Poniższy artykuł jest syntezą i rozszerzeniem dotychczasowych artykułów n. t. metody Diad Komunikacyjnych. Technika ta zmieniła moje życie. Daleki od głoszenia wyższości jednych technik nad innymi, chciałbym zwrócić tu uwagę na niezwykłą wprost skuteczność tego podejścia w pracy typu "rozwój osobisty", szczególnie w przypadku niektórych osób. Mam wrażenie, że diady mogą stanowić turbo-przyspieszacz dla tych, którzy posiadają skomplikowane, twórcze i wiecznie rozproszone umysły, dla ADHD-owców Ery Wodnika. Jestem ponadto przekonany, że diady mogą być wręcz objawieniem, dla osób, które całe życie dysocjowały z ciała, nie interesował ich sport i nie potrafiły znaleźć sposobu, aby stać się naturalne, spontaniczne i wyluzowane. Wreszcie, technika ta będzie świetna w przypadku urodzonych gaduł, ludzi, których umysły są poplątanymi zakrętasami, tych nawijających do siebie non-stop, newralgicznie reagujących na wszelkie, narzucone z zewnątrz próby kontroli. Na zachodzie technologia diad jest stosowana od dawna przez grono pasjonatów, w celu rozwinięcia szerokiego wachlarza emocjonalnych skilsów. Za jej pomocą dokonuje się np. praktyki świadomosci snów (oneironautyka), pracy z nerwicami, rozpuszczania negatywnych przekonań, definiowania marzeń i celów, czy też poszukiwań wewnętrznej mocy. Stosuje się diady dla poprawy relacji z innymi, lepszej komunikacji, pozbycia się nałogów, rozwinięcia wrażliwości i etyki, a także nauki języka. Dla osób z symptomami zespołu zaburzeń koncentracji uwagi, który tak naprawdę nie jest często niczym innym jak nie wyrażoną, uwiezioną kreatywnością, diada umożliwia rozładowane pierwotnego napięcia emocjonalnego jakie przez całe życie tym osobom towarzyszy. No i wreszcie, na koniec, nie można pominąć najszczytniejszego i bodaj najtrudniejszego zastosowania diad, Intensywnego Treningu Oświecenia (E. I.), który w ciągu zaledwie trzech dni jest w stanie wzbudzić w człowieku słynne doświadczenie satori.
Kiedyś w dzieciństwie czytałem historię o "Krainie sto piątej tajemnicy". Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta tę bajkę. To były lata siedemdziesiąte. Rzecz przedstawiała szary świat socjalistycznych blokowisk pełen podeszczowych kałuż i omijających je jednakowych sylwetek z parasolami. Bohaterowie książki nurkowali w sto piątą kałużę z rzędu, ponieważ była to kałuża szczególna, coś jakby portal do innego świata. Rzeczywistość w niej odbita, gdy już się w niej wylądowało, nie miała bloków mieszkalnych i innych cywilizacyjnych udogodnień, za to pełna była dziewiczych borów, zamieszkanych przez przedziwne, lustrzane zwierzęta.
Wydaje się, że opuszczając dzieciństwo, wchodząc w obszar dojrzałości i codziennych obowiązków, człowiek traci kontakt z postawioną na głowie krainą magii i zabawy. Świat ten, niegdyś jedyny, jaki znaliśmy, od tej pory uważany jest za dość karkołomny produkt fantazji. Zajęci omijaniem setek jednakowych kałuż, zapominamy, że gdzieś pomiędzy nimi jest ta jedna, inna niż wszystkie. Powieści o równoległych rzeczywistościach stają się w najlepszym razie domeną fantastyki naukowej, może czasem literatury i poezji. Zdanie "Sam tworzysz swoją rzeczywistość" męczy i brzmi jak banał.
Czy żyje ktoś, kto pamięta, kim był i co myślał, gdy miał pięć lat? Osobiście zachowałem sporo wspomnień z tego okresu. Wspomnienia te nie tylko dotyczą konkretnych doświadczeń, ale przede wszystkim sposobu, w jaki przetwarzało się te doświadczenia. Pamiętam, że mój związek z wszechświatem nie był jakimś teoretycznym hasłem, a namacalną rzeczywistością - ja byłem wszystkim, co widziałem, słyszałem i czułem. Wszystko było tak przepojone intensywnością i odkryciem, że obecny wszechświat człowieka dorosłego, załatwiającego swoje sprawy w świecie znanych i zrozumiałych wymiarów, wydaje się przy tym podejrzanie blady i nieciekawy.
Dla dzieci, które przecież nie mają z czym porównać tego, co widzą, życie jest wiecznie nową, pasjonującą podróżą. Nie ma tu rzeczy złych z natury - wszystko jest w jakiś sposób błogosławieństwem. Każdy kłopot i przeszkoda stanowią świetną okazję do zabawy i rozwoju. Dorosłe życie nie sprzyja pamiętaniu tego - mamy tendencje traktować kłopoty jako "suche", obiektywne bariery, niezwiązane z naszym szczęściem, przeciwnie, przeszkadzające mu. Jakież było więc moje zdumienie, gdy, już jako dorosły, eksplorując dziedzinę duchowego rozwoju, trafiłem wprost do lustrzanej krainy, gdzie... każdy problem jest jednocześnie rozwiązaniem!
