zdjęcie Autora

05 listopada 2015

Robert Ruszkiewicz

Dzieci Atlantydy
Opowieść pierwsza: Oleg i pan Vladimir

Kategoria: Twórczość

Dzień dobry tato. Już dawno chciałem z tobą pogadać, ale jakoś się ostatnio nie składało. Jesteś bardzo zajęty i rzadko się widujemy. Poza tym nie wiedziałem jak ci to wszystko powiedzieć. Udziela mi się ten surowy obraz ciebie, który stworzyłeś na potrzeby swojego publicznego życia. Tak w ogóle, skutecznie ci idzie. Mam wrażenie, że trzymasz świat w garści. Wystarczy, że tupniesz nogą, a wszyscy zmykają w popłochu, szukając schronienia przed twoim wzrokiem. Bycie carem udaje ci się całkiem całkiem. Taka twoja wodzowska inkarnacja. Całe szczęście, że dla mnie jesteś przede wszystkim tatą, a nie panem prezydentem. Choć przyznaję, że momentami, nawet w domu, sztywno się trzymasz, jakbyś występował przed kamerami albo na ważnym międzynarodowym spotkaniu. Wtedy wolę zaszyć się w swoim pokoju i nie oglądać cię takim. Mógłbym co prawda spytać wprost, czy dobrze się z tym czujesz, taki spięty i odgrywający rolę ważnego gościa. I to już po pracy, kiedy właściwie nikt nie widzi. Nie zrobiłem tego jednak do tej pory, bo uznałem, że może kiedyś sam to zobaczysz i zaczniesz się śmiać sam z siebie. 

 

Dzisiaj poczułem, że nie będę dłużej czekał i powiem, co mnie uwiera. Zrobisz z tym, co zechcesz. Taka okazja jak ten niedzielny poranek nie trafia się zbyt często. Postanowiłem przełamać w sobie tę niemoc, z którą borykam się w relacji z tobą od wielu lat. Swoją drogą, to ciekawe, że nie pojechałeś dzisiaj do biura. Pracujące niedziele to ostatnio u ciebie standard.

Wiesz tato, lubię cię w tym grandżowym swetrze, który zakładasz właściwie tylko w domu. Kiedy włączyłeś muzykę z filmu o flamingach i rozsiadłeś się w fotelu, patrząc przez tarasowe drzwi na zimowy ogród, wiedziałem, że dzisiaj nigdzie się nie wybierasz. Przynajmniej do południa zostaniesz przy kominku, pijąc kawę z ulubionego kubka XXL z napisem Ich liebe DDR. Teraz, kiedy siedzę naprzeciwko i patrzę w twoje oczy, widzę cię. Widzę cię prawdziwego, bez tych wszystkich odgrywanych publicznie ról. I czuję, że jest ci z tym dobrze. W każdym razie wyglądasz świetnie. Szkoda, że ludzie nie znają takiego oblicza pana Vladimira. A przecież maska potrafi uwierać, przychodzi moment, że chce się ją po prostu zdjąć i odetchnąć z ulgą. Tak sobie to wyobrażam. Bywa jednak i tak, że przyrasta do naszej twarzy bardzo mocno i trudno nam się z nią rozstać. Bez maski jest nieswojo. To za tą gardą paradoksalnie czujemy się naturalnie, bo tak się przyzwyczailiśmy i nie chcemy tego zmieniać. Wiadomo, zmiana to utrata komfortu, a do tego potrzeba odwagi. Widocznie, wbrew temu co się powszechnie o tobie sądzi, nie masz jej na tyle.

 

Przepraszam, trochę się zagalopowałem. Nie chcę niczego oceniać, a najbardziej nie zamierzam oceniać własnego ojca. Ty doskonale wiesz sam co i jak trzeba zrobić w danej sytuacji. Ja najzwyczajniej w świecie martwię się o ciebie. Czy potrafisz to zrozumieć? Znam cię przecież na wylot. Odkąd przyszedłem na świat, byłeś przy mnie, nosiłeś mnie na rękach, uśmiechałeś się do mnie i tuliłeś do serca. Tak przecież było. Kiedy pojawiają się wokół ludzie, stajesz się jak posąg, zmienia się twój sposób mówienia, a na pierwszy plan wysuwa się wyuczona zasadniczość.  Co innego w tej chwili, gdy siedzimy blisko siebie twarzą w twarz, ojciec i syn, patrzymy sobie w oczy, bez masek, bez gry. Zapewniam, że widzę cię takiego, jakim jesteś naprawdę.

