zdjęcie Autora

02 marca 2020

Andrzej Gąsiorowski

z cyklu: Dlaczego ludzie wycinają drzewa? (odcinków: 38)

Dlaczego uważam, że drzew w ogóle nie powinno się już wycinać


« Okaleczanie i wycinanie drzew jako samookaleczanie Dziesięć przykazań klimatycznych czasów schyłku »

Nawoływanie ludzi do zmiany wszystkiego w obliczu klimatycznej katastrofy uważam za przeciwskuteczne. Zakładanie, że wszystko da się robić po staremu, uważam za głupie. Między innymi dlatego jestem drzewnym fundamentalistą.

Ponieważ mój fundamentalizm budzi zastrzeżenia nawet pośród moich oddanych przyrodzie przyjaciół, a pojawiają się również zarzuty o (nie lubię tego słowa, ale muszę się nim posłużyć) „szuryzm”, w dwóch słowach chciałbym zaprezentować moje stanowisko

Jak widzę sprawy?

Jeżeli jest tak, jak twierdzimy, a twierdzimy ponoć, że kryzys klimatyczny i idący za nim maksymalnie szeroko rozumiany kryzys ekologiczny (dla uproszczenia będę mówił co do zasady tylko o pierwszym z nich) jest bardzo poważnym zagrożeniem dla biosfery, cywilizacji i po prostu ludzkości, dlaczego zakładamy, że wszystko może być po staremu?

Dodatkowe pytanie powinno brzmieć – dlaczego domagamy się zmian tam, gdzie są one całkowicie niemożliwe, a nie zauważamy i pomijamy te, które nic by nas nie kosztowały? (A dawałyby niebagatelne korzyści dla klimatu, przyrody, bioróżnorodności i last but not least naszej duszy, w wersji dla materialistów „psychiki”, zbiorowej i indywidualnej).

Jedną z takich niewiele kosztujących zmian powinno być umożliwienie naturalnej sukcesji przyrody na terenach zurbanizowanych. W granicach rozsądku, z zachowaniem przepustowości ciągów komunikacyjnych, ochroną sieci przesyłowych etc.

Co dokładnie mam na myśli?

Nic szczególnego. Polskie miasta, miasteczka, wsie i drogi były miejscem takiej sukcesji w latach tak zwanej komuny (również nie lubię tego pojęcia, ale na potrzeby niniejszego wpisu będę się nim posługiwał). W komunie ludzie z jakichś przyczyn odpuścili przyrodzie terenów zurbanizowanych, nie bali się jej, nie niszczyli, nie „pielęgnowali”, nie dokonywali „nasadzeń”, a przewrócone drzewa nie wywoływały panicznych kompulsywnych reakcji wycinania wszystkiego wokół.

zapuszczony_hotel

Miasta, wsie i miasteczka wyglądały trochę jak ów opuszczony hotel, będący ilustracją do tekstu. Było „brudno”, zwierzęta (w tym owady) brudziły i gryzły i było niebezpiecznie. I co? I nic. Nic się nie działo.

Było prawdopodobnie nieco więcej wypadków dzieci podczas zabaw. Niekiedy śmiertelnych. Było, być może, nieco mniej zaburzeń psychicznych u dzieci, może nadwaga dzieci była mniejszym problemem. Wydaje mi się, że dzieci, dzięki ciągłemu byciu w przyrodzie, rozwijały się lepiej i były szczęśliwsze, natomiast ryzyka urazów i śmierci były większe (w mojej ocenie nieznacznie większe). Podkreślam słowo „wydaje się”. Jestem otwarty na dane i dyskusję na ten temat.

Walka z pomijalnymi ryzykami materializuje duże

Dlaczego piszę tyle o dzieciach, urazach i wypadkach? Dlatego, że uważam, że jeśli przesadnie niweluje się małe ryzyka, niemal zawsze sprowadza się większe. Ponieważ wpis ten kieruję również do moich przyjaciół (nie tylko, ale również), chciałbym odnotować, że kiedy usuwamy w mojej ocenie pomijalne ryzyka związane z drzewami (usuwając drzewa), postępujemy analogicznie jak antyszczepionkowcy odrzucający szczepienia na podstawie wyjątkowych i rzadko się zdarzających powikłań, czy antyatomowcy odrzucający energię jądrową ze względu na coraz to mniejsze ryzyko wypadku.

