zdjęcie Autora

29 sierpnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Dyskusje z dziećmi na oderwane tematy

Kategoria: Twórczość

« Krwawa wojna między Słowianami a wikingami Studium w szkarłacie »

          Są dzieci o bardzo wysokim poziomie intelektualnym, wprost naładowane wiedzą książkową, popularnonaukową i internetową, uważane w rodzinie za „małych geniuszy”, wskutek czego nie dostrzega się pewnych problemów, które stwarzają i stwarzać będą i które w przyszłości mogą zaowocować brakiem sukcesów – a co za tym idzie poczuciem nieudacznictwa i zmarnowania potencjału. Lub czymś wręcz przeciwnym – irytującą demonstracją wyższości wobec otoczenia. Wydaje mi się, że przyczyną tego równie dobrze może być nieumiejętność akceptacji odmienności takiego dziecka, jak również otoczenie go kokonem ochronnym, ustępowanie przed jego wybujałym ego, pozorna przynajmniej, ale demonstrowana bezwarunkowa akceptacja jego pomysłów i wymysłów, niechęć do korygowania i kanalizowania bujności jego wyobraźni, chociażby za pomocą prostej informacji o błędach logicznych typu „ignotum per ignotum — tłumaczenia niejasnego przez niejasne”, „ekwiwokacji — rozmaitych definicji stosowanych do tych samych przedmiotów definiowania na różnych etapach definiowania” i tak dalej — wykaz błędów wg Wikipedii (niepełny): http://pl.wikipedia.org/wiki/B%C5%82%C4%85d_logiczny

i

http://pl.wikipedia.org/wiki/B%C5%82%C4%99dy_logiczno-j%C4%99zykowe

          Ja zaś stosuję się do reguł takich dyskusji instynktownie, choć zapomniałam wykazu błędów, a w każdym razie jego łacińskich nazw w parę lat po ukończeniu szkoły. Nie chodzi jednak o nazwy — dzieci od małego powinno się uczyć reguł logicznego rozumowania dla ich własnego dobra. Czasami bywa to jednak bolesne.

         Powyższych  spostrzeżeń dokonałam w czasie trudnej dyskusji na oderwane tematy z pewnym trzynastolatkiem. Punkt wyjścia tej dyskusji został zapomniany przez obie jej strony, było nim bodajże zagadnienie, czy pewien supełek mógł się „sam rozwiązać” i wysunąć z właściwej dziurki, czy też został umyślnie rozwiązany przez chłopca, a potem końcówka odcięta celem zamaskowania dokonanej czynności rozwiązania supełka. Poszlakami przemawiającymi przeciwko chłopcu były jego wcześniejsze starania usunięcia z przedmiotu istniejącej gumki, zastopowane przez mamę chłopca po stwierdzeniu, że nie dysponuje lepszą, bardziej sprężystą gumką i że wątpliwe jest, czy takowa w ogóle istnieje i jest dostępna w handlu, a w każdym razie, że należałoby nabyć lepszą gumkę i dopiero wówczas usuwać starą i zastąpić ją nową. Czyli, że nie należy czegoś niszczyć, jeśli nie ma się w perspektywie sposobu jego ulepszenia czy przynajmniej naprawy i powrotu do stanu poprzedniego.

         Ponieważ zabrałam głos w dyskusji na temat gumki, przyniosłam nawet posiadaną zapasową gumę i stwierdzone zostało, że jest gorsza, niż istniejąca, stałam się stroną w dyskusji. Stroną mającą na wstępie przewagę albowiem:

         – nie jąkałam się, jak chłopiec (ale jąkałam się jako dziecko i wiedziałam, że nie wolno przyspieszać jego wypowiedzi, co w czasach mojego dzieciństwa nie było takie oczywiste),

         – byłam o wiele starsza i bardziej doświadczona, a dziecko uczono dobrych manier, co oczywiście go krępowało i mu przeszkadzało.

