zdjęcie Autora

03 czerwca 2005

Michał (de) Molka

De Molka w Death Valley
...czyli 2000 mil (nie)ziemskiej podróży

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: Amerykapodróże

Bez wyruszania za granicę
można poznać cały świat;
Bez wyglądania przez okno
można zobaczyć drogę do niebios.
Im dalej ktoś wędruje, tym mniej poznaje.

Lao Tse

Kilka dni po sukcesie Miss HIV w Polsce postanowiliśmy z reżyserem, Maćkiem Kowalewskim) zainteresować teatry w USA naszym spektaklem (piszę "naszym" choć ja jestem tylko menadżerem, mam nadzieję, że Maciek nie będzie miał mi tego za złe :))
Na razie udało mi się zainteresować dwa teatry - jeden w Chicago i drugi w Los Angeles. A ponieważ miasto (upadłych) aniołów nie leży daleko od Nowego Meksyku zdecydowałem odwiedzić dyrektora artystycznego Arden2 w Costa Mesa (dzielnica Los Angeles). Moja narzeczona, Kasia, zasugerowała odwiedzenie kilku ciekawych miejsc po drodze...

Przed podróżą (piątek 27 maja) robimy przegląd samochodu i wieczorem udajemy się na Sweat Lodge według tradycji Lakota - Kasia na kobiecy, ja na męski. To mój pierwszy szałas "męski". "Siedmiu wspaniałych" mężczyzn, wśród nich Two Crow, mój bliski przyjaciel. W szałasie rozmawiamy o różnicach pomiędzy kobietami a mężczyznami, żartujemy, śpiewamy pieśni Lakota, modlimy się. Na koniec każdy z uczestników dostaje orle pióro od prowadzącego. Od razu zaczynam się zastanawiać jak je przywiozę do Polski - mogę mieć problem na granicy - posiadanie orlego pióra jest nielegalne w USA (chyba, że jestem Indianinem z odpowiednimi "papierami")...

Czekamy na przyjazd kobiet, ich szałas trwa dłużej od naszego. Tuż przed północą w drzwiach pojawia się Kasia - ma wypieki na twarzy - mówi, że miała wypadek... Pierwsze słowa które słyszę to "duży kamień", "kaktus", "zakopane koła". Jeden z uczestników męskiego szałasu, Tom, oferuje pomoc w odkopaniu samochodu. Jest północ. Kilofem i łopatami udaje nam się odkopać samochód i wyciągnąć na drogę. Przydaje się doświadczenie z warsztatów Wojtka :) Na szczęście jedyne co ucierpiało to podwozie samochodu ale na wszelki wypadek trzeba będzie ponownie odwiedzić mechanika przed wyjazdem w podróż. Żegnając się z Tomem i dziękując za pomoc, daję mu moje orle pióro...

Dzień pierwszy - Petrified Forest

Mechanik zezwala na podróż. Uff... Dostajemy od przyjaciela piękny kryształ na drogę, jedziemy na północny zachód od Silver City i po południu jesteśmy już w skamieniałym lesie (Petrified Forest). 900 tysięcy osób odwiedza co roku to ciekawe miejsce w którym kamienie wyglądają jak drzewa, zresztą nie bez powodu... Zatrzymujemy się w kilku miejscach, Kasia nawiązuje kontakt z przodkami zamieszkującymi Puerco Pueblo (opuścili to miejsce w 1380 roku zostawiając po sobie interesujące piktografy). Oto jej relacja:

" Przechadzamy się krótkim szlakiem pomiędzy ruinami. Jestem w tym miejscu po raz drugi, ale tym razem czuję się tu bardzo dobrze, czuję, że jestem w domu. Nagle widzę srebrną roślinę. Okazuje się, że to szałwia, święta roślina Indian. Wiem, że to dar od ludzi, którzy niegdyś zamieszkiwali ten teren. Dzieje się coś ważnego i chciałabym zostać tu dłużej, ale słońce powoli udaje się na spoczynek a przed nami wiele mil. Mamy jedynie chwilę, ale ta chwila wystarczy żeby usłyszeć, że oto dostajemy błogosławieństwo i opiekę na dalszą Drogę. Przez kolejne dni, za każdym razem gdy zapada zmierzch a my poszukujemy noclegu, modlę się zwracając się o pomoc do Indian Puerco Pueblo. Dzieją się cuda..."


