Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

23 sierpnia 2006

Jacek Dobrowolski

Dziady, czyli nie wszystko
Próba rekonstrukcji polskiego Dionizosa

Kategoria: Słowiańska twórczość
Tematy/tagi: Grotowski

Książka Leszka Kolankiewicza [Dziady. Teatr święta zmarłych, Gdańsk 1999 - przyp. Taraki] sprowokowała znamienitych dyskutantów do bardzo zdecydowanych sądów i do poważnego sporu o to, czy autor nie za dużo sobie pozwala konfrontując słowiańskie i greckie pogaństwo z chrześcijaństwem w naszej polskiej duszy. Pozwolę sobie odnieść się do głównego przedmiotu sporu: czy obok wzorów chrześcijańskich w naszej psychice kryją się dawne pogańskie słowiańskie i greckie bóstwa, jak wynika z lektury Dziadów, czy też nie? Otóż jestem absolutnie przekonany, że to Leszek Kolankiewicz ma tu rację. Nam się tylko wydaje, że jesteśmy chrześcijanami, w gruncie rzeczy jesteśmy pogano-chrześcijanami. Spróbuję to udowodnić zaczynając od czegoś, co już na ten temat powiedziałem publicznie.

Wiosną zeszłego roku zaproszono mnie co panelu "euro-ekumenicznego" seminarium Sen o Europie na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie spotkała się liczna elita akademicka wraz z przedstawicielami kościołów chrześcijańskich (w dwudziestokilkuosobowym panelu nie było ani jednej kobiety!), by wobec zgromadzonego duchowieństwa i świeckich dyskutować o jednoczącym nas europejskim dziedzictwie. Organizatorzy poprosili mnie, bym zapytał Zygmunta Kubiaka o obecność antyku w naszej kulturze.

Swoje pytanie poprzedziłem krótkim wstępem, w którym przypomniałem, że Grekom zawdzięczamy nie tylko zhellenizowanie chrześcijaństwa, nie tylko filozofię i demokrację, naukę, teatr i sport, a Rzymianom nie tylko prawo i organizację państwa, lecz że przede wszystkim mitologie, w których wyrazili głębokie prawdy o człowieku. Mitologia to również starożytna psychologia (kolejne dwa greckie słowa po filozofii, teatrze, dramacie i demokracji!) ukazująca wzorce działania sił światła i ciemności w człowieku na przykładzie losów bogów, bogiń, półbogów i herosów. muz i zwykłych śmiertelników, którzy są nadal obecni w świadomej i podświadomej pamięci Europejczyków. Nie żyjemy tylko Mesjaszem z Ewangelii i Starym Testamentem, a i Jego samego nazywamy najczęściej zlatynizowanym greckim słowem: Chrystus.

Chrześcijańscy misjonarze przekazywali wiedzę o greckich i rzymskich bóstwach do krajów poza zasięgiem dawnego imperium Rzymskiego, mimo że w nie nie wierzyli. Proces ten narastał wraz z przenikaniem coraz to większej ilości dzieł antycznych klasyków i ich komentatorów. Nie inaczej było w Polsce. Dlatego też w naszej psychice współistnieją i spotykają się nie tylko wyobrażenia Jezusa Chrystusa, Jego Matki i licznych świętych, lecz również wyobrażenia na wpół zapomnianych cieni bóstw słowiańskich i postaci bóstw greckich i rzymskich.

Po wstępie poprosiłem, by zebrani podnieśli oczy i popatrzyli na malowany plafon Zamkowej Sali Balowej. W centrum królował Dzeus z Herą, obok Apollo, niżej Dionizos, dalej Afrodyta, Posejdon, Demeter i Persefona i wiele bóstw pomniejszych. Przy drzwiach stało też kilka kopii posągów antycznych bóstw. "Bogowie greccy są wśród nas" oświadczyłem i dodałem: "Nie dziwi mnie, jak widzę na ulicy siłownię Atlas czy Herkules, salon kosmetyczny Izis czy Afrodyta, ale czy to nie ciekawe, że w naszym arcykatolickim kraju zakłady pogrzebowe noszą pogańskie nazwy: Olimp, Hades, Ares, Styks, Minos, Orkus, Ananke, Elizjum, Acheron, Nemesis czy Charon. Jest nawet zakład pogrzebowy Anubis, choć nie zajmuje się mumifikacją w egipskim stylu. Moi słuchacze, szczególnie księża i zakonnice, wyglądali na zaskoczonych. Postanowiłem ich nie oszczędzać i zadałem bezwstydne pytanie: "Czy mimo że słyniemy na świecie jako czciciele Maryi, przypadkiem czcicieli Afrodyty-Wenus nie jest wśród nas więcej?" Przypomniałem też. że Freud, który był Żydem żyjącym w chrześcijańskiej Austrii, aby określić podstawowe kompleksy seksualne, przywołał greckiego Edypa i Elektrę, by być zrozumianym.

Zakończyłem pytaniem skierowanym wprost do Zygmunta Kubiaka: "Czy nie uważa Pan, że bogowie starożytni są obecni i wpływają na nas?" Pan Kubiak był bardzo zaskoczony i wykrzyknął: "Ja jestem katolikiem! Ja jestem katolikiem", obawiając się może. że zaraz jacyś dewoci zarzucą mu poganizowanie narodu z racji napisania Mitologii Greków i Rzymian. Następnie wyjaśnił, że owszem, bogowie antyczni inspirują artystów, ale my już w nich nie wierzymy i nie wpływają na nas.

W tym miejscu pozwolę sobie przywołać wystąpienie Leszka Kolankiewicza na seminarium Misteria. Inicjacje jakie miało miejsce na UJ w październiku 1999, a które miałem przyjemność tłumaczyć na angielski. Kolankiewicz oświadczył, że w swoim czasie istniał cały panteon bóstw słowiańskich, który uległ zapomnieniu w toku chrystianizacji Polski i dodał, że dopiero Mickiewicz dał nam naszą mitologię. Spotkało się to z protestem prof. Czesława Robotyckiego, który nie mógł uwierzyć własnym uszom i wręcz zapytał, czy to mówi poważnie. Leszek odparł, że jak najpoważniej.

Teraz dopiero mogę przejść do dyskutowania tezy o roli Dziadów Mickiewicza w przywracaniu nam naszej mitologii. Jest to teza tylko po części słuszna, bowiem Mickiewicz przywrócił nam swoim pogańsko-chrześcijańskim arcydramatem zaledwie część naszej zapomnianej, dawnej mitologii, a mianowicie tylko postaci "dziadów" - naszych zmarłych przodków, natomiast o bogach i boginiach nie powiedział nic. Co prawda w Balladach i Romansach jest jeszcze Świtezianka, ale to trochę mało. Jeśli chodzi o bogactwo pogańskiej mitologii, to Goethe w Fauście poszedł znacznie dalej niż Mickiewicz i ukazał multum "pogańskich" bóstw i demonów koegzystujących z chrześcijańskimi postaciami boskimi i świętymi. Taka była postawa romantyzmu XIX w., ale to był tylko kolejny, po renesansie, urodzaj na mity antyczne.

Wcześniej Dante w Boskiej komedii, tej największej poetyckiej wizji chrześcijańskiej w poezji europejskiej, przedstawił obok postaci chrześcijańskich kilkadziesiąt postaci z mitologii starożytnych. Czyżby zarówno Dante jak i Goethe nie byli tylko chrześcijanami?