 

I właśnie teraz, kochany ojcze, chcę ci powiedzieć o czymś niesłychanie ważnym, największy kaliber z możliwych. Cóż, w końcu sam jesteś wielki. Dlatego jesteś tu gdzie jesteś, skupiasz na sobie uwagę całego świata. To ogromna odpowiedzialność, choć ty chyba tego tak nie postrzegasz. Jeśli poczuwasz się do jakiejkolwiek odpowiedzialności, to może raczej bardziej wobec naszego narodu, jego historii czy coś w tym rodzaju. Choć i to wątpliwe. Wydaje się, że kreujesz coś bardzo swojego, że realizujesz swój własny plan, może nawet nieświadomie.

No więc, chcę ci powiedzieć, że tej nocy miałem sen. Ciągle mam wyraźnie przed oczami wszystkie jego szczegóły. To był sen o tobie. Zobaczyłem w nim cel twojej duszy. To wielki wgląd, nieprawdaż? Być może urodziłem się wyłącznie po to, by to zobaczyć i ci o tym opowiedzieć. Nie mam żadnej wątpliwości, że dane mi było zobaczyć prawdę. Ona dotyczy ciebie, mnie, naszej rodziny, ale też dużo szerszego kręgu ludzi. Wszystko wskazuje na to, że może mieć wpływ na narody, społeczeństwa, na całą ludzkość. Przyznasz wobec tego, że kaliber nie jest mały. To akurat powinno ci schlebiać. Lubisz decydować o losach innych. To zresztą bardzo typowe dla większości wodzów, których wydała ta ziemia. Twój przypadek może być jednakże zupełnie nietypowy, to znaczy zupełnie odmienny od biografii wszystkich naszych dotychczasowych władców. W tym właśnie zawiera się wielkość i prawda, o której mówię.

 

Mówiąc o tym wszystkim, jestem daleki od wywierania presji na tobie. Staram się również, choć nie jest to łatwe, pozostać neutralny wobec tego, co zobaczyłem. Nie chcę ulegać emocjom. Chcę jedynie zdać ci relację z mojego wyjątkowego snu. Nie mógłbym patrzeć ci w oczy, bez podzielenia się z tobą tym wglądem, który dostałem tej nocy.

I nie ucinaj proszę, twierdząc po swojemu stanowczym tonem, że to są wyłącznie moje fantazje. Ten sen to głos ducha i znak, który prowadzi do prawdy. Istotne jest jego właściwe odczytanie, a to już pozostawiam sercu. Ono się nie myli. Dlatego między innymi słuchasz dzisiaj tej muzyki, nieprawdaż? Ona porusza twoje serce, wiem to na pewno. Tak jest za każdym razem, gdy sięgasz po tę płytę ze ścieżką dźwiękową do filmu o flamingach. Ile pięknej dumy jest w tych dźwiękach. W zestawieniu z obrazem muzyka ta stwarza wyjątkową przestrzeń, w której dominuje poczucie godności i wolności. Czujesz to przecież aż nadto, skoro płyta ta jest jedną z twych ulubionych.  

 

Wracając do mojego wglądu, zacznę od tego, że wcale nie chciałem się zgodzić na bycie posłańcem. We śnie długo opierałem się tej propozycji nie do odrzucenia. Bo przecież ostatecznie po co miałbym cokolwiek zmieniać w swoim życiu, po co wsadzać nos w nie swoje sprawy. Mam przecież zapewniony dobrobyt, wystarczy, że coś pomyślę, a od razu się to materializuje. Twoja mocna pozycja i wszechmoc dają także i mi poczucie wyjątkowości. W pewnym sensie czuję się wybrańcem, choć do tej pory pojmowałem to opacznie. Tej nocy zrozumiałem do czego mnie to wszystko zobowiązuje. Jestem wybrańcem, któremu powierzono zadanie odczytania celu twojego bycia tutaj.

 

We śnie pokazał mi się biblijny Jonasz. Zorientowałem się szybko, że Jonasz to ja. Mam się udać do Niniwy, czyli do ciebie, by odmienić twój los i los bardzo wielu ludzi.  