Ceną płaconą za rojenia antyszczepinkowców jest możliwy powrót chorób zakaźnych, przypadki śmierci osób, które nie mogą się szczepić, wybuch epidemii. Ceną płaconą za antyatomowe fobie są miliony niepotrzebnie wyemitowanego do atmosfery dwutlenku węgla i globalny problem katastrofy klimatycznej. Ceną za urojenia rzekomych stwarzanych przez drzewa niebezpieczeństw, jest anihilacja przyrody na terenach zurbanizowanych, spadek bioróżnorodności tych terenów, wzrost temperatury na tych terenach, wzrost zużycia energii na tych terenach, wzrost zanieczyszczenia powietrza i prawdopodobnie wzrost chorób cywilizacyjnych w tym depresji i nerwic (bo w jakim sensie chyba możemy tak o nich mówić).

Wiem, w tym miejscu ludzie, którzy doceniają rolę drzew (nie tak bardzo jak ja – drzewny fundamentalista), mówią – Jeśli jakieś drzewo „stwarzające zagrożenie” (w mojej ocenie jest to język paranoi) upadnie na samochód lub dziecko (figura „dziecka” towarzyszu wielu narracjom szantażu), ludzie wytną wszystkie drzewa wokół i może wytną w ogóle wszystko.

Maciora z Falaise i kultura strachu

Zgodziłbym się z tą tezą pod warunkiem, że byłaby ona prawdziwa. Rzeczywiście, kiedy jakieś drzewo spadnie na samochód lub dziecko, ludzie wycinają wiele drzew w swoistym „odwecie” (casus maciory z Falaise wiecznie żywy), problem w tym, że wycinają drzewa prewencyjnie, a i tak nie sprawia to, że gdzieś na kogoś lub na coś spadnie drzewo. Abstrakcyjny uogólniony lęk rozciągający się już praktycznie na całość życia społecznego i naszego bycia w przyrodzie, czy też przekształconej przez nas przestrzeni, prowadzi do anihilacji wszystkiego wokół.

Przepraszam – nie wszystkiego. Najpierw ginie przyroda, a wraz z nią giną rozwiązania konieczne do rzeczywistej reakcji na poważne problemy. Cała reszta ryzyk pozostaje z nami. Niektóre, jak zanik bioróżnorodności, miejskie wyspy ciepła, smog i wszystko, co się z tymi problemami wiąże, są wprost wynikiem owej kultury strachu. Precyzyjnie pisze o niej Zbigniew Szczęsny w tekście Kultura strachu i fetysz bezpieczeństwa („Nowa Konfederacja”), z którego tezami zgadzam się w całości, z wyłączeniem tej może, że to liberalizm generuje ów strach. Generuje go raczej współczesna cywilizacja jako taka.

Tezy Szczęsnego nie odnoszą się bezpośrednio do przyrody, ale można je zastosować do przyrody jako „przedsięwzięcia”. A tylko tak rozumiana można nam pomóc w walce z terminalnym zagrożeniem. Nie pomaga, bo nie traktujemy jej jako „wyzwanie” i „przedsięwzięcie”, tylko jako zasób, ciągle się nie kończący i ciągle czyhający na nasze życie. Mimo tego że od dobrych pięćdziesięciu lat panujemy prawie nad wszystkim wokół, prócz wielkich katastrof naturalnych (które sami powiększamy).

Dlaczego przyroda obszarów zurbanizowanych powinna być dzika i dlaczego powinniśmy pozwolić na jej naturalną sukcesję?

Dlatego, że pomijalne ryzyka są niczym wobec profitów, jakie by to dało. Nasza kompulsywna kultura oparta na nałogach potrzebuje uwolnienia, tak jak uwolnienia potrzebują przegrodzone tamami rzeki. Uwolnienie to nie nastąpi, jeżeli nadal będziemy się odgradzać do pozostałych elementów przyrody. Im bardziej natomiast będziemy się odgradzać, tym bardziej będziemy cierpieć i tym bardziej się bać. Tym bardziej będą się materializować prawdziwe ryzyka i tym bardziej będzie rosła paranoja czyhających na nas niebezpieczeństw. A przynajmniej będzie rosła do chwili kiedy katastrofa klimatyczna zacznie masowo zabijać.

Kiedy zacznie masowo zabijać, wtedy nikt nie będzie myślał ani o samochodach, ani o jednej tragicznej śmierci dziecka i cierpieniu matki, a to dlatego, że śmierć stanie się zjawiskiem masowym. Stanie się między innymi dlatego, że z jednostkowych przypadków wnioskujemy o całości naszego bezpieczeństwa i życia. Zamiast uczyć ostrożności, anihilujemy świat wokół, co jest szczytem nieostrożności i obłędu.

