Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

01 lipca 2007

Wojciech Jóźwiak

Dawkins i Bóg
... i to coś prócz nich. Recenzja książki 'Bóg urojony'

Przeczytałem książkę Richarda Dawkinsa "Bóg urojony".[1] Poglądy Dawkinsa nie są nowe. Naukowy ateizm jest poglądem od dawna klasycznym, jest estebliszmentem. Także darwinowski ewolucjonizm jako podstawa tego światopoglądu nie jest nowy. Czytelnicy choćby "Summy technologiae" Stanisława Lema (książka z roku 1964, przypominam...) czytając młodszą o czterdzieści i parę lat książkę Dawkinsa, wciąż natrafiają na rzeczy dziwnie znajome. (I po raz któryś wypada ubolewać, że "nasz" Lem, tylko przez to, że pisał w marginesowym polskim języku, na starcie skazał się na zapomnienie.) Ateistycznonaukowe poglądy Dawkinsa nie są nowe, bardziej za to nowa jest epoka i kontekst, w którym są wygłaszane. Czytając Dawkinsa uświadamiałem sobie, że żyjemy w czasach tryumfujących religii, co dzieje się nie tylko na Bliskim Wschodzie i nie tylko w ekspandującej amerykańskiej "strefie Biblii" - Bible Belt - ale co dla nas najważniejsze, także u nas, w Polsce, rok po roku religijne myślenie i stojący za nim ludzie anektują kolejne obszary społecznej przestrzeni i dzieje się to metodą małych kroków, poprzez stopniowe uznawanie tego co religijne i katolickie za jedyną obowiązującą normę. W końcu okazuje się, że człowiek zdrowy i normalny może być, na mocy milcząco przyjętego założenia, wyłącznie "owieczką" Kościoła, a kto myśli inaczej, nagle odkrywa, że przysługuje mu status jakiejś ledwie tolerowanej osobliwej mniejszości. Dziwny proces zaszedł... Już wydawało się, że rozwój nauki zminiaturyzuje w świecie religię do rangi najwyżej historycznego ozdobnika, coś jak wdziewanie ludowych strojów w święta, kiedy zaczęło dziać się coś odwrotnego. Tym ważniejsza książka Dawkinsa usiłująca przywrócić proporcje.

"Bóg urojony" jest książką polemiczną. Przestrzeń poglądów, które przedstawia i wspiera bądź zwalcza autor, jest dwubiegunowa. Te dwa bieguny, to naukowy ateizm, wsparty darwinowską wizją ewolucji (gdyż jako człowiek nauki Dawkins jest przede wszystkim biologiem) - i religia wsparta autorytetem świętych ksiąg. Skoro są te dwa bieguny, to od razu nasuwają się dwa pytania: czy nieuniknione i konieczne jest przeciwstawianie sobie tych myślowych biegunów? I drugie: czy Dawkins, przedstawiając te dwa kompleksy poglądów, czegoś nie pominął? Co do pierwszego pytania, to dla autora jest jasne: albo-albo! Prawda jest niepodzielna. Jeśli uznajesz ustalenia nauki, że świat, jaki jest, istnieje w wyniku naturalnych procesów, które dla swego uzasadnienia nie wymagają żadnej zewnętrznej wobec niego poruszycielskiej inteligencji, że w szczególności cały świat istot żyjących na Ziemi da się z najdrobniejszymi szczegółami wytłumaczyć ewolucją genów, oraz że jak dowodzi doświadczenie, inteligencja sama jest tym, co w wyniku tej ewolucji powstało najpóźniej, to żadnego Boga (lub bogów) zwyczajnie nie ma, a treść świętych ksiąg otrzymuje status nie różny od baśni. Oczywiście za tym trzeba też przełknąć gorzką pigułkę, że życie kończy się wraz ze śmiercią (lub dokładniej: z zanikiem aktywności mózgu) i że "dalej" nic nie ma, tzn. nie będzie cię tak samo, jak nie było cię przed twoimi narodzinami. Poglądy religijny i ateistyczny wynikający z nauki, nie dają się pogodzić, a że prawda jest po stronie nauki, więc religia powinna być usuwana tak jak każdy błąd i przesąd.