Diada Komunikacyjna (ang. communication dyad, lub relating dyad) jest techniką opracowaną w Stanach w latach sześćdziesiątych przez terapeutkę Avę Berner, i potem rozwiniętą dla celów osiągania satori przez jej męża Charlesa. Z satori czy bez, jest to niezwykłe narzędzie pracy nad sobą. Sama zasada działania diady jest prosta. Pracuje się w parze, przez minimum 40 minut. Partnerzy na zmianę mówią do siebie na zadany temat, przy czym gdy jeden mówi, drugi tylko słucha i na odwrót. Role zmieniają się co pięć minut. Nie chodzi tu jednak o zwykłe mówienie i słuchanie, ale o mówienie i słuchanie z głębokiego, szczerego miejsca. Z miejsca prawdziwej refleksji i wglądu.
Głębia i niezwykłość oddziaływania diady od tamtego czasu podbiła świat. Jest to technika umożliwiająca prawdziwą wewnętrzną podróż. "Prawdziwą", to znaczy nie w wyobraźni i nie na papierze, ale z rzeczywistymi odczuciami, często wyzwaniami na granicy psychicznej wytrzymałości, ba, czasem z wewnętrznymi, wielowymiarowymi widokami jakie oglądamy zadziwieni w naszym psychicznym krajobrazie (uwaga: autor jest wzrokowcem, należy brać poprawkę na moja tendencyjność wizualną). Istnieje w Polsce od niedawna jeszcze jedna pokrewna technika - The Journey, opisana w książce Brandon Bays pod tym tytułem. The Journey zanczy "podróż". Diady to nie to samo co The Journey, ale są pod wieloma względami podobne. O diadach na razie nie ukazały się u nas żadne publikacje, chociaż same diady znane są na świecie od ponad trzydziestu lat.
Diady powstały w 1965 roku jako rezultat pracy małżeństwa terapeutów Avy i Charlesa Bernerów z Kalifornii. Ava miała pomysł na tego rodzaju pracę jako rozwiązanie dla problemu, który wynikł przy okazji pracy z ludźmi. Chodziło o to, że do centrum terapii przychodziły osoby, które chciały brać udział w sesjach, ale nie były w stanie zapłacić stawki za indywidualne spotkanie. Pomysł polegał na tym, aby zorganizować grupę, na którą każdy mógł za symboliczną opłatą przyjść, wybrać sobie partnera i w bezpiecznej, usystematyzowanej formie mówić szczerze do kogoś, kto go słuchał.
Ludzie lubili diady, ponieważ dzięki nim mieli możliwość dowolnie wyrażać siebie w odniesieniu do ważnych spraw, bez przerywania czy osądu, i wobec kogoś, komu mogli powierzyć swoją opinię. Bernerowie tworzyli bezpieczną i niedrogą przestrzeń, gdzie można było mówić i przyjmować prawdę. Technika diady komunikacyjnej stała się popularna i z czasem uczyniła podwalinę pod Intensywny Trening Oświecenia (Enlightenment Intensive) - rozpowszechnioną na świecie formułę pracy duchowej, nawiązującą do zen.
Najprościej, w diadzie jest tak: siadamy sobie z partnerem i do partnera mówimy. O tym, co nas akurat frapuje, trapi, cieszy. Szczerze. Prawdziwie. Mówimy tylko przez pięć minut, a potem przez pięć minut słuchamy - mówi partner. Takich zmian jest kilka pod rząd, bez przerwy. W sumie razem runda trwa 40 minut - tyle trzeba wytrzymać na krześle, co pięć minut zmieniając się ze słuchacza w mówcę i na odwrót. I to jest wtedy diada.
Praca w diadach jest odkryciem, że istnieje w nas inny poziom rzeczywistości, jakby studnia, którą możemy wpaść, jeśli tylko zechcemy. Studnia ta - można też na nią powiedzieć "jama", "korytarz" lub "portal" - istnieje w nas tuż na wyciągnięcie ręki, bez pomocy środków farmakologicznych, używek czy męczących duchowych praktyk. Dostępu do tego świata strzeże jedynie nasza własna instynktowna niechęć, aby przyznać się do tego, co się w nas w danej chwili dzieje. Gdy tę niechęć przezwyciężymy, wewnętrzne światy, i ukryte tam rozwiązania, stoją przed nami otworem. Niechęć jest jak pilnujący skarbu smok. Wewnętrzne światy to Sezam.