Kolankiewicz w swych Dziadach poszedł znacznie dalej niż Mickiewicz w swoich (toutes proportions gardees) i pokusił się o rekonstrukcję polskiego panteonu pogańskiego. Porwał się na rzecz trudną, bowiem u nestorów polskiego słowianoznawstwa i ich uczniów wciąż obowiązuje teza wielkiego XIX-wiecznego badacza Aleksandra Brücknera [1856-1939, przyp. Taraki], że bogów słowiańskich poza Perunem i Welesem/Wołosem właściwie nie było. Prof. H. Łowmiański posunął się tak daleko, że nazwał wierzenia słowiańskie polidoksją, czyli "wieloczcią" skierowaną li tylko do bóstewek i demonów niższego rzędu związanych z siłami przyrody, z ewentualnym kultem nieosobowego Peruna jako nieba. Prof. Stanisław Urbańczyk i prof. Jerzy Strzelczyk są podobnego zdania. Żaden z tych wielkich autorytetów nie wyjaśnił jednak, dlaczego Słowianie, jako jedyny lud indoeuropejski, mieliby się obywać bez panteonu, bóstw naczelnych, inaczej niż Hellenowie, Germanowie, Celtowie i Bałtowie.

Uczeni rosyjscy i amerykańscy nie są takimi sceptykami. W.N. Toporow i W.W. Iwanow. B. Uspieński, R. Jakobson i M. Gimbutas podjęli próby rekonstrukcji słowiańskiego panteonu korzystając z postępów w lingwistyce i religioznawstwie porównawczym. Ten kierunek w Polsce kontynuował prof. Aleksander Gieysztor publikując Mitologię Słowian, najlepsze z polskich ujęć problemu. Ostatnio A. M. Kempiński wydał znakomity Słownik mitologii ludów indoeuropejskich. Jednakże Gieysztor, będąc pod wpływem wielkiego Georgesa Dumezila - specjalisty od indoeuropejskich patriarchalnych bóstw i bohaterów męskich - nie docenił roli słowiańskich bogiń. I tu chwała Kolankiewiczowi za to, że wytropił w Dzidzileli boginię piastująca duchy "dziadów". To bardzo cenna intuicja wzbogacająca postać i funkcje słowiańskiej Wielkiej Bogini Matki, której obecność w polskiej psychice staram się ukazać w pisanej właśnie książce pt. Polacy: dzieci Czarnej Bogini. Jednakże temat Wielkiej Bogini u Słowian jest zbyt obszerny i nie będę go tu poruszał.

Kolankiewicz zrobił wspaniałą robotę okazując więcej odwagi niż którykolwiek z polskich badaczy Słowiańszczyzny, lecz przy realizacji tak śmiałego zamiaru musiały zdarzać się potknięcia. Powoływanie się na tezę K.T. Witczaka, że najwyższe bóstwo Polaków Yessę-Jeszę wywieść można od celtyckiego Esusa, jest błędne, bowiem Celtowie zniknęli z ziem polskich na ok. 500 lat przed przybyciem tu Słowian, którym zaledwie okruchy kultury celtyckiej mogli przekazać, kontaktujący się z Celtami, germańscy Wandalowie (chodzi o tzw. kulturę przeworską). Podobnie z tezą owego uczonego, że boga śmierci Nyję wyprowadzić można od matki czy siostry Aresa, Enyo. Enyo mogła być demonem szału bitewnego, taką grecką walkirią, lecz nie władczynią podziemi. Może wspólnego indoeuropejskiego źródła dla: polskiego Nyji, greckiego nekros, nekus, czyli trupa, Nekyji - świata zmarłych znanego z Odysei, Nyks, czyli greckiej bogini Nocy mającej siedzibę w najgłębszym piekle i niks - germańskich demonic topiących nieostrożnych trzeba by szukać aż u przodków indyjskiej bogini Nirrti, której imię oznacza rozkład i śmierć?

Również twierdzenie, że imię Boda, jednego z trojga bóstw czczonych na Łyścu, pochodzi od partykuły życzeniowej "bog-daj", jest bardzo ryzykowne. Nie słyszałem, by jakiekolwiek imię bóstwa indoeuropejskiego pochodziło od partykuły życzeniowej.

Leszek Kolankiewicz położył główny nacisk na obrzędy "dziadów" jako źródło misteriów i co zatem idzie teatru, uważając, że "Podłożem obrzędów prototeatralnych jest zawsze kult zmarłych przodków". Nie zgadzam się. A co z przywoływaniem innych, często wyższych, sił nadprzyrodzonych, których imiona sam przytacza? Przecież dla ludzi tamtej epoki cała rzeczywistość była ożywiona, uosobiona, ubóstwiona lub zdemonizowana i każdą siłę można było magicznie przyzywać, niekoniecznie z pomocą przodków. To prawda, że dawni Słowianie, tak jak wszystkie starożytne ludy kładli wielki nacisk na rytuały pogrzebowe (świętowano dziady aż cztery razy do roku), ale źródłem misteriów bywa nie tylko komunikacja ze zmarłymi przodkami. Gdyby nie opisy i analiza wiosennych i letnich świąt i orgii oraz średniowiecznych igr, po przeczytaniu Leszkowych Dziadów można by wyciągnąć wniosek, że obrzędowość słowiańska była przede wszystkim obrzędowością funebralną i nekromantyczną, a nasz teatr wywodził się przede wszystkim ze straw (styp), tryzn (igrzysk pogrzebowych) i przywoływania zmarłych. A przecież zachowania teatralne, i to misteryjne, wywieść można również z rytów narodzin, postrzyżyn, obrzędów weselnych i całego sakralnego kalendarza rolniczego (siew, kiełkowanie. sianokosy, żniwa, orka, mielenie ziaren, międlenie lnu etc.). w którym śmierć prowadziła do odradzania się życia.

Autor skoncentrował się głównie na wiosennych obyczajach orgiastycznych i na Teatrze święta zmarłych, jak to wyraził w podtytule swego dzieła, celnie ukazując pogańskie korzenie Dziadów Mickiewicza w interpretacjach Swinarskiego, Dejmka, Grotowskiego i Gardzienic. Również pod tym kątem zanalizował twórczość Tadeusza Kantora, który moim zdaniem był klasycznym nekromantą, wręcz wodzirejem zmarłych o ogromnej wrażliwości nekrofilnej. (Nie używam tu tego terminu w sensie negatywnym.)

Żałuję, że Kolankiewicz. zajmując się głownie Erosem i Thanatosem słowiańskim, nie uwzględnił Wesela Wyspiańskiego, w którym jest i ludowy obrzęd weselny, i pojawiają się wielcy "dziadowie", nie mówiąc o Chochole łączącym funkcję ducha zboża (przypisywaną też "dziadom", czego niestety nie analizował) z funkcją guślarza. Szkoda też, że nie zajął się innymi dramatami Wyspiańskiego: Wyzwoleniem, Klątwą, Akropolis czy Nocą Listopodową, które znakomicie zilustrowałyby jego tezy.

Najbardziej jednak biadam nad opuszczeniem postaci słowiańskiego Dionizosa Jaryły-Jarowita, który by najbardziej do jego tez pasował, skoro tyle miejsca poświecił na znakomity opis kultu Dionizosa. Czyżby uległ tu argumentom nestora polskiego słowianoznawstwa prof. Stanisława Urbańczyka i prof. Jerzego Strzelczyka twierdzących, że wschodniosłowiański Jaryła to wytwór wyobraźni XIX-wiecznych etnografów?

Pod imieniem Jaryło lub Jaryła dawni Rusini, Białorusini i Rosjanie znali falliczne, wegetatywne, umierające i zmartwychwstające bóstwo płodności i urodzaju, bóstwo wiosennego słońca i wiosennych piorunów. W średniowiecznym Latopisie suzdalskim pojawiło się ono pod imieniem Jarun. Chorwaci w Dalmacji określali je imieniem Jara. Występowało ono w rosyjskim i białoruskim folklorze jeszcze w XX w. jako postać o wybitnie dionizyjskim, orgiastycznym charakterze. Jako ciekawostkę mogę podać, że w Woroneżu Cerkiew zakazała "szatańskiego" święta Jaryły w 1765 roku i że w Kostromie do 1771 ludzie co roku palili kukłę z wielkim fallusem.

