Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

21 grudnia 2008

Krzysztof Wirpsza

Diady komunikacyjne - podróż do wnętrza
O niekonwencjonalnej metodzie 'terapii bez terapeuty'

Kategoria: Techniki rozwoju

Praca w diadach jest odkryciem, że istnieje w nas inny poziom rzeczywistości. I to na wyciągnięcie ręki, bez pomocy środków farmakologicznych, używek czy męczących duchowych praktyk. Dostępu do tego świata strzeże jedynie nasza własna instynktowna niechęć, aby przyznać się do tego, kim naprawdę jesteśmy.


Kraina sto piątej tajemnicy

Kiedyś w dzieciństwie czytałem historię o "Krainie sto piątej tajemnicy". Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta tę bajkę. To były lata siedemdziesiąte. Rzecz przedstawiała szary świat socjalistycznych blokowisk pełen podeszczowych kałuż i omijających je jednakowych sylwetek z parasolami. Bohaterowie książki nurkowali w sto piątą kałużę z rzędu, ponieważ była to kałuża szczególna, coś jakby portal do innego świata. Rzeczywistość w niej odbita, gdy już się w niej wylądowało, nie miała bloków mieszkalnych i innych cywilizacyjnych udogodnień, za to pełna była dziewiczych borów, zamieszkanych przez przedziwne, lustrzane zwierzęta.

Wydaje się, że opuszczając dzieciństwo, wchodząc w obszar dojrzałości i codziennych obowiązków, człowiek traci kontakt z postawioną na głowie krainą z dzieciństwa. Świat ten, niegdyś jedyny, jaki znaliśmy, od tej pory uważany jest za dość karkołomny produkt fantazji. Zajęci omijaniem setek jednakowych kałuż, zapominamy, że gdzieś pomiędzy nimi jest ta jedna, inna niż wszystkie. Powieści o równoległych rzeczywistościach stają się w najlepszym razie domeną fantastyki naukowej, może czasem literatury i poezji. Zdanie "Sam tworzysz swoją rzeczywistość" męczy i brzmi jak banał.

Czy ktoś pamięta, kim był i co myślał, gdy miał pięć lat? Mam sporo wspomnień z tego okresu. Wspomnień nie tylko dotyczących konkretnych doświadczeń, ale przede wszystkim sposobu, w jaki przetwarzało się te doświadczenia. Pamiętam, że mój związek z wszechświatem nie był jakimś teoretycznym hasłem, a namacalną rzeczywistością - ja byłem wszystkim, co widziałem, słyszałem i czułem. Wszystko było tak przepojone intensywnością i odkryciem, że obecny wszechświat człowieka dorosłego, załatwiającego swoje sprawy w świecie znanych i zrozumiałych przedmiotów, wydaje się przy tym blady i nieciekawy.

Dla dzieci, które przecież nie mają z czym porównać tego, co widzą, życie jest wiecznie nową, pasjonującą podróżą. Nie ma tu rzeczy złych z natury - wszystko jest w jakiś sposób błogosławieństwem. Każdy kłopot i przeszkoda stanowią świetną okazję do zabawy i rozwoju. Dorosłe życie nie sprzyja pamiętaniu tego - mamy tendencje traktować kłopoty jako "suche", obiektywne bariery, niezwiązane z naszym szczęściem, przeciwnie, przeszkadzające mu. Jakież było więc moje zdumienie, gdy, już jako dorosły, eksplorując dziedzinę duchowego rozwoju, trafiłem wprost do lustrzanej krainy, gdzie... każdy problem jest jednocześnie rozwiązaniem!


Medytacja w asyście partnera

Techniką, która początkowo pomogła mi w tym najbardziej, była diada komunikacyjna. Rzecz w Polsce nieznana, narodziła się w USA. Dziwne, że nieznana, bo, pomijając już nawet sam efekt terapeutyczny metody, jest to przede wszystkim praktyka zwyczajnie i po amerykańsku - robiąca wrażenie. To niekonwencjonalna metoda "terapii bez terapeuty", łącząca głęboki psychoterapeutyczny proces z zabawą i podróżowaniem. I to wszystko bez ruszania się z własnego fotela.