Zajrzenie w głąb siebie i opowiedzenie komuś o tym, co tam słychać, mało tego, robienie tego wielokrotnie, na zmianę z partnerem, w pięciominutowych odstępach, wywołuje dość szczególny efekt. Okazuje się, że stan świadomości, w którym żyjemy na co dzień, nie jest jedyną prawdą, a jedną z prawd. Prawda ta ustępuje miejsca innym prawdom - może nie od razu, ale z czasem, w miarę wykonywania kolejnych 40-minutowych okresów praktyki. To, co znajduje się w nas pod spodem, wypływa na powierzchnię po to, by ustąpić miejsca kolejnej prawdzie. Potem kolejnej. Odkrywamy, że pod naszą "codzienną", praktyczną tożsamością kryje się szereg tożsamości zupełnie innych. Często nawiązują one do wspomnień i obrazów zapomnianych, surrealistycznych, związanych z dziecinnym, wizyjnym odbiorem świata. Jest tak, jakbyśmy po obraniu szorstkiej skórki owocu odkryli w środku soczysty miąższ.
Teraz nasuwa się pytanie, czy jakiś praktyczny efekt z takiego miąższu wynika, a jeżeli tak - to jaki? Fakt, że nasz umysł, niczym schody, składa się z kolejnych platform wiodących jedna z drugą w głąb, często do krainy wizji, odmiennych stanów "ja" i dziecinnych wspomnień, może być po prostu pozbawioną znaczenia właściwością naszej psychiki. Może jednak oznajmiać nam coś bardzo ważnego na temat sposobu funkcjonowania umysłu. Coś, co - być może - gdyby się temu przyjrzeć, poprawiłoby jakość naszego funkcjonowania jako dorosłych. Odkrywamy tu rzecz bardzo ciekawą. Im dłużej i z większym zacięciem opowiadamy o naszym "miąższu", tym bardziej staje się on żywy, ciekawy i frapujący. Im dłużej wpatrujemy się w nasze blokady, tym bardziej przejrzyste i niekłopotliwe one się stają. A wniosek? A jeżeli jest tak, że wszelkie psychiczne problemy biorą się właśnie z naszego niepatrzenia na nie?
Jest jeszcze jedna rzecz. Nie tylko mówić - słuchać. W całkowitej ciszy umysłu zastygnąć i... odebrać... to co partner nam komunikuje. Bez komentarza.
Jaka cisza -
Terkotanie konika polnego
Świdruje skałę.
Basho
Słuchanie jest cudowną rzeczą. W codziennym pośpiechu, przeciętny człowiek mówi i słucha razem około czterdziestu minut na dobę. Przeciętny. Doba ma 24 godziny.
Przeciętny człowiek jaki jest, każdy widzi. Każdy słyszy. Nic dodać nic ująć, bo to jest właśnie on. Jak człowiekowi kazać być kimś innym, to on wciąż pozostanie taki jaki jest. Słonecznik stoi sobie w wazonie i męczy go upał. Ciocia w kuchni peroruje non stop. Oni są jacy są. Czasem trudno to usłyszeć. A umysł-gaduła cały czas omawia. Zagłusza .
"A, bo ciocia to zawsze..."
"A, bo te słoneczniki..."
"A, bo..."
"A, bo..."
W diadzie jest inaczej niż w życiu. W diadzie każde z nas zastanawia się nad jednym z góry wybranym przez siebie tematem, zupełnie niezależnie. To znaczy, że jeśli ja na przykład badam temat tulipanów, a ty temat irysów, to obowiązuje zasada: żadne z nas, w jakikolwiek sposób nie wspiera, nie naprowadza, nie krytykuje, ani w ogóle nie wzmiankuje tematu partnera. Każdy z nas pozostaje przy swoim, niezależnie od tego co mówi ten drugi. Ja nie wspominam NIC o irysach, bo to twój temat, a ty nie komentujesz NIC na temat tulipanów, bo to jest temat mój. Każde z nas zagłębia się w swój proces, bez żadnych - dosłownie - aluzji do cudzego. Funkcją słuchacza jest w diadzie tylko jedno: słuchać.
Chodź, patrz
Na prawdziwe kwiaty
Bolesnego świata.
Basho
Sytuacja ta jednak, w brew pozorom, przypomina sytuację z życia. I w diadach i w życiu, nie zawsze jest łatwo zaakceptować i wysłuchać. "Ale dziwaczny..." - myślimy. "Ale sknociłem..." Gdy ktoś, w tym my sami, zachowuje się inaczej niż sądzimy, że powinien, uczucia w nas natychmiast mówią "Nie!" To twardy, spokojny, nieunikniony głos. Znamy go aż za dobrze. Czasem trudno jest to "Nie" - po prostu przyjąć. Po cichu.
Co to znaczy przyjąć? Być w pełni obecnym w danej chwili życia, i to zazwyczaj - trudnej chwili. Co przeszkadza wziąć głęboki oddech, gdy coś dzieje się nie tak? Co powoduje, że studnia świadomego bycia, pozostaje dla nas zamknięta? Przecież, gdy pozwalamy tej właśnie chwili BYĆ, w tym samym momencie ta właśnie chwila zapada się w siebie. O tak -phhhhhhh.