Tacy badacze, jak językoznawcy i religioznawcy W.W Toporow i W.N. Iwanow, językoznawca R. Jakobson i archeolog M. Gimbutas, uważają, że Jaryło u Słowian wschodnich odpowiada Jarowitowi u Słowian połabskich i pomorskich. Istnienia zaś kultu tego ostatniego boga nikt nie kwestionuje, jako że opisali go kronikarze niemieccy, a historyk wierzy przede wszystkim temu. co zapisane literami na pergaminie lub papierze, a nie w obrzędowości czy w języku.

Jaryło występował w obrzędach jako falliczny błazen, patron wiosennych orgii, igrzysk i bójek rytualnych grup młodzieży męskiej i mężczyzn, uosabiających jego stare i młode wcielenie. Dziewczęta czciły go śpiewami i tańcami wiodąc boso korowody na świeżo zasianych polach. Gieysztor w swej Mitologii Słowian podaje, że wyobrażano go sobie jako młodzieńca "w białej szacie, z głową ludzką w prawej ręce, z kłosami żyta w lewej, w wieńcu z ziół i na białym wierzchowcu". W białoruskich obrzędach przypadających na 27 kwietnia, opisanych w połowie XIX w., personifikowała go dziewczyna na białym koniu uwiązanym do słupa. Śpiewano wówczas tak:

Włóczył się Jaryło
Po całym świecie
Rodził żyto w polu
Płodził ludziom dzieci
A gdzież on nogą
Tam żyto kopą
A gdzież on na ziarnie
Tam kłos zakwitnie

Zdaniem Gimbutas, śmierć Jaryły jako boga cyklu wegetatywnego zbóż symbolizował obrzęd zanurzania jego kukły w wodzie lub spalania brzozy odprawiany na Białorusi jeszcze w początkach XX w. W Rosji kukłę Jaryły spalano lub topiono pod koniec procesji żniwnej, podczas której pijane kobiety prócz zawodzenia lamentów pogrzebowych, błagały też o zmartwychwstanie i powrót witalnej, fallicznej siły. Nazwa białostockiej wsi Jaryłówka może być pamiątką po Jaryle.

Jaryło należy do klasy umierających i zmartwychwstających bóstw wegetacyjnych, w której umieszcza się: egipskiego Ozyrysa, greckich Dionizosa i Hyakintosa, semickich Attisa i Adonisa czy celtyckiego Cernunnosa, zazwyczaj reprezentowanych w rytuałach przez tzw. "świętych królów" składanych w ofierze z wiarą, że ich krew wzmocni płodność Ziemi. Również w folklorze europejskim jest wielu takich Królów Maja, Roślinnych Jerzych, Green Manów (Roślinnych Mężów), których najpierw się fetuje tańcami i procesjami i zaślubinami z Królowymi Maja. a potem tarmosi, dręczy i pozoruje ich kaźń przez utopienie, ścięcie lub spalenie.

Z kolei Słowianie połabscy i pomorscy w Wołogoszczy i Hawelbergu we wczesnym średniowieczu czcili słonecznego boga wojny i obfitości Jarowita symbolizowanego przez pozłacaną tarczę. Jak podają kroniki niemieckie, kapłan Jarowita obwieszczał na wiosnę: Jam jest waszym bogiem, który pokrywa pola trawą, a lasy liśćmi". Niestety poza tym nic nie wiemy o obrzędach związanych z tym bóstwem.

Skoro dla Jarowita mamy mało materiałów historycznych i żadnych etnograficznych, pozostaje nam sprawdzenie znaczeń lingwistycznych związanych z imionami Jaryło i Jarowit i porównanie ich funkcji z funkcjami podobnych bóstw indoeuropejskich. Według prof. Franciszka Sławskiego, prasłowiański jar' to stary wyraz indoeuropejski ioro, iero "rok", od którego pochodzą następujące określenia roku: gocki jer, starogórnoniemiecki jar, niemiecki Jahr, angielski year, jak również w znaczeniu "wiosna" - staronordycki ar, grecki horos, bułgarska jara, czeskie jaro, serbochorwacki, słoweński i słowacki jar i staropolski jarz. Słowianie, podobnie jak wiele innych ludów, liczyli swój rok kalendarzowy od równonocy wiosennej lub początku maja.

Prof. Sławski tak pisze w swym Słowniku prasłowiańskim: "Wyraz indoeuropejski ioro, iero - rok, wiosna łączy się zazwyczaj z indoeuropejskim ia, ie - jechać od ei (por. iść, jechać). (Stąd też chyba łacińskie via, angielskie way i niemieckie weg, że odważę się wtrącić.) Podstawowym znaczeniem byłoby więc - bieg, chód (słońca), co popiera się paralelą gocką apu, łacińską annus - rok i staroindyjskim atati - idzie".

Rdzeń ten należy też do indoeuropejskiego are, ar - łączyć, spajać. Stąd staroindyjskie ara - szprycha koła, greckie armos -spojenie i arma - wóz wojenny, harmos - sprzężenie i harmonia, dalej polskie jarzmo i kojarzyć.

Od prasłowa JAR wywodzi się wiele znaczeń ogniowych i słonecznych. Po polsku jary to gorący, stąd jarządek - żar paleniska, jarzyć się, gorzeć (stąd gorycz i gorzałka), we współczesnym slangu młodzieżowym jarać to palić papierosy, a podjarany to ktoś na rauszu. Jary w staropolszczyźnie to: iskrzący, biały, czysty, jasny, klarowny - o wodzie, słońcu, dniu, soli, wosku itp. Również jary to wiosenny, siany na wiosnę, młody, tegoroczny. Mamy zboża jare i jarzyny. Jarczakiem nazywano "roczniaka" - młode, dzikie zwierzę. Mawiano też: Jarka owca, kura, pszczoła. Jary to też wartki, prędki: jary potok, bystry, rwący, wezbrany na wiosnę. Bliski temu jest rosyjski jurkij - zwinny, żwawy.

Kolejne znaczenia związane są z ziarnem i jego kiełkowaniem. Jarkisz to młoda pszenica. Jarzec to podhalańska nazwa jęczmienia. Jarowanie ziarna to poddawanie go niskiej temperaturze i wilgoci, by je lekko pokiełkować, skutkiem czego skraca się czas wegetacji. Jarowanie oznacza też trenowanie konia do wyścigów, przysposabianie go do biegu. Przypomnijmy sobie związek białoruskiego Jaryły z białym koniem, na jakim jeżdżą bóstwa zazwyczaj solarne. Znaczenia te wiążą się z siłą i energią życia. W starocerkiewno-słowiańskim jar' znaczyło srogi, surowy, mocny, ognisty.

Rdzeń jar - w językach słowiańskich spokrewniony jest z jur - skąd mamy: jurny, jurzyć się, tzn. pałać pożądliwością i srożyć się, dalej rozjurzyć - pobudzić do jurności, rozpalić, rozbestwić. Bliskie tym znaczeniom są słowa: jądro, jędrny i Jędrzej, które etymolodzy wywodzą od indyjskiego boga burzy i wojowników słynnego Indry.

Przejdźmy do ognia gniewu. Mamy tu sanskryckie irasjati -gniewać się, perskie jaram, łacińskie ira (imię bogini!), bułgarskie jarja se, rosyjskie i ukraińskie jaric'sja, górnołużyckie jericso. serbochorwackie jariti se i polskie jątrzyć.

