Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 sierpnia 2001

Wojciech Jóźwiak

Z Davidem Thomsonem w Pupkach
Relacja z warsztatów w Pupkach na Warmii 19-25 sierpnia 2001

Kategoria: Twarda Ścieżka
Tematy/tagi: szałas potutańcewarsztaty w terenie

1.
David Thomson prowadził w tym roku (2001) swoje kolejne warsztaty w Polsce. Ja brałem udział w tych, które odbyły się w Pupkach na Warmii od 19 do 25 sierpnia.

Co się działo? Trzy razy szałas potów, ceremonie palenia świętej fajki oraz dwa tańce: taniec do Słońca i taniec do Księżyca.

2.
W prowadzeniu szałasu potu David wprowadził kilka zmian. Przede wszystkim w szałasie-saunie było (średnio) mniej gorąco niż na wcześniejszych warsztatach. Przez to wejścia do sauny trwały dłużej. Dużo bardziej staranne było obchodzenie się z kamieniami wnoszonymi do szałasu. Przypomnę, że szałas potu polega na tym, że buduje się szałas z gałęzi, szczelnie się go okrywa, i do środka, do wykopanej jamy wnosi się kamienie rozgrzane do czerwoności w ognisku. Tym razem kamienie były z ogniska wnoszone na łopacie lub widłach tylko do drzwi szałasu, a stamtąd ten spośród siedzących wewnątrz, który siedział przy wejściu, przenosił je do środkowej jamy przy pomocy pary jelenich rogów. Skutek: cała operacja wrzucania kamieni, która na poprzednich warsztatach była dość nerwowa i pośpieszna, teraz stała się spokojna i kontrolowana. Kolejna nowość była taka, że podczas przerw można było wychodzić z sauny na zewnątrz, studzić się i wracać. Na wcześniejszych warsztatach obowiązywała zasada, że jeśli ktoś wyjdzie, to już do środka nie wraca. (Poprzedni bardziej rygorystyczny wariant wydaje mi się jednak lepszy.)

David wszystkim obecnym udzielił przekazu na prowadzenie szałasów potu.

Szałas potu stał w lesie, z dala od wody. Okazało się, że można stygnąć i w udany sposób dochodzić do równowagi po tym działaniu bez konieczności zanurzania się do zimnej wody. Zresztą, David stwierdził, że plemiona obywały się bez takiego luksusu jakim jest kąpiel w rzece lub jeziorze po wyjściu z sauny.

Zauważyłem, że odpowiednio przeprowadzony szałas potu, wypocenie się w szałasie, działa oczyszczająco jak dobra kąpiel. W istocie jest to kąpiel we własnym pocie! W tej roli szałas potu był użyty jako oczyszczenie się przed tańcem do Słońca.

3.
Taniec do Słońca tańczony jest przez Czarne Stopy, z którymi David jest zaprzyjaźniony. Sam krok jest prosty, za to figury, czyli ustawienia tancerzy - dość zawiłe. Tańczyliśmy w 20 osób, ale wydaje mi się, że w grupie mniejszej niż 8 osób wykonać ten taniec już niesposób.

Taniec do Słońca jest w istocie medytacją w ruchu, i do tej medytacji zaprzężone jest całe ciało. Tańczy się go o wschodzie Słońca, na otwartej przestrzeni, po uprzednim przejściu przez szałas potu. My wprawdzie zaczęliśmy tańczyć około godziny ósmej rano, ale nie było w tym dużego błędu, bo dopiero wtedy Słońca zaczęło się przecierać przez poranne mgły.

Kobiety tańczą w długich sukniach, mężczyźni z torsami gołymi od pasa w górę, za w spódnicach. Ja swoją zaimprowizowałem z kawałka pomarańczowej tkaniny.

Częścią tańca są instalacje tworzące przestrzeń do tańca. Tańczy się wewnątrz kręgu, który utworzony jest z czterech bram - każdą zaznaczają dwa kije wbite z ziemię, z chorągiewkami w kolorach odpowiednich do stron świata. Granice kręgu pomiędzy bramami tworzyło 56 czyli 4 razy po 7 patyków, do których przymocowaliśmy zawiniątka z czerwonej tkaniny z tytoniem w środku. W środku kręgu wbite były 4 żerdzie z dekoracjami u szczytu, coś jakby palmy na niedzielę palmową, które razem nazywały się "drzewem życia". I jeszcze były dwa maszkarony: Orzeł i Kojot, oba wykonane z kijów, korzeni i tkaniny rozpiętej na patykach, i z innych rzeczy.