Twój los i los tak zwanych innych ludzi to w gruncie rzeczy jedno i to samo, choć cała twoja kariera temu przeczy, bo zbudowana jest na oddzieleniu. Zawsze widziałeś zagrożenie na zewnątrz, u innych doszukiwałeś się podstępu. Stworzyłeś na własne potrzeby dualny obraz świata, uwierzyłeś w niego, a wszystko, co robisz, jest wynikiem takiego odbioru rzeczywistości. Stawiasz się zawsze w konfrontacji, wierząc w skuteczność własnej siły. Tym samym kroczysz od konfliktu do konfliktu. Odkąd jesteś na scenie, kojarzysz się powszechnie z bohaterem negatywnym, chyba że zapytamy o zdanie twój własny naród. On z kolei cię uwielbia. Czy to jednak nie jest przypadkiem przejaw zbiorowej, narodowej halucynacji? Bo ten kraj o wielkiej historii i kulturze potrzebuje sukcesu za wszelką cenę. We śnie zobaczyłem tłum, który patrzył na twój wskazujący palec, którym kreśliłeś coś na mapie świata. Ten tłum nie dostrzegał istoty, nie widział obiektów, które wskazywałeś. On widział wyłącznie twój palec zakreślający z rozmachem strategie, i nic poza tym. To tylko dowodzi tego, że masz ogromną władzę i wpływ na ludzi. I to jest doskonała wiadomość, najlepsza okoliczność jaką moglibyśmy sobie wyobrazić. Gdy oczy świata skierowane są na ciebie, każdy twój ruch może wykreować nową rzeczywistość. Nawet tę zupełnie zaskakującą i pozornie niewyobrażalną. Nasza Ziemia potrzebuje odważnych ludzi dla których miłość oznacza miłość, prawda prawdę, a wolność znaczy wolność. No właśnie, ulegam pokusie, by opowiedzieć ci wszystko w jednym zdaniu, dlatego uprzedzam fakty. Jakież to ekscytujące.

 

Na samym początku mojego snu zobaczyłem twoje oczy, które wyrażały ból.  Oczy w wielkim powiększeniu. To był ból wynikający ze stanu oddzielenia. Za tym bólem krył się strach przed utratą władzy. Gdy jesteś w stanie jedności nikt nie może ci naprawdę niczego zabrać. Warunkiem jest jednak bycie w stanie nieprzywiązania. Taka postawa może kojarzyć się z obojętnością, ale nieprzywiązywanie się czy, inaczej, odpuszczanie, to w istocie stan wolności, która ocala. Im bardziej jesteś wolny od przywiązania, tym bardziej możesz prawdziwie kochać. To jest nasza najgłębsza potrzeba. Kochać bezwarunkowo i być jednością z tym, co nas otacza i wypełnia naszą rzeczywistość. Ktoś powiedział, że duchowy odpowiednik przywiązania to zniewolenie. Zniewoleniem jest wszystko to, co wiąże cię z iluzją oddzielenia. Gdyby nie to, od razu postrzegałbyś siebie w jedności.

 

Tato mój najdroższy, jakże mocno jesteś przywiązany do swojej idei. Właśnie to, nic innego, na głębokim poziomie powoduje twój strach. Nie jesteś wolny. Tańczysz ze śmiercią i niesławą, tak jak wielu przed tobą. Nie trzeba ich tu wymieniać, oni odegrali już swoją rolę, a ich imiona zapisane na kartach historii straszą kolejne pokolenia ludzi na naszej cudownej planecie. Ty, jak każdy z nas, masz moc kreowania swojej drogi, masz wielką szansę przełamania schematu, który świat zna aż za dobrze. To schemat przywiązania, oddzielenia, konfrontacji, wojny, zabijania. Czas na zmianę i krok ku wolności i życiu. Powielając postawę nieprzejednania idziesz w jednym szeregu z tyranami, których co prawda się pamięta, ale pamięta z pożałowaniem i współczuciem. Zaistnieli na chwilę w dziejach jako negatywni bohaterowie po to, by prawdziwi bohaterowie mogli przekraczać swoje ludzkie ograniczenia i uwarunkowania w imię wolności i miłości. Jak rzeczone flamingi. Ci drudzy stanowią kwiat i światło tej Ziemi. