Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

17 marca 2015

Włodzimierz H. Zylbertal

z cyklu: Pochwała republiki kupieckiej (odcinków: 19)

Dlaczego warto czytać Juliusza Verne'a

Kategoria: Mistrzowie i klasycy
Tematy/tagi: historiaproza

« Technologie szczególnej troski Piramida dla każdego »

I.

Są pisarze, którzy choć sławni i hołubieni za życia, to jednak cicho i spokojnie przechodzą "do historii literatury" w kurz bibliotecznych półek. Są i tacy, co lata i wieki czekają na swoją chwilę. Jest też i taka grupa, która mimo tego, że znana, czytana, a nawet podziwiana - pozostaje nierozumiana do końca; czeka, często przez kilka pokoleń, na właściwe odczytanie, na coś więcej niż tylko bezrozumny podziw dla swej fantazji.

Juliusz Verne należy bez wątpienia do tej trzeciej grupy. Pamiętamy go z młodzieńczych zafascynowań, z filmów robionych na podstawie jego książek, zepchniętych do "młodzieżowych", na jedną półkę z Karolem Mayem... a przecież jakoś funkcjonuje ten genialny wizjoner w świadomości literackiej Europy, jakoś - czeka na odczytanie.

II.

Mógłby więc jawić się Verne jako spadkobierca Morusa i Campanelli, utopista, który szlachetne chciejstwo przeciwstawia okropnościom świata, w którym sam żyje. Ale... w jego powieściach zbyt wielu jest bohaterów niezbyt wysokiej miary. Jest wreszcie i modelowy, westernowy, wręcz "czarny charakter" (to Ayrton z "Dzieci Kapitana Granta"). W klasycznej utopii byłoby to nie do pomyślenia. Więc nie: nie utopista, przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.

Właśnie: nie tradycyjnym! Utopie do wieku XIX mówiły o świecie dziejącym się równoległe do naszego, tyle tylko, że "gdzieś tam daleko". W wieku Verne'a żadne "gdzieś daleko" nie było możliwe, bo świat był już dość dokładnie zbadany i opisany. Toteż fantastyczne przestrzenie jakichś tajemniczych wysp, albo wnętrza Ziemi, są u Verne'a cokolwiek umowne - nawet uwzględniając niewiarygodną łatwowierność, dopiero co w czasach pisarza powstałych społeczeństw masowych. W dodatku nie ma w tych fantastycznych przestworzach żadnego społecznego raju, tak chętnie opisywanego przez utopistów. Są nawet wizje u "zawodowego optymisty" niepokojące: ruchome "gdzieś tam" kapitana Nemo, to przecie gorycz wszystkich niespełnień wieku XIX zamknięta w stalowej puszce...

Gdzie więc jest wyczuwalny wyraźnie, ale niedostrzegalny bezpośrednio świat Vernowski? - Odpowiedzi mogłoby dostarczyć przeanalizowanie schematu konstrukcyjnego powieści wielkiego Francuza: w niemal każdej z nich mamy do czynienia z postaciami zetkniętymi ze sobą mniej lub bardziej przypadkowo, niespodziewanie. Poddawani są one próbie charakterów, rozgrywającej się w zamkniętym okresie czasu, i dopiero potem mamy jakieś zakończenie w rodzaju: "i żyli długo i szczęśliwie". Jak w bajce, nieprawdaż? Zauważmy, że w przeważającej części bajek, mitów i legend czynnikiem decydującym o odczuciu bajkowości jest w mniejszym stopniu odległość przestrzenna (mitologia grecka wymienia, znane jej słuchaczom, żyjące miasta), w większym zaś - czas. Niekoniecznie odległy w sensie historycznym. Bardziej jest on oddalony od odbiorcy w sensie psychologicznym - poprzez fakt, że postacie baśniowe i mityczne odbieramy jako kogoś nie z naszej rzeczywistości. W zasadzie inaczej niż w synchronicznej utopii.

