Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

06 sierpnia 2007

Mirosław Miniszewski

Dawkinsa zmagania z Bogiem
recenzja książki 'Bóg urojony'

Kategoria: Religie

Boga nie ma. Ta dosadna hipoteza została postawiona w głośnej książce Richarda Dawkinsa pt. "Bóg urojony". Na ponad pięciuset stronach, autor, brytyjski zoolog, etolog, ewolucjonista, próbuje rozprawić się z wiarą w Boga i w ogóle we wszelkie pojęcie boskości. Nie oszczędza też religii jako takiej. Książka na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie naukowej - w końcu jej autor jest profesorem szacownego Oksfordu - jednakże naukowa ona nie jest.

Książka "Bóg urojony" odniosła oszałamiający sukces. Sprzedaje się znakomicie i w chwili jej publikacji w języku polskim osiągnęła milionowy nakład. Recenzje ma znakomite. Niestety, już pierwszy kontakt z nią mocno rozczarowuje: mamy bowiem do czynienia z przegadanym czytadłem, którego głównym zadaniem wydaje się dowiedzenie geniuszu autora. Po drugie lektura jest trudna z tego powodu, że prawie do połowy ma się wrażenie, iż czyta się nie mający końca wstęp. Autor zamiast przejść do rzeczy, snuje kolejne historyjki w typowo amerykańskim stylu, nieznośnym dla europejskiego czytelnika i często zapowiada, że za chwile napisze o czymś istotnym. Ten sposób pisania, obecny w wielu amerykańskich książkach, polega na przeplataniu wywodu anegdotkami z życia wziętymi, co ma jakoby uwiarygodnić zasadniczą treść książki. Tak pisze się za oceanem poradniki niskiej kategorii, przeznaczone dla słabo wykształconego czytelnika. Widać styl ten przeniknął również do bardziej ambitnych pozycji, do jakich pretenduje "Bóg urojony". Czytelnik ma więc ciągłe wrażenie, że za chwilę dowie się czegoś istotnego. Niestety, ten moment nie nadchodzi. Wymagającego odbiorcę, oczekującego pogłębionej analizy, czeka zawód. Po prostu książka ta nie jest skierowana do intelektualisty lecz raczej do przeciętnego, amerykańskiego przedstawiciela niższej klasy średniej, któremu autor prawdopodobnie zaimponuje niewątpliwą erudycją. Jednak wyrobiony i wykształcony czytelnik, nie nabierający się na sztuczki autora, co chwilę będzie napotykał w zasadniczym wywodzie oczywistości, znane od wieków argumenty i po prostu się znudzi, bowiem licznie przywoływane opowiastki czy wyrwane z kontekstu fakty historyczne nie wnoszą niczego nowego do sporu o istnienie Boga. Autor wydaje się być pozbawiony samokrytycyzmu i pokory, jakże potrzebnej naukowcowi zajmującemu się problemami natury fundamentalnej. Stara się być naukowcem i postuluje, aby to, co do tej pory było domeną mitologii i religii, stało się nareszcie przedmiotem badań naukowych. Jest w tym względzie skrajnym pozytywistą. Dla niego wniosek, że Boga nie ma, jest dowodliwy naukowo, jednakże dowodu tego nie potrafi prawomocnie przeprowadzić.

"Bóg urojony" jest manifestem radykalnego ateizmu. Jest dramatycznym odwołaniem do zdrowego rozsądku czytelnika, co chwila argumentującym za tym, jakiż to świat byłby wspaniały i piękny, gdyby nie było na nim religii. Na samym początku Dawkins twierdzi, że religia jest źródłem zła w ogóle. Podaje długą listę niegodziwości popełnionych w imię religii - inkwizycję, polowania na czarownice, konflikt palestyńsko-izraelski, etniczne czystki w Jugosławii etc. Trzeba przyznać mu rację w tym, że zbrodnie towarzyszące tym zjawiskom i wydarzeniom były moralnym złem. Ale co zrobić z faktem zbrodni popełnianych przez ateistów - choćby z definicji antyreligijnych komunistów stalinowskich? Mało tego, co zrobić z dobrem popełnionym w imię religii? W końcu kto, jak nie duchowni przez wieki rozwijali szkolnictwo. Kto zajmował sie szpitalami, jak nie zakonnice? Wyrzućmy z Europy wszystko to, co ma jakikolwiek związek z religią i jakie dobra kultury nam wtedy zostaną? Nawet będąc ateistą trzeba uznać te fakty. Warto też przypomnieć, że jedyne dwa państwa w historii, z definicji ateistyczne, to komunistyczna Albania i dzisiejsza Korea Północna. Do jakich katastrof humanitarnych i kulturowych tam doszło chyba wszyscy wiedzą. Oczywiście, Dawkins jest na tyle sprytny, że przewidział tego typu argumentację. Podaje więc przykłady Hitlera i Stalina. Pisze on, że na każdym jego wykładzie pojawia sie pytanie dotyczące ich ateizmu. Przewrotność udzielonej przez Dawkinsa odpowiedzi jest zdumiewająca. Otóż na początku zbijania tego argumentu pisze, że miałby on sens, gdyby, po pierwsze można wykazać, że zbrodniarze ci byli ateistami, po drugie że czynione przez siebie zbrodnie czynili z powodu swego ateizmu. Na kilku stronach gmatwa argumentację odwołując się miedzy innymi do logiki, ale tak naprawdę gwałci jej prawidła. Pisze on, że między złem czynionym przez Hitlera i Stalina a ich ateizmem jest taki sam związek, jak miedzy nimi a noszonymi przez nich wąsami. Trudno uznać takie uzasadnienie tej kwestii.