W diadzie jest jednak trochę łatwiej. Po pierwsze, inaczej niż w życiu, diady możemy praktykować dopiero wtedy gdy absolutnie nikt i nic nie zakłóca naszej praktyki. To ważne, bo praktyka ta będzie wymagała dużego skupienia. Telefony i telewizory są wyłączone, obiady ugotowane, drzwi zamknięte, spotkania odwołane. Po drugie - mamy prawo mówić co chcemy, pod warunkiem, że nie nawiązujemy do wcześniejszej wypowiedzi partnera, ani też nie czynimy żadnych osobistych aluzji do partnera. Mamy więc mnóstwo czasu na wyrażenie swoich myśli, czasu w którym nikt nam nie przerwie naszego toku rozumowania, i nikt nie zbije nas swoją wypowiedzią z pantałyku. Czas ten wyczerpie się co prawda po upływie pięciu minut, ale też po upływie następnych pięciu minut wróci - wtedy też będzie, być może, okazja dokończyć to, czego nie zdążyliśmy dopowiedzieć wcześniej. Nasz partner w diadzie podobnie jak i nasz partner w życiu tak naprawdę komunikują zawsze to samo. "Wysłuchaj mnie". Tyle, na ile możesz, ale spróbuj. Naprawdę spróbuj. Tym bardziej, że aby słuchać - nie musisz zupełnie nic robić. Ucichnij na chwilę. O to tylko proszę. Bądź dla mnie, w tej chwili, całkowitym niezaprzeczalnym uchem.
Umieć słuchać
Umieć słyszeć
Takim, jakie jest
Nieważne miłe, niemiłe
Nieważne słuszne, nie słuszne
Jeśli otworzę usta
Wpadnę w przepaść bez dna
W rytuale diady kłaniamy się tej drugiej osobie. Ta osoba kryje w sobie zagadki, których nie sposób przewidzieć. Większość z nich pozostaje poza słowami. Większości ani my, ani oni nie potrafimy uchwycić, nazwać. Mowa jest zawodna. Wiedza jest zawodna. Ale jednak coś tam na dnie lśni.
Komunikując po kolei nasze myśli słuchającemu nas partnerowi, musimy przyznać, że one to lubią. Radość wzrasta w miarę mówienia i słuchania. Komunikując zarówno to, co wydaje się "błogie", jak i na to, co jawi się nam jako "bolesne", odkrywamy, że radość pojawia się zupełnie niezależnie od tego, nad którą z tych kategorii - właśnie pracujemy. Radość pojawia nagle, sama z siebie, pomimo poprzedzającego poczucia beznadziejności i bezsensu. Pstryk - i zza smutku wyziera uwolnienie, a zza powierzchownego błogostanu - głębia i mądrość. Umysł jest wdzięczny za to, że nie osądzamy jego negatywności jako "szkodliwej", ani też pozytywności nie wychwalamy jako sukcesu. Odbiera to jako ulgę i nieoczekiwanie uśmiecha się do nas z poziomu, którego istnienia nawet nie podejrzewaliśmy..
Co ciekawe - wraz z tym wewnętrznym uśmiechem wzrasta w nas również SKUPIENIE. Nawet jeśli na początku technika wydawała się nieco nienaturalna, z czasem nasza koncentracja wzrasta automatycznie. Przypominamy sobie zatraconą dziecięcą zdolność umysłu do swobodnego bawienia się. Przecież jako dzieci nie potrzebowaliśmy koncentrować się na zabawie, prawda? Na zabawie nasz umysł koncentruje się automatycznie. W diadach zaprzęgamy ten zabawowy aspekt umysłu do pracy wewnętrznej. Dowcip polega na tym, że z czasem dyscyplina przestaje być taka ważna - praktyka toczy się sama, prawie niezależnie od nas. Tak sprytnie zorganizowana "medytacja" może być zarazem i głęboka i lekka, co dla zachodniego, ruchliwego umysłu stanowi nie lada atut.
Z czasem pracujący w diadzie partnerzy łączą się, tworząc rodzaj interaktywnego dwuosobowego teamu. Jakaś część nas dosłownie "zakochuje się" w drugiej osobie, ponieważ w miarę pogłębiania się komunikacji ukryte piękno jakie w każdym z nas tkwi - po prostu nie może nie wypłynąć. Ta stopniowo wzrastająca fascynacja jest znakomitym napędem dla pracy w diadzie. Każdą kolejną diadę robi się lżej, i że to co na początku wydawało się żmudne, po kilku godzinach praktyki płynie jak potężna fala. Kiedy w akcie diady stajemy się wspólnie z partnerem obecni w tym, co mówimy, liczy się przede wszystkim to niewytłumaczalne uczucie, że gnamy razem do przodu w rozpędzonym pociągu obecnej chwili. W tym stanie "rozpędzonej teraźniejszości", nasza świadomość działa na innym, podwyższonym poziomie. Podstawową jego zaletą, która różni go od świadomości codziennej, jest to, że rozpoznajemy w drugiej osobie - siebie. Doznajemy na głębokim poziomie duszy, że my i nasz partner mówimy właściwie o tym samym, tyle tylko, że zawijamy to w papier słów na dwa różne sposoby. Chociaż startujemy z dwóch różnych punktów, z dwóch różnych, pozornie odrębnych sytuacji - to w istocie odnajdujemy wielki wspólny temat. Nasze pragnienia sprowadzają się do bardzo podobnych haseł. "Jak być wysłuchanym?" "Jak być kochanym?" Każdy tego chce.