Uwolnienie od cierpienia i pozwolenie na częściowy powrót ultrainteligentnej małpy, jaką jesteśmy, do przyrody, skutkowałoby uspokojeniem sytuacji i ograniczeniem kompulsywnych zachowań. Innymi słowy wywierałoby skutek „dewzrostowy” tak zresztą jak nieintencjonalnie wywoływał go polski wspomniany wyżej „komunizm”.

Miejsce przyrody jest zawsze gdzie indziej

Poglądowi o tym, że możemy wymieść życie biologiczne z terenów zurbanizowanych towarzyszy fałszywa wiara, że gdzieś są naturalne tereny, w których przyroda jest nie niepokojona. Tyle tylko że od dawna to nieprawda. Poza miastami przyroda jest nie tylko niepokojona, ale również niszczona. Sam wolę używać pojęcia „anihilacji”, bo najczęściej po przejściu człowieka znika dosłownie wszystko, włącznie z życiem glebowym danego obszaru.

Nie ma dziś wsi ze śpiewającymi strumieniami, zagajnikami, zadrzewieniami śródpolnymi, rozlewiskami etc. Nie ma, bo rolnictwo jako takie i te same kompulsje, które rządzą anihilowaniem życia biologicznego w miastach, ją stamtąd wymiotły. Większość lasów jest lasami tylko z nazwy i statystyk. O analogicznej dewastacji tego, co przypomina lasy pierwotne, osuszaniu i eksploatacji bagien czy mokradeł, nie ma co wspominać. Terenów tych należy bronić do końca (wielu broni przypłacając to życiem i zdrowiem), ale walka ta jest przez nas przegrywana.

Dlatego paradoksalnie to miasta i tereny zurbanizowane mogą być dziś ostoją przyrody. Mogą, ale paranoja bezpieczeństwa i fałszywy pogląd o tym, że przyroda może się podziać gdzie indziej, na to nie pozwalają. O ile bowiem rolnictwo i gospodarka są rzeczami, bez których ciężko się obejść, to na terenach zurbanizowanych przyrodę wymiatamy tylko wskutek wygodnictwa, paranoi „bezpieczeństwa”, „czystości” i masowych zaburzeń kompulsywnych. Przy czym dość wyraźnie widać, że im więcej przyrody usuwamy na skutek fałszywych przesłanek, tym bardziej narastają anihilacyjne skłonności, co jest zresztą zwykłym mechanizmem każdego nałogu.

30 lat wdrażania bezpieczeństwa

Od początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce pod pozorem bezpieczeństwa wycięto, ogłowiono i zniszczono miliony drzew na terenach zurbanizowanych przekształcając nie tylko przyrodniczy, ale również estetyczny i kulturowy obraz kraju. Miliony hektarów zarośli na miejskich nieużytkach, nazywane „chaszczami”, zostały zmielone, zabetonowane, wybrukowane i spalone (jako tak zwane odnawialne źródła energii), wraz z zamieszkującymi je organizmami, powodując niepowetowane straty dla bioróżnorodności, ale również ogromne, całkowicie zbędne emisje CO2.

Ten paranoidalny, kompulsywny proces został ostatecznie przypieczętowany ustawą, która winna być rozpatrywana w kategoriach zdrady stanu, to jest sławetną lex Szyszko. Lex Szyszko usankcjonowała ekologiczną zbrodnię, dokonującą się w Polsce od dobrych trzydziestu lat, ale oddającą w pełni trendy światowe.

laudao_si
Tarnogóra. Luty 2020 r. Fot. M. Sporoń

Ponieważ mniej więcej wiemy już, że masowe wycinanie drzew jest czymś w rodzaju zbiorowego samobójstwa, zmieniliśmy język, jakim ją określamy. Robimy badania drzew, obiecujemy nasadzenia, ustawiamy tabliczki w stylu „to drzewo jest niebezpieczne”, „w tym miejscu pojawią się nowe nasadzenia”, ale proces nie ustaje w najmniejszym stopniu. Stare, dojrzałe, a nawet obumierające drzewa znikają. W ich miejsce w czasie klimatycznej katastrofy skracającej czas do kilkunastu lat nic się już nie pojawi.