Dawkins zapewne obawia się tutaj działania logicznej zasady "ex falso quod libet", czyli że z przyjętego fałszywego zdania wyniknąć może - logicznie - cokolwiek, "co się komu podoba", więc kiedy pewna społeczna formacja stoi na fałszywych fundamentach, a fałszem jest wszystko, czego nie potwierdza nauka, to w jej obrębie i z jej wsparciem powstać mogą pomysły jakiekolwiek, także wybitnie nieprzyjemne, lub mówiąc wprost, zbrodnicze i zagrażające wspólnej ludzkiej egzystencji na Ziemi, jak choćby (cytowany przezeń) pogląd jednego z amerykańskich oficjeli, że nie warto zawracać sobie głowy ochroną środowiska, skoro i tak Powtórne Przyjście (Jezusa w ramach scenariusza Apokalipsy) jest bliskie. Nawiasem, u Dawkinsa cenne jest właśnie to, że biorąc się za religię nie bawi się w dyplomację. Skoro, mówi religijnemu adwersarzowi, powiadasz że wierzysz w Biblię, to musisz też wierzyć w opisane tam mordy pojedyncze i masowe dziejące się, jak napisano, z Bożego nakazu.

Czy Dawkins coś pominął? Czy prócz tych dwóch biegunów, nauki i religii, nic więcej nie ma, nie ma innych poglądów, stanowisk? Tu leży pies pogrzebany. Bo przecież problemem współczesnego mindscape'u ("mysłobrazu"???) jest to, że ma on nie dwa, ale trzy bieguny. Jednym na pewno jest nauka, czy właściwiej, naukowy racjonalizm wraz z idącymi za nim materializmem, redukcjonizmem i ateizmem. Drugim z pewnością jest religia, a raczej umocowany religijnie i sprzężony z religią fundamentalizm. (Fundamentalizm, jak go definiuje Ernest Gellner, to pogląd zasadzający się na założeniu, iż pewne teksty i zawarte w nich treści są wyróżnione przez to, że są pewne i znajdują się poza krytyką, a także, dodajmy już za Dawkinsem, że są chronione środkami, nazwijmy to, pozadyskursywnymi, z których wcale nierzadki jest miecz kata.)

Trzeci biegun jest różnie rozpoznawany. U Gellnera jest nim kulturowy relatywizm, czyli uznawanie myślowych i poznawczych wyposażeń różnych kultur za równie warte, więc i tak samo "prawdziwe". Dla przykładu, w myśl tego stanowiska nasz niepokój, iż emitując dwutlenek węgla przegrzejemy Ziemię byłby dokładnie równy niepokojowi Azteków, że na koniec 55-letniego okresu Słońce zgaśnie, czemu zapobiegali, kierowani pokrętnym religijnym rozumowaniem, masowym zabijaniem ludzi. Koniecznie trzeba dodać, że owo tertium czyli kulturowy - i post-modernistyczny - relatywizm Gellner uważał za błędny.

Inne tertium zauważył (moim skromnym zdaniem, trafniej) Wiktor Stoczkowski: tą trzecią potęgą, walczącą o dusze ludzi XX i XXI wieków, prócz nauki i religii, jest okultyzm, a raczej mnogość okultystycznych poglądów, które posługują się charakterystyczną dla "pseudonauk" niepełną ułomną racjonalnością, w myśl której prawdziwe jest nie to, co dowiedzione, lecz to, co nieobalone, i gdzie dowody dobierane są z góry tak, żeby potwierdzić założenia. Okultyzmy zarówno nie mieszają się, nie godzą (wciąż referując Stoczkowskiego) niby woda i olej, z nauką jak i z religiami.

Jeszcze inny, odmienny od poprzednich trójświat i trójsystem przedstawił Roger Penrose (na przykład w wykładzie, który miał w Warszawie w 1999 r.). Wyrysował tam na tablicy trzy koła ilustrujące trzy "światy": świat materii lub zewnętrznych zjawisk, świat rzeczy matematyki i, trzeci, świat postrzeżeń czyli faktów psychicznych. Nauka bada świat materii. Wyodrębniony jej dział, matematyka, bada rzeczy istniejące równie obiektywnie jak przedmioty materialne, mianowicie byty matematyczne. Co więcej, dzięki komputerowym symulacjom byty te mogą zostać uprzystępnione naszym zmysłom i naocznie pokazane tak samo, jak teleskop pokazuje niewidoczne okiem mgławice - słynny przykład nieskończenie ślimaczego fraktalnego zbioru Mandelbrota. Schemat Penrose'a nie klasyfikuje poglądów, więc i religii w nim nie ma.