Kiedy noc się w powietrzu zaczyna
Wtedy noc jest jak młoda dziewczyna
Wszystko cieszy ją
Wszystko śmieszy ją
Wszystko chciałaby w ręce brać
Gałczyński
Cisza. Umysł diady jest umysłem, który wniknął w siebie i ucichł. Teraz jest bardzo chłonny, ogromnie ciekawy, jak dziecko. Jest cichy i ciemny, nie musi się wyrażać, ale czeka, czeka aż coś podsunie mu temat. To może być cokolwiek. Opis domowej kłótni. Oburzająca opinia partnera. Wspomnienie przytulenia. Odgłos Piątej Beethovena. Okazja, aby umysł-noc mógł, po cichu, niezauważalnie, wypłynąć ze swej kryjówki i wlać się.
Najlepszą chyba glebą dla wyrażenia naszej wewnętrznej nocy jest zewnętrzny chaos dnia. Chaosu nie zrozumiemy, nie zwyciężymy. Możemy o nim gadać i gadać - nie przegadamy. Możemy tylko ucichnąć porażeni jego potęgą, i wewnętrznie zgodzić się, przystać. Wtedy chaos mówi do nas mrocznym, głębokim głosem, w którym zdecydowanie brak finezji. Nie ma w tym głosie zupełnie spójności, nie ma logicznego"jeżeli, to", nie ma dekoracyjności umysłu.. Trochę tak, jakby coś daleko, głęboko spoza nas, jakaś elementarna siła, może wąż lub smok, powoli barytonem ryczało i tak wszechobecną już prawdę.
Diada jest jedyną w swoim rodzaju medytacją. Można ją nazwać medytacją przyznawania się do siebie. Mamy zen obierania śliwek i zen uprawiania ogrodu. Zen siedzenia i zen pracy. Diady są zenem mówienia o sobie, zenem omawiania siebie. To właśnie we wnikaniu w głąb umysłu i wypowiadaniu na głos ukrytych tam treści kryje się ich siła. Jednak diady idą dalej. Nie dają zewnętrznej odpowiedzi, nie mówią - ex cathedra - jak coś zmienić. Nie ma tu terapeuty, który WIE - każdy bowiem musi wiedzieć sam. Skąd? Z wnętrza siebie, czyli właśnie stamtąd, skąd dudni elementarny baryton
Wsłuchani w siebie TERAZ wydajemy się prześwietlać własne przekonania i sądy. Im bardziej dudni w nas podskórna prawda, tym bardziej staramy się ucichnąć, żeby usłyszeć ja w sobie w pełni i zakomunikować partnerowi jak najprecyzyjniej. Ale, o dziwo, gdy zakomunikujemy swoją prawdę, wydarza się osobliwa rzecz. Domniemana Prawda kłębi się na naszych oczach niczym smok z mgły, zmienia kształt i bardzo często - ustępuje. Musimy ją puścić, po to, aby pozwolić napłynąć kolejnym, ukrytym pod nią warstwom. A potem kolejnym. I następnym. Odkrywamy, że wszystko co tylko dostrzegamy w sobie jest, ostatecznie - bez znaczenia. I na tyle, na ile uda nam się odpuścić te powierzchowne idee, na tyle będzie nam dany dostęp do tych głębokich. Ten proces nie ma końca. Mój smutek jest bez znaczenia, moja radość jest bez znaczenia. Moje trudności są bez znaczenia, moja sytuacja jest bez znaczenia. Moja głupota jest bez znaczenia, moja mądrość jest bez znaczenia. Moje cierpienie jest bez znaczenia. Moja miłość jest bez znaczenia.
Ja jestem bez sensu
Ty jesteś bez sensu
Żaden jedzenia kęs nie ma sensu
Gry są bez sensu
Sny są bez sensu
Nawet, niestety, sens nie ma sensu
Kot z Cheshire
A partner tylko patrzy i milcząco potwierdza - bez znaczenia. Bez znaczenia. Tak, owszem, nie powiem na to nic, słyszę cię bardzo dobrze, ale nawet nie mrugnę. Nie uśmiechnę się. Nie skrzywię. Wiesz, równie dobrze jak ja, że to bez znaczenia. Bez znaczenia. Przyjmę wszystko, co powiesz.
Dopiero teraz możemy wyjść ze skorupki. Dopiero teraz czujemy, że można powiedzieć wszystko. Cóż, skoro to i tak uznane zostało obopólną decyzją, na ten czas i w tym miejscu, za "bez znaczenia"? Możemy się wdzięczyć. Bełkotać. Mówić o pogodzie. Możemy nawet świadomie kłamać. Odgrywać role szaleńców, wyrzutków, nieudaczników i świętych, a potem w następnej chwili przyznawać, że to tylko role. I znów przyznawać, że nasze przyznanie się jest kolejną rolą, i tak dalej, coraz głębiej - w dół. Bo cokolwiek powiemy, to rola, gra. Rola ma jakiś element prawdy, odzwierciedla nasze pragnienie Prawdy, ale nigdy nie jest całą Prawdą. Cokolwiek powiemy, najboleśniejsze zwierzenia i skargi - to tylko fikołek Stańczyka. Ten fikołek jednak powinno się uszanować. Zawiera wystarczająco dużo Prawdy, by nas pokierować głębiej, ku jej źródłu w nas, jeśli się na taką możliwość w skupieniu otworzymy.