         Moją przewagę niwelowało jednak to, że stosowałam się do pewnych reguł (trzynastolatkowi w ogóle nie znanych) i że nie traktowałam zwycięstwa lub przegranej w dyskusji jako osobistego sukcesu lub porażki, a więc nie byłam w spór zaangażowana emocjonalnie. Ciekawiło mnie, jak dzieciak da sobie radę bez poklasku otoczenia, a  sprowokowało mnie twierdzenie ojca chłopca, że jego matka nie jest przeciwnikiem, bo syn ją zawsze w dyskusjach pokona. Miałam na ten temat zupełnie odmienne zdanie (jak to kobieta i bywsza matka), co postaram się wykazać.

         Wracam więc do samej dyskusji.

         Trzynastolatek na wstępie stwierdził, że nie stoimy na równych pozycjach, ponieważ ja jestem starszą kobietą i należy mi się szacunek, więc nie będę obiektywna w sprawach dotyczących dzieci i ich pomysłów (także rzeczonego supełka).

         Starałam się zbić jego twierdzenie przeciwtwierdzeniem, że będę stosowała się do ogólnych reguł praw człowieka, nie korzystając z posiadanych rzeczywistych lub urojonych przewag.

         Na to on (nie wiedząc co go czeka ) wystąpił z pytaniem, czy ja wiem, czym różni się zając od wilka. Miałam niejasne pojęcie do czego zmierza, ponieważ lubi takie wolty w rozmowach i dorośli zazwyczaj z czystej grzeczności przerywają swój tok wypowiedzi i kierują myśli na tory zasugerowane przez chłopca, co daje mu oczywistą przewagę. Ponieważ jednak zadał pytanie retoryczne, potraktowałam to pytanie nie jako retoryczne, tylko rzeczywiste i świadoma skutków odpowiedziałam, że zając i wilk to są zwierzęta, a ja mówiłam o prawach ludzkich, nie zwierzęcych.

          Nie dostrzegłszy pułapki, dziecko zaczęło się rozwodzić nad tym, iż istnieją rozmaitego rodzaju prawa ludzkie jak: państwowe, sądowe, podatkowe, zwyczajowe i tak dalej. Tak zaperzyło się w swoich wywodach, że uznało, iż moja odpowiedź na zadanie pytania była wykorzystaniem swoich przewag, ponieważ nie określiłam, jaki rodzaj praw miałam na myśli i nie pozwoliłam mu dokończyć toku jego myśli, a przecież na przykładzie zwierząt mógł omawiać cechy ludzkie (mógł, a nie chciał!). Rozszerzył przy tym swoje pretensje o twierdzenie, że nie dałam mu się w pełni wypowiedzieć i że zbyt długo z jego mamą przedstawiałyśmy swoje argumenty (gadałyście godzinę o prawach człowieka), co było zresztą skrajnie nieprawdziwe, ponieważ to on wyliczał kolejne rodzaje praw.

         Na to ja oświadczyłam, iż sam się podłożył zadając pytanie, ponieważ tym samym dał mi prawo odpowiedzi, zanim przedstawił swoją hipotezę dotyczącą różnic między zającem i wilkiem. I że zadawanie pytań retorycznych niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że ktoś zechce na nie odpowiedzieć, nie dając nam dojść do głosu i dlatego wskazany byłby powrót do początku dyskusji i pominięcie owego wątpliwego pytania.

          I wtedy okazało się, że nikt nie pamięta – ani chłopiec, ani jego mama, ani ja, od czego właściwie dyskusja się zaczęła. Nastąpił pat w dyskusji.

         To wszystko razem wzbudziło silne emocje w chłopcu. Dyskusja nie tak przebiegała, jak się spodziewał; nie była pokazem jego elokwencji przerywanym jedynie poklaskiem otoczenia. Nie była czymś w rodzaju gry, w której ustępuje się przeciwnikowi z różnych powodów, a zwłaszcza tego, że dorosły dzieciom powinien zawsze ustępować, podtrzymywać je na duchu i chwalić niezależnie od tego, czy wsparcia takiego potrzebują. Raptem ktoś potraktował trzynastolatka jak dorosłego, a temu umknęło, że trafiła mu się okazja do nauczenia czegoś nowego. W dodatku żenująco zniknął mu z pola widzenia powód sporu, a nikt nie próbował mu go podpowiedzieć i przypomnieć.