Dodatkowym utrudnieniem wywodu autora "Boga urojonego" jest wyjątkowa szarża argumentacyjna. Oto Dawkins, pogromca Boga, jednym ciągiem falsyfikuje go w postaci osobowej, po czym bez żadnego uzasadnionego metodologicznie przejścia, praktycznie na jednym oddechu, gromi pojęcie boskości w ogóle, aby za chwilę, w tym samym rozumowaniu przejść do bogów pogańskich i religii w ogóle. Trudno się w tym połapać, bowiem każde z tych pojęć stanowi oddzielną kategorię, wymagającą innego aparatu metodologicznego. Czym innym jest Bóg w rozumieniu chrześcijańskim, czym innym starogermański Odyn. W efekcie nie wiadomo z czym tak naprawdę Dawkins walczy. Czytelnik może odnieść wrażenie, że jest to atak na wszystko, co ma jakikolwiek związek z religią. W związku z tym istnieje podejrzenie, że postawa Dawkinsa jest jakimś rodzajem resentymentu. Chciałoby się powiedzieć Dawkinsowi: zbyt gorąco protestujesz.

Zupełnie już niezrozumiałe są jego pomysły aby ateiści zjednoczyli się w swoich działaniach. Marzy mu się ile mogliby razem osiągnąć. Pytanie tylko co konkretnie osiągnąć? Czym mieliby się zajmować ci zjednoczeni ateiści? Zbiorowym potwierdzaniem kolejnej wiary - tym razem w nieistnienie Boga?

Wykazanie związku między religijnością i moralnym złem jest trudne. Nawet powoływanie się na kontrowersyjne teksty takie, jak na przykład Stary Testament, gdzie Jahwe wzywa do wojen i okrucieństwa, jest mało przekonujące. Historia wskazuje raczej, że religia częściej była przyczyną powściągliwości moralnej niż okrucieństwa. A raczej najbliższa prawdy jest hipoteza, że człowiek jest po prostu zły z natury, lub nie wchodząc w metafizykę, okrucieństwo jest częścią człowieczeństwa - bez względu na wszystko, ludzie zawsze będą wobec siebie okrutni. Historyczne przykłady zła popełnianego w imię Boga pokazują tylko, że zawsze można znaleźć uzasadnienie dla niegodziwości. W rozumieniu naukowym, ukazany przez Dawkinsa związek między moralnym złem a religijnością, nie został dowiedziony.

Jeden z najpoważniejszych zarzutów, jakie można poczynić Dawkinsowi, dotyczy jego stosunku do agnostycyzmu. Agnostycyzm polega na tym, że kwestię Boga uważa się za nierozstrzygalną. Nie ma metod pozwalających stwierdzić fakt istnienia Boga, ale nie sposób też udowodnić, że on nie istnieje. Autor z wielką zaciętością atakuje tę postawę. On uważa, że jest ona nieuzasadniona, mało tego, jest jeszcze gorsza od wiary w Boga! Opowiada się on za zdeklarowanym ateizmem. Dawkins uważa, że to ateizm jest właśnie uzasadniony naukowo i powołuje się na szereg przykładów. Jest on zapewne w tym względzie erudytą, potrafi gawędzić na ten temat strona po stronie. Ale jeden fakt, czysto naukowy, umyka jego uwadze - jest nim twierdzenie Kurta Gödla (1906-1978). Oto bowiem ten wybitny filozof-matematyk wykazał, że nie jest możliwym skonstruowanie wyczerpującej i całościowej teorii tłumaczącej wszystko. Wiedza ma taka naturę, że jej rozwój ciągnąć się będzie w nieskończoność. Twierdzenie Gödla jest dowodliwe logicznie oraz matematycznie i stanowi jedno z największych osiągnięć naszej cywilizacji. W chwili jego ogłoszenia upadła wiara w naukę tłumaczącą wszystko. Ponieważ pojęcie Boga oznacza istotę absolutną, nieskończoną, naukowa wiedza o nim musi podlegać temu twierdzeniu. Jeśli zaś Boga nie ma, to wiedza ta też jest ukryta w nieskończoności - dopóki nie przebadamy wszystkich, absolutnie wszystkich faktów ukrytych w rzeczywistości, a więc nieskończonej ich ilości, nie będziemy mogli tego stwierdzić. Dawkins widać przespał wykłady, na których o tym mówiono, albo też w ogóle mu tego nie wykładano, wszak jest biologiem a nie filozofem, jak widać ze szkodą dla niego samego oraz jego czytelników.