Skamieniały las - zdjęcie Kasia Emilia Bogdan

Tuż przed zachodem Słońca opuszczamy skamieniały las i udajemy się na wschód, w kierunku Flagstaff. Kilka mil przed Flagstaff znajdujemy camping i bez namysłu rozbijamy namiot w upatrzonym przez nas miejscu. Jest ciemno, a namiot nie dość, że amerykański, to na dodatek posiadający amerykańską instrukcję obsługi, która równie dobrze mogłaby być napisana po chińsku. Po 30 minutach namiot dumnie prezentuje się w blasku gwiazd a do nas podchodzi kobieta i uprzejmie informuje, że zajeliśmy jej miejsce, które zostało przez nią opłacone. Na szczęście posługując się manipulacją i szantażem emocjonalnym udaje mi się wynegocjować spanie za darmo...

Dzień drugi - Viva Las Vegas!

Pobudka o 5.30 - szybko zwijamy namiot chcąc uniknąć ewentualnej konfrontacji z dyrekcją campingu. O siódmej zatrzymujemy się na stacji benzynowej w Seligman, na drodze nr 40. Stąd jest bardzo blisko do Wielkiego Kanionu i rezerwatu Indian Hualapai. Na razie odpuszczamy "wielką dziurę w ziemi" i jedziemy 40-tką na zachód, w Kingman odbijamy na północny-zachód i o 11-tej jesteśmy już w Las Vegas. Wow! Spacerujemy przez cztery godziny po mieście wczuwając się w energetykę tego uraniczno-plutonowego miasta. Tam mają wszystko - nawet kasyna :). A wieczorem... Wieczorem idziemy na koncert!!! Ostatni z trzech koncertów - Alicia Keys na żywo w MGM Grand Hotel!!! Początek o 20.00, na rozgrzewkę tzw. support, po nim Alicia pojawia się na scenie i daje show trwający aż do 23.00... Jest późno i jesteśmy zmęczeni ale jedziemy dalej na zachód. Wjeżdżamy w Spring Mountains, na poboczu drogi widzimy kojota - największego trickstera wśród zwierząt. O 1-szej w nocy mamy dość. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w Pahrump. Stąd niedaleko do słynnej Strefy 51 - tajnej bazy militarnej powstałej w 1954 roku. Kobieta pracująca na stacji podejrzanie na nas patrzy a gdy mówimy, że jesteśmy z Polski i szukamy campingu chyba myśli, że jesteśmy rosyjskimi szpiegami. Na szczęście też jest podatna na szantaż emocjonalny i pozwala nam rozbić namiot na jej posesji...

Dzień trzeci - Death Valley

Tym razem śpimy trochę dłużej, aż do siódmej. Dzięki temu już o dziesiątej wjeżdżamy do Doliny Śmierci. Gorąco... W 1913 roku zanotowano tutaj 134 stopnie Fahrenheita czyli jakieś 54 stopnie Celsjusza - cieplej było tylko w 1922 roku na Saharze...
Tutaj można (i trzeba!) spędzić przynajmniej cały dzień. Niestety nie mamy tyle czasu. Przejeżdżamy przez Zabriskie Point, Furnace Creek, spacerujemy po piaskach przy Stovepipe Wells.


Wydmy w Dolinie Śmierci - zdjęcie Kasia Emilia Bogdan

Około godziny 14-tej mamy problemy z samochodem. Nie wiadomo co się dzieje, coś dziwnie pachnie a na dodatek syczy... Z chłodnicą wszystko w porządku. Zatrzymują się dwa samochody - najpierw Francuzi a później Belgowie. Nie przyznaję się, że znam francuski, uwielbiam ich akcent gdy mówią po angielsku. Jeden z Francuzów sugeruje otwarcie wlewu paliwa. Bardzo ciekawa reakcja - tak jakbym otwierał butelkę napoju bardzo gazowanego. Zafascynowany tym zjawiskiem przez następne 10 minut zakręcam i odkręcam kurek. Cały czas syczy i bulgocze. Nad nami zaczynają krążyć sępy. Na szczęście mamy wodę i w razie czego nóż myśliwski. Ponieważ nie wiemy co się stało z samochodem postanawiamy powoli jechać dalej... Droga nr 180 kończy się w Olancha, tam skręcamy na południe i jedziemy w stronę miasta aniołów. Wieczorem dojeżdżamy do Carpinteria - można powiedzieć, że to dzielnica Santa Barbara. Tutaj znajduje się uniwersytet, oferujący doktorat z mitologii, Kasia chce poznać ten instytut (Pacifica Graduate Institute). Znajdujemy camping kilkadziesiąt metrów od oceanu. Woda zimna ale robię delikatne zaślubiny De Molki z morzem. Zasypiamy słysząc delikatny szum Pacyfiku...

