zdjęcie Autora

09 marca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Deklaracja zgody

Kategoria: Twórczość

« Kuchenne błędy nieprzystawalnego transferu. Samotniczenie »

Z okazji Dnia Kobiet przypomniało mi się takie wydarzenie. W latach siedemdziesiątych obchody święta Kobiet były niesłychanie wyczekiwane przez panie. W zakładach pracy organizowano uroczystości na których podawano prawdziwą kawę w szklankach (i w torebkach – jako prezenty), wręczano rajstopy  — o które było w sklepach trudno – funkcjonował nawet zawód repasaczki, kobiety za pomocą elektrycznej maszynki łapiącej oczka w rajstopach, a bardziej przewidujące sprowadzały zza granicy (głównie wschodniej) specjalne maleńkie szydełka z ruchomą klapką, dzięki którym można było zaoszczędzić na wydatkach. Wprawdzie oczka „załapane” ręcznie czy elektrycznie nigdy nie były tak równe i gładkie jak oczka fabryczne, ale na bezrybiu i rak ryba.

         Tak więc obdarowane prezentami, a czasem i bonami towarowymi pracownice zakładów podpisawszy na listach odbiór tych wszystkich dóbr (łącznie z kwiatkiem, najczęściej tulipanem) zasiadały do szklanek prawdziwej kawy i prawdziwych ciastek, a cukier stał na stołach w cukiernicach i każdy mógł sobie sypać ile chciał.

         Bardzo lubiłam to święto, ale miałam sporo uciechy z obserwacji, jak władze z każdym rokiem wprowadzały jakieś dodatkowe formalności i utrudnienia w obchodach. Zazwyczaj parę dni wcześniej krążyły okólniki w sprawach uważanych za oczywiste oczywistości, ale nagle władze rzucały nań snop światła niczym z reflektora, który skłaniał do zastanowienia się nad sensem pewnych świątecznych rytuałów. Żałowałyśmy, że nie jesteśmy obywatelkami ZSRR, bo tam dawano 3 dni wolnego, a nie marne ½ dnia, jak w Polsce. I w tym czasie w sklepach było większość tego za czym tęskniłyśmy: prawdziwa kawa, prawdziwe kakao, czekolada, różne kasze (jaglana aż w 3 granulacjach) i tłuste, nie rozwodnione mleko.

         Tradycją było, przynajmniej w mojej wojewódzkiej spółdzielni transportowej, że panowie podawali paniom zasiadającym do stołu kawę i ciastka oraz wręczali kwiatka z życzeniami, po czym, gdy wszystko ze stołu zniknęło (łącznie z cukrem odsypywanym chyłkiem z cukiernic do chusteczek – bo i tak się zmarnuje do codziennej kawy prezesa, albo zabierze go jego sekretarka) panie były zwalniane do domów. Panowie zostawali sami „na dyżurze” i wówczas odbywały się w siedzibie firmy prawdziwe imprezy – męskie bez pań, może tylko czasem z udziałem sekretarki prezesa, która do czegoś była im potrzebna. Z zapachów wydostających się z sekretariatu można było sądzić, że na czołowym miejscu męskiego menu były szykowane śledzie w oleju z cebulką.

         Pewnego razu na kilka dni przed świętem kobiet puszczono w obieg „państwowy” okólnik zabraniający różnych rzeczy, a w szczególności spożywania alkoholu na terenie zakładu pracy. Nasz prezes wymyślił, że wszyscy muszą ten okólnik podpisać. On w ogóle miał genialne pomysły w zakresie puszczania obiegiem okólników, najczęściej podpowiedziane przez główną księgową. Jej to pomysłem, firmowanym przez prezesa było między innymi puszczanie obiegiem takiego czasopisma jak „Przegląd Pożarniczy”, czy coś w tym rodzaju i każdy pracownik musiał podpisać obiegówkę, że się zapoznał. Na ostatniej stronie tego czasopisma zamieszczano jednak krzyżówkę, więc żeby pracownikom nie przyszło do głowy rozwiązywać ją w godzinach pracy, krzyżówkę tę starannie zaklejano papierem (jednak czasem komuś dla rozrywki udało się nad parą z czajnika papier odkleić więc potem zamazywano ją flamastrem).

         Puszczanie obiegiem czasopism oczywiście dotyczyło tylko tej, nikogo nie interesującej gazety, pozostałe czasopisma jak gazety codzienne oraz niesłychanie pożądana „Kobieta i Życie” trafiały tylko do prezesa, który tę ostatnią zabierał do domu dla żony. Był to czas, że czasopism kobiecych nie dawało się normalnym sposobem kupić w kiosku, wszystko odkładano dla znajomych). W latach siedemdziesiątych nie było właściwie takiej rzeczy, którą można by normalnie kupić.