Rewitalizacje już były, teraz modernizujemy

„Rewitalizacje” przemieniają się w „modernizacje”, ale drzewa giną nadal. Obłęd modernizacji dróg i budowania ścieżek rowerowych prowadzi do śmierci setek tysięcy drzew przydrożnych, będących domem dla wielu gatunków, na czele z tymi podlegającymi ścisłej ochronie gatunkowej. Przyroda nie ma gdzie się schronić, poszatkowana przez rolnictwo, leśnictwo, wypędzana z miast (gdzie tylko lęki i przyzwyczajenia nie pozwalają jej istnieć) ginie na masową skalę. Ginie przy opowieściach o przygniecionych drzewami samochodach, jednostkowych wypadkach śmierci, nieporównywalnych choćby do corocznej drogowej hekatomby czy wakacyjnych utonięć.

Jeśli mamy kryzys, to dlaczego zachowujemy się jakby nic się nie działo?

Nasza reakcja na kryzys klimatyczny przywodzi na myśl kobietę, która kompulsywnie sprząta mieszkanie, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że jej partner jest przemocowym alkoholikiem. Zamiast powiedzieć o problemie rodzinie i zgłosić sprawę na policję, układa perfekcyjnie sztućce na talerzach do niedzielnego obiadu (proszę mnie nie linczować za ten stereotypowy przykład), udając, że nic się nie dzieje.

Ludzkość w obliczu klimatycznego kryzysu zachowuje się analogicznie. Pomińmy na chwilę urojenia dekarbonizacji rozłożonej na trzydzieści lat i zajmijmy się tylko tematem przewodnim wpisu – zielenią na terenach zurbanizowanych. Dlaczego tak kompulsywnie nadal ją niszczymy i dlaczego nie potrafimy zestawić materializującego się ryzyka masowej śmierci ekosystemów i gatunków (całkowicie już oczywiste masowe wymieranie owadów, pociągające za sobą śmierć płazów, gadów i ptaków) z pomijalnymi ryzykami dla „osób i mienia”, które powinny być niwelowane szkoleniami z życia w nowym świecie katastrofy klimatycznej czy restrykcyjnym przestrzeganiem przepisów drogowych i porządkowych?

Dlaczego nie chowamy się przed burzą, tylko wycinamy setki tysięcy drzew? Dlaczego pozwalamy, żeby drogi, dzięki wycinkom, stawały się torami wyścigowymi, na których ludzie giną wskutek nadmiernej prędkości, pośpiechu i zmęczenia? Dlaczego dokonujemy hekatomby drzew przy torach kolejowych?

 
Wycinka alei przydrożnej w gminie Mieroszów pomiędzy Unisławiem Śląskim a Rybnicą Małą. Luty 2020 r.
Fot. Dolnośląski Ruch Ochrony Przyrody 

Na jakiej podstawie zakładamy, że nasze perwersyjnie bezpieczne sterylne życie w miastach będzie takie samo mimo pogłębiającego się kryzysu klimatycznego? Co pozwala nam wierzyć, że wycięte setki tysięcy dojrzałych drzew (choćby spróchniałych i „niebezpiecznych”) zostanie zrekompensowane w sensie biologicznym przez usychające na potęgę nowe „nasadzenia”? Gdzie mają się podziać owady, ptaki, nietoperze, płazy, gady, małe ssaki w tej sterylnej, depresyjnej, zatrutej smogiem przestrzeni?

Gdzie my się mamy podziać między usychającymi „nasadzeniami”, które nie są niczym więcej jak elementami tandetnej estetyki, definiującej przestrzeń bezsensu schyłkowej epoki człowieka?

Co sprawia, że w świecie, który staje w ogniu, w którym mało zjadliwy wirus może wywrócić globalną gospodarkę, w świecie, w którym na masową skalę zamiera życie w oceanie, w świecie, w którym nie ma już owadów, a za chwile nie będzie innych organizmów, w świecie, w którym zamiera życie w glebach, gdzie produkuje się żywność na 8 miliardów ludzi, ciągle największym niebezpieczeństwem jest próchniejące drzewo? Drzewo, które powinno się przewracać, na którym powinny się bawić dzieci, i na którym wreszcie powinno wzrastać nowe drzewo.

Co sprawia, że wybieramy śmierć zamiast życia? Co sprawiło, że ze sprawnej odważnej małpy lubiącej wyzwania, staliśmy się zestrachanymi nieudacznikami trzęsącymi się przed najdrobniejszymi wyzwaniami związanymi z otaczającymi nas resztkami przyrody?

Dlaczego nie powinno się już wycinać drzew?

