logicznym dalszym ciągiem tej ponad sześćsetletniej wojny i właściwie możemy sobie winszować, że przeżyliśmy, chociaż obolali i z wszczepionymi w tkankę narodu moskalskimi pasożytami, osobowymi i mentalnymi.

Gdzie w takim razie Polska ma geograficznie podbudowane granice i środek? Z latającą granicą wschodnią kontrastują trwałe granice na południu i zachodzie. Granica z dawnymi Węgrami była (prawie) zawsze idealnie stabilna, szła geograficznym grzbietem Karpat, mimo tego, że Karpaty nie dzieliły etnosów: Rumuni i Rusini żyli po obu stronach, a nawet grzbietami-połoninami niby drogami wędrowali i ekspandowali. Gdzie karpacki grzbiet się gubił, tam i granica się wahała: tak było wokół Tatr, które mimo swej najwyższości niczego nie dzielą, łatwo je obejść równinami u ich podnóży i tylko przypadek sprawił, że Podhale nie jest dziś w Słowacji, wtedy Tatry byśmy z Turbacza zdalnie oglądali. Tak by mogło być, gdyby np. Ludwik postawił jakiś swój solidny zamek w Nowym Targu. Ale i tak granica tam suwała się o gminy, nie jak na wschodnich kresach o tysiące kilometrów.

Tak samo stabilna, aż do Pierwszego Rozbioru, była granica zachodnia. Co nią było geograficznie? Formacja, która nie wiadomo czemu nie ma nazwy. Las Odrzański, tak ją nazwę. Jest to pas piaszczystych nieurodzajnych gleb, wsparty trudnym terenem pojezierzy i błot-pradolin. Wzdłuż 52-go równoleżnika na jego zachodnim końcu leży Magdeburg, na wschodnim Poznań, a raczej jego zachodnie satelitarne miasteczka. Krainę tę lub strefę dobrze widać, kiedy się jedzie w jej poprzek autostradą A2. Dlaczego brandenburscy elektorzy swoją stolicę Berlin założyli dokładnie pośrodku tej pustaci? - To jest zagadka, której rozwiązania nie znam.

Ale może tak: Brandenburgia była (inaczej niż Saksonia od zachodu i Wielkopolska od wschodu) archipelagiem suchszych kęp na „morzu” błot i jezior w pradolinach, w takim razie rozsądne było stolicę Berlin ulokować w miejscu możliwie środkowym w tym archipelagu i najbardziej dostępnym wodnymi szlakami. Żeby mieć pewność, musiałbym lepiej znać historię i własną świadomość tego kraiku. Który nie wiadomo dlaczego zdominował Niemcy.


W linku pod miniaturą duża mapa średniowiecznej Brandenburgii

Zanim Berlin zaczął rządzić Niemcami, stolicował Prusom. Prusy, powstałe z fuzji Prus właściwych nadbałtyckich pokrzyżackich z Brandenburgią połączonych rwanym korytarzem Nowej Marchii (Neumark) to coś takiego, jakby kiedyś powstało (chociaż oczywiście nigdy go nie było!) jakieś Królestwo Karpat, obejmujące Karpaty po obu ich stokach, ze stolicą w jakimś Kieżmarku lub Nowym Sączu. Państwo zachłannie zajmujące pustawy górsko-lesisty pas pogranicza Węgier i Polski. Tak samo Prusy wcisnęły się pomiędzy Niemcy a Polskę. Tamto hipotetyczne karpackie państwo byłoby Karpatami-które-ożyły. Podobnie Królestwo Prus było pograniczną pustką Lasu Odrzańskiego, który ożył! Ożył, czyli wyprojektował z siebie klulturowo-państwową formację-reprezentację.

Ale skoro geopolitycznym przeznaczeniem było istnienie granicy Niemiec i Polski na Lesie Odrzańskim, to dlaczego przez 400 lat, i potem w Międzywojniu, granica ta szła wschodnim (polskim) brzegiem tego Lasu, a nie środkiem (jak dzisiaj), ani zachodnim brzegiem, czyli przy Łabie? (Jak przez chwilę za Chrobrego.) Wyjaśnia to zwykła arytmetyka sił i cywilizacyjnej aktywności, w której Niemcy miały i mają przewagę. - Ale akurat taką miały, żeby legalną granicę pociągnąć po polskim brzegu dzielącego pasa, nie dalej.