Ale kiedy zauważmy, że nasze (ludzi i innych istot) postrzeżenia mogą być awansowane do rangi osobnego "świata", to przypomina się stwierdzenie Junga, iż "Bóg jest faktem psychicznym". I tu jest drugi pogrzebany pies. Junga Dawkins wspomina w swojej książce, w ustępie, w którym wprowadza siedmiostopniową skalę możliwych poglądów, od niewzruszonej wiary w Boga, a nawet "widzenia" go, aż do zupełnego ateizmu. Na tej skali Dawkins Junga wymienia właśnie w punkcie nr siedem, jako tego, kto twierdził, iż Boga widzi. Inni też Go i Jego aniołów widywali, Blake i Swedenborg tu pierwsi, którzy się przypominają - jeśli pole zawęzić do postaci uznanych, a pominąć szaleńców. Co z nimi? Dawkins najwyraźniej nie znajduje w swoim własnym doświadczeniu doświadczeń mistycznych, ale jego umysłowe wyposażenie nie jest przecież jedynym, ani jedynym możliwym, ani jedynym normalnym. Żeby ująć zbyt wielki obszar skojarzeń, jakie tu się nasuwają, wprowadzę taki oto skromny i całkiem w duchu Dawkinsa pozostający schemat:

Ewolucja nas jako gatunek wyposażyła we w miarę sprawny model świata; można powiedzieć w model, który w miarę dobrze przestawia świat taki jaki jest. Oczywiście wielu rzeczy nie postrzegamy (nie widzimy ultrafioletu ani polaryzacji światła, nie słyszymy ultradźwięków, nie wyczuwamy promieniowania jonizującego, nie widzimy w jednym rzucie oka liczby przedmiotów większej niż cztery...). Model ten też ma tę właściwość, że przeważnie ściśle odróżniamy postrzeżenia przychodzące z zewnątrz od wytworów własnego umysłu i na przykład własne myśli nie wyświetlają nam się na tle nieba.[2]

- Ale uwaga! To jest model, powiedzmy tak, większościowy. Podobnie jak większościowa jest monogamia jako styl seksualny. Ale tak samo, jak obok monogamii istnieją i są praktykowane inne style życia seksualnego, choćby posiadanie wielu partnerów albo modny ostatnio homoseksualizm, i wszystkie one powstały w wyniku tej samej ewolucji, tak samo ta sama ewolucja doprowadziła i dopuszcza inne modele świata niż ten w którym to co wewnętrzne i to co zewnętrzne pozostaje troskliwie rozdzielone. Są ludzie, którym przytrafiły się inne modele poznawcze. Dla niektórych z nich jest to powodem cierpienia i niemożności dostosowania się do życia w społeczeństwie (które - przecież i z drugiej strony - nie jest ideałem...) i takim zdarza się być zamykanymi w szpitalach psychiatrycznych. Dla innych wgląd w przestrzeń wewnętrzną jest źródłem twórczej inspiracji, i wśród nich byli Jung, Blake, Swedenborg i mnóstwo innych. Jeszcze inni z nich, natrafiwszy na sprzyjające warunki społeczne, stawali się religijnymi przywódcami i zapewne przypadki Pawła-Saula Tarsyjczyka, Mahometa i Wovoki lub Black Elk'a nie różnią się co do istoty.

Niestety, dwubiegunowy ogląd świata, jaki proponuje Dawkins jest jak zbyt dziurawe sito... Zbyt wiele z naszej kultury zostaje odcedzone. Co oczywiście nie znaczy, że bronię religijnych maniaków.

Inna słabość książki (i argumentacji) Dawkinsa jest taka, że religie (religię) utożsamia on z jerozolimskimi monoteizmami i w ten sposób zawęża to pojęcie. Nie ma u niego ani buddyzmu (religii treningu), ani nie ma rdzennych religii etnicznych. A ciekawe by było, jak myślą i jak odnajdują się w (po)nowoczesnym świecie wyznawcy hinduizmu, shinto lub wudu.