Praca w diadzie, choć odbywa się na krześle lub poduszce, przypomina rzeczywistą podróż. Bohaterami są uczestnicy, to znaczy ja i mój partner, którzy na zmianę, co pięć minut, opowiadamy sobie o tym, co nam akurat leży na sercu. Gdy jeden mówi, drugi tylko słucha, całą swoją uwagę kierując na mówcę. Na początku każdej z pięciominutowych rund jedna osoba podaje drugiej określoną instrukcję, taką jak "Powiedz mi o problemie, jaki obecnie masz", lub "Powiedz mi o swoich celach w życiu". Do wyboru jest ponad 100 takich instrukcji, można też tworzyć własne.

Partner odpowiada tak szczerze, jak tylko potrafi, podczas gdy drugi słucha go bez przerywania. Po upływie określonego czasu słuchający wyraża uznanie dla mówiącego słowem "dziękuję". Potem jest sygnał nagrany na taśmę (gong) i przez kolejne pięć minut role się zamieniają. Ta osoba, która mówiła, słucha, a ta, która słuchała, mówi. Potem znowu gong i zmiana. Tak w sumie przez czterdzieści minut. Czterdziestominutowe rundy można powtarzać wielokrotnie, za każdym razem schodząc do coraz głębszych obszarów umysłu i napotykając nowe, zapomniane doświadczenia.


Jak powstały diady

Diady powstały w 1965 roku jako rezultat pracy małżeństwa terapeutów Avy i Charlesa Bernerów z Kalifornii. Ava miała pomysł na tego rodzaju pracę jako rozwiązanie dla problemu, który wynikł przy okazji pracy z ludźmi. Chodziło o to, że do centrum terapii przychodziły osoby, które chciały brać udział w sesjach, ale nie były w stanie zapłacić stawki za indywidualne spotkanie. Pomysł polegał na tym, aby zorganizować grupę, na którą każdy mógł za symboliczną opłatą przyjść, wybrać sobie partnera i w bezpiecznej, usystematyzowanej formie mówić szczerze do kogoś, kto go słuchał.

Ludzie lubili diady, ponieważ dzięki nim mieli możliwość dowolnie wyrażać siebie w odniesieniu do ważnych spraw, bez przerywania czy osądu, i wobec kogoś, komu mogli powierzyć swoją opinię. Bernerowie tworzyli bezpieczną i niedrogą przestrzeń, gdzie można było mówić i przyjmować prawdę. Technika diady komunikacyjnej stała się popularna i z czasem uczyniła podwalinę pod Trening Iluminacji (Enlightenment Intensive) - rozpowszechnioną na świecie formułę pracy duchowej, nawiązującą do zen.


Soczysty miąższ

Takie systematyczne zaglądanie w siebie i opowiadanie komuś o tym, co tam słychać, wywołuje dość szczególny efekt. Okazuje się, że stan świadomości, w którym żyjemy na co dzień, nie jest jedyną prawdą, a jedną z prawd. Prawda ta ustępuje miejsca innym prawdom - może nie od razu, ale z czasem, gdy systematycznie opowiadamy o niej w diadzie. To, co znajduje się pod spodem, wypływa na powierzchnię po to, by ustąpić miejsca kolejnej prawdzie, i tak dalej. Odkrywamy, że pod naszą "codzienną", praktyczną tożsamością kryje się szereg tożsamości zupełnie innych. Często nawiązują one do wspomnień i obrazów zapomnianych, surrealistycznych, związanych z dziecinnym, wizyjnym odbiorem świata. Jest tak, jakbyśmy po obraniu szorstkiej skórki owocu odkryli w środku soczysty miąższ.

Teraz nasuwa się pytanie, czy jakiś praktyczny efekt z takiego miąższu wynika, a jeżeli tak - to jaki? Fakt, że nasz umysł, niczym schody, składa się z kolejnych platform wiodących jedna z drugą w głąb, do krainy z dzieciństwa, może być po prostu pozbawioną znaczenia właściwością naszej psychiki. Może jednak komunikować coś bardzo ważnego na temat sposobu funkcjonowania naszych umysłów, coś, co - być może - gdyby się temu przyjrzeć, poprawiłoby jakość naszego funkcjonowania jako dorosłych. Odkrywamy tu bardzo ciekawą rzecz. Im dłużej i z większym zacięciem opowiadamy o naszym "miąższu", tym bardziej staje się on żywy, ciekawy i przykuwający uwagę. Im dłużej wpatrujemy się w nasze blokady, tym bardziej przejrzyste i niekłopotliwe stają się one. Wniosek? A jeżeli jest tak, że wszelkie psychiczne problemy biorą się właśnie z naszego niepatrzenia na nie?