Mieszkańcy wyobraźni Julisza Verne'a są zatem mieszkańcami odległego czasu.

Wniosek ten umocni się jeszcze, gdy przyjrzymy się osobowościom tych bohaterów literackich. Z naszego punktu widzenia nie są psychicznie pełni. Odnosimy wrażenie, że autor zredukował ich co do jednego, mianowicie do typu reagowania i zachowania, który astrologia przypisuje Wodnikowi, a który - językiem niewtajemniczonych - można opisać mniej więcej tak: nieco ekscentryczny optymista, mało dbały o sprawy przyziemne, obdarzony zdolnościami łatwego radzenia sobie z oporem materii (a to poprzez inwencyjność - tu mieści się zarówno wykorzystujący sanie żaglowe z braku pociągu Fileas Fogg z "W 80 dni dookoła świata", jak i budujący "z niczego" cywilizację Cyrus Smith z "Tajemniczej wyspy"), wyżej ceniący uduchowioną przyjaźń niż związki erotyczne (erotyzm jest u Verne'a nieobecny) i fanatycznie wręcz przywiązany do idei wolności.

Ktoś taki rzeczywiście niezbyt pasuje do czasów zdławienia Wiosny Ludów i Komuny Paryża, do czasów, gdy fanatyk morduje Abrahama Lincolna. Niespecjalnie wiedzie się Vernowskim bohaterom i w czasach nam bliższym, bo cóż mieliby robić w laboratoriach III Rzeszy? Na jaką tajemniczą wyspę uciekliby przed agentami CIA czy NKWD? Jak długo mógłby swobodnie pływać "Nautilus" w morzu gęstym od fal sonarów i radarów?

I w wieku Verne'a, i w naszym ktoś taki mógł się przechować pod tyleż dobrotliwą, co lekceważącą etykietką „szlachetnego inżyniera”. Dobrego może jako "wzór moralny", ale nie do praktycznego naśladowania, tylko co najwyżej wzdychania do lepszych czasów, jakie miały nadejść w wyniku jeszcze jednego dziewiętnastowiecznego złudzenia - postępu ludzkości.

III.

Każda epoka historyczna tworzy warunki środowiska, sprzyjające wydobyciu z człowieka pewnych cech, aktualnie światu potrzebnych. Dziś, po pracach Junga, powiedzielibyśmy: cech archetypowych. Czas, w jakim człowiek żyje i działa, jest próbą: czy i na ile do swego czasu pasuje. Szczególnie dotyczy to artystów, o których mawia się, że "powinni umieć wąchać swój czas".

Gdzie zatem lokować archetyp, jaki wydobywa Verne? Oczywiście - zgodnie z dziewiętnastowieczną koncepcją rozwoju - w przyszłości. To ona miała zweryfikować prognozy, określić, czy fantasta przeczuwał trafnie, czy nie.

Sytuacja Verne'a jest osobliwa. Wizje techniczne, takie jak choćby konstrukcja "Nautilusa", nie budzą już większych zastrzeżeń. Natomiast człowieka Vernowskiego traktuje się do dziś jako dodatek do prognoz rozwoju techniki, tj. niepoważnie. Rzeczywiście: w dobie tak złożonych postaci, jakie tworzyli Dostojewski czy Hugo, ludzie z kart takiej, np. "Napowietrznej wioski" wydają się jednowymiarowi, niepełni.

Aliści, gdyby popatrzeć na postacie literatury XIX w. archetypowo właśnie, to... okaże się, że zarówno Dostojewski, jak i inni autorzy tego wieku, prezentowali po prostu odmienny od Vernowskiego archetyp - tak wbijany w świadomość czytelniczą, że uznaliśmy go za jedyny możliwy! Wiek XIX to przecie wiek "śmierci Boga" i związanych z nim egzystencjalnych cierpień. Taka też - owszem, głęboka, ale i jednokierunkowa w tej głębi cierpienia - była większość jego literatury.