         Skończyło się oczywiście tak, jak zwykle się kończą takie próby wytrącenia kogoś niedojrzałego z kolein jego argumentacji — nadmiernym zużyciem jednorazowych chusteczek do nosa. W dodatku mama chłopca, w trosce o malejącą ich ilość w pudełku ośmieliła się niezręcznie w stosunku do wagi spraw i emocji zwrócić mu uwagę, żeby je oszczędzał, używając dwukrotnie do jednego siąkania nosa, co oczywiście spowodowało zwrócenie wszystkich pretensji przeciwko niej (typu: bo ty zawsze) i eskalację emocji.

         Następny etap był dla mnie i dla niej oczywisty – należało sprawę załagodzić. Mama chłopcu ustępowała, łagodziła spór, ja zaś próbowałam przekonać, że mimo wysokiego poziomu intelektualnego dyskusji popełnił zasadniczy błąd: nie należy bowiem zadawać na wstępie argumentacji pytań retorycznych, ponieważ oddaje się przeciwnikowi głos, zanim zdąży się przedstawić własne argumenty. W końcu udało się zwekslować uwagę chłopca na inne tory i zużycie chusteczek zostało powstrzymane.

          Wrażliwość dziecka została tu wystawiona na próbę. Przyzwyczajone do bezkrytycznych zachwytów nad swoją inteligencją, jeżeli skostnieje w swoim systemie rozmowy z innymi, nie nauczy się już niczego więcej o dochodzeniu do spostrzeżeń i ustaleń wspólnych, wyciąganiu wniosków z cudzych systemów rozumowania, realnej oceny siły i prawdziwości argumentów. Jednym słowem dołączy do grona tych, którzy słuchają wyłącznie siebie i wygłaszają własne homilie ku własnemu zachwytowi. To, niestety, samo nie przechodzi.

         Nie było prawdą twierdzenie ojca chłopca, że jego matka przestała być partnerem do dyskusji, bo syn ją zawsze pobije na argumenty. Prawdą było, że w trosce o jego dobre samopoczucie ustępowała mu, łagodziła spory już na wstępie w obawie o nadmierną reakcję emocjonalną. Stawiała się od razu na przegranej pozycji, nastawiona na podtrzymywanie ego dziecka, a nie własnego.

         Nie mogę się jednak oprzeć przekonaniu, że podobne dyskusje, toczone częściej, jako gra bez ustępstw, lepiej przysłużyłyby się inteligencji chłopca i nieco stępiły jego nadwrażliwość na własnym punkcie, pozwoliłyby też nauczyć się rozmawiać z innymi ludźmi niż krąg najbliższej rodziny. No i w konsekwencji przyniosłyby mu więcej satysfakcji. Wygrana przecież w uczciwej walce jest o wiele bardziej pożądana niż wymuszone łzami ustępstwo.

No ale z dziećmi indygo nie jest łatwo!

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Krwawa wojna między Słowianami a wikingami Studium w szkarłacie »

komentarze

1. Dobrze, że się... • autor: Nierozpoznany#74802013-09-01 21:39:06

Dobrze, że się nie boi, tylko dyskutuje. Jest pewny siebie. To ułatwia życie w dorosłości. Gorzej jeśli dziecko się wychowuje w rodzinie, gdzie "dzieci i ryby głosu nie mają", a dorośli nawet odpowiadają za nie na pytania.
Później takie dziecko dorasta, idzie do pracy i nagle każą mu podejmować decyzje, a ono tego nie umie, bo nikt nigdy mu na to nie pozwalał. Pojawiają się nerwice i lęki. Wyprostowanie takiej psychiki zajmuje wiele lat.
[foto]

2. To dobrze • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-09-02 07:55:50


Oczywiście, że to dobrze. I że znacznie lepiej, niż w czasach gdy dzieci miały być posłuszne i siedzieć cicho. Jeżeli jednak traktujemy dziecko jak pełnoprawnego człowieka powinniśmy być konsekwentni i uczyć go dorosłego poczucia odpowiedzialności za swoje słowa i czyny. Niezbyt mi się podoba sytuacja gdy dajemy dziecku wszystkie prawa, bez ograniczeń odpowiedzialności, z jakimi mają do czynienia dorośli. Jestem zdania, że jako społeczeństwo nierzadko przeginamy w drugą stronę.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)