Innym wyrazem tej ognistej energii życia jest żądza, którą tak bujnie uosabia Jaryło w folklorze rosyjskim i ukraińskim pełnym orgiastycznych rytuałów zwanych "jaryłkami". Bułgarskie jarja se oznacza nie tylko gniewanie się, lecz również zaspokajanie popędu seksualnego u zwierząt. Podobnie rosyjskie jaric'sa wspomniane przy gniewie. Słoweńskie jariti znaczy płodzić. Ukraińskie jarkyj to lubieżny. Podobnie jary w starodolnołużyckim, który również znaczy bujny, jurny. Z żądzą wiąże się nazwa kozła, która brzmi w serbochorwackim jarać, w bułgarskim i słoweńskim jarec.

Stawiam tezę, że tzw. chodzenie kolędników z kozą, jeszcze do niedawna uprawiane w Polsce około Bożego Narodzenia lub na przedwiośniu, miało w czasach pogańskich związek z kultem "jaryłowego" bóstwa. Kozę uosabiał młodzieniec przebrany w kożuch wywrócony do góry sierścią w drewnianej masce z rogami. Dwie podobne XI-wieczne maski (choć bez rogów) wykopano w Opolu razem z trzema figurkami kozłów. Reprodukcje jednej z masek można znaleźć w Dziadach na str. 316. lecz autor przypisuje ją pokrewnemu chodzeniu z tzw. kobylicą, poświadczonemu w średniowieczu. Funkcja była ta sama, jako że kozły, ogiery, barany, byki żubrze, turze i bydła udomowionego symbolizowały płodność.

Przebierańcy z kozą odgrywali obrzędowy dramat przedstawiający śmierć i zmartwychwstanie kozy. Najpierw obchodzono całe obejście i śpiewano pieśń podobną do białoruskiej ku czci Jaryły: "Gdzie koza stąpnie nogą, tam żyto wyrośnie kopą. Gdzie uderzy rogiem, tam żyto wyrośnie stogiem. Gdzie koza nie bywa, tam żyto nie rodzi". Odpryskiem tej pieśni jest powiedzenie ludowe: "Gdzie koza chodzi, tam żyto się rodzi, kędy jej tropy, powstają kopy". W trakcie dramatu przebrany za kozę padał na ziemię udając śmierć, a po wezwaniu: "Wstań, kózko, rusz się i pokłoń się panu gospodarzowi do nóżek" koza zaczynała bić pokłony i tańczyć. Kazimierz Moszyński - klasyk polskiej etnografii, opisuje ten obyczaj w swej Kulturze ludowej Słowian i nie rozumiem, czemu Leszek nie posłużył się tym przykładem przy okazji omawiania rodowodu tragedii greckiej, skoro wspomina za Kerenyim ofiarę z kozła podczas Wielkich Dionizjów. jak i rodowód dytyrambu z pieśni kozłów zwanej tragedią.

To istotne, że jedną z nazw ostatnich kłosów zostawianych podczas żniw na polu, w których miał przebywać duch zboża, była właśnie koza, obok takich nazw jak dziad czy baba.

Reasumując, mamy tu do czynienia z młodym bóstwem żywiołu ognia, ognia libido, zapładniającej energii słonecznej i wiosennych piorunów (choć piorunowość nie wynika z imienia, lecz z funkcji płodnościowej), którego moc wyraża się w biegu słońca budzącego wiosną energię życia, jak również w budzeniu do walki. Archaiczne skojarzenia w sanskrycie i grece ze szprychą koła i wozem wojennym łączą się z obrazem bóstwa solarnego powożącego rydwanem. Jaryła jest też duchem zbóż jarych, sianych na wiosnę, zabijanym w czas żniw, lecz dzięki przechowanym ziarnom ożywającym w następnym roku. Wiązać go można też ze wspomnianymi samcami zwierząt hodowlanych i dzikich, szczególnie kozłem i koniem.


(cz. II)

Zdaniem badaczy rosyjskich i amerykańskich, Jaryło jest młodym, wegetatywnym wcieleniem boga nieba Świętowita lub Swaroga, a zdaniem Gieysztora - wcieleniem Peruna. Proces chrystianizacji zdegradował go, jak wszystkie bóstwa, których nie wchłonął kult któregoś ze świętych, do roli diabła. Dlatego też Oskar Kolberg w XIX w. znajduje u Ukraińców w chełmskiem opowieści o najstarszym diable imieniem Jaryneć. "nauczycielu czarownic na kijowskiej górze".

Marija Gimbutas, wybitna amerykańska archeolog i religioznawca litewskiego pochodzenia, uważała, że figury bóstw zachodniosłowiańskich o czterech obliczach reprezentują indoeuropejskie bóstwo słonecznego światła znane Słowianom jako Swaróg, i proponuje tak widzieć jego cztery przejawy w ciągu roku: Jarowit - wiosenne słońce, Porowit - letnie, Świętowit - żniwno-jesienne i Swarożyc - zimowe. Wit znaczy pan. Jarowit byłby więc Panem Wiosny i wiosennej siły, Porowit Panem Pory Letniej, Świętowit Panem Mocy (słowo święty pochodzi od awestyjskiego /staroirańskiego/ spenta, czyli moc), a Swarożyc Synem Swaroga, którego imię pochodzi od sanskryckiego svar i awestyjskiego hvar oznaczających moc ognistą.

W polskiej tradycji ludowej rok rozpoczynał się wiosną albo około równonocy wiosennej 21-23 marca lub nawet w wigilię l maja, w ten czas eksplozji sił witalnych zwany przez Celtów Beltaine, przez Rzymian Pervigilium Veneris lub Floraliami, a przez Germanów Nocą Walpurgii. U Słowian tym patronem nowego roku i młodego słońca był Jaryło-Jarowit. Gieysztor podaje, za B. Rybakowem, zrekonstruowany kalendarz rolniczy dawnych Rusów, z którego jasno wynika, że pierwsze wiosenne obchody świąt tego bóstwa miały rozpoczynać się około 23 kwietnia (późniejszy Dzień św. Jerzego), w czas siewu zbóż jarych, kiedy palono lub topiono kukłę bogini Moreny-Marzanny. i trwać aż do 2 maja, czyli pory pokazania się pierwszych kiełków i zazielenienia się pól. Następnie 4 czerwca (późniejsze Zielone Świątki) obchodzono Dzień Jaryły, podczas którego obiektem kultowym była młoda brzoza. (Według jednych badaczy kolejna reprezentacja żeńskiego bóstwa, tym razem Łady, według innych Jaryły. Takie liczne młode brzózki stoją co roku w cerkwiach rosyjskich w Zielone Świątki, jak również ozdabiają wejścia.) 20 lipca obchodzono święto Peruna (później św. Eliasza) składając mu ofiarę z byka. Około 7 sierpnia, po zebraniu zboża jarego, odprawiano pogrzeb Jaryły. Zdaniem innych autorytetów miało to miejsce pod koniec czerwca. Sierpniowy pogrzeb Jaryły to dożynki odpowiadające greckim jesiennym adoniom. Stąd zwyczaj poważnej i powolnej procesji z wieńcem, jako że to, zdawałoby się, radosne święto plonów jest właściwie pogrzebem ducha zboża.

Skoro Rybaków tak podkreśla patronat Jaryły nad cyklem uprawy zbóż jarych, jak również w swoich pracach przedstawia obrzędy wiosenne i letnie poświęcone rozmaitym słowiańskim bogom i boginiom, zaskakuje twierdzenie Leszka Kolankiewicza, że: "Zdaniem Borisa A. Rybakowa wszystkie obrzędy odprawiane u Słowian wschodnich między 9 marca a 29 czerwca były poświęcone parze bóstw Lada i Leli, jakoby - jak uważa ten badacz - matce i córce, opiekunkom wegetacji i małżeństwa". Należy dodać, że teoria Rybakowa o przejęciu przez Słowian greckiego kultu Latony i jej córki Artemidy jako kultu Lady i Leli została uznana przez przeważającą większość badaczy za niewiarygodną.