Nic dziwnego, że optymistyczne książki Verne'a przyjmowano tak, jak je przyjmowano, czyli patrząc na "szlachetnego inżyniera" z czymś na kształt życzliwego politowania, z jakim modlimy się dziś za dusze wymarłych naiwniaków.

IV.

Rodowód takiego stanu rzeczy jest co najmniej o dwa stulecia wcześniejszy od "wieku pary i elektryczności". Bierze swój początek z procesów, jakie systematycznie zachodziły w kulturze europejskiej od czasów Renesansu. Albowiem u początków tego, po czym dziś przychodzi nam z trudem sprzątać, wiedza ludzkości była harmonijna, spójna i - w przeciwieństwie do współczesnej nauki redukcjonistycznej - była doskonałym narzędziem do pogodzenia i zharmonizowania się ze światem. Dlatego to właśnie koryfeusze wczesnej fazy rozwoju nauki, od Kopernika do Newtona, mieli przeświadczenie, że ich odkrycia są materialnym odbiciem jakiegoś wyższego porządku świata. Galileusz czy Bruno święcie wierzyli, że tylko dzięki łasce swych bogów odkrywali: czy to wielość światów, czy to księżyce Jowisza. Harmonizowali zatem to, co wewnętrzne (wiara, i to gnostycka w swym wyrazie, ściśle subiektywna) i to co materialne (sprawność podpatrywania przyrody, prowadząca w prostej linii do eksplozji wynalazków, wśród których - od lunety do komputera - nie znajdziemy niczego, czego zasady działania Natura nie znałaby już przed nami).

Nieszczęście polega na tym, że wytwór niewątpliwego Ducha, jakim ożywieni byli założyciele światopoglądu naukowego, miał postać przedmiotów materialnych (już bez żadnego uduchowienia), służących każdemu prostakowi. Od łatwości zaprzężenia uduchowionej materii do całkiem nie-duchowych celów, rozpoczęło się nadużywanie nauki i pochodnej od niej technologii,a wszystko w imię bóstw materialistycznych - przede wszystkim pieniądza.

Możemy tłumaczyć to na wiele sposobów, możemy do ewidentnej nieodpowiedzialności nowożytnej ludzkości dopasowywać wiele teorii i teoryjek, ale fakt pozostaje faktem: technologia, wymyślona przez szlachetnych aż do przesady idealistów, dostała się ręce kogoś, dla kogo nie była bynajmniej przeznaczona; kto absolutnie nie był dość dojrzały, by się nią właściwie posłużyć. W ręce kogoś, kto od razu pojął, że kto ma technologię, ten ma władzę.

Początków takiego wykorzystania technologii możemy szukać w czasach oświecenia, a pierwszych "sukcesów" - w pierwszej połowie wieku XIX. Panujący wtedy romantyzm to, wbrew powszechnym mniemaniom, mniej "epoka poetów", a bardziej laboratorium nowoczesnej socjotechniki; wylęgarnia szowinizmu, pochodnego od niego "naukowego" rasizmu, itp. zjawisk, których skutki w skali bynajmniej nie laboratoryjnej oglądaliśmy (i oglądamy do dziś) w czasach nam współczesnych. Podręczniki szkolne, dziateczki nasze umoralniające, eksponują raczej drugi, odpadowy produkt romantycznej Europy: szlachetnych idealistów i marzycieli, co sobie nawzajem dedykowali wiersze i od czasu do czasu udowadniali zło tego świata, co miało miejsce po każdym kolejnym krwawo tłumionym powstaniu.

Ukoronowaniem takiego stanu rzeczy było - szczyt arogancji! - wystąpienie Augusta Comte'a, głoszącego - w ramach swej "nauki pozytywnej" - jakiś "nowy Kościół" z socjologią na miejsce teologii...