Dlatego, że dopuszczenie do wycinania pod jakimkolwiek pozorem, powoduje masowe usuwanie życia biologicznego z obszarów zurbanizowanych. Dlatego, że to drzewa w ogóle warunkują życie na ziemi, w takiej formie, jaką znamy. Tak bujny rozwój fauny, był możliwy dzięki tak bujnemu rozwojowi flory, na czele z drzewami. Drzewa są wprost życiem. Nie stanowią żadnego niebezpieczeństwa!

kosieczyna
Cmentarz w Kosieczynie. Luty 2020 r. Fot. M. Jermaczek-Sitak

Pod jedną z setek dyskusji o wycinkach, tym razem o planowanej przez warszawską Zieleń Miejską wycince na Żoliborzu, o której można przeczytać tutaj: „To będzie największa wycinka w historii dzielnicy – Żoliborz czasowo mniej zielony”, Wyborcza.pl, nie po raz pierwszy pojawił się argument, że jak nie wytniemy „niebezpiecznego” drzewa i zrobi ono komuś krzywdę, to ludzie wytną wszystko wokół. Argument ten uważam za nietrafiony, ponieważ ludzie wycinają drzewa tak czy siak, wycinają je pod każdym dowolnym powodem.

Uzasadnienie empiryczne mojego stanowiska nie jest łatwe, choć przy pełnych danych odnośnie decyzji administracyjnych i dobrze skonstruowanych badaniach psychologicznych i socjologicznych, prawdopodobnie byłoby to możliwe. Najprawdopodobniej jest tak, że „bezpieczeństwo”, o którym prewencyjnie myślą ludzie, nie jest tym samym co faktycznie usunięcie uschniętego drzewa czy gałęzi. Te ostatnie czynności ludzie wykonywali przez tysiące lat bazując na zwykłych doświadczeniach i wyczuciu i w pełni się to sprawdzało, nie powodując masowych wycinek. Natura tych ostatnich wydaje się być zupełnie inna.

Zagadnieniu chciałbym poświęcić więcej miejsca, póki co dość powiedzieć, że te dotychczasowe działania ludzi w tym obszarze, nie były tym samym uchylaniem niebezpieczeństwa, które towarzyszy masowym wycinkom i „wymianom” drzew. Były po prostu zdroworozsądkowymi działaniami, których ingerencja w przyrodę była pomijalna. Dobrze pamiętam czasy komuny i tak to się wtedy odbywało. Drzew nikt nie okaleczał. Dziś czynności te nazywa się „pielęgnacją” ale od prawdziwej pielęgnacji różnią się one mniej więcej tym co obcięcie choremu paznokci od pozbawienia go wszystkich kończyn.

W rozmowie na moim wallu na Facebooku zabrał głos prof. Szymon Malinowski, który napisał: Ja myślę że bywają niekiedy w mieście i terenie zabudowanym sytuacje w których trzeba wyciąć spróchniałe lub usychające drzewo, dbając o odpowiednie różnorodne nasadzenia zapełniające lukę. Jednak żeby było taniej robimy wszystko hurtowo, rżniemy jak leci i wsadzamy jak leci monokultury. Bezpieczeństwo jest ważne, ale do tego potrzebna jest dobra diagnoza, a my „prewencyjnie” wymiatamy wszystko. I w sumie jest to działanie przeciw nam, przyrodzie i bezpieczeństwu. Bo potencjalne zagrożenie zastępujemy innym rzeczywistym – upałami, wysuszeniem, zniszczeniem bioróżnorodności i resztek przyrody w mieście.

Moje stanowisko idzie oczywiście dalej, a słowa profesora, z którym mam zaszczyt współpracować w naszych klimatycznych projektach, przytaczam w tym miejscu chyba bardziej dla samego siebie w poczuciu, że jeszcze nie całkiem zwariowałem, broniąc bezwarunkowo drzew od wielu lat. Gdyby ktoś nie wiedział, prof. Malinowski jest bowiem znanym fizykiem klimatu, współautorem znakomitej „Nauki o klimacie”, współtwórcą portali o tej samej nazwie. I jako naukowiec, jak zakładam, wie co mówi bazując na danych nauki. Ja bazuję głównie na intuicjach.

Pozwólmy się światu zapuścić

I właśnie te intuicje mówią mi, że musimy dziś światu pozwolić się zapuścić tam wszędzie, gdzie nie jest absolutnie konieczne jego „sprzątanie”, „czyszczenie”, czy – jak ma to miejsce w rolnictwie – usuwanie jednych gatunków na rzecz drugich ze względu na produkcję żywności (choć i na wsi powinny się skończyć owe kompulsywne zaburzenia). Przestrzeń wokół nas powinna zarosnąć i zapuścić się, z uwzględnieniem zachowania komunikacji, sieci przesyłowych etc.