Najciekawszą chyba częścią książki Dawkinsa jest jego próba wyjaśnienia zdumiewającej trwałości religii, uporczywego propagowania się religijnych poglądów przez pokolenia i stulecia. To pytanie sam sobie zadawałem: dlaczego tak powszechnie wierzy się w bogów, których przecież jawnie nie ma? Dawkins podaje wyjaśnienie ewolucyjne. Ewolucja wyposażyła nas w mechanizm, zwiększający - jak wszelkie inne jej "dary" - szanse przeżycia. Tym wdrukowanym genetycznie mechanizmem jest bezwarunkowe zaufanie, jakie mają dzieci do opinii wygłaszanych im przez starszych. Dawkins podaje przykłady w rodzaju: nie zbliżaj się do krokodyla... Nie baw się przy urwisku... Osobnicy którzy jako dzieci mieli bardziej bezwarunkowo działający instynkt wiary temu, co mówią starsi, częściej przeżywali. Nie musieli narażać życia, żeby dowiedzieć się różnych przydatnych rzeczy dopiero z własnego doświadczenia. Ten mechanizm sprzyjał także propagowaniu (międzypokoleniowemu przekazywaniu) kultury jako takiej. A religia, slangu używając, załapała się na krzywy ryj. Dawkins nazywa to bardziej elegancko, iż jest ona produktem ubocznym tamtego instynktu zaufania dla autorytetów - tak jak palenie się ciem w świecach (przykład autora) jest produktem ubocznym ich mechanizmu nawigacji: "utrzymuj stały kąt względem źródła światła". Ta zasada nawigacji, kiedy ćmy orientują się na Księżyc, pozwala im lecieć prosto, ale kończy się śmiercią, gdy próbują orientować się na świecę. Tak samo ludziom dziecięca chętnie-wierność służyła przeżyciu gdy chodziło o poznawanie drapieżników lub jadalnych roślin, ale za cenę masy głupstw, które ubocznie tym samym kanałem propagowały się przez pokolenia. (Dawkins cytuje spostrzeżenie pewnego antropologa o mieszkańcach Nowej Gwinei, którzy są niezwykle mądrzy - gdy chodzi o znajomość zasobów ich ojczystych lasów i rzek - i zarazem zdumiewająco głupi, jako że ich umysły są wciąż zajęte groźbą czarów i magicznymi właściwościami krwi menstruacyjnej.)

Powyższy model tłumaczy to, jak religie się propagują i wydaje się to prawdopodobne. Gdyby jeszcze Dawkins docenił to, że często - choć nie wyłącznie - źródłem religijnych wierzeń są przebicia z przestrzeni wewnętrznej. Że, mianowicie, faktycznie pewnym prorokom ukazywał się bóg i nakazywał im coś głosić... Takie bywały przecież fakty. Tu także warto rozważyć, czy należy wszystkie te zjawiska nazywać tak jak Stoczkowski: "delirium"? Rzecz co do jakości zbliżoną Dawkins rozważa w swej książce, mianowicie placebo. Placebo, jak wiadomo, to obojętna tabletka, która leczy dlatego, że pacjent wierzy, że zostanie wyleczony - a więc placebo inicjuje samoleczenie organizmu, w którym właściwą przyczyną jest wiara. Placebo jednak nie działa na tych, którzy wiedzą, że nic w tej tabletce leczącego nie ma. Podobnie jakieś dajmonion lub głos wewnętrzny może udzielać skutecznych rad - o ile człowiek wierzy, iż jest to właśnie mądre i godne zaufania dajmonion. Dawni magowie nie mieli co do tego wątpliwości i ich dajmonia były skuteczne, a dzisiejsi magowie już wiedzą, że to "tylko" wyodrębnione funkcje ich własnych umysłów, jeśli nie wręcz wyodrębnione chwilowo części ich mózgów - i dlatego ich magiczne czynności dzieją się z dużo większymi oporami.

Prócz modelu poznawczego, w którym to co zewnętrzne jest ściśle oddzielone od tego co wewnętrzne, natura-ewolucja wyposażyła nas w model, z pewnością mniejszościowy, w którym niektóre rzeczy wewnątrzpsychiczne pokazują się tak, jakby były w świecie zewnętrznym: jako głosy, wizje, objawienia, duchy itd. Czy należy je odrzucić jako coś czego nie ma? Jeśli to jest "delirium", jak pisał Stoczkowski, to przecież także deliria mają swoją strukturę, reguły, prawidłowości, a także swoje konsekwencje w świecie wspólnie uznawanym za rzeczywisty - choćby przez to, że wpływają na decyzje doświadczających je ludzi.