Mądrość Stańczyka tkwi w uświadomieniu sobie maski wszystkiego - a taka świadomość to przecież rzecz ze wszech miar rzadka i godna uznania. Drogowskaz: czy cały mój umysł jest bez znaczenia? Czy wszystko co powiem z góry skazane jest na porażkę? To co w końcu ma znaczenie - krzyczymy w odruchu bezcennej determinacji? Tam głębiej, pod spodem, czai się zawsze roześmiana Noc.
Nie jest to już tylko znalezienie rozwiązania problemu, czy porzucenie napięcia. Nie jest to pozyskanie pary przyjaznych uszu, którym powierzyć można tajemnice psyche. Owszem, w diadzie może się wydarzyć to wszystko, wydarza się jednak coś więcej. Oto na własnej skórze odkrywamy, że pod każdą trudnością oczekuje nasza własna decyzja aby tak właśnie było. Nasza własna. Nie terapeuty. Nie partnera. Nie losu. I nie Boga.
Nasza.
I to jest właśnie ten spadek w studnię.
Spadek w studnię nie jest tym samym co zwykłe wzruszenie ramionami. Nie chodzi tu o zdyskwalifikowanie problemu, uznanie go za nieważny lub wymyślony. Spadek w studnię wynika z determinacji, z odrzucenia wszystkich pośrednich, częściowych rozwiązań jakie dyktuje nam umysł. Co, u diaska, ma znaczenie?! - pytamy, zdesperowani, a partner diady swoim spokojnym pustym wzrokiem zdaje się mówić: "Nic". Pchnięci tym impulsem wpadamy w obecność, odkrywając coraz to głębsze warstwy naszego jestestwa, coraz głębsze ukryte implikacje i wglądy. Ile tego tam jest! Lecimy w jamie jak Alicja przyglądając się ustawionym na półkach słojom z konfiturami.
W spokoju, który "podcieka" myśli kryją się podpowiedzi. Jednak to właśnie ten spokój sam w sobie jest istotą rozwiązania. Spokój, który niczego nie wartościuje, który jest doskonale neutralny. Aaaaaaa-hhh..... Swobodny spadek w nieznany labirynt. Ekscytacja i zaciekawienie. Świeżość. Pewność. Cisza.
Diady komunikacyjne są podejściem zaadresowanym przede wszystkim do LUDZI ZACHODU. Choć przeznaczono je dla osób poważnie zmotywowanych do pracy wewnętrznej, i choć odbywają się w ramach bezpiecznej struktury i kierują specyficznymi zasadami, dają też możliwość swobodnej kreacji, zaciekawiają, jak film czy książka.
Obecność partnera jest tu pomocna, ponieważ daje impet do dzielenia się. Gdy ktoś żywy słucha jak wypowiadamy nasze myśli, "medytacja" staje się nagle czymś zupełnie innym niż dotąd. Z kolei uważne słuchanie myśli wypowiadanych przez partnera, w regularnych, pięciominutowych odstępach, niepostrzeżenie podkręca naszą własną uważność. Uważność sprawia, że przestajemy się bać czy wstydzić -ponieważ nasze psychiczne bariery, "prześwietlone" akceptacją, przestają być czymś dramatycznym. Po kilku godzinach pracy stajemy się otwarci i ufni jak dzieci.
To oczywiście nie znaczy, że coś nas zmusza do opowiadania o kwestiach zbyt osobistych.
Podwyższona uważność daje nam również zdolność trzeźwego wyboru: o czym chcemy, a o czym nie chcemy mówić. Gdy zdecydujemy się na osobiste wyznania, na złamanie tabu czy coś w tym rodzaju - to oczywiście jest w porządku, ale to też nie znaczy, że o to chodzi w diadach. Słowa i wypowiadane historie mają wartość drugorzędną. Przede wszystkim chodzi o to, jak głęboko przeżywamy siebie, jak bardzo pozwalamy sobie dotknąć siebie samego - to znaczy spraw i uczuć dla nas ważnych.