Nie zakładam, że nie należy drzew usuwać w przypadku konkretnych niebezpieczeństw, ale one, jak z całą mocą należy podkreślić, nie są tym samym, co uogólniona potrzeba redukcji wszelkich ryzyk do zera. Tak zdefiniowana potrzeba jest całkowicie wyniszczająca i w istocie rzeczy uniemożliwia również rzeczywiste zmaganie się ze zmianami klimatu.

Poza tym, powinniśmy sobie zakazać wycinki drzew i chaszczy, bo są ostatnią barierą między nami a rozwścieczonym klimatem. Są magazynem węgla, szczególnie jeśli da się im wraz z podszytem tworzyć małe ekosystemy, ale są również ostatnią ostoją bioróżnorodności. Nie jest bowiem tak, że zabija tylko ocieplający się klimat i wzrastające stężenie dwutlenku węgla w atmosferze i oceanach.

Duże obszary niesprzątanej przyrody w miastach, mogłyby być jej ostoją, bo nie stanowią jej dziś wsie i lasy z monokulturami, przeładowywane pestycydami, osuszone, zmeliorowane, przeciążone. Profitów byłoby oczywiście więcej. Zużywalibyśmy mniej energii na chłodzenie, o wiele mniej energii na całkowicie zbędne sprzątanie liści, przycinanie drzew, dzieci wróciłyby do świata przyrody. Wszyscy mieliby szansę połączyć się z czymś, co przez tysiące lat decydowało, kim w ogóle jesteśmy. Wszyscy, być może, odnaleźliby w takim świecie odrobinę spokoju i wytchnienia. Ten świat, w innych realiach politycznych i gospodarczych, istniał jeszcze trzydzieści lat temu. Nie było powodu go niszczyć.

Inne rozłożenie wartości, przeszacowanie ryzyka

Świat, w którym nadrzędną zasadą niwelowania ryzyka jest zasada bezwzględnej ochrony jednostki przed zwykłymi zagrożeniami świata fizykalnego, jest światem niemożliwym do zrealizowania, a założenie to demoluje wszystko wokół. Demoluje nasz habitat, demoluje zbiorową i indywidualną psychikę, demoluje stosunki i zachowania społeczne.

Przeciwnie, drobne ryzyka i bodźce ze świata przyrody zdają się przywracać równowagę psychiczną. Im więcej przyrody wokół, tym mniej postrzegamy ją jako zagrożenie. Tym mniej pospieszne i kompulsywne zachowania, co za tym idzie tym mniejszy wzrost niewymuszany administracyjnymi nakazami i zakazami o czym wielu dziś marzy, a co nie bez uzasadnienia budzi obawy totalitaryzmu, tym razem pod znakiem ekologii.

Paranoidalne poszukiwanie bezpieczeństwa, prócz obłędu ciągłego wzrostu zglobalizowanej gospodarki, oceniam jako drugą z przyczyn antropogenicznej presji na środowisko naturalne. Przyczynę nie mniej zabójczą.

Albo coś z tym zrobimy, albo prócz wyrzucenia ze skrzynki z narzędziami energii jądrowej, wyrzucimy również łagodzące kryzys w różnych wymiarach działanie i usługi przyrody.

Jak daleko powinien iść zakaz wycinania drzew?

Skala katastrofy ekologicznej, której jesteśmy autorami, a którą ubraliśmy w szatę zapewniania bezpieczeństwa, a jednocześnie skala klimatycznego kryzysu i zaniku bioróżnorodności, jest tak duża, że należałoby rozważyć całkowity zakaz wycinania drzew, krzewów etc. na terenach zurbanizowanych. (Zostawmy na razie na boku resztki dzikiej przyrody, lasów, bagien, mokradeł etc. Te nie powinny być już w ogóle ruszane w jakikolwiek sposób). Dzika przyroda powinna tworzyć się również na tych obszarach.

Nie można tych postulatów sprowadzać do absurdu i należy usuwać rzeczywiste niebezpieczeństwa, ale powinno to być wyjątkiem od reguły. Chronionym zasobem nie powinno być bezpieczeństwo jednostki (osób i mienia) w stosunku do elementów świata przyrody, a chronienie ekosystemu na potrzeby jednostek, które bez ekosystemu po prostu nie przeżyją. Przyroda usuwana pod inwestycje, odradzałaby się sama wokół nich, gdybyśmy nie zmuszali siebie i innych do jej usuwania. W pewnym sensie wszystko byłoby po staremu. Potrzebna byłaby odrobina zaniechania. Niestety, zaniechanie jest dla człowieka najtrudniejszym.