Święto Kupały, poprzedzone tygodniem rusałek wodnych, nie było związane z cyklem uprawy zbóż. W tę najkrótszą noc roku zioła miały osiągać największą moc. Podczas tego święta mogła mieć miejsce hierogamia (gody) Wielkiej Bogini ziemi i wód ze słonecznym bóstwem męskim, przejawiającym się pod innym imieniem niżJaryło, jako że było ono chyba bóstwem leśnym. Było to misterium wody i ognia, które to żywioły miały wówczas znajdować się u szczytu potęgi. Inicjacją miała być kąpiel obu bóstw w ogniu i wodzie, stąd nazwa Kupała. Święto to charakteryzowało się korowodami dziewcząt. Było to na pewno święto orgiastyczne, jako że młodzieńcy i dziewczyny wspólnie skakali przez ogień i wspólnie kąpali się nago w stawach. Z Kupałą wiążą się legendy o kazirodczej miłości brata i siostry zamienionych na skutek tej transgresji w dwukolorowy kwiat bratka. Natomiast spalanie, topienie i rozrywanie kukły Mary, podobnie jak kwietniowej Moreny, świadczyłoby o składaniu ongiś ofiar ludzkich.

Tak miało być na pogańskiej Rusi, a co się stało po przyjęciu chrześcijaństwa? Kult św. Jerzego, przeniesiony z Bizancjum, nałożył się na kult Jaryły i Peruna i miał dwojaki charakter: ludowy i rycerski, zgodnie ze swą funkcją "jaryłową" i "perunową". Kult ludowy św. Gieorgija to kult opiekuna pasterzy i rolników, bydła i pól. Nawiasem mówiąc, Jorgos (Georgos) po grecku znaczy "Rolnik" i był to jeden z przydomków Dzeusa, zanim w Cesarstwie bizantyjskim stał się imieniem świętego. Podobnie było z kultem św. Demeter w Grecji.

Ruski św. Gieorgij szczególnie troszczył się o ciepło niezbędne do kiełkowania zbóż, podobnie jak "Roślinny Jerzy" (Green George) w Anglii oraz w Karyntii i Chorwacji. Św. Gieorgij przedstawiany bywał na ikonach jako męczennik za wiarę - trzykrotnie zabijany, rżnięty piłą, gotowany w kotle, ćwiartowany i łamany kołem i trzykrotnie wskrzeszany przez św. Michała Archanioła. Przypomina to zarówno losy pogańskich "Królów Maja", uosabiających bóstwa wegetacji, jak i inicjacje szamana-wojownika, której ślady widać w legendach o wyczynach i próbach rycerzy na Wschodzie i na Zachodzie. Inne przedstawienia ikoniczne łączą się z rycerskim kultem Jegora Chrabrego, pogromcy smoka, wzoru cnót, obrońcy wiary i sprawiedliwości. którą uosabiała więziona przez smoka księżniczka. Lud uważał go za "syna carycy Sofii Przemądrej panującej w grodzie Jeruzalem na świętej Rusi". W najwcześniejszych bizantyjskich wersjach legendy św. Jerzy pokonywał smoka samą mocą zaklęcia.

W X w. św. Jerzy staje się patronem Kijowa, gdyż kniaź Jarosław (!) Mądry przybrał przy chrzcie imię Jerzego i umieścił go na swej pieczęci jako patrona dynastii. Niewiele wcześniej patronem jego poprzedników był inny pogromca smoka - Perun, tożsamy ze skandynawskim Thorem, na którego przysięgali Waregowie z książęcej drużyny kijowskiego władcy. Później św. Jerzy stał się patronem Księstwa Moskiewskiego, którego pierwszym władcą był Jurij (!) Dołgorukij, a w końcu całego Cesarstwa Rosyjskiego i jego armii.

Skoro Jaryło/Jaryła występował u Słowian na wschód od nas, a Jarowit na zachód, wypadałoby zapytać, czy w Polsce nie było bóstwa o podobnym imieniu. Kronikarze nic podobnego nie notują, ale Gall i Kadłubek w ogóle nie podają żadnych imion pogańskich bóstw, prawdopodobnie uważając je za diabelskie. Pierwsze imiona zapisali kronikarze i kaznodzieje dopiero w XV w., a o bóstwie piorunowym czytamy dopiero u XVI-wiecznych kronikarzy, Marcina Bielskiego ("chwalili i Pioruna, Ruś zwłaszcza") i Macieja Sarnickiego ("Bóg gromów Piorunem był nazywany od starych Polaków.").

W tej sytuacji trudno określić, jak dokładnie brzmiało imię polskiego Dionizosa, ale jakieś bóstwo musiało wypełniać niezbędną funkcję w kalendarzu rolniczym, który nie mógł się wiele różnić od kalendarzy słowiańskich sąsiadów.

Wiele polskich imion męskich pochodzi od rdzenia jar-, a mianowicie: Jarosław (wraz ze zdrobnieniami Jarek, Jaracz, Jarycz, Jaryga). dalej Jarota, Jarotek, Jarost, Jarosz, Jarysz, Jarusz, Jaroch, Jarocha, Jaromir, Jarogniew, Jaropełk i Jarolub. Od niektórych imion męskich tworzono i żeńskie. Natomiast słowo jarz zostało wyparte przez słowo wiosna, choć w czeskim, słowackim, słoweńskim i serbochorwackim pozostały jego odpowiedniki. Przymiotnik jary prawie zanikł i we współczesnej polszczyźnie słyszy się go niemal wyłącznie w powiedzeniu "stary, ale jary". W slangu spotyka się jarać w znaczeniu palić papierosy i najarany, czyli podpity lub naćpany. Prawidłowe imię polskiego odpowiednika Jaryły/Jarowita czeka na swego odkrywcę.

Jaryło i Jarowit nie byli jedynymi męskimi umierającymi i zmartwychwstającymi bóstwami wegetacyjnymi Słowian i Gieysztor w Mitologii Słowian podaje kolejne.

Jak widać z całego powyższego materiału, Jaryło ma wiele cech dionizyjskich i spełnia wiele funkcji greckiego Dionizosa Są jednak ważne różnice. Jaryło jest patronem płodności słoneczno-piorunowej, a nie księżycowo-piorunowej jak Dionizos. Na stwierdzenie, że nie jest bogiem wina, mogę tylko odpowiedzieć, że Dionizos kreteński był pierwotnie bogiem miodu, a tracko-frygijski Dionizos-Sabazjos bogiem piwa oraz że Słowianie z ziaren zbóż warzyli znakomite piwo, dodając chmielu, którego płodnościowo-orgiastyczna symbolika przetrwała w pieśniach ludowych, jak to że również sycili miody pitne. Natomiast na pytanie, czy Jaryło opętywał tak jak Dionizos, nie sposób odpowiedzieć. Należałoby się zastanowić nad mocą wirowych tańców ruskich wołchwów-szamanów i nad bałkańskimi tańcami wirowymi dziewic przywołujących w czas suszy bóstwo gromu, jak i nad pogańskimi korzeniami rosyjskiej cerkiewnej tradycji jurodiwych z ich przebieraniem się w stroje płci przeciwnej, publicznym obnażaniem się i pląsami.

Dionizos jest synem gromowładnego Dzeusa i księżniczki tebańskiej Semele. Jaryło zaś jest manifestacją Peruna czy Swaroga lub jego synem spłodzonym z Matką Ziemią. Na wierzenia Słowian miały wpływ wierzenia Traków, ich południowych sąsiadów. Czy to nie znamienne, że od indoeuropejskiego "swobhodhios" pochodzi tracki Sabazios i słowiańskie słowo "swoboda" (!), a od indoeuropejskiego "ghdhem" przez awestyjskie "zam", tracka bogini ziemi Zemele, matka Sabaziosa i grecka Semele, matka Dionizosa, jak również słowiańskie słowo "ziemlja"!