W takich warunkach wychowały się pierwsze pokolenia inżynierów. Starsi odebrali jeszcze klasyczne, rodem z czasów Galileusza i Bruna, wykształcenie ogólne. I mieli proweniencję szlachetno-romantyczną. Starali się nadać swym dziełom sens głębszy niż tylko techniczny. To, np. Robert Fulton (nb. z wykształcenia malarz), proponujący swe parowce Napoleonowi, w którym widział wyzwoliciela ludzkości. Inżynierowie młodsi, albo ci, którzy nie mieli klasycznego wykształcenia, byli już tylko biznesmenami, jak choćby samouk Edison.

A stąd już prosta droga do wiernego sługi chorych na manię wielkości polityków i zblazowanych ideologów, do "homo faber". Kaprala taśmy produkcyjnej rodem z zakładów Forda. Inżyniera odciętego od humanistycznych korzeni, stającego się termitem w służbie technokracji.

V.

Inżynier, kluczowa postać dzieł Verne'a, miałby zatem rodowód podwójny: z jednej strony naukowo-techniczny, wyniesiony z Wieku Świateł, z drugiej - romantyczny, nawiązujący pośrednio i okrężnie do Europy łacińskiej. Taki też był odbiór dzieł inżynierskich, które choć nic nie miały wspólnego z cudami rzeczy (np. kolej żelazna), postrzegano przez pryzmat prymitywnego myślenia magicznego. Przypomnijmy sobie obawy ubiegłowiecznych wieśniaków, którzy święcie wierzyli, że przejeżdżające przez ich wioski pociągi, będą odbierały mleko krowom! Jak gacki i wampiry!

Wśród inżynierów, współczesnych autorowi "Pięciu tygodni w balonie" świadomość tej podwójności jeszcze nie całkiem zanikła. A zdarzali się i tacy przedstawiciele tego fachu, którzy starali się pogodzić w sobie obie części swego rodowodu. Niestety, większość z nich szybko dołączyła do przegranych romantyków.

Takich też - szlachetnych, wspaniałych, ale w świecie ówczesnym skazanych na przegraną - ukazuje Verne. I robi to jakby obok rzeczywistego biegu wydarzeń! Jakby postępującego odhumanizowania techniki wcale nie było!

Dlaczego więc próbujemy tu ratować Vernowskie prognozy "nowego człowieka", skoro się nie sprawdzają? Skoro nie przewidziano ani fachowców od jednej śrubki, ani inżynierów z Los Alamos, gdzie wykluła się pierwsza bomba atomowa? Skoro w takiej, jak nasza, dwudziestowiecznej rzeczywistości prognozy te brzmią, jak powtarzane do znudzenia bajki poczciwej babuni?

Odpowiedzi musimy szukać znów... w czasach dzisiejszych. W czasach, w których jesteśmy tak zastraszeni, zmanipulowani i ubezwłasnowolnieni, że drżymy podświadomie o jutro. - Nic więc dziwnego, że pytamy tylko o to jutro! Verne może nam sprawić niespodziankę, jeżeli założymy, że jego wizje psychologiczne dotyczą - pojutrza. Z jego perspektywy pojutrzem był wiek XXI.

VI.

Kapitan Nemo pierwotnie miał być nie Hindusem, lecz Polakiem. Nie zgodził się na to wydawca, od którego Rosjanie zawczasu kupili prawo tłumaczenia i wydania nienapisanej jeszcze książki. Car Wszechrosji nie życzył sobie, by szlachetny i uciśniony Polak topił w szlachetnej chęci zemsty rosyjskie fregaty. (Szlachetny i uciśniony Hindus, topiący w szlachetnej chęci zemsty fregaty Jej Królewskiej Mości, był widocznie do przyjęcia zarówno przez Jego Imperatorską Mość Cesarza Wszechrosji, jak i przez głowę Imperium Brytyjskiego). Książka na tej zamianie nic nie straciła, co dowodzi wymienności (archetypowości) Vernowskich bohaterów.