4.
Taniec do Księżyca tańczyliśmy w podobnym kręgu (4 bramy, 56 patyków z zawiniątkami), tyle że w nocy a nie w dzień, i w środku kręgu było ognisko. Krok był inny, a cały taniec polegał na przesuwaniu się w kręgu, noga do nogi; krąg ludzi okrążał mnóstwo razy centralny ogień. Tańczyliśmy w powłóczystych szatach, które nie mogą być czarne ani ciemne. Ja swoją szatę zaimprowizowałem z długiego prześcieradła.

Taniec do Księżyca jest bardzo podobny do tańca duchów (wymyślonego 120 lat temu przez Wovokę), który był tańczony podczas warsztatu na Czarnem w 1999 roku. Różnica jest taka, że tutaj mistrzowie ceremonii nie wyciągają za pomocą machania chustkami dusz tańczących na astralne wędrówki. Zamiast tego działo się coś innego.

5.
Taniec do Księżyca silnie działa na psychikę. Przed tym tańcem, w jego trakcie i po nim miało miejsce manifestowanie się poprzez uczestników duchów zwierząt mocy. Najpierw przez jednego z mężczyzn zamanifestował się Niedźwiedź. W czasie przygotowań do tańca poprzez jedną z kobiet przejawił się jakiś wielki kot, zapewne Ryś. Jeden z uczestników już podczas tańca zamienił się w Pumę.

Na szczęście David udzielił nam szczegółowych instrukcji jak postępować z ludźmi, z którymi coś takiego się dzieje. Ciekawe, że postępowanie z takimi "nawiedzonymi" jest inne niż to, które przyjęte jest w sesjach oddychania holotropowego: "nawiedzonego" nie należy dotykać, ani tym bardziej manipulować jego ciałem. Wystarcza bęben, grzechotka, okadzanie szałwią i tytoniem, oraz osłanianie kocami, aby wokół niego stworzyć zamkniętą przestrzeń.

6.
Podczas tańca do Księżyca śpiewa się różne pieśni. Niestety, oprócz jednej, pieśni te były śpiewane po angielsku. Wydało to mi się najsłabszym punktem całej ceremonii. Ja sam w języku angielskim nie czuję transportujących mocy. Język ten, chociaż tak użyteczny w praktyce jako język wyżej rozwiniętej cywilizacji, źle brzmi dla słowiańskiego ucha. Angielskie teksty idą z głowy a nie z brzucha, kiedy zaś przetłumaczyć je na polski - bo śpiewane były i polskie przekłady - to resztka magii znika.

Tym większe jest wyzwanie dla nas, polskich szamanistów, aby stworzyć samemu, lub (co pewnie będzie lepsze) wyszukać wśród polskiej poezji teksty rodzime, rdzennie polskie, które będzie można śpiewać przy tańcu do księżyca. Postanowiłem w przyszłym roku urządzić takie tańce poetyckie. Gdzie, kiedy - zobaczymy.

7.
Na miejsce ceremonii Łaźni i Fajki David znalazł kawał niemal pierwotnego bukowego lasu, gdzie ziemia pozostawała stale w cieniu, zalegała warstwa suchych liści i nie rosły żadne leśne chwasty. Wokół stare drzewa, proste, jak kolumny. Świątynie modelowano na taki pierwotny, stary las! Kiedy pod koronami drzew stanął szałas potów, zapaliliśmy ognisko i pojawiły się półnagie postaci z bębnami i grzechotkami, wyglądało to tak, jakby wróciło z nicości zapomniane święte miejsce dawnych Słowian lub Bałtów. Jakby stare etniczne kulty nie do końca przepadły.

Pewien indiański rytualny gest demonstrowany przez Davida przypomniał mi to samo ułożenie rąk u postaci na jednej ze stron Światowida ze Zbrucza.

Wydaje mi się, że nadszedł czas, aby spolonizować, zeslawizować szamańskie rytuały. Pora, jak mi się wydaje, przejść od uczenia się od Indian i ich Białych naśladowców (takich jak David) do tworzenia szamanizmu opartego w większym stopniu na naszych rodzimych wzorach i tradycjach.

27 sierpnia 2001

Wojciech Jóźwiak


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)