Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 czerwca 2007

Wojciech Jóźwiak

Dlaczego ogień parzy lub nie i co z tego wynika?
Wskazówki dla chodzących po ogniu

Kategoria: Twarda Ścieżka

Pierwszy raz chodziłem po ogniu latem 1996 pod prowadzeniem Mattie Davis-Wolffe i Davida Thomsona. W następnych latach sam prowadziłem chodzenie po ogniu, jeśli dobrze liczę - 21 razy, ostatni raz kilka dni temu w Nowych Olszynach na Mazowszu. Chodzenie boso po żarzącym się węglu drzewnym nie jest cudem i nie narusza praw fizyki. Co nie znaczy, że nie jest niezwykłym przeżyciem, zarówno dla przechodzących, jak i dla prowadzącego grupę i to za każdym razem, niezależnie, jak długie doświadczenie ktoś ma za sobą. Można to porównać z przechodzeniem po linie nad przepaścią, które też nie narusza fizyki i nie jest cudem, ale spróbuj to zrobić. Pozostał mi w pamięci dobitny głos Mattie, kiedy mówiła: "żar pod stopami odczuwa się jakbyś chodził po mocno rozgrzanym piasku na plaży". Tak być powinno. Ale co robić i czego unikać, żeby tak było faktycznie i żeby ogień nie poparzył? Jakich błędów nie popełniać?

Mówi się "chodzenie po ogniu" - naprawdę jednak robi się cztery do sześciu kroków każdą stopą po warstwie żarzącego się węgla drzewnego ze spalonego wcześniej drewna. Węgiel drzewny jest złym przewodnikiem ciepła (dobrym izolatorem) podobnie jak np. styropian, i podobnie jak styropian ma budowę piankową, porowatą, gdzie pory wypełnione powietrzem dodatkowo zmniejszają zarówno przewodność cieplną jak i pojemność cieplną (i tak u węgla niską). Z powodu swojej niskiej pojemności cieplnej bryłki węgla drzewnego zawierają niewiele ciepła (które mogą oddać naszym stopom), a z powodu swojej niskiej przewodności ciepło to oddają powoli - czyli nie zdążają oddać go stopie w krótkim czasie, kiedy stopa styka się z żarem. Zresztą, żeby skrócić ten czas kontaktu stopy z podłożem, chętnych do chodzenia uczy się specjalnego kroku ogniowego, który właśnie na tym polega: żeby stopy stawiać i podnosić szybko, ale jednocześnie żeby nie biec, bo wtedy stopy wbijają się w sypkie podłoże.

Żeby przejść z sukcesem i żeby przejście po ogniu dostarczyło radości, powinno być spełnionych kilka warunków.

Właściwe podłoże. Musi być równe, tzn. nie pochyłe i bez wybojów. Nie może być przeszkód jak kamienie, śmieci, wystające korzenie i kołki. Nie powinno to być miejsce, gdzie niedawno skoszono wysokie rośliny, bo wtedy ściernisko będzie gorsze dla stóp niż ogień.

W miejscu gdzie chodzimy nie może się robić błoto, które robi się, jeśli podłożem jest glina lub gliniasta gleba - bo węgle przykleją się błotem i oparzą.

Podłoże powinno dobrze odbierać ciepło. W dobrych warunkach połowa ciepła z żaru jest pochłaniana przez ziemię i tylko (druga) połowa "razi" nasze stopy. Jeśli podłoże źle odbiera ciepło, ta połowa ciepła, która powinna pójść w dół, zostanie odbita i odczujemy ją w stopach. Ziemia pochłania (odbiera) ciepło, gdy jest wilgotna i chłodna. Jeśli jest sucha i nagrzana, w pewnym stopniu można to poprawić, obficie i wielokrotnie zlewając ją wodą. (Unikając błota.) Jednak to nie jest całkiem to. Jeśli masz do wyboru jedno miejsce suche i nagrzewane w dzień Słońcem i drugie w cieniu i wilgotne, stanowczo zalecam to wilgotne. Trzeba obserwować roślinność: lepsze jest to miejsce, gdzie jest intensywniejsza, gęstsza i bardziej zielona. (Najlepsze są dobrze uprawione ogrodowe trawniki lub pastwiska w cieniu na głębokiej żyznej glebie torfowej z wysokim poziomem wody gruntowej i po deszczach.)

Lepiej udaje się chodzenie po ogniu w chłodnych porach roku, także wręcz zimą, chociaż leżący śnieg daje dodatkowe trudności - niż latem, zwłaszcza w suszę i upały. Jeśli latem, to dobra jest pogoda, kiedy w nocy silnie spada temperatura i ziemia pokrywa się chłodną rosą, chłodną aż do bólu stóp.