Ta wymienność jest pomostem przerzuconym od czasów pisania "20000 mil podmorskiej żeglugi" w hipotetyczne pojutrze. Bohaterowie urobieni są z materii współczesnej swojemu twórcy, ale posiadają też cechy w XIX w. rzadkie. Z podwójnej, romantyczno-racjonalnej tradycji wyekstrahowano mieszankę najszlachetniejszą: romantyczną świadomość wartości jednostki i jej narodowych, i społecznych "korzeni" plus oświeceniowe przekonanie, że człowiek jest w gruncie rzecz wszędzie taki sam. Czyż ktokolwiek inny zdolny byłby do wymyślenia Zjednoczonej Europy?

W takiej Europie nie będzie miał czego szukać nacjonalista ciasnawych poglądów, nic nie wiedzący o uniwersalnych ideach ponadnarodowych - typ, jakich w XX w. mieliśmy (i mamy, niestety, nadal) do przesytu.

VII.

Vernowskie jutro nie jest zatem podane explicite, przypomina raczej okres do przetrwania. Tę ideę zawiera, np. "Tajemnicza Wyspa". Zagniewany na świat kapitan Nemo znajduje tu wreszcie coś, czego nie dane mu było odnaleźć przed laty w świecie swej młodości. Pisze Verne o rozbitkach, nic o pomocnej obecności kapitana Nemo na tej wyspie niewiedzących: "Ci ludzie nadawali się do pogodzenia kapitana Nemo ze światem". Dlaczego? - Choćby dlatego, że mieli wśród siebie Murzyna, którego traktowali, jak normalnego członka społeczeństwa. Dorośli zatem do braterstwa ludzkości. Również zadzierzgnięcie znajomości jest charakterystyczne: "Kapitan Nemo w szlachetnym odruchu uratował Cyrusa Smitha". Miał więc ten zagniewany odludek szlachetne odruchy! I potem jeszcze odgrywał rolę "niewidzialnej ręki" przez długi czas!

Kapitan Nemo potrzebuje zatem dowodu, że wymogi, brak spełnienia, które pchnęły go w podmorskie głębie - ludzkość wreszcie spełniła. Otrzymuje ten dowód. Wtedy kończy się gniew i zaciętość.

Druga rozwiązująca się na "Tajemniczej wyspie" historia, to dzieje "czarnego charakteru" - Ayrtona, opisane w "Dzieciach Kapitana Granta". Po odbyciu kary odosobnienia, wraca on do społeczeństwa na równych prawach. Nic z wiecznego potępienia, nic z egzystencjalnych szaleństw wieku XIX.

Tak więc, można powiedzieć, że była to próba człowieczeństwa, idea jakby prometejska. Bunt przeciwko bogom, by ubóstwić człowieka, czy też raczej, by człowiek przestał oddawać cześć bałwanom i dostrzegł boskość tam, gdzie ona jest w nim samym. Postacie Vernowskie przechodzą tę próbę zwycięsko.

Przypomnijmy sobie ponadto, że w micie o Prometeuszu decydującą rolę (jak to w mitach) odgrywał czas. Musiał Prometeusz odcierpieć swoje na skale, nim go Herakles uwolnił. Podobnie cywilizacja. Verne przeczuwał, że jutro może okazać się próbą cierpliwości (być może wśród cierpienia) i że za wcześnie jeszcze na wyrywanie się bogom spod kontroli. (Pewnie dlatego, wcielana w życie "na siłę", prometejska przecie w swym założeniu idea socjalizmu... - stała się tym, czym się stała).

Dopiero zatem, gdy Ludzkość (ta z dużej litery) dojrzeje i udowodni tę dojrzałość, wrócą do niej z pomocną dłonią (zamknięte do tej pory w przetrwalnikach) wartości symbolizowane przez zamkniętego w przetrwalniku -"Nautilusie" kapitana Nemo. Energia, obracana dotąd w gniew idealisty, zmieni się w entuzjazm idealisty. A sam przetrwalnik - podzieli los "Nautilusa"; wypuściwszy swą zawartość - odejdzie w niebyt.