Nie obyłoby się bez zmian w prawie, przede wszystkim wyłączających odpowiedzialność cywilną za naturalne zdarzenia ze świata przyrody, wprowadzających nowe koncepcje ubezpieczeń etc. Byłaby to duża praca, ale jeśli jej nie wykonamy, za chwilę zniszczymy resztki życia wokół nas. A wtedy spadające na samochód drzewo będzie najmniejszym ze zmartwień.

Podsumowując, świat powinien wyglądać jak opuszczony hotel na zdjęciu. Wobec całkowitej bezowocności globalnych działań mitygacyjnych, już niedługo może się okazać, że pozostaje nam tylko adaptacja i powrót do przyrody, skrycie się w przyrodzie, a być może jej resztkach. Możemy sobie to zadanie ułatwić lub utrudnić.

Jeżeli w świecie klimatycznej katastrofy nadal zakładać będziemy, że niebezpieczeństwem jest możliwość wywrócenia się drzewa na samochód, czy uderzenia przez pojazd w przydrożne drzewo (a nawet jednostkowe wypadki śmierci związane z przewracającymi się drzewami), to proponowałbym, żeby zaniechać całkowicie mitygacyjnej i adaptacyjnej farsy i oddać się zabawie i konsumpcji w sterylnym, bezpiecznym świecie, który to świat, nota bene, nie potrafił nas uchronić przed mikroskopijnym organizmem, mającym w nosie nasze urojenia.

Pośród wielu motywacyjnych memów pojawiających się w internecie, jeden nawet mi się spodobał. Lęk z pewnością nie chroni przed śmiercią, ale na pewno chroni przed życiem. Tym banałem chciałbym póki co zakończyć ten i tak zbyt długi wpis. Póki co niech pozostanie mniej lub bardziej udolną próbą zmiany filozofii mitygacji i adaptacji. Dotychczasowa jest bowiem chybiona.


Post scriptum

Spisując te myśli zapoznaję się z informacjami dochodzącymi ze świata. Jeśli koronawirus wpłynie zasadniczo na efekt maskujący (a upiorne lutowe ciepło w mojej ocenie wskazuje na to, że wpływa), mogą być one całkowicie bezprzedmiotowe. Ale – dla lepszego samopoczucia – załóżmy, że mają jeszcze jakiś sens. Zakażmy sobie wycinania drzew póki jest na to czas, bo za chwilę to my będziemy organizmem zakazanym przez ostatecznie wszechwładną przyrodę.

Tekst powyższy napisałem również ze względów osobistych, o czym wspominam na wstępie. Mogę w tym kontekście powiedzieć tyle tylko, że nie uważam, żeby przedmiotowe postulaty były czymś całkowicie przestrzelonym wobec problemu klimatycznego i ekologicznego. Polskie organizacje ekologiczne i przyrodnicze powinny się przynajmniej pochylić nad tak zarysowanym postulatem odnośnie drzew, który warto rozwijać na inne obszary. Czy jest utopią? Ponad wszelką wątpliwość, ale niczego innego już nie mamy.


Dlaczego ludzie wycinają drzewa?: wstęp na końcu

Teksty re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem. W Tarace za uprzejmą zgodą.


« Okaleczanie i wycinanie drzew jako samookaleczanie Dziesięć przykazań klimatycznych czasów schyłku »

komentarze

[foto]

1. Całkowicie popieram! • autor: Wojciech Jóźwiak2020-03-02 13:36:20

Jak wyżej.