Podłożem nie może być goły piasek ani w ogóle goła gleba bez roślinności, bo wtedy przy mieszaniu, przegarnianiu i rozprowadzaniu żaru, nawet tylko przy budowaniu ścieżki z żaru, podłoże będzie mieszać się z węglami, a rozżarzony piasek jest (w porównaniu z węglem drzewnym) z gruntu nieprzyjazny stopom - parzy! Gleba na której sypiesz ścieżkę ogniową powinna więc mieć mocną, żywą darń.

Odpowiednie drewno. Odpowiednie, znaczy: suche i nie twardego gatunku. Drewno musi być suche! Dobrze wysuszone. Jeśli to jest drewno z handlu, jak do kominka, to powinno być sezonowane. Polecam drewno z drzew, które uschły na pniu i nie były ścięte żywe. To nie jest tylko sprawa technicznych właściwości, ale takie drewno jest w pewien sposób "spokojniejsze" i to się czuje. Tak samo dobre jako paliwo są suche gałęzie, zarówno zebrane z drzew jak i opadłe. To są jakby własne dary drzew, lasu, dla nas.

Nie należy na stosie do chodzenia po ogniu palić drobnego chrustu, gałęzi z igłami, suchych łodyg i innej drobnicy. Powstanie nieprzyjemny "kurz ogniowy", niepotrzebne iskry i ogniowy śmietnik, który przy tym tłumi dostęp tlenu i opóźnia wyżarzenie się drewna. Nie należy palić zbyt grubych polan (bo się nie dopalą). Kawałki drewna powinny mieć od 2 do 8 cm grubości.

Zarówno wilgotne ("żywe") drewno jak i zbyt grube polana, jak i sęki będą się długo dopalać. To jest podwójna przykrość, bo, raz, przedłuży to czas czekania na wejście, dwa, niedopałki mają wyższą temperaturę niż żar i parzą. (Parzą dosłownie: ból, bąble, potem mogą być z tego rany.)

Gatunek drewna: najlepsze jest miękkie drewno liściaste, głównie wierzba i topola, wśród różnych gatunków topoli także osika. Dalej klon i lipa. Dalej (w skali dobroci) idą miękkie iglaste, w kolejności: jodła, sosna, świerk. Ale nie powinno być twardych sęków, które wszystko popsują. Odradzam twarde liściaste: więc ani dąb, ani buk, brzoza, jesion, ani żadne owocowe, nigdy głóg. Nie mieszać drewna twardego z miękkim ani sękatego z gładkim. Twardego drewna nie używamy, ponieważ węgiel drzewny z niego jest także twardy i jest mechanicznie nieprzyjazny dla stóp niby kawałki ostrego kamienia; natomiast wierzba i topola miękko kruszą się pod stopą.

Właściwa pora dnia, tzn. tylko w nocy. W dzień nie ma siły - "po jasnemu" nie zobaczysz, czy żar ma odpowiednią temperaturę i jak nic poparzysz siebie i prowadzonych.

Z tego samego powodu nie należy oświetlać terenu żadnym sztucznym światłem. Poza tym w sztucznym świetle (także w świetle flesza aparatu fotograficznego) nie widać żaru! Ścieżka ogniowa nie świeci groźnie czerwono, tylko jest widoczna jako biała, jakby wygasła, bo światło zewnętrzne odbija cienka warstewka popiołu, którą pokrywają się stygnące na powietrzu węgle.

Właściwy moment na zbudowanie ścieżki i wejście. Trzeba wyczekać moment, kiedy stos już nie pali się płomieniem, a także zanikły fioletowe płomyki jak z kuchenki gazowej. Znaczy to, że drewno wewnątrz stosu przestało się palić i nie wydziela gazu podtrzymującego płomień. Płonący gaz ma temperaturę około 2000 stopni, żarzący się węgiel - około 600-700 stopni. Po prostu nie warto próbować kontaktu z materiałami o temperaturze 2000 st. Czekaniu na ten moment przeszkadza to, że, raz, uczestnicy się niecierpliwią (trzeba nie ulegać ich nastrojom), dwa, stos pokrywa się popiołem, co może deprymować prowadzącego, że mu oto ogień gaśnie. Wytrzymać! Najlepszy dojrzały żar jest właśnie ze stosu lekko przyprószonego popiołem. Taki żar można też wysypać w grubszą warstwę, co daje lepsze wrażenie przy chodzeniu.