Lecąc w "bez znaczenia" odkrywamy to, co ważne. Paradoks. I potem znów uznając to za bez znaczenia, odkrywamy kolejną ważną rzecz. Potem znów mówimy sobie - "to bez znaczenia" - i znów to znika, przychodzi następne, i tak to trwa. W trakcie wydziela się energia. Dużo energii. Nasza świadomość staje się wizyjna, pojawiają się wewnętrzne wymiary zrozumienia i empatii, z których uczymy się kim, naprawdę, jesteśmy. Kolejne przybliżenia prawdy o nas, a za nimi kolejne, i następne. Te wglądy były niewidoczne dopóki nie zaczęliśmy spadać. Były ukryte, dopóki wydawało nam się, że nie mamy czasu i cierpliwości na patrzenie we własny umysł/serce. Wglądy mogą nam pomóc - praktyka diad rzeczywiście potrafi usunąć wiele kłopotów. Jednak to głęboki spokój był zaczynem, który uwolnił lot. I ten głęboki, głęboki spokój - klucz do studni - jest z nami zawsze w wielkiej diadzie życia. A jest ona diadą bo występuje tu zawsze dwóch uczestników - ja - i To.
To Coś Co Akurat Jest.
Niezależnie od treści naszej wypowiedzi, z czasem odkrywamy, że każdy jest po prostu WORKIEM NIEUŚWIADOMIONYCH MOTYWACJI. W tzw. codziennym życiu akceptujemy to, czym sprawy wydają się być, jako prawdę. Nie bardzo widać inne wyjście. Jednak pracując w diadach odkrywamy, że za powierzchowną motywacją jest jeszcze wiele innych czynników, które, chcemy czy nie, wpływają na nas. Nawet jeżeli dla wygody, postanawiamy o tym nie myśleć. Nagle okazuje się, że nie jesteśmy wcale jedną suwerenną istotą, ale zlepkiem masek, głosów nagromadzonych w ciągu całego życia. Przypomina to trochę twardy dysk komputera. Wydarzenia w ciągu życia wywoływały rozmaite reakcje emocjonalne, z których wiele, jako niewygodne, zostało zmagazynowanych na dysku i pogrążonych w niepamięci. Teraz możemy wygrzebać zakopane ścieżki i prześledzić je wstecz, aż do traumatycznego wydarzenia z przeszłości. Bywa to nie lada wyzwaniem, ale też może być ogromną pomocą w zrozumieniu siebie i podjęciu właściwych życiowych decyzji.
Zabawne jest to, że tropiąc swoje emocjonalne uwarunkowania, docieramy rzeczywiście do wydarzeń z przeszłości, zupełnie jakbyśmy byli operatorami wehikułu czasu. Zdarzenia te w różny sposób odbiły się na naszej psychice, często stając się kluczowymi punktami w kształtowaniu tożsamości. Trauma, której na nowo doświadczamy w procesie diady, rozpuszcza się (wypala), ponieważ istotą jej siły była nasza własna jej nieświadomość. Gdy trauma znika - czujemy się bardziej sobą. Mamy większą kontrolę nad sobą i własnym życiem.
Diady nie są terapią, są uwolnieniem, które czyni wszelką terapię możliwą. Konwencjonalne terapie zawsze rozbijają się o wspólny problem - człowiek może się zmienić, jeśli chce się zmienić, ale jak sprawić, żeby chciał? Zazwyczaj mamy dwie części - człowieka, który się zmienia, który korzysta z terapii i dokonuje nowych życiowych wyborów, i ukrytego w środku człowieka-sabotażystę, który wcale nie chce zmiany. Terapia zajmuje się zwykle tym pierwszym, diady pracują z tym drugim. Przygotowują one wewnętrzny grunt pod zmianę, wypalając niejako podświadomy balast oporu. Czynią to zupełnie bez udziału terapeuty, człowiek, tak jak w medytacji, czyni to sam. Pomocą jest oczywiście partner. Kształty mentalno-emocjonalne, które obserwujemy i o których opowiadamy w procesie, są spalane, tzn. tracą swoją negatywną moc. Gdy ją wytracą, możemy dalej się z nimi utożsamiać, praktyka diad nie zachęca bowiem do zmieniania czegokolwiek i nie reprezentuje żadnej filozofii. Na skutek praktyki jednak naszemu "ja" zaczynają towarzyszyć relaks i przejrzystość, a nie nerwica i napięcie. Gdy rozpoznamy jakiś ograniczający "myślokształt" z przeszłości, i gdy zakomunikujemy o nim partnerowi, część jego traci, dosłownie, swój negatywny ładunek. Nie należy tego zrozumieć źle - nasza prawdziwa siła działania i decyzji nie zmniejsza się! Często, po usunięciu blokad, nawet wzrasta. Jednak teraz do działania nie pobudza nas już ból, ale radość. W ten sposób energia może być użyta konstruktywnie, w zrelaksowany sposób do realizacji celów, zamiast marnować się gdy próbujemy zwyciężyć sami siebie.. Dzięki komunikowaniu naszych ograniczeń doprowadziliśmy do tego, że ich groźny ładunek wyczerpał się, a zdolność umysłu do działania dla dobra stała się łatwiej dostępna. Odbywa się to nie tylko na poziomie umysłu, ale głęboko w emocjach. Zmiany są trwałe, ponieważ nie tylko myślimy, ale też czujemy, gdzie do tej pory chcieliśmy siebie zranić. Nie czuliśmy tego dotąd, ponieważ nie zastanawialiśmy się nad tym. Teraz, we wspierającym środowisku diady, możemy pozwolić sobie na doświadczenie głęboko schowanych traumatycznych doświadczeń. Naturalna konsekwencja doświadczenia ich jest taka, że przestajemy chcieć siebie ranić i nie czynimy już tego.