Verne zapowiada więc okres prób dla ludzkości. I tu jego prognoza jest stuprocentowo trafna. Część inżynierów dojrzała już do humanizacji technologii, do budowy supersprawnej aparatury służącej medycynie, łączności, komunikacji, ekologii, itp. celom; inni - obdarzeni taką samą porcją wiedzy technicznej - wciąż jeszcze nie wyrośli z budowy supernowoczesnej aparatury do zabijania i zniewalania ludzi.

VIII.

Jest to kolejne wydanie opowieści o Kronosie, który - dzięki jakiemuś nagłemu odstępstwu od przyjętego porządku (kamień zamiast dziecka do połknięcia) - zmuszony jest do stoczenia walki z cudownie ocalonym dzieckiem i przegrania jej. Pod rządami spłodzonego i niepożartego przez siebie rywala - Zeusa, Kronos staje się bóstwem dobrobytu i pomyślności. Nie dość na tym: zwraca i pozostałe połknięte dzieci. Nic nie jest ostatecznie powiedziane, nic ostatecznie zagubione.

Bohaterowie Verne'a to ci, którzy będą mieli odwagę nieubłaganego Kronosa oszukać. Mają na tyle inwencji, by skutecznie przeciwstawić się "ojcu", tj. cywilizacji, która ich wychowała i wykarmiła. Żaden z nich nie powołuje się na swe tradycje rodowe czy narodowe.

Mit o Kronosie mówi ponadto o niejednoznaczności odczuwania czasu, o tym, że wszelkie nieszczęścia związane z przeszłością mogą okazać się niebyłe, jeśli nie doświadczymy ich skutków. Bliscy są tego bohaterowie Verne'a: nie odwołują się do przeszłości i nie mają wieku. Reprezentują przekroczenie czasu biologicznego. Z takiego przekroczenia, z pokonania czasu i jego ograniczeń bierze się wiara w sens egzystencji samej dla siebie - rzecz raczej nieznana wiekowi XIX. I jeżeli w powieściach Verne'a nie ma dyskusji na temat tej wiary, to tylko dlatego, że jest ona czymś dla jego postaci jak najbardziej oczywistym.

Oto jeszcze raz zanegowanie roli czasu i przepływu trzystu niezbyt udanych lat kultury europejskiej. Przypomnienie renesansowego Wszechświata i radości jego Kreatora, Deus Ridens, uśmiechającego się pogodnie do doli i niedoli swoich dzieł.

IX.

Co dzieje się zatem u zmierzchu ciemnego, jak się okazało, jutra i brzasku pojutrza, które nie jest jeszcze znane? - Dzieje się to, że powoli otwierają się ludzkie oczy na miałkość i zwodniczość wszelkich ideologii, że następuje kurczenie się świata do wymiarów telewizyjnego albo komputerowego ekranu. Coraz większe ujednolicenie (Kronos coraz pewniej i coraz bezkarniej pożerający kolejne dzieci)? Czy może coraz większe poczucie wspólnoty (ten sam Kronos, przegrywający walkę z rosnącym rozumieniem jedności Uniwersum i Ludzkości)? Kto wie, czy pozytywna manifestacja nadciągającego archetypu, czyli Szlachetny Inżynier, nie będzie musiała stoczyć walki z manifestacją negatywną - np. nowoczesnym terrorystą czy kandydatem na kolejnego "wodza ludzkości" i rozbić stojącą za nimi maszynerię głupoty, strachu i chciwości.

Archetypy epok wymieniają się bez udziału ludzi. Natomiast wybór poziomu manifestacji archetypu zależy całkowicie od nas samych.

Zbiega się kilka problemów: początek nowego wieku, początek millennium, a nade wszystko koniec pewnej formacji kulturowej. Wraz z taką zmianą wszystko staje się nowe i od nowa do nazwania i oswojenia.