Właściwy nastrój grupy. Prowadzący pracując z grupą musi utrafić w złoty środek pomiędzy paniką a lekceważeniem. W grupie która się boi i panikuje, osoby będą wykonywać jakieś nieprzewidziane ruchy, które przeszkodzą właściwie przygotować ogień. Z drugiej strony nastrój lęku i oczekiwania na coś ważnego, tajemniczego i przełomowego, a nawet w jakimś stopniu "niemożliwego" lepiej niż beztroska przygotowuje organizm do przejścia. Choćby przez to, że wtedy stopy pocą się, chroniąc się przez oparzeniem. Przede wszystkim zaś, ludzie w stanie lekkiej obawy są uważniejsi i nie ulegają rozproszeniu - a właśnie uwaga, utrzymywanie umysłu w stanie uważności, jest kluczem do przejścia z sukcesem.

Przeciwnym przypadkiem jest grupa która przystępuje do przejścia na zbyt dużym luzie - nawet nie tyle jawnie okazując brak lęku (którym właśnie często ludzie tylko maskują swój lęk), ale naprawdę nie odczuwając nie tylko lęku, ale i respektu przed ogniem i samą czynnością przejścia, traktując ją zbyt zwyczajnie. Ogień przechodzony "po prostu", "tak zwyczajnie" i bez emocji - również okazuje się parzyć.

Z dwóch powyższych skrajności lepiej utrzymywać grupę w stanie lekkiego lęku podtrzymującego gotowość i uwagę. Trudniejszą z tych skrajności jest stan lekceważenia przejścia.

Beztroska grupy jest przeszkodą także dlatego, że przy takim nastroju trudno jest zbudować we własnym umyśle odpowiedni stan uważności przypominający medytację - a w takim stanie przejdziesz po ogniu najbardziej "owocnie" czy też "sensownie". Wchodząc w stanie beztroski nie skupisz się i zapewne będziesz, krocząc po ścieżce z żaru, naprawdę uciekać od ognia. Osoby same nieskupione, jednocześnie działają rozpraszająco na innych - i wcale nie muszą być tego świadome.

Osobnym tematem, którego tu jednak nie rozwinę, jest jak postępować z emocjami uwalniającymi się u uczestników przed przejściem, podczas przejścia i po przejściu (często nawet w ciągu kilku następnych dni), i jak wykorzystać te emocje i całą sytuację przechodzenia przez ogień do pracy z ludźmi. Tu nie ma tak prostych reguł, jak przy sprawach technicznych.

Podczas warsztatów przejście przez ogień może zostać przedstawione jako model wszelkiej sytuacji krytycznej, z którą trzeba i można się uporać, choćby z początku wydawała się niemożliwa do przejścia. Można wykorzystać równanie "skoro przeszedłem przez ogień, chociaż z początku tak tego się obawiałem, to teraz nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych". Można przechodzenie przez ogień wykorzystać jako moment, w którym cała energia i uwaga uczestnika skupiona jest "w" i "na" tu-i-teraz. Można przejście przez ogień zinterpretować jako modelowe podzielenie czasu na to co było i się skończyło i na "nowe" które się oto zaczyna, i jako moment, w którym można wiele "starego" pozostawić za sobą. To może być wręcz modelem inicjacji, kiedy "umiera Gustaw, rodzi się Konrad". Także "aż się prosi" o spożytkowanie fala energii, entuzjazmu, powstająca po przejściu przez ogień - kiedy to przejście jest udane.

Mam wrażenie, że praktyka chodzenia po ogniu jest trochę jakby pozostawiona odłogiem, że brakuje jej nadania sensu. Widać to choćby, gdy chodzenie po ogniu porówna się z sesją szałasu potu, gdzie sięga się do wielkich zasobów sensów i interpretacji, zawartych zarówno w tradycji indiańskiej, jak i w "nowej tradycji" powstającej w kręgach Białych miłośników tej ceremonii. Także w porównaniu z zakopywaniem się do ziemi chodzenie po ogniu wydaje się niedoinwestowane w sensy - gdyż w przypadku zakopywania można sensy czerpać odwołując się do symboliki Ziemi-Matki - i grobu, tego "prawdziwego"-pośmiertnego, miejsca zarazem kresu, spoczynku, odnowy, odrodzenia i zmartwychwstania.

Jak widać, ogień "cierpi" na niedostatek symbolicznego naładowania. Mam nadzieję, że jest to przejściowe.

Wojciech Jóźwiak
adres
4 czerwca 2007


W Tarace przeczytaj także:




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)