2. Rozmowa z panią od "ochrony środowiska" • autor: Manna2020-03-03 00:46:11

Ta rzeź, która się wciąż dokonuje zaczyna się w głowach, to jasne. Wycięli nam spod okien jedyne drzewo na podwórku - 30 letnią samosiejkę czyli - wedle wydziałów ochrony środowiska - śmieć. Nie zdążyliśmy si,ę zorientować: wieczorem drzewo było, skoro świt już nie. Wściekla zaczęlam ustalać kto to zrobił, na czyje polecenie i tak trafiłam do kobiety z wydziału ochrony środowiska, ktora wydała decyzję o wycięciu, no bo drzewo rzecz jasna zagrażalo. Ludziom akurat nie - zagrażalo murowi rozdzielającemu dwa podwórka, przy którym to murze stało. Dama z WOŚ przyslala mi nawet zdjęcia pokazujące - jej zdaniem - straszliwy rozmiar tego zagrożenia. Popatrzyłąm i mówię jej: prosze pani, z tego  muru wystarczyło wyjąć dwie cegły, podeprzeć drzewo, żeby się dalej nie schylało i mogłoby rosnąć kolejne 30 lat. Pani zaczęla swoje ależ... ależ...  Ale nie umiała odpowiedzieć na moją sugestię, że niedlugo dojdziemy do tego, że starego człowieka, który sie o coś opiera i pochyla - też będziemy "wycinać", bo zagraża, bo  może się na nas przewrócić. Jedyne co mogę  z tym dalej zrobić i zrobię,  to napisać skargę na tę panią - głownie po to, zeby ona i jej szefowie przeczytali, że istnieje tak kompletnie inny od obowiązującego punkt widzenia. Może jakiś milion podobnych akcji przesunie jakiś kamyczek w którejś glowie i potem już zacznie sie zmiana w myśleniu?
[foto]

3. W centrum Toronto... • autor: Roman Kam2020-03-03 05:49:56

... na trawniku pasą się krowy z brązu, ale to prawdziwy trawnik. Chyba wszystkie współczesne prądy architektoniczne rozpatrują problem koegzystencji człowieka i natury, proponując piękne i efektywne rozwiązania. Pierwszy z brzegu przykład to np. Śląskie Centrum Kultury przy "Spodku". Nie jest tak, jak Pan pisze, oskarżając wszystkich dookoła, że szaleńcy z piłami w ręku zabetonują wszystko. Nikt tego nie chce i nikt się na to nie zgodzi. Zastępowanie zieleni wysokiej w miastach (nie wszystkiej bynajmniej, bo cenne egzemplarze ratuje się i leczy) zielenią średnią i niską jest realizowane i kompensuje straty. Rozumiem problem, który Pan stawia, lecz z tezą, że wszyscy dookoła zgłupieli, trudno się zgodzić. Zagrożenie tkwi raczej w tym, że niezwykle skutecznymi, coraz szybciej doskonalonymi chwytami socjotechniki, społeczeństwa się ogłupia. 
[foto]

4. Kasa misiu, kasa • autor: Helka2020-03-03 10:30:13

Niestety nie podzielam Romanie Twego optymizmu. W moim ongiś słynącym z zieleni rodzinnym mieście zabetonowano wszystko, co się da. Poprzedni prezydent nosił przydomek "betonowy". Podobno (bardzo podobno) zrekompensowano wycinkę z centrum nasadzeniami w ogrodzie botanicznym - może i tak, jak wliczymy w to rozliczenie każdą cebulkę tulipana.
Obecny prezydent miał być bardziej zielony - a właśnie kolejne obszary wokół rezerwatu oddano deweloperom pod budowę.
Betonu nie trzeba kosić, przycinać, podlewać i grabić z liści. Wygodnie, estetycznie i tanio...
Dobrze, że przynajmniej okoliczne podmiejskie pola pozarastały krzakami - z pewnością tylko dlatego, że słabej klasy ziemi nikomu nie opłaca się uprawiać.
Też uważam, że powinien być zakaz niszczenia zieleni w miastach. Ale nie mam nadziei, że ktokolwiek z władz taki zakaz wprowadzi..

[foto]

5. Chcieli kupić las, by go uwolnić od polowań i wycinek. Ubiegło ich nadleśnictwo • autor: Mirosław Czylek2020-03-05 12:05:23

6. szkoda gadać • autor: Jerzy Pomianowski2020-03-18 15:45:18

Niezwykła jest ta łatwość sięgania po metody faszystowsko-bolszewickie, czyli do zarządzania przez zakazy. I kary oczywiście. Metoda oświecona polegała by na ulgach podatkowych dla posiadaczy drzew, i dotacjach dla gmin nie zalewających wszystkiego betonem, no ale to kosztuje a faszyzm jest tańszy i mentalnie bliższy.
Po drodze do pracy mijam ogródki z domkami. Tam rosną drzewka owocowe które co parę lat się wycina, i sadzi nowe. Na rurze biegnącej wzdłuż płotu niewidzialna ręka namalowała czerwoną farbą ostrzegawczy napis" ZA JEDNE ŚCIĘTE DRZEWO JEDNA ROZJEBANA ELEWACJA!".
Wątpię czy ta niewidzialna ręka odważy się fikać rajcom  likwidującym zieleń miejską, gdy jakiś placyk jest fajny i można go sprzedać pod budowę banku.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)