zdjęcie Autora

24 maja 2013

Marcin Hładki

Dlaczego wydaje się, że Bóg czegoś chce

To moja odpowiedź na artykuł "Czego chce Bóg", miała być komentarzem, ale wyszła zbyt obszerna.

Michalkiewicz (a miesiąc wcześniej Kamil Cybulski, który napisał podobny, ale jeszcze bardziej powierzchowny tekst) filar grecki i rzymski ocenia po skutkach i syntetycznie, ale chrześcijaństwo według intencji i wybiórczo. Dla zachowania równości spróbowałem spojrzeć podobnie syntetycznie na skutki chrześcijaństwa dla cywilizacji, nie wchodząc w intencje i mitologiczne uzasadnienia. Krytyce negatywnych zjawisk w historii chrześcijaństwa poświęcono mnóstwo słów, nie będę zajmował się krucjatami, symonią, politycznym zaangażowaniem kleru, całą tę (czasem ciekawą, częściej nużącą) wyliczankę pozostawiam choćby “Racjonaliście”.

Teza o tym, że dopiero chrześcijaństwo i jedynie ono twierdzi iż “każdemu człowiekowi, niezależnie od aktualnej pozycji społecznej, przysługuje nienaruszalne i przyrodzone minimum godności, jako dziecku Boga” , jest zwyczajnie fałszywa. Każda kultura o której słyszałem przestrzega takiej zasady. Różni je jedynie to, jak definiuje owo “minimum”. Obecnie rozumiemy to minimum przede wszystkim jako wolność osobistą, ale w innym czasie i w innych miejscach oznaczało co innego: w Grecji - (na przykład i między innymi) prawo do zachowania swojego ciała w całości - sekcji nie prowadzono nawet w okresie hellenizmu, obowiązywał zakaz używania noża przez lekarza, zachował się w przysiędze Hipokratesa; w Rzymie prawo osobistej własności, dotyczyło nawet niewolników; w Chinach - prawo do opieki nad grobami przodków i pozostawienia swojego grobu potomkom. To wybrane, nieliczne przykłady, ale pokazują jak powszechne były i jak wysoką rangę miały zasady, pozwalające na zachowanie “minimum” godności. Tak więc chrześcijaństwo traci swoją wyjątkową pozycję trzeciego filaru naszej cywilizacji, bo tego rodzaju filar ma każda cywilizacja.

Jeżeli zaś spojrzeć nie na deklarcje tylko na faktycznie promowane wartości to trudno mówić o chrześcijaństwie jako całości, czy nawet katolicyźmie jako całości, bo w ciągu tych wieków wielokrotnie zmieniał on swoje postawy (stała jest jedynie legitymizacja poprzez wykorzystanie mitu o zmartwychwstaniu). W pierwszych wiekach taką wartością fundamentalną wnoszoną w kulturę był mistycyzm i poszukiwanie osobistego kontaktu z Bogiem; po pierwszej fali dżumy która przeszła w IV-VI wieku i zmianie pozycji politycznej Kościoła, dominującym motywem stało się współczucie dla biednych i jałmużna; później, w okresie wojen krzyżowych, nadchodzi okres w którym żarliwość wiary i głoszenie Ewagelii staje się ideą pozwalającą na równy kontakt między potężnymi i słabymi. Można tę wyliczankę ciągnąć dalej, uogólnienia jakimi się tutaj posługuję powodują straszliwe skróty i uproszczenia, ale mimo to, tych kilka przykładów pokazuje, że chrześcijaństwo nie dostarcza jakiejś jednej myśli przewodniej, którą dałoby się porównać z klarownymi zasadami dochodzenia do prawdy według greckiej filozofii albo regułami rzymskiego prawa.

Zatem w jaki sposób chrześcijaństwo ma być takim ważnym filarem naszej cywilizacji? Która z tych wartości jest najważniejsza i przetrwała próbę czasu podobnie jak Elementy Euklidesa? Jeżeli coś wydaje się trwać, to współczucie dla biednych i słabych, różne formy miłosierdzia i działań charytatywnych. Jednak nie są one wyróżnikiem chrześcijaństwa - dość wspomnieć zakat, czy Bodhićitta -ale często służą do legitymizowania jego roszczeń, choćby w takiej formie jaką przedstawia Michalkiewicz, dlatego chcę sie temu bliżej przyjrzeć.

Jako małpy używające rozumu jestśmy rozdarci pomiędzy instynktami, które mówią nam jak żyć w niedużych grupach oraz rozumem, który wytwarza abstrakcyjne pojęcia pozwalające na pokojową koegzystencję w znacznie większej skali. Filar grecki i filar rzymski to właśnie sformułowania takich zasad, których stosowanie pozwala na wspólne życie w większych zbiorowościach. Jakieś formy tych poglądów, formułowane nie tak szczęśliwie, były wytwarzane przez wiele innych wielkich cywilizacji.