Można też na to patrzeć tak, że prócz zmysłów odbierających strumienie informacji ze świata zewnętrznego, istnieje coś w rodzaju zmysłów odbierających strumienie informacji z wnętrza umysłu: zmysły, którymi umysł skanuje samego siebie. Zwiększona czułość tych zmysłów niekoniecznie bywa defektem, choć i tak się zdarza; czasem jest przyczyną zwiększonej kreatywności, większej wyobraźni, talentów poetyckich i innych. William Blake wiedział i powiedział, że jego wiersze dyktowali mu aniołowie; inaczej Stanisław Lem, sceptyk i racjonalista, niewierzący nie tylko w bogów, ale i w duchy, prekognicje i telepatie, miał spore trudności w wytłumaczeniu, jak to się działo, iż zaczynał pisać powieści, w tym najsłynniejszą "Solaris", nie wiedząc, co będzie dalej - będąc w istocie w roli nie twórcy, ale obserwatora (powieściowego) świata, który dopiero stopniowo odsłaniał przed nim swoją zawartość.[3]

Propagowanie się religii Dawkins tłumaczy ewolucyjnie uformowaną dziecięcą dyspozycją chętnie-wierności wobec starszych. Dyspozycja ta pozostaje u wielu ludzi także, gdy dorosną. Wraca, a wraz z nią religijność, na starość, zapewne skorelowana z rosnącą na starość zależnością od innych, silniejszych. Proponuję, choć nie jestem fachowcem-biologiem, dalszy ciąg tego wyjaśnienia. Dziecięca chętnie-wierność może natrafić na konkurencję ze strony innej dyspozycji. Bo jako przedstawiciele gatunku człowiek mamy trzy miłości, tzn. mamy trzy rodzaje instynktu, który od środka przeżywany jest podobnie jak zakochanie, zresztą zakochanie jako takie, erotyczne, tu się zalicza jako jeden z przypadków. Pierwsze jest to "zakochanie" dziecka w rodzicach i związana z tym dyspozycja do brania ich słów jako bezdyskusyjnej prawdy. Drugie to zakochanie erotyczne, które jednak raczej nie ma skutków dla poglądów na świat. Trzecim jest "zakochanie" w przywódcy. Dyspozycja po temu pojawia się i najbardziej jest nasilona w okresie młodzieńczym, zresztą jest to naturalna faza wiekowa, kiedy człowiek przechodzi od podlegania rodzicom do podlegania - jako dorosły - plemiennym przywódcom i wiecom. "Zakochanie" się w przywódcy-autorytecie pociąga też skwapliwe przejęcie głoszonych przezeń poglądów. (Plemiona, w których wojownicy ślepiej wierzyli swoim wodzom, częściej wygrywały wojny i zapładniały kobiety sąsiadów - ewolucja!) To jest moment, w którym dziecięca wiara może natrafić na sprzeciwiającą się jej wiarę głoszoną przez dorosłe autorytety. Jeśli ktoś trafi tak, że odpowiednikiem wodza wojowniczej bandy będzie profesor biologii-darwinista, jego dziecięce religijne wdruki prysną. Ale może nim być jezuita lub dominikanin, może być nim egzotyczny guru; wreszcie nowa wiara nie musi mieć pojedynczego, osobowego głosiciela; wystarcza pogląd z książek. (Czy psychologia społeczna to zjawisko rozpoznawała?) W każdym razie wygląda na to, że racjonalistyczne otrzeźwienie też jest nadbudowane na ewolucji i instynkcie...