Z Bogiem jest pewien metodologiczny problem. Jeśli budujemy jakąś teorię i w procesie wnioskowania umieścimy go w którejkolwiek z przesłanek, to we wniosku możemy otrzymać cokolwiek - prawdę, fałsz lub niedorzeczność. Możemy wtedy stwierdzić, że Bóg jest, albo że go nie ma, albo że delfinami opiekują się fioletowe anioły. Pojecie Boga jest związane z nieskończonością. W nieskończoności kryją się wszystkie możliwości, więc jeśli włączymy ją do swych teorii, może nam wyjść dokładnie wszystko. Tego, czy Bóg jest, czy też że go nie ma, wykazać się po prostu nie da. Nawet nie warto się za to zabierać. Nie można więc się podjąć rzeczowej polemiki z główną tezą autora, że Bóg jest urojeniem. Po prostu, nawet gdyby miał w tym względzie rację, to i tak się nigdy o tym nie dowiemy.

Dawkins odwołuje sie do rozumu, ale nie uznaje argumentów przeciwnych do własnych, a także z rozumu się wywodzących. Dwie tezy: ta, że Bóg jest, jak i przeciwna, że Boga nie ma, są to tzw. antynomie czystego rozumu - opisane przez Immanuela Kanta - które są twierdzeniami a priori o takiej samej wartości. Toteż krytyki Kanta, jednego z największych filozofów w historii, Dawkins unika w swych wywodach jak może. Wszak, jeśli obaliłby go, to uporałby się z największą przeszkodą dla swych hipotez. Niestety, nie tak łatwo obalić tezy Kanta komuś, kto ostatecznie jest z zawodu biologiem, a nie filozofem. Przynajmniej w tej kwestii uniknął autor kompromitacji.

Jedną kwestią, którą można wziąć w obronę u Dawkinsa, jest przeniesienie przezeń sporu o istnienie Boga na płaszczyznę biologiczną. Jeśli ewolucja jest rozwojem organizmów od stanów prostszych do bardziej złożonych, to dlaczego u samego początku stać ma Bóg jako istota najdoskonalsza? Z punktu widzenia ewolucji jest tu sporo racji. Dlatego Dawkins stawia hipotezę o nieistnieniu Boga, a ciężar udowodnienia jego istnienia przenosi na wierzących. Manifest Dawkinsa jest wielką pochwałą koncepcji Darwina wymierzoną w zwolenników tzw. "inteligentnego projektu" czyli poglądu stanowiącego, że u zarania życia stoi projektant - Bóg i żadnej ewolucji nie było. W tej materii Dawkins występując przeciwko fundamentalistycznym pastorom amerykańskim, którzy głoszą fanatycznie ten pogląd, ma częściowo rację. Częściowo - bowiem przy okazji "wylewa dziecko z kąpielą" atakując bezkrytycznie całe zjawisko religijności.

Książka Dawkinsa zawiera co kilka akapitów kwestie dyskusyjne i siłą rzeczy przedstawić można było tutaj tylko kilka z nich. Krytyka tych choćby najważniejszych wymagałaby kilkusetstronicowej pracy. Dlatego zachęcam czytelnika do samodzielnej lektury, która chociaż trudna i uciążliwa, jest tego warta z czysto poznawczego punktu widzenia. Pomimo irytującego stylu i rozwlekłości, jest to pozycja ważna i ciekawa. Piszący ateiści towarzyszą nam od starożytności, ale Dawkins jest współcześnie ich najbarwniejszym przedstawicielem, którego poglądy znać warto, choćby tylko po to, aby się z nimi nie zgodzić.

Jak już wspomniałem na początku, książka nie jest przeznaczona dla wykształconego czytelnika, toteż brakuje jej porządnego aparatu krytycznego. Przypisy nie pokrywają się z pozycjami bibliograficznymi - co jest podejrzane. Przede wszystkim zaś brakuje książce indeksu rzeczowego i osobowego, co przy tej objętości bardzo utrudnia lekturę i wnikliwą analizę tekstu. Ostatni zarzut skierowany jest już do polskiego wydawcy, a nie autora, który na to akurat nie miał wpływu.


Mirosław Miniszewski
miniszewski@onet.eu
2 sierpnia 2007




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)