Kłopot z tymi dwoma filarami jest jednak taki, że stosowanie tych zasad prowadzi do pojawienia się dysproporcji potęgi, władzy i jej stale rosnącej koncentracji. Kumulowanie nawyżek przebiega w sposób wykładniczy, im ktoś jest potężniejszy tym szybciej jego potęga rośnie, a po pewnym czasie tuż obok siebie żyją ludzie o tak różnych możliwościach, że wydają się należeć do innych narodów, jeżeli nie gatunków.

Obraża to nasze uczucia, instynkty, przystosowane do życia w niewielkich, kilkudziesięcioosobowych grupach, w których związki osobiste, uczucia rodzinne stanowią spoiwo i przyczyniają się do łagodzenia różnic władzy i zamożności. W dużym społeczeństwie potężniejszych od siebie traktujemy jak egoistów, którzy nie chcą się podzielić, słabszych jak obcych, którzy pasożytują na nas i naszym środowisku. Takie widzenie innych jest możliwe, bo ludźmi o innym statusie materialnym często nie mamy osobistych związków, a racjonalne zasady dają silne uzasadnienie dla podtrzymywania różnic.

Aby społecznie poradzić sobie z tym napięciem tworzone są ideologie, łamiące racjonalność i wspierające się na przedziwnych nieraz mitologiach, których sens i spójność ma niewielkie znaczenie, ponieważ mają dostarczyć tylko emocjonalnego uzasadnienia dla podejmowania działań nie wynikających z racjonalnych filarów - jak choćby dawanie pieniędzy żebrakom. Podtrzymywanie tych mitologii jest kosztowne społecznie, ale niezbędne. Możliwe są dwa rodzaje działań z tego wynikających: motywowanie do dzielenia się bogactwem oraz wskazywanie alternatywnej hierarhii społecznej. Chrześcijaństwo wykorzystywało i wykorzystuje swój mit w obu tych celach.

Obecnie przepaść społeczna, która powstaje jako efekt stosowania wyłącznie racjonalnych zasad organizacji, jest zasypywana przy wykorzystaniu ideologii bazującej na innym niż chrześcijaństwo uzasadnieniu. Jest to ideologia praw człowieka - listy oczekiwań, jakie każdy może kierować do społeczeństwa tylko z tej racji, że należy do gatunku. Istotną nowością w stosunku do filarów greckiego i rzymskiego jest to, że Deklaracja Praw Człowieka daje wszystkim prawa do pewnego poziomu zamożności - jest to wyrażone wprost w artykułach od 22 do 27. Takie same zalecenia były też wypełniane przez chrześcijaństwo, ale posługiwało się ono innym uzasdnieniem - religijnym, nie formalnym. Owo religijne uzasdnienie dla wyrównywania różnic ekonomicznych dawało motywację do działalności charytatywnej a działaność charytatywna motywowana religijnie wspierała moralnie kościoły. Obecnie ten układ został podminowany: jeżeli bowiem uda się wprowadzić poprzez biurokratyczne, państwowe mechanizmy zabezpieczenie dla wszystkich owego podstawowego poziomu zamożności (zadowalające wynagrodzenie, urlopy, ochronę zdrowia, naukę i udział w kulturze) wówczas główna motywacja dająca siłę religii jaką znamy - instynktowna niezgoda na przepaście społeczne - straci swoją moc, a przynajmniej znacznie się osłabi.

Analogią może być to, co stało się z prawami człowieka w neolicie (oczywiście wówczas tak nie nazywanymi). Osiadły tryb życia i ogrodzone osady dały po raz pierwszy w historii szansę na zapewnienie wszystkim ludziom, tylko na zasadzie przynależności gatunkowej, bezpieczeństwa przed pożarciem przez dzikie zwierzęta. Stąd, z tej troski o wspólne bezpieczeństwo, wyrastają stare religie wojowników, owe rozbudowane mitologie honoru i waleczności, kasty rycerskie, których religijnym powołaniem było ćwiczenie sprawności w używaniu broni, tak aby móc bronić innych przed napadami - przed zwierzętami właśnie a później i przed innymi ludźmi. Ten religijny obowiązek powszedniał, stawał się elementem codzienności, wraz ze zwiększaniem się przewagi człowieka nad zwierzętami, trafiał na coraz niższe szczeble społecznej hierarchii: od prac Herkulesa, do szeryfa Nottingham - leśniczego lasu Sherwood, a dalej do łowczych i gajowych na magnackich dworach, aby skończyć na funkcji weterynarza powiatowego, dla którego usypianie niebezpiecznych zwierząt jest dodatkowym obowiązkiem, czy rakarzy - o których chętnie się zapomina, ale to oni bronią nas przed stadami dzikich psów. Religie łowców-wojowników, zostały zapomniane, rozpłynęły się w jakieś folklorystyczne okruchy celebrowane przez koła łowieckie.