Jednak i moje, i oryginalne Dawkinsowe rozumowania mają jedną wadę, zwłaszcza w tutejszym kontekście. Muszą być oto przyjęte na wiarę! Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że ewolucję rozumie się jako ewolucję i dobór naturalny genów, tymczasem zwyczajnie nie wiadomo, które to odcinki DNA kodują u gatunku człowiek jego dziecięcą i późniejszą skłonność do wierzenia autorytetom, nie wiadomo też, jak geny to robią, jaki mianowicie jest ciąg przyczyn i skutków, który łączy sekwencję zasad nukleinowych w DNA z czymś tak odmiennym i dalekim, jak określone społeczne zachowanie, ani też wcale nie jest pewne, czy wszystko w zachowaniu (i w cielesnym wyposażeniu) zwierząt, w tym człowieka, pochodzi z genów. Jesteśmy zdani na ledwie domysły - tymczasem to, że "wszystko z genów, wszystko w genach", jest przedmiotem wiary, dogmatem wręcz, dla Dawkinsa.

Ale jakby mogło być, że nie wszystko z genów i w genach? Prosto. Przykład: w genach mamy zapisane enzymy, które odkładają w wybranych tkankach twarde kryształy węglanu i fosforanu wapnia, po to, żeby im nadać sztywność, konieczną by ciało zachowało kształt w zgniatającym je na placek polu grawitacyjnym Ziemi. (Zwierzęta, które tego pola nie czują, gdyż równoważy je wypór wody, nie mają, jak ośmiornice lub meduzy, sztywnych tkanek.) Ale samo pole grawitacyjne ani nie zostało wynalezione przez geny, ani nie jest w nich zapisane. Pole grawitacyjne zostało w pewien sposób rozpoznane przez geny, które nauczyły się radzić sobie z nim.

Zmierzam do tego, że także to, co uważamy za elementy i przejawy ducha lub inteligencji, nie jest ani zapisane w genach ani od nich nie pochodzi, lecz co najwyżej (jak pole grawitacyjne, albo światło dla oka) zostało przez geny obmacane. Źródłem pola grawitacyjnego jest Ziemia z jej właściwością: masą. Źródłem światła na Ziemi jest Słońce wraz z jego szczególną właściwością: reakcjami jądrowymi w jego wnętrzu. Poprzez to podobieństwo także elementy naszej inteligencji i naszych psychicznych zachowań wcale nie muszą być produktem naszych genów, a raczej wynikiem dostosowania się genów i kodowanych przez nie wrodzonych dyspozycji do "źródeł inteligencji i ducha" które są w jakimś sensie poza tym, co geny budują - poza naszymi mózgami. To jest pogląd, który mnie wydaje się prawdopodobny, a i który daje się wyczytać u najbardziej znanego współczesnego nie-redukcjonisty, czyli u Rogera Penrose'a, zresztą sąsiada Dawkinsa, jeden z Cambrigde, drugi z Oxfordu.

Co oczywiście nie broni religii i opinia, że przyszłe i czekające nas odkrycia w (nieistniejącej na razie) fizyce umysłu potwierdzą poglądy proroków obu Testamentów lub średniowiecznych teologów, jest tak samo naiwna jak ta, że przyszłe odkrycia nauki potwierdzą fizykę Arystotelesa: że np. prędkość ciała jest proporcjonalna do siły, jaka nań działa!, albo że nieruchoma Ziemia spoczywa w środku świata. Nie, na takie cuda nie wolno liczyć. Zapewne związki ciała z umysłem i świadomości z "nadświadomościami" okażą się dziwniejsze[4] niż to, czego dzisiaj się domyślamy. Nauka nigdy nie rozwijała się tak, żeby potwierdzić nasze naiwne, plemienno-wioskowe wyobrażenia o świecie i dziwne by było, gdyby z umysłem miało być inaczej.

Kolejną myślą, którą warto z Dawkinsa zapamiętać, jest ta, że naszych zasad moralnych nie czerpiemy ze świętych ksiąg - Dawkins ma tu na myśli głównie oba Testamenty - i nawet ci, którzy uważają, że ich moralność z Biblii wynika, na tej księdze jest ufundowana i w Biblii ją wyczytali, mylą się! Jak tego dowodzi? - Ano tak, że dzisiaj literalnie nikt swojego postępowania ściśle z Biblią nie uzgadnia, a wierzący chrześcijanie i żydzi zawsze dokonują wyboru, pewne przykazania i ich szczególne przypadki uznając za słuszne i obowiązujące, i niektóre postaci mające służyć jako moralne wzorce uważając za godne naśladowania, inne zaś nakazy i "moralnych bohaterów" odrzucając i w najlepszym przypadku traktując jak "alegorie". Przykładów Dawkins daje mnóstwo, choćby taki: jak dzisiaj każdy, nawet najgłębiej wierzący, oceniłby postępek osoby, która by zabiła własne dziecko, twierdząc, że zobowiązał ją do tego ślub uczyniony przed Bogiem (jak uczynił Jefte, a gotów to zrobić był Abraham), albo, łagodniej, ktoś, ktoby uważał, że zgodnie z niedwuznacznym zaleceniem Jezusa powinien porzucić rodzinę i rozdać cały majątek? Skoro ludzie, w tym wierzący, nie stosują się literalnie do Biblii, a więc jakoś dokonują z niej wyboru, to zasady tego wyboru, a więc i ich moralności, nie znajdują się w Biblii.