Co dalej? - Stajemy przed kolejną możliwością wyboru, który zdeterminuje wszelkie dalsze. Dlatego czasem warto wrócić do okresu (zwłaszcza młodości i jej lektur), gdy wybierało się po raz pierwszy. Być może znajdziemy tam jakieś wskazówki na dalszą drogę.

Wróżę renesans poważnego zainteresowania twórczością Juliusza Verne'a.



« Technologie szczególnej troski Piramida dla każdego »

komentarze

[foto]

1. Uwagi w trakcie • autor: Wojciech Jóźwiak2015-03-18 15:33:20

1) Inżynierowie z Los Alamos pracowali dopingowani myślą, że Niemcy robią to samo i zrobią szybciej.

2) "Część inżynierów dojrzała już do humanizacji technologii ... inni ... wciąż jeszcze nie wyrośli z budowy supernowoczesnej aparatury do zabijania i zniewalania ludzi. "
---Ależ inżynierowie realizują tylko SPOŁECZNE ZAMÓWIENIA. Jest społeczna potrzeba zabijania, zbudują Iskandra lub Tomahawka. Jest społeczna potrzeba utylizacji śmieci na nieszkodliwe składniki proste -- zbudują reaktor plazmowy (zob. http://www.silvergas.sk/kontakt.html )

3) "Przypomnijmy sobie ponadto, że w micie o Prometeuszu decydującą rolę (jak to w mitach) odgrywał czas. Musiał Prometeusz odcierpieć swoje na skale, nim go Herakles uwolnił."
--- Tu przypomnę moją ulubioną powieść Tomasza Manna "Wybraniec", gdzie Gregorius, późniejszy Dobry Papież, a wcześniej straszliwy grzesznik, spędza na skale 17 lat zamieniony w "stwór podobny do jeża".

4) "bohaterowie Verne′a: nie odwołują się do przeszłości i nie mają wieku." --- WODNIK! Symbolika Wodnika! Niesamowite...
[foto]

2. Humanizacja • autor: Przemysław Kapałka2015-03-18 18:57:15

Nie jestem inżynierem, ale jestem reprezentantem nauk ścisłych (ciągle jeszcze uważam się za takiego). I zanim jakaś humanistyka zacznie mnie humanizować, życzyłbym sobie, żeby najpierw naprawiła siebie. Jak dotąd humanistyka kojarzy mi się z ignorancją, niewiedzą i dumą z niewiedzy, z zajmowaniem się bzdetami typu jak odmienić jakiś tam czasownik czy rzeczownik, z przy[isywaniem umiejętności analizy wiersza roli jednej z czołowych umiejętności świata, ze spychaniem innych dyscyplin do roli podrzędnej. Oczywiście nie wszyscy humaniści, jakich znam, potwierdzają ten pogląd, wielu jest takich, którzy mu całkowicie zaprzeczają. Niemniej jednak humanistyka jako całość obecnie źle mi się kojarzy i jak dotąd nie widzę sygnałów, żeby miała zamiar to zmienić.
[foto]

3. Humanizacja - potrzebna jak najbardziej • autor: Włodzimierz H. Zylbertal2015-03-18 22:37:05

Humanistyka potrzebna kulturze jest jak tlen ciału, albowiem uczy wrażliwości i zdolności wybierania - także inżynierów. Pisał nie kto inny jak WIELKI HUMANISTA Czesław Miłosz:
"Kark komuś skręcić jest drobnostką / Potem Komedię czytać Boską / Czy oklaskiwać stary kwartet / Lub dyskutować awangardę" (Traktat Moralny, 1949). Z faktu, że humanistyka z jej refleksją, zdolnością porównywania, wybierania wartości i wierności tymże wartościom, dziś jest przez zaślepionych doraźną skutecznością technokratów spychana na margines świadomości społecznej, wcale nie wynika, że jest zbędna. Przeciwnie, powinna stanowić element wykształcenia także (a może przede wszystkim?) technika właśnie. Między innymi. o tym pisze Verne - i między innymi dlatego do dziś czytać go warto. 
[foto]