Matka Ziemia w kulturach agrarnych jest zawsze opiekunką zmarłych i nasion. Jest panią pośmiertnych transformacji zachodzących w jej łonie/grobie i ponownych narodzin czy kiełkowania. Siły sakralne zmarłych i nasion przenikają się. Urny-popielnice mają często ten sam kształt co garnki do przechowywania ziarna. Matka Ziemia jest niewyczerpalnym rezerwuarem płodności, ale potrzebuje też męskiego partnera lub partnerów, by tę płodność pobudzali nie tylko swym nasieniem, ale i krwią. Słowiańskie zimowe Gody to czas, gdy zmarli pobudzają słońce i ziemię do życia. W ten pogański scenariusz wpisują się późniejsi kolędnicy ze zwierzęcymi maszkarami, którzy klepią i podszczypują dziewczęta i symulują kopulację. Celują w tym zwłaszcza bułgarscy kukierzy występujący w strojach gigantycznych chochołów. Dionizos polski duch zboża w ludzkiej postaci to również kolędnik (ongiś w masce zwierzęcej z dzwonkami), a w postaci zwierzęcej to tur/turoń, koza i kobylica. Leszek Kolankiewicz w Dziadach poświęca tym polskim postaciom dionizyjskim zaledwie dwie strony.

Zarówno James Frazer jak i Robert Graves sporo pisali o tzw. "królach majowych", bohaterach rytuałów wywodzących się aż z neolitu, w których wybrani ludzie reprezentowali wegetacyjne bóstwa płodnościowe czy duchy podstawowych upraw, takich jak zboża albo winorośl, podporządkowanych Wielkiej Bogini. Reprezentowali oni rozmaitych bogów - od egipskiego Ozyrysa boga jęczmienia, przez Dionizosa związanego z winoroślą, po wegetatywne bóstwa germańskie, celtyckie, słowiańskie, frygijskie, a także azjatyckie, afrykańskie i mezoamerykańskie. Ludy Europy czciły duchy zbóż i innych upraw i ich rytualnych reprezentantów świętych królów składano zazwyczaj w ofierze Matce Ziemi ufając, że krew sycąca jej czarne łono spotęguje jej płodność. Ciało ofiary bywało ćwiartowane i siekane. Podobnie postępowano z ofiarami zastępczymi ze zwierząt (byki, kozły, barany). Krew szła do ziemi, a mięso dzielono między kapłanów i wiernych.

Należy pamiętać, że od paleolitu człowiek wierzył w magiczną moc krwi ludzkiej i zwierzęcej, w której miał się zawierać pierwiastek boskiej energii, duch życia. Zmarłych w epoce kamiennej często smarowano ochrą, minerałem zawierającym tlenki żelaza i o krwistej barwie, którą nestor archeologów polskich prof. Stefan Krukowski trafnie nazwał "krwicą". Wierzono, że im więcej krwi, im więcej ofiar, tym większą wyzwala się moc. Przypomnę, że kapłani w świątyni jerozolimskiej ślizgali się w krwi ofiar, a zapach smażonego mięsa był pierwotnie "miły nozdrzom Jahwe" i dopiero po wiekach Mu obmierzł. Hekatomby greckie i rzymskie były obrzydliwymi masakrami. Wierni i kapłani upajali się widokiem i zapachem krwi. Pito krew w celu wprowadzania się w trans proroczy. Jedna z inicjacji mitraistycznych polegała na kąpieli w krwi byka. Adept stał nago w dole pod rusztowaniem na którym leżał byk i brał prysznic z jego krwi. W wielu kulturach wierzono wprost, że krwawa ofiara jest pokarmem dla boga czy bogini, a krew napojem bogów i zmarłych.

Ekscesy dionizyjskie polegające na rozszarpywaniu ludzi i zwierząt na kawałki, tzw. sparagmos, przedstawił Eurypides w Bachantkach. Ofiara ze świętego króla reprezentującego ducha jednej z podstawowych upraw zboża, winorośli, konopi czy lnu była zawsze krwawa i krew miała wzmagać witalność rośliny. Średniowieczni kronikarze niemieccy, ruscy, arabscy i bizantyjscy podkreślali, że Słowianie składali liczne ofiary z ludzi swym bogom. Przyczyną klątwy, jaką pierwszy biskup polski Gaudenty (brat św. Wojciecha) rzucił na mieszkańców Gniezna, było prawdopodobnie niepokajanie się ich za te właśnie wykroczenia.

Marija Gimbutas przytacza w swej monograficznej pracy The Language of the Goddess, poświęconej kultowi Wielkiej Bogini w neolitycznej Europie i jego przetrwaniu, przykład kultu litewskiego ducha lnu Vaiżgantasa. Tak jak bito i międlono łodygi lnu, podobnie dawni Litwini postępowali ze składanym w ofierze człowiekiem reprezentującym boga lnu. Przypominają tu się lamenty nad greckim duchem lnu Linosem, tzw. Linodia wspomniane przez Homera w Iliadzie. Motyw męki lnu jest często spotykany w europejskiej kulturze ludowej. Podobnie z męką wyciskanej winorośli w kręgu śródziemnomorskim. Motyw męki duchów zbóż jest powszechny wszędzie od czasu wprowadzenia uprawy zbóż i bogato reprezentowany w Europie, w tym i na Słowiańszczyźnie. Sama nazwa dożynki oznacza zabijanie. Nie tylko sierpy i kosy zabijały duchy zbóż. ponownie czyniły to żarna i kamienie młyńskie przy miażdżeniu ziaren. Echo tej męki można usłyszeć w angielskiej balladzie John Barleycorn, w której młyn ma cechy okrutnej Bogini Śmierci.

Ewa Perkowska opisała (w niewydanej dotychczas książce Złota baba) polskie rytuały ludowe związane z sakralnym królem, uosabiającym najczęściej ducha zboża, wyrażające jego inwestyturę, zaślubiny i kaźń. Rytuałów tych jest wiele: tańce i procesje z ostatnim snopem, polewanie go wodą, kolędowanie z duchem zboża w postaci tura, niedźwiedzia, kozy, konia, wołu czy wilka, obwożenie króla majowego lub chodzenie z nim, wożenie ostatniego snopa jako baby czy dziada, pozorowanie składania w ofierze przechodnich świadków żniw, comber, podkoziołek, sądzenie mięsopusta, wieszanie grajka, frycówka kosiarza-wilka rozciąganego na bronie przykrytej kapotą i bitego ostami etc.

Reliktem takich obrzędów jest odprawiany do dziś w Wielkanoc w Pruchniku koło Przemyśla obrzęd "Judaszek", w którym bije się, wlecze, rozszarpuje, pali i topi wielką słomianą kukłę "Judasza" o ogromnym, czerwonym, fallicznym nosie. Jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu w Warszawie kukłę "Judasza" wciągano na dzwonnicę kościoła Najświętszej Marii Panny, zrzucano zeń, wleczono przez wszystkie cztery rogi rynku Nowego Miasta, rozszarpywano i topiono w Wiśle. Ciekawy to przykład "chrystianizacji" archaicznego rytuału płodnościowego przemienionego w rytuał apotropeiczny, pozbywania się kozła ofiarnego - uosobienia zła.