Umysł lubi przypatrywanie

Przyglądając się po kolei naszym myślom i uczuciom, nawet tym trudnym, musimy przyznać, że one to lubią. Radość wzrasta w miarę patrzenia. Patrzymy zarówno na to, co wydaje się "dobre", jak i na to, co wydaje się "złe", odkrywając, że radość pojawia się zupełnie niezależnie od tego, którą z tych dwóch kategorii właśnie oglądamy. Pojawia się niewymuszona, sama z siebie, pomimo że przed chwilą wydawało się, że jesteśmy np. całkowicie zagniewani lub zasmuceni. Nagle pstryk - zza smutku wyziera radość. Umysł jest wdzięczny, że nie osądzamy jego negatywności jako "złej" czy "szkodliwej". Odbiera to jako ulgę i nieoczekiwanie uśmiecha się do nas.

Co ciekawe - wraz z tym wewnętrznym uśmiechem wzrasta również SKUPIENIE. Nawet jeśli na początku technika wymagała koncentracji, z czasem nasza koncentracja staje się zabawą. Przypominamy sobie zatraconą dziecięcą zdolność umysłu do bawienia się. Jako dzieci nie potrzebowaliśmy koncentrować się na zabawie, prawda? W diadach komunikacyjnych, w zdyscyplinowany sposób, zaprzęgamy ten zabawowy aspekt umysłu do pracy. Tak sprytnie zorganizowana medytacja może być zarazem głęboka i radosna, co dla zachodniego, ruchliwego umysłu stanowi nie lada atut.


Prześwietlone bariery

Diady komunikacyjne są podejściem zaadresowanym przede wszystkim do LUDZI ZACHODU. Choć przeznaczono je dla osób poważnie zmotywowanych do pracy wewnętrznej, i choć odbywają się w ramach bezpiecznej struktury i kierują specyficznymi zasadami, dają też możliwość swobodnej kreacji, zaciekawiają, jak film czy książka.

Obecność partnera jest tu pomocna, ponieważ daje impet do dzielenia się. Gdy ktoś żywy słucha naszych myśli, medytacja staje się nagle czymś zupełnie innym. Z kolei uważne słuchanie myśli wypowiadanych przez partnera, w regularnych, pięciominutowych odstępach, niepostrzeżenie podkręca naszą własną uwagę. Taka uważność sprawia, że przestajemy się bać czy wstydzić -ponieważ nasze psychiczne bariery, "prześwietlone" akceptacją, przestają być czymś dramatycznym. Po kilku godzinach pracy stajemy się otwarci i ufni jak dzieci. To oczywiście nie znaczy, że coś nas zmusza do opowiadania o kwestiach zbyt osobistych.

Podwyższona uważność daje nam również zdolność trzeźwego wyboru: o czym chcemy, a o czym nie chcemy mówić. Gdy zdecydujemy się na osobiste wyznania, na złamanie tabu czy dotknięcie kwestii intymnych - to oczywiście jest w porządku, ale to też nie znaczy, że o to chodzi w diadach. Słowa i wypowiadane historie mają wartość drugorzędną. Przede wszystkim chodzi o to, jak głęboko przeżywamy to, o czym mówimy, jak bardzo pozwalamy sobie dotknąć spraw i uczuć dla nas ważnych.