4. dziękuję za ten tekst • autor: Arkadiusz2015-03-19 14:08:04

Nauki ścisłe dają wgląd w jakąś szczegółową dziedzinę, dają nam nowe narzędzia wpływu na materię. Nauka humanistyczna zapewnia spojrzenie z większej odległości, wyłania się wtedy całe tło wraz z różnymi implikacjami tych nowych narzędzi. To spojrzenie jest niezbędne, jest jak rozwój świadomości, za którą idzie większa odpowiedzialność. 
Jako wodnik, obserwator, z imieniem od krainy szczęśliwości, z chorobą tarczycy powodującą zwolnienie przemiany materii (służy mi to), w przededniu Ery Wodnika, zaczytujący się kiedyś w książkach J. Verne′a, czuję pozytywny rezonans z tym tekstem.
[foto]

5. Potrzebna, ale: • autor: Przemysław Kapałka2015-03-19 15:19:37

Humanistyka jest potrzebna. Ale humanistyka mądra, a nie ograniczona do swoich odrealnionych rozważań. Nie twierdzę, że inżynierów i ścisłowców nie trzeba humanizować. Twierdzę tylko, że sama humannistyka, taka jaką mamy obecnie, nie ma po temu wystarczających kompetencji. W jaki sposób humanizować czy cokolwiek robić może ktoś, kto nie ma bladego pojęcia o dziedzinie, którą zajmują się humanizowani przez niego ludzie? I często jeszcze czujący dumę z tego powodu? To będzie tylko dywagowanie na tematy znane jemu, tylko drażnienie ludzi swoimi mądrościami nieprzystającymi do niczego, czym się zajmują. Efektywne może to być tylko wtedy, kiedy będzie jakiś punkt zaczepienia między humanistami a tymi, których humanizacja ma dotyczyć. A to będzie możliwe tylko wtedy, kiedy ci humaniści wyjdą z kręgu swoich dziedzin (na co im zazwyczaj honor nie pozwala) i będą mieli przynajmniej podstawowe pojęcie o świecie widzianym z innych dziedzin. Tyle mówi się o potrzebie humanizowania, wszyscy przedstawiciele nauk ścisłych i inżynierskich muszą się uczyć filozofii i jeszcze paru innych rzeczy. Tylko humanistom pozwala się siedzieć w zaklętym kręgu swoich dyscyplin i nie interesować się niczym ponad to. Dlaczego humanistom nie daje się wykładów przedstawiających podstawy (zaznaczam: podstawy) biologii - nauki o życiu na Ziemi, fizyki - nauki o prawach rządzących wszechświatem, geografii - nauki o Ziemi? Niepotrzebne? Bardzo potrzebne. Właśnie po to, żeby wytworzyć jakąś płaszczyznę porozumienia, żeby i humaniści nabrali szacunku do tych, których uważają za swoją misję humanizować.

6. umysł ścisły a rozlazły • autor: Jerzy Pomianowski2015-03-23 22:18:27

Tak to wygląda. Humanista wręcz chwali się nieznajomością elementarnej matematyki, zaś inżynierowi wypada coś wiedzieć o literaturze, czy muzyce.


7. Czy istnieje prawdziwy humanizm bez logiki a umysł ścisły bez abstrakcyjności? • autor: Nierozpoznany#80162015-03-26 22:49:16

Jedno bez drugiego jest niekompletne. Tylko ze zjednoczenia jednego z drugim powstają największe dzieła i odkrycia. Einstein jest tego najlepszym przykładem i dowodem.
Czy rzeczywiście matematyka jest nauką ścisłą? Czy prawa jakie uwążamy za uniwersalne rzeczywiście takimi są?
Dwie skrajności na wyższym poziomie zwykle stają się jednością.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)