Ta technika silnie przemówiła do mnie z kilku względów.. Mogłem w niej odkryć moją własną moc uzdrawiającą, bez oczekiwania, że muszę coś w sobie zmienić lub że istnieje ktoś mądrzejszy, kto powinien mną pokierować. Ustawienie na zasadzie: terapeuta - pacjent, choć na krótszą metę pomocne, miało jednak dla mnie zawsze podstawową wadę: utwierdzało mnie w przekonaniu, że jestem niewłaściwy taki, jaki jestem. W diadach (i wywodzącym się z nich Intensywnym Treningu Oświecenia) jest zupełnie inaczej. Zakłada się, że uczestnik jest doskonały, ze wszystkimi swoimi mrocznymi stronami, i że jedynie przez pełne otwarcie się na to, pełne ujawnienie tych myśli przed sobą, bez osądu - może tej doskonałości doświadczyć. Innymi słowy - im szczerzej komunikujemy sobie samemu kim jesteśmy, bez czucia się winnym, potępiania, powstrzymywania czy manipulacji - tym bardziej stajemy się świadomi własnej mocy i własnego zdrowia.
Nasza niemoc i choroba biorą się z wyparcia. Diady są tu kwintesencją podejścia "wszystko jest już w Tobie" - które zawsze wydawało mi się bardziej dojrzałe i eleganckie od klasycznego szukania pomocy na zewnątrz. I nie jest to tylko teoria. Gdy pracujemy w diadach, idea "wszystko jest w Tobie" staje się namacalnym, zauważalnym faktem.
Inną kwestią jest ODWAGA, UCZCIWOŚĆ I PRAWDOMÓWNOŚĆ niezbędne w tej technice. W diadach chodzi o wypowiedzenie przed sobą samym naszych sekretnych opinii o świecie, często nawet tych najbardziej irracjonalnych - bez prób zmieniania czegokolwiek. Jest to podejście z gruntu inne niż droga "mocy umysłu", w której proszeni jesteśmy o zmianę naszego nastawienia do życia na bardziej pozytywne. W "mocy umysłu" zakładamy, że własne myśli mogą nas zranić. Mówimy: Myśl pozytywnie, Nie dawaj temu mocy i nie myśl o tym lub Jestem wspaniałym, szczęśliwym człowiekiem, mam dużo pieniędzy i przyjaciół. Jakkolwiek może być to nieraz korzystne, diady wychodzą z zupełnie innego założenia. Nasz umysł jest z natury przyjazny i nawet najbardziej negatywna myśl jest tylko złudzeniem negatywności. Aby to złudzenie obnażyć, w diadach pozwalamy sobie wypowiedzieć wszystko, co tylko czai się w zakamarkach naszego "ja", jakkolwiek by to było dziwaczne, ponure czy pozornie sprzeczne z naszym zdrowym rozsądkiem. Widzimy wtedy, że mroczne myśli, jak zastraszone, bezpańskie psy, są agresywne tylko dlatego, że nie chcemy ich przyjąć pod swój dach. Gdy dopuszczamy je do siebie z miłością, nagle okazują się przyjazne, a ich szkodliwy ładunek gdzieś znika. Diady wymagają odwagi, zmierzenia się z naszą wiarą w magiczną moc myślenia, i rozpuszczenia tej wiary. Wraz z rozpuszczeniem jej - o dziwo - znika także negatywność. W ten sposób leczona jest przyczyna negatywnego myślenia raczej niż jego skutek.
Równie ważnym powodem mojej fascynacji diadami jest SAMODZIELNA NARRACJA I PODRÓŻ DO WNĘTRZA, jaka się przy tej okazji wydarza. Świadomość istotnie zmienia się, emocje stają się intensywne i subtelne zarazem, czasami przychodzą wizje lub fantastyczne kreatywne skojarzenia. Człowiek nie wie, co czeka go w każdej kolejnej diadzie, więc to, co się tam wydarza - jest zawsze zaskoczeniem. Jak to możliwe, by to mnie zaskakiwało, skoro to wciąż jestem tylko ja?
Krzysztof Wirpsza www.empatycznekonwersacje.pl
O diadach w nauce angielskiego czytaj tu:
Spotkanie w Cafe Empatyczna
O najbliższym Intensywnym Treningu Oświecenia (diady dla satori) czytaj tu:
(będzie wkrótce)
Autor, jego teksty
Aby pisać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Udostępnij:

Drukuj
wróć na górę
1. Spadanie w studnię • autor: Wojciech Jóźwiak 2011-10-05 09:21:46
Was geschah mir: Horch! Flog die Zeit wohl davon? Falle ich nicht? Fiel ich nicht - horch! in den Brunnen der Ewigkeit?
Tak to Zaratustra w IV części swojej książki, rozdział "Mittags" (W południe) spadał w "studnię wieczności".