Florian Znaniecki. znakomity badacz polskiej religijności ludowej, głosił tezę, że można było zniszczyć pogańskie kulty, ale nie sposób było zniszczyć samej postawy wobec sił przyrody. Uważam, że w ludowym rozumieniu kuku Męki Pańskiej oraz kultów dwóch biskupów "rozsiekanych", patronów Polski, św. Wojciecha i św. Stanisława czy innych męczenników takich jak św. Szczepan, arcyważna jest wiara w pobudzanie płodności ziemi przez krew męczeńską w celu przysparzania plonu zbóż. Ofiary Chrystusowa i jego naśladowców nałożyły się na ludowe, bardzo archaiczne, wręcz neolityczne rozumienie krwawej ofiary jako gwaranta płodności. Co więcej, przejęcie w średniowiecznej Europie zachodniej funkcji opiekunek ziaren od pogańskich bogiń przez Matkę Bożą i rozmaite święte, takie jak Walpurga, Radegunda, Brygida (irlandzka), Milburga, Makryna świadczy o powszechnej kontynuacji wiary w płodność Matki Ziemi, partnerki bóstw wegetacyjnych.

W Polsce kult ducha zbóż jarych nie skrył się, jak to było na Rusi, w kulcie św. Jerzego, lecz w kulcie samego Chrystusa, jak o tym przez wieki świadczyły procesje po polach w Dni Krzyżowe, których uczestnicy zatykali wśród kiełków zbóż krzyżyki zrobione z obsypanych baziami witek wierzbowych i poświęcone w Niedzielę Palmową. Do dziś na wsi polskiej spotyka się wierzenie, że gdzie po polu przejdzie Pan Jezus, tam zboże bujnie wyrośnie. Analizuje je dr Magdalena Zowczak w swej ostatnio wydanej pracy habilitacyjnej Biblia ludowa. Interpretacja wątków biblijnych w kulturze ludowej i celnie oddaje jego istotę pisząc: "Bóg chodzący po ziemi jest panem urodzaju". Wspomina też o zanotowanym wśród Polaków na Litwie w XIX w. zwyczaju tarzania się pijanych rolników w dniu św. Jerzego po zasianej żytem niwie z okrzykami "Ródź, Boże!" i o zachowanym do dziś zwyczaju białoruskim włóczenia (bronowania) człowiekiem świeżo zasianego pola, stanowiącym część Wielkanocnego kolędowania. Jeden z polskich rolników z Wileńszczyzny opowiadał autorce w 1990 roku (!), że siewca, po którego siewie przeszedł Jezus powodując w miejscach gdzie stąpał obfity plon, miał powiedzieć: "Oj, czemuż ja go nie pociągnął po polu, na pewno byłoby wszędzie takie zboże".

Obchodzenie pól z pochodniami, nie mówiąc o tańcach na urodzaj, praktykowane u nas miało na celu wzmożenie mocy kieł r kowania. Natomiast pewne cechy "jaryłowego" bóstwa całkowicie niezgodne z chrześcijańską duchowością dostrzec można w opowieściach śląskich o Jaraszku, diable ognistego wichru, i w pokrewnych opowieściach o czeskich i słowackich ognistych demonach Jarochu i Jarachu, jak i o wspomnianym już diable Jaryneciu znanym Ukraińcom z chełmskiego. Podobnie jak duchy zbóż zdemonizowano duchy lasu Borowego/Borowca czy Laskowca, które stały się diabłami takimi jak Boruta, Rokita czy Wierzbicki.

Kolankiewicz twierdzi, że plemiona prapolskie nie miały żadnego swojego mitu, a tylko podania o Popielu, Kraku i Wandzie, które nie były wyrażane w rytuale. Trudno się z tym zgodzić, jako że byliśmy dziedzicami mitologii indoeuropejskich przodków. Uważam, że nasz podstawowy mit plemienny to mit najczęściej krwawej ofiary, zazwyczaj z człowieka, wyrażający się nie tylko w omówionych wiosennych obrzędach płodnościowych związanych ze świętym królem reprezentującym "jaryłowe" bóstwo. W naszych najstarszych podaniach mamy aż pięć ofiar, cztery w Małopolsce: ze zwierząt i ludzi dla smoka wawelskiego w nadrzecznej pieczarze, z samego smoka jako ofiary zakładzinowej grodu krakowskiego, samobójczą ofiarę wodza Alemanów odtrąconego przez Wandę, samobójczą ofiarę Wandy dla bogów podziemnych i jedną ofiarę w Wielkopolsce z króla Popielą rozszarpanego przez myszy. Wszystkie wymienione ofiary były składane bogom podziemnym, patronom śmierci i płodności chtonicznej.

Archaiczny mit krwawej ofiary miał u ludów indoeuropejskich jeszcze inne warianty prócz ofiary "regeneracyjnej" dla przysporzenia plonów, która w istocie była powtórzeniem pierwotnej ofiary kosmogonicznej. Np. starożytni Indowie wierzyli w samoofiarę boskiego Puruszy, z którego ciała powstał cały świat; z kolei według wierzeń Germanów świat powstał z ciała olbrzyma Imira, przy czym wody powstały z jego krwi. Drugim wariantem wyrażającym następny etap "porządkowania świata" było zabicie smoka ciemności i chaosu, mrozu lub upału, hamującego przepływ wód przez gromowładne bóstwo lub herosa takiego jak Indra, Weretragna, Dzeus, Apollo, Perseusz, Tezeusz, Herakles, Perkunas, Beowulf etc. Wariant ten występuje u wschodnich Słowian w micie o Perunie walczącym z władcą podziemi Wołosem/Welesem. Nazwę wzgórza Wawel siedziby smoka wawelskiego, przeciwnika bohaterskiego Kraka, Toporów i Iwanow wiążą właśnie z Wołosem/Welesem. W dodatku samo słowo smok pochodzi od czasownika cmoktać, czyli wypijać. Prawdopodobnie smok wawelski uosabiał zimowe mrozy lub letnią suszę, a Krak wiosenne lub letnie pioruny.

To prawda, że Krak nie jest bezpośrednim smokobójcą, smokobójcami są jego synowie, tym niemniej prof. Jacek Banaszkiewicz wywodzi imię Kraka, nie jak jego poprzednicy, od kruka czy krzaka, lecz od krywuły/krzywuły - królewskiej laski sędziowskiej ustanawiającej ład, w której widzę symbol gromu, jakim bóstwo niebiańskie nie tylko pobudza przyrodę do życia, lecz również wymierza sprawiedliwość.

Jeśli chodzi o losy złożonego w ofierze złego króla Popiela, którego złe uczynki wywołały nieurodzaj i który dlatego musiał być złożony w ofierze, to wyrażają one mit uniwersalny, manifestujący się we wspomnianej przeze mnie ofierze ze świętego króla reprezentanta ducha zboża.

Jestem zdania, że imię króla Popiela pochodzące od Pompila/Pąpiela, nie oznacza bąbla-pęcherza jak podaje Słownik prasłowiański, lecz pęp (pępek), czyli ostatni żniwny snop zboża, w którym miał mieszkać jego duch. Pęp często zostawiano w Polsce i w Niemczech na polu dla myszy, co tłumaczyłoby śmierć Popiela. Ostatni snop nosił w Polsce najrozmaitsze nazwy, takie jak: dziad, baba, stary, młody, żytnia lub pszeniczna matka, bękart, beks, kogut, kurek, koza, baran, wilk, lis, żaba, zając, turzyk (mały tur), kokoszka, przepiórka lub broda, a więc nazwy duchów lasów, pól i przodków. Pęp to nazwa charakterystyczna właśnie dla Wielkopolski, a tam przecież miał królować Popiel.

Germanie składali pęp w ofierze Wodanowi. Gallowie nazywali ostatnie kłosy głową mężczyzny lub kobiety, a wiemy, jaką wagę przywiązywali do kultu ściętych głów. W wielu krajach europejskich, w tym i w Polsce jeszcze w XX w., jeśli ktoś obcy przechodził obok pracujących żeńców, był chwytany, obwiązywany snopami i pozorowano składanie go w ofierze. Frazer w Złotej gałęzi cytuje pieśń żniwną z powiatu olkuskiego:

"Żnijcie, dziewki, żnijcie,
Macie Jasia w życie
Jak żytko zeżniecie,
Jasia se weźmiecie."

i z Pomorza:

"Jesteśmy gotowi do żniwa na łanie,
Kosy naostrzone, będziesz zżęty, Panie."