Podobnemu procesowi podlegają prawa do bezpieczeństwa ekonomicznego. Po żarliwych religinych uzasadnieniach przychodzi czas biurokracji, która bez duchowej, boskiej legitymacji usiłuje zapewnić dostatek. Rozpisuje go w rozbuchane wytyczne prorównościowych programów unijnych, standardy edukacyjne, przymus - bo to już nie tylko prawo - kształcenia dzieci, finansowanie kultury choćby poprzez utrzymywanie absurdalnych “antypirackich” przepisów prawa autorskiego, przywileje dla przemysłu turystycznego (jak budowa autostrad z podatków czy finansowanie lotnisk - to objawy realizowania artykułu 24 Deklaracji). To czas Robin Hoodów: centralna władza już nie potrzebuje i nie toleruje szlachetnych i doskonałych (w założeniach) bohaterów walczących z nierównością, potrzebuje organizacji: państwa włączają zapewnienie “praw socjalnych” do swojego programu. Ci którzy próbują własną przemyślnością zapewnić sobie zamożność są albo łupieni, albo uciekają w szarą i czarną strefę, czasem tylko spektakularnie protestując.

Chrześcijaństwo podąża za tym procesem: kolaboruje z państwowym socjalizmem i wymuszoną “solidarnością społeczną”, daje się włączać w nowe zasady, choć czasem pojawiają się buntownicy, którzy widzą upadek dawnych wartości i ich “wyprzedawanie” protestują przeciwko temu i roją o powrocie do dawnej świetności. Jeżeli analogia jest prawdziwa, to państwa znajdą nową ideologię, nową religię z którą się sprzymierzą a chrześcijaństwo włączy się w nią jakimiś strzępami, które z czasem będą się wtapiać i mieszać nie wywołując już dysonansu i konfliktów.

Gdzie tu jest miejsce na Boga i jego antykatolicki spisek? Cóż, “nie potrzebuję tej hipotezy”

komentarze

[foto]

1. Socjalizm • autor: Wojciech Jóźwiak2013-05-24 22:00:27

Pamiętam okolice roku 1982, 84. Wydawało się, że komunizm i zwłaszcza ZSRR są wieczne i że wyobrażać sobie lub marzyć, że ten potwór kiedyś padnie, wydawało się marzeniem ściętej głowy. A właśnie w tamtych latach potwór, zrazu niewidocznie, dogorywał. W 1985 przyszedł Gorbaczow i cały interes zaczął się sypać, ostatecznie latem 1992. Dziesięć lub 7 lat wystarczyło.

Czy nie jest teraz tak samo z eurosocjalizmem? Bo o nim przecież piszesz jako o nadchodzącej fazie rozwoju. Widać, że się sypie. Co będzie za 10 lat?

2. Upadnie • autor: Nierozpoznany#202013-05-27 13:10:30

Oczywiście, że eurosocjalizm upadnie, tak jak upada każdy ustrój. Raczej szybciej niż później, bo już mocno odstaje od rzeczywistości, ale bo to wiadomo...? Tyle tylko, że socjalizm wówczas nie upadł! Upadła jego wersja radziecka, ale wersja euro zyskała nowe siły. Tak chyba będzie dalej: socjalizm - gwarantowanie przez państwo minimum "praw" socjalnych - przetrwa i odrodzi się w nowej formie, nie wiadomo w jakiej.
Pełna gospodarcza wolność (i ryzyko nędzy) właśnie zanika, tak jak kilkanaście wieków temu (w naszych stronach) zanikła pełna wolność polowania (i ryzyko bycia pożartym).
[foto]

3. Nowe stany zjednoczonej europy • autor: Piotr Jaczewski2013-05-27 13:33:21


Nie tak prędko panowie :) Jeszcze pełną parą nie rozkręcił się europejski drim zasysający imigrantów zewsząd do tej ziemi obiecanej ham-europy - relatywnie płyną do całej niewielkie strumyczki na pojemność, w ok 300mln USA jest 40 mln,  i mniej więcej tyle u nas w 700mln Europie. Ów twór ma jeszcze, co zasysać i czym się żywić.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)