Więc odrzucić religie w czambuł? A może inaczej niż chce Dawkins, życzyć sobie raczej, żeby oprócz tych dotychczasowych złych religii powstała wreszcie dobra religia lub nawet kilka takich. Jaka? Taka, która by nie gwałciła rozumu, więc i nie popadałaby w sprzeczności z nauką i nie dawała szaleńcom okazji do nadużyć w myśl wspomnianej zasady ex falso quod libet. Nie zalecałaby zabijać innowierców ani gardzić nimi jako rzekomo idącymi na potępienie. Nie dręczyła smutkiem z powodu urojonych "grzechów pierworodnych" ani nie wpajała poczucia winy, że oto dla ciebie ktoś kiedyś umarł na torturach. Nie straszyła piekłem ani nie odsuwała celu i spełnienia w niekończące się przyszłe żywoty. Która by za to dostarczała sposobów na wyrażanie radości życia i sposobów na radzenie sobie w jego kłopotach. Dawałaby oparcie w innych. Pozwalałby lepiej i pełniej przeżyć to życie. Trudno jednak taką religię znaleźć i to jest niepokojące, bo może oznaczać, że Dawkins ma rację i z jakichś zasadniczych powodów nie ma innych religii niż złe.

Może też z religiami być tak jak (z innej szuflady) z ustrojami społecznymi. Każdy z dotychczasowych - każda kleptokracja - opierał się na przemocy i kradzieży, co nie zniechęca poszukiwaczy ustroju, który by tych wad nie miał; Hoppe jako taki właśnie ustrój zaleca "naturalny porządek" czyli rynek bez państwa.[5] Może podobnie w spektrum religii istnieje coś, co dopiero stworzyć mogą nadchodzące czasy.

Wojciech Jóźwiak
adres

30 czerwca - 1 lipca 2007



Przypisy:

[1] Richard Dawkins, Bóg urojony, wyd. CiS, Warszawa 2007.

[2] Oddzielenie w naszym postrzeżeniowym świecie tego co zewnętrzne od tego co wewnętrzne (psychiczne), wydaje się oczywiste i naturalne, ale chorzy na schizofrenię są wyrazistym przykładem, iż ten z pozoru "naturalny i oczywisty" stan umysłu w rzeczywistości musi być wynikiem precyzyjnego i wyrafinowanego zgrania mnóstwa procesów, wynikiem zestrojenia i równowagi takiej, że tylko jej pospolitość sprawia, iż jej nie dostrzegamy i nie doceniamy! Podobnie jak wyczuwanie pionu przez zmysł równowagi wydaje się nam czymś niedostrzegalnie oczywistym - póki ktoś nie zapadnie na chorobę błędnika i nie doświadczy normalnie niewyobrażalnych cierpień, które zaczynają się tam, gdzie ten zmysł się psuje.

[3] Niedawno szczegółowo pisał o odsłanianiu się obcych światów przed pisarzami fantasy (a nie ich wymyślaniu) Michael J. Haas, One Foot in Each World: Fantasy Wrtiting and Shamanic Journeys, w "Shaman's Drum", 74/2007, s. 48.

[4] ...i bardziej przerażające. Słowo "przerażające" jest tu na miejscu, gdy wiadomo, z jaką grozą i furią połączone siły policyjno-naukowo-religijne wygnały i skryminalizowały halucynogeny, które odemknęły inny niż przyjęty widok na nasz umysł.

[5] Hans-Herman Hoppe, Demokracja - bóg, który zawiódł, wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2006.




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)