Znamy też pieśń żniwną z powiatu chełmińskiego:

"Dożynaj kozy. dożynaj.
Pana Jezusa wspominaj.
Juześmy kozy dożęli,
Pana Jezusa wspomnieli."

Kobieta ścinająca pęp sierpem zwana była babą, czyli akuszerką. Ścinanie nie było zatem jedynie ofiarą z ducha danego zboża, lecz i narodzinami. "O mój miły pępie, któż cię dziś uchrępie" śpiewano podczas żniw na Śląsku. Umarł król, niech żyje król!

Zarówno Jaryło/Jarowit, jak i Popiel są duchami zbóż. To duch zboża i piwa z niego warzonego jest Dionizosem słowiańskim, który dał jeszcze wódkę żytnią, niestety nie inspirującą Słowian tak jak i wino Greków. Bez piwa lanego w ofierze nie było "dziadów" ani wesel, na których do piwa dodawano męskiego nasienia. Kult duchów zbóż wydał swoje agrarno-zaduszkowe misteria, które trzeba wziąć pod uwagę przy analizowaniu źródeł polskiego teatru.

Choć wytykam koncepcjom Leszka Kolankiewicza pewne niedostatki, uważam, że zrobił kapitalną robotę, otworzył bowiem drzwi do bogatego skarbca wyobrażeń religijnych naszych przodków, które nieświadomie po nich dziedziczymy. Otworzył drzwi dziadom. Część słowianoznawców polskich usiłowała nam wmówić, że drzwi te prowadzą donikąd i że nie ma tam nic ciekawego poza rozbitymi glinianymi garnkami. To tak jakby nie zauważyli nawet, że w czas chrześcijańskiej Wigilii hołdując pogańskim zwyczajom Godów sami kładą siano pod obrus, zostawiają jedno wolne miejsce przy stole dla bóstwa i oddają się obrzędowemu, pogańskiemu obżarstwu połykając magiczną ilość potraw, w tym klusek z makiem - tego przysmaku zmarłych "dziadów", i makowca. który podobnie jak baba wielkanocna był pieczywem na stypę. Co więcej, ludzie ci z sentymentem wspominają, jak to się drzewiej ustawiało snopek w kącie, przewiązywało drzewa owocowe słomianymi powrósłami, szło do obory słuchać bydląt mówiących ludzkim głosem i podziwiało kolędniczego turonia kłapiącego paszczęką - zwierzęcia, którego nie sposób znaleźć w Starym czy Nowym Testamencie.

Gdyby im powiedzieć w ten czas Bożego Narodzenia, że cieszą się, podobnie jak pogańscy Grecy, Rzymianie, Germanowie i Celtowie, z narodzin młodego słońca zrodzonego przez Matkę Ziemię, obraziliby się na pewno. A przecież Boże Narodzenie jest w arcykatolickiej Polsce świętem rodzinnym ważniejszym od Wielkiej Nocy, świadcząc dowodnie o tym, że płodność i narodziny nowego życia są dla nas istotniejsze od tego, co dla każdego chrześcijanina winno być sednem wszystkich misteriów, od Zmartwychwstania Chrystusa. W polskim kościele katolickim niestety nie ma zwyczaju pozdrawiania się w Niedzielę Wielkanocną jak w kościołach prawosławnych słowami: "Chrystus zmartwychwstał!", "W istocie, zmartwychwstał!" i gdyby nie wystrzały z kalichlorku. wydawać by się mogło, że kontemplacja grobów w kościołach jest najważniejsza.

Mam wrażenie, że nawet Święto Zmarłych staje się za naszych czasów istotniejsze od Świąt Wielkiej Nocy. Rozkochani w swych zmarłych nie dostrzegamy żywych ani tego co Nieśmiertelne. Zwróceni w narodową przeszłość lub też w przyszłość cywilizacyjnego pędu. tracimy szansę dostrzeżenia wieczności teraz. Nie rozumiemy słów z Biblii przypisanych Bogu: "Nie jestem obyczajem, lecz Prawdą".

Leszek Kolankiewicz ma rację analizując przede wszystkim teatr święta zmarłych, jako że jest to teatr dominujący u nas i odgrywany przy okazji rocznic klęsk naszych powstań. Sprowadzamy z pól bitewnych do kościelnych i narodowych sanktuariów prochy tych, którzy swą krwią karmili Matkę Polskę, czcząc je jak relikwie chrześcijańskich męczenników i bardziej się nimi przejmując niż swymi bliźnimi. Czyżbyśmy znajdowali większą satysfakcję w obcowaniu ze zmarłymi podczas apeli poległych niż w poznawaniu żywych bliźnich i współżyciu z nimi? Delektujemy się rolami wielkich żałobników dając tym samym świadectwo swego masochistycznego i martyrologicznego narcyzmu i bardziej kochając swoje cierpienia niż starając się znaleźć prawdę, która by je przekraczała. Kult cierpiącego Chrystusa jest nam bliższy od Zmartwychwstałego i dlatego bardziej czcimy klęski narodowe od zwycięstw.

W tej sytuacji młode pokolenie Polaków odwraca się plecami do tych Lemurii narodowych i oddaje się tandetnym i niskim dionizjom konsumpcyjnej rozpusty, wyższym misteriom w kościele czy teatrze brakuje bowiem radości, spontanicznej energii tańca i żarliwego śpiewu, które najlepiej odpowiadałyby temperamentowi młodości. (O chrześcijańskiej chorei w pierwszych wiekach n.e. pisałem w 12 nr Teatru 1998 i l nr z 1999). Nic dziwnego, że w czas tańców weselnych czy przy innych okazjach radosnych okazuje się, że jesteśmy nieudanymi dionizyjczykami bez rozmachu, cieszącymi się zaledwie na pół gwizdka i nie potrafiącymi wydobyć z siebie najlepszego akordu.

Wysoka kultura europejska powstanie tam, gdzie wyższa inteligencja i wyższe uczucia zrodzą poruszającą muzykę, taniec i teatr, a nie tylko podrygi plebejskiego disco-polo czy techno albo też smętne korowody pijaków po sowicie zakrapianych chrzcinach czy stypach. Natomiast już pokolenie solidarnościowe będzie odprawiać dziady wspominając czasy walecznej młodości i ostatecznie pozostawi swe dzieci w szponach Wielkiej Nierządnicy Rynku, MTV i Mc Donalda.

Nasz teatr rzadko wyraża nas samych, częściej bywa albo wyrazem nostalgii za zmarłymi, albo szybkim montażem rodem z wideoklipów, po to by przypodobać się młodym i pour epater les noveau riches. Jeżeli nie umiemy kontaktować się z sacrum czy własnymi uczuciami inaczej jak tylko przez kontakt ze zmarłymi, to przynajmniej nie ograniczajmy się tylko do naszych bezpośrednich plemiennych przodków, lecz przyzywajmy również europejskich krewniaków z greckich tragedii, z dramatów Szekspira jak i dramatów całego europejskiego romantyzmu, po to by te potężne postaci ożywiały nas. Niestety obecnie w Polsce prawie nikt z młodych ludzi teatru tego nie rozumie, a trwa wyścig podglądania wszystkiego co gdzieś tam może i modne, ale i tak przejdzie do rupieciarni postmodernizmu. Bez serc, bez ducha to szkieletów teatr.

Jacek Dobrowolski
jdobro@wp.pl


Drukowane w miesięczniku "Teatr" nr 11 i 12/2000. W Tarace za zgodą Autora i Redakcji "Teatru".





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)