W wehikule czasu

Niezależnie od treści naszej wypowiedzi, z czasem odkrywamy, że każdy jest po prostu WORKIEM NIEUŚWIADOMIONYCH MOTYWACJI. W tzw. codziennym życiu akceptujemy to, czym sprawy wydają się być, jako prawdę. Nie bardzo widać inne wyjście. Jednak pracując w diadach odkrywamy, że za powierzchowną motywacją jest jeszcze wiele innych czynników, które, chcemy czy nie, wpływają na nas. Nawet jeżeli dla wygody, postanawiamy o tym nie myśleć. Załóżmy np. że ktoś wyraził na coś w życiu zgodę. Postanowił, że to będzie najlepsze wyjście, a zatem tego w danej sytuacji pragnie - zgodzić się. Przyglądając się sprawie w diadzie, może jednak poczuć, że tkwi w tym coś więcej. Zauważa mnóstwo nowych emocji, na których dostrzeżenie w życiu zwyczajnie nie miał czasu. Może dokopać się do rozmaitych, czasem zupełnie nieracjonalnych, motywów, "przyczepionych" do pozornie oczywistej życiowej postawy "zgody".

Na przykład, ktoś natrafi na lęk towarzyszący wyrażeniu zgody, bo, a nuż, zgoda, którą wyraził, doprowadzi go do konfliktu z kimś trzecim. Albo ktoś wstydzi się, że fakt wyrażenia zgody wyjdzie na jaw i skompromituje go w oczach innych. Inna możliwość: ktoś czuje się trochę upokorzony lub przymuszony do zgody. Jeszcze inna - wyrażając zgodę, chce być uznany za anioła.

Nagle okazuje się, że nie jesteśmy wcale jedną suwerenną istotą, ale zlepkiem masek, głosów nagromadzonych w ciągu całego życia. Przypomina to trochę twardy dysk komputera. Wydarzenia w ciągu życia wywoływały rozmaite reakcje emocjonalne, z których wiele, jako niewygodne, zostało zmagazynowanych na dysku i pogrążonych w niepamięci. Teraz możemy wygrzebać zakopane ścieżki i prześledzić je wstecz, aż do traumatycznego wydarzenia z przeszłości. Bywa to nie lada wyzwaniem, ale też może być ogromną pomocą.

Zabawne jest to, że tropiąc swoje emocjonalne uwarunkowania, docieramy rzeczywiście do wydarzeń z przeszłości, zupełnie jakbyśmy byli operatorami wehikułu czasu. Zdarzenia te w różny sposób odbiły się na naszej psychice, często stając się kluczowymi punktami w kształtowaniu tożsamości. Trauma, której na nowo doświadczamy w procesie diady, rozpuszcza się, ponieważ istotą jej siły była nasza własna jej nieświadomość. Gdy trauma znika - czujemy się bardziej sobą. Mamy większą kontrolę nad sobą i własnym życiem.


Terapia bez terapeuty

Diady są rodzajem "psychoterapii bez psychoterapeuty". Kształty mentalno-emocjonalne, które obserwujemy i o których opowiadamy w procesie, są rozpuszczane, tzn. tracą swoją negatywną moc. Możemy dalej z nich korzystać, jednak towarzyszą temu relaks i przejrzystość, a nie zmaganie i napięcie. Gdy rozpoznamy jakiś ograniczający "myślokształt" z przeszłości, traci on dosłownie moc. Nie należy tego zrozumieć źle - nasza prawdziwa siła działania i decyzji nie zmniejsza się! Często, po usunięciu blokad, nawet wzrasta. Jednak teraz nie jest to siła ograniczająca i stresująca. Może być użyta konstruktywnie, w zrelaksowany sposób do realizacji celów. Dzięki komunikowaniu naszych ograniczeń doprowadziliśmy do tego, że ich groźny ładunek wyczerpał się, a zdolność umysłu do działania dla dobra stała się łatwiej dostępna.

Odbywa się to nie tylko na poziomie umysłu, ale głęboko w emocjach. Zmiany są trwałe, ponieważ nie tylko myślimy, ale też czujemy, gdzie do tej pory chcieliśmy siebie zranić. Nie czuliśmy tego dotąd, ponieważ nie zastanawialiśmy się nad tym. Teraz, we wspierającym środowisku diady, możemy pozwolić sobie na doświadczenie głęboko schowanych traumatycznych doświadczeń. Naturalna konsekwencja doświadczenia ich jest taka, że przestajemy chcieć siebie ranić i nie czynimy już tego.