Dzień czwarty - Miasto Aniołów

Od rana zwiedzamy uniwersytet. Mają ciekawą bibliotekę - w jednej części specjalny "jungowski" pokój z książkami słynnego mitologa Josepha Campbella (1904-1987). Bardzo ciekawe notatki pana Campbella w książkach Junga, wygląda na to, że Campbell znał dobrze astrologię... Całkiem pokaźna kolekcja książek Crowleya, zapewne Dariusz Misiuna rzuciłby swoim dyskordiańskim okiem na kilka pozycji :) Dowiadujemy się, że za pięć lat nauki trzeba zapłacić sto tysięcy dolarów i dzięki tej informacji już możemy szukać sponsora...
W samo południe wjeżdżamy do Santa Barbara, na szczęście nie muszę odciągać Kasi od sklepów ponieważ prawie wszystkie pieniądze wydaliśmy w Las Vegas na Alicie Keys. Spacerujemy po głównej ulicy (State Street), wchodzimy do galerii, Kasia robi zdjęcia egzotycznym kwiatom. Niestety musimy jechać dalej i to przez Los Angeles. Jedziemy przez Beverly Hills, niby szybko (80 mil na godzinę) a chyba jestem najwolniejszym kierowcą w całej masie samochodów. W myślach odmawiam paciorek (Kwan Seum Bosal) a w krytycznych momentach na chwilę zamykam oczy. Już chyba wolę jeździć po Indiach... O 17-tej wpadamy do Costa Mesa. Mam zdrętwiałe ręce od kurczowego trzymania spoconej kierownicy. Spotykamy się na lunchu z Joanną Klass, dyrektorem artystycznym Arden2. Rozmawiamy o Miss HIV, jest duża szansa na wystawienie spektaklu w Los Angeles. Po owocnych rozmowach kierujemy się na wschód w poszukiwaniu rośliny mocy. Jest już dość późno i prawie po ciemku zbieramy szałwię. W górach Vallecito spotykamy sarny, zające, skunksa i piękną sowę, która leci nad naszym samochodem, jakby pokazując drogę...


Sowa - zdjęcie Daniel J. Cox

W Yumie jesteśmy po północy zamiast o 15.10 ale i tak znajdujemy tani motel, na dodatek dzięki wiadomym technikom płacę tylko za jedną osobę.

Dzień piąty - Słońce Arizony

Wcześnie rano wyjeżdżamy z Yumy. O 16-tej musimy być w Tucson - odbieramy z lotniska nauczycielkę Kasi. Jedzie się bardzo dobrze, pusta autostrada, tylko w pewnym momencie coś zaczyna syczeć... Okazuje się, że od Słońca stopiła się część gumy z przodu zderzaka. Podejmuję męską decyzję - trzeba odciąć większą część gumy!!! Kilkadziesiąt sekund po naszym przymusowym postoju obok nas zatrzymuje się samochód. Freeway Services Highway Patrol. Miły pan zamiast wysiąść z samochodu krzyczy do mnie żebym odłożył nóż.
Po odłożeniu noża i zapewnieniu, że jestem pokojowo nastawionym producentem teatralnym z Polski (chyba i tak nie uwierzył, na dodatek nie słyszał o Miss HIV), miły pan pomaga nam poprzez założenie gumki "made in USA" na zderzak. Kasia robi mi zdjęcie pod kaktusem i jedziemy dalej...


Kaktusy Saguaro w Arizonie- zdjęcie Kasia Emilia Bogdan

W ostatniej chwili wpadamy na lotnisko, odbieramy nauczycielkę i wieczorem jesteśmy w Silver City... Nasza krótka wycieczka dobiegła końca. Za kilka dni ruszamy na północ, za Yellowstone, a później jesteśmy umówieni z Doñą (szamanką z plemienia Apaczy) na odwiedzenie miejsc mocy w Wielkim Kanionie. Miejsc niedostępnych dla turystów...



Michał de Molka
Silver City, NM - Słońce w Bliźniętach, Księżyc w Baranie





Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)