         Ale odbiegam od tematu. Otrzymawszy rządowe rozporządzenie zakazujące organizacji imprez z alkoholem na terenie zakładów pracy, nasz prezes sformułował własnym tekstem stosowne polecenie dla pracowników i uzupełnił je formułą oświadczenia, że pracownik taki a taki zatrudniony na stanowisku takim a takim przyjął w/w do wiadomości i zobowiązuje się tegoż przestrzegać. Tak się akurat zdarzyło, że sekretarka była chora a ktoś musiał w/w napisać na maszynie. W zakładzie kobiety były w mniejszości ale nie do pomyślenia było, żeby jakiś mężczyzna coś pisał na maszynie, to uwłaczało jego godności. Więc akurat nawinęłam się ja i prezes polecił mi napisanie tegoż elaboratu.

         Byłam jeszcze dość młoda, rogata i czasami trzymały się mnie głupie żarty. Do tego miałam jeszcze młodszą koleżankę, obie byłyśmy pracownikami kontroli i jeździłyśmy razem na delegacje w województwie, gdzie miałyśmy obowiązek przebywać 15 dni. Nasi koledzy wizytatorzy, mężczyźni, oddawali swoje sprawozdania do przepisania na maszynie sekretarce, my zaś same pisałyśmy na maszynie swoje materiały, Uważałyśmy więc dodatkowe obciążenia tego rodzaju za jawną niesprawiedliwość. I coś strzeliło mi do głowy, żeby zamiast przepisać tekst prezesa, sformułować go na nowo. Nasz prezes robił wiele błędów ortograficznych i stylistycznych (np. z uporem maniaka góral, góra, górski, górować itp. pisał przez u zwykłe), co nie przeszkadzało mu poprawiać wszystkie cudze pisma. Zaczęło się więc zwyczajnie – od poprawiania błędów, wymieniania odpowiednich paragrafów tytułów i podtytułów, punktów i liter, do których on nie miał cierpliwości i tak doszło do sformułowania na końcu zobowiązania o treści:

         „... W związku z powyższym, ja niżej podpisany(a) zobowiązuję się udostępnić Zarządowi Spółdzielni swoje prywatne mieszkanie do organizacji imprez, w czasie których spożywany ma być alkohol i wyrażam zgodę na zastosowanie wobec mnie sankcji służbowych w razie, gdybym z tego zobowiązania nie wywiązał(a) się. Data, podpis (czytelny)”

         Zamierzeniem naszym było podłożenie owego dokumentu prezesowi do podpisu, a potem uciecha, jeśliby go podpisał. Zakładałyśmy oczywiście, że prezes odda nam teczkę z dokumentami i ja, jak to zwykle robiła sekretarka, rozdzielę pisma na poszczególne działy. To pismo oczywiście nie miało być upowszechnione. Miało tylko stanowić nauczkę dla niego, żeby mnie na przyszłość nie obciążał cudzymi obowiązkami, w dodatku poniżającymi.        Niestety, jak zwykle sprawy potoczyły się swoim torem. Prezes wprawdzie podpisał owo rozporządzenie, ale poszedł z całą teczką gdzieś i puścił dokument obiegiem . Nasz zarząd liczył 45 pracowników i wszyscy podpisali, z wyjątkiem radczyni prawnej która dołączyła karteczkę do prezesa z pytaniem: „Czy to nie przesada? Ale jeśli mi pan poleci na piśmie, to podpiszę.”

         Prezes wściekł się. Zrobiła się nieziemska afera, ale oczywiście nikt nie obarczył mnie odpowiedzialnością za żart. Oświadczono, że radczyni prawna celowo przygotowała ten prowokacyjny dokument, żeby sprawdzić jak pracownicy czytają wysyłane obiegiem dokumenty i niestety zrealizował się najgorszy scenariusz obnażający bezmyślność naszej kadry. Zostaliśmy jakoś tam ukarani, dostaliśmy pisma ostrzegające, aż w końcu sprawa przycichła. I tak świetnie zapowiadający się dowcip okazał się całkiem chybionym, bowiem tradycyjne przemówienie prezesa na Dzień Kobiet poświęcone było naszej pracowniczej bezmyślności. Dopiero łaskawie na koniec zauważył, że my, kobiety, jesteśmy niezastąpione ,jeśli chodzi o wykonywanie drobnych, uciążliwych, niesatysfakcjonujących prac i mężczyźni powinni docenić to, ile problemów dzięki temu spada im z głowy. Na koniec zaserwował nam swój żart: w jego małżeństwie panuje sprawiedliwy podział obowiązków — on zajmuje się nieważnymi rzeczami, jak praca, gazety, polityka, a jej pozostawia sprawy najistotniejsze — wychowanie dzieci i troskę o funkcjonowanie i politykę gospodarczą domu.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Kuchenne błędy nieprzystawalnego transferu. Samotniczenie »

komentarze

[foto]

1. Przypomnienie • autor: Przemysław Kapałka2013-03-10 20:01:42

Dobrze jest sobie czasem przypomnieć czasy tak przez niektórych wychwalanego Gierka, dobrze opisane.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)