Co mnie uskrzydla w diadach

Ta technika silnie przemówiła do mnie z kilku względów. Istotną sprawą było to, że jest to terapia bez terapeuty. Mogłem w niej odkryć moją własną moc uzdrawiającą, bez oczekiwania, że muszę coś w sobie zmienić lub że istnieje ktoś mądrzejszy, kto powinien mną pokierować. Ustawienie na zasadzie: terapeuta - pacjent, choć na krótszą metę pomocne, miało jednak dla mnie zawsze podstawową wadę: utwierdzało mnie w przekonaniu, że jestem niewłaściwy taki, jaki jestem. W diadach (i wywodzącym się z nich Treningu Iluminacji) jest zupełnie przeciwnie. Zakłada się, że uczestnik jest doskonały, ze wszystkimi swoimi mrocznymi stronami, i że jedynie przez pełne otwarcie się na to, pełne ujawnienie tych myśli przed sobą, bez osądu - może tej doskonałości doświadczyć. Innymi słowy - im szczerzej komunikujemy sobie samemu kim jesteśmy, bez czucia się winnym, potępiania, powstrzymywania czy manipulacji - tym bardziej stajemy się świadomi własnej mocy i własnego zdrowia.

Nasza niemoc i choroba biorą się z wyparcia. Diady są tu kwintesencją podejścia "wszystko jest już w Tobie" - które zawsze wydawało mi się bardziej dojrzałe i eleganckie od klasycznego szukania pomocy na zewnątrz. I nie jest to tylko teoria. Gdy pracujemy w diadach, idea "wszystko jest w Tobie" staje się namacalnym, zauważalnym faktem.

Inną kwestią jest ODWAGA, UCZCIWOŚĆ I PRAWDOMÓWNOŚĆ niezbędne w tej technice. W diadach prosi się nas o wypowiedzenie wszystkich naszych opinii, nawet tych najbardziej irracjonalnych - bez prób zmieniania czegokolwiek. Jest to podejście z gruntu inne niż droga "mocy umysłu", w której proszeni jesteśmy o zmianę naszego nastawienia do życia na bardziej pozytywne. W "mocy umysłu" zakładamy, że własne myśli mogą nas zranić. Mówimy: Myśl pozytywnie, Nie dawaj temu mocy i nie myśl o tym lub Jestem wspaniałym, szczęśliwym człowiekiem, mam dużo pieniędzy i przyjaciół. Jakkolwiek może być to nieraz korzystne, diady wychodzą z zupełnie innego punktu. Nasz umysł jest z natury przyjazny i nawet najbardziej negatywna myśl to tylko wołanie o pomoc. W diadach pozwalamy sobie wypowiedzieć wszystko, co tylko czai się w zakamarkach naszego "ja", jakkolwiek by to było dziwaczne, ponure czy pozornie sprzeczne z naszym interesem. Widzimy wtedy, że mroczne myśli, jak zastraszone, bezpańskie psy, są agresywne tylko dlatego, że nie chcemy ich przyjąć pod swój dach. Gdy dopuszczamy je do siebie z miłością, nagle okazują się przyjazne, a ich szkodliwy ładunek gdzieś znika. Diady wymagają odwagi, zmierzenia się z naszą wiarą w magiczną moc myślenia, i rozpuszczenia tej wiary. Wraz z rozpuszczeniem jej - o dziwo - znika także negatywność. W ten sposób leczona jest przyczyna negatywnego myślenia raczej niż jego skutek.

Równie ważnym powodem mojej fascynacji diadami jest SAMODZIELNA NARRACJA I PODRÓŻ DO WNĘTRZA, jaka się przy tej okazji wydarza. Świadomość istotnie zmienia się, emocje stają się intensywne i subtelne zarazem, czasami przychodzą wizje lub fantastyczne kreatywne skojarzenia. Człowiek nie wie, co czeka go w każdej kolejnej diadzie, więc to, co się tam wydarza - jest zawsze zaskoczeniem. Jak to możliwe, by to mnie zaskakiwało, skoro to wciąż jestem tylko ja?


Krzysztof Wirpsza


Tekst ukazał się w miesięczniku ODNOWA z grudnia 2008; tu za zgodą Redakcji i Autora




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)