Myślę, że aby dobre niemiecko-polskie sąsiedztwo było trwałe, Las Odrzański powinien mieć jakąś swoją świadomościową reprezentację. Jakiś „euroregion”, stowarzyszenie miast, jakąś nową Hanzę - coś już tu się dzieje.

Żeby czymś skończyć ten odcinek... Między Polską a Ukrainą żadnej naturalnej granicy nie ma, nawet tak wątłej jak tamten Las Odrzański po niemieckiej stronie. Styk terenów mówiących po polsku i wiary łacińskiej z terenami mówiącymi po rusku-ukraińsku i wiary greckiej zawsze był gęsto zaludniony, a z lotu ptaka wyglądał jak ten szew na czaszce:

Obecna (od II Wojny) prosta „junktura” jest z gruntu sztuczna i zrobiona przez Moskali i dla nich, nie dla naszych obojga krajów. Oba nasze kraje, ściśle zrośnięte w przeszłości – Bańkowski nazwał je „syjamskimi siostrami” – zapewne do tego stanu wrócą w przyszłości. Oby jak najszybciej i oby to był koniec z trepanacjami.

Kolej warszawsko-wiedeńska: wstęp na końcu

Pochodzę z Łowicza, który w 1845 roku został podpięty do Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Mieszkam w Milanówku, który powstał, ponieważ Kolej Warszawsko-Wiedeńska przecięła tutejszy las.


« Chreody i zarodki w geopolityce Po czytaniu Kaplana rzut oka na Polskę »

komentarze

1. Takie pytanie • autor: Piotr Iwiński2013-05-20 21:34:00

Wojtku, czy planujesz wydać "Kolej warszawsko-wiedeńską" w formie książki? To co piszesz trafia mi do serca. Już choćby dla tych tekstów warto prenumerować Tarakę. Piotr.
[foto]

2. Czy planuję książkowydać? • autor: Wojciech Jóźwiak2013-05-20 21:50:03

Piotrze, nie myślałem o tym. Blog "Kolej w-w" traktuję jako podręczny notatnik z lektur i przemyśleń. Chyba jest zbyt chaotyczny jak na książkę. Ale cieszę się, że Tobie się podoba :)
[foto]

3. Mnie też • autor: Przemysław Kapałka2013-05-21 20:08:07

Mnie też się podoba. Ale jako książka chyba by nie przeszło.


[foto]

4. Artykuł na bardzo podobny temat • autor: Wojciech Jóźwiak2013-05-21 20:37:47

Jarosław Bratkiewicz. Wschody i zachody Rzeczypospolitej. Jagiellonizm

"W dobie jagiellońskiej Polska została wessana w eurazjatycką przestrzeń cywilizacyjną, co wydatnie spowolniło jej rozwój i wynaturzyło strukturę polityczną, z konsekwencjami tragicznymi dla Pierwszej Rzeczypospolitej."

5. czy, i gdzie umieścić Polskę? • autor: Jerzy Pomianowski2013-05-21 21:52:07

Czyli nie ma sensu pchać się na wschód, bo tam zguba czeka i degradacja cywilizacyjna.
Zatem gdzie umieścić Polskę?
[foto]

6. Na wschód zguba • autor: Wojciech Jóźwiak2013-05-21 22:25:34

>>> nie ma sensu pchać się na wschód, bo tam zguba

...Ale to jest myślenie w stylu tych generałów, co szykują się do wygrania wojen, które już się odbyły. Zresztą cała geopolityka na to cierpi.
Świat się zmienia. Geopolityka i przestrzeń geograficzna z czasów Marka Aureliusza już nie istnieje: za Dunajem pod Aquincum (dziś Budapeszt) nie ma germańskich barbarzyńców. Tak samo nie ma dzisiaj stepowych koczowników, na Dzikich Polach leżą miasta Ukrainy. Tam prócz post-bolszewików z nożem w zębach żyją ludzie, którzy myślą tak samo jak my.
Ale jeszcze będę pisał o tym i o innym.
[foto]

7. Gdzie umieścić Polskę • autor: Przemysław Kapałka2013-05-22 07:49:19

Mnie się zdaje, że najlepsze miejsce dla Polski to właśnie to, w którym znajduje się w tej chwili. Oczywiście z pewnymi poprawkami, ale zasadniczo jest dobrze. I ręce precz od wschodu! (wcale nie o wschód mi chodzi w tym momencie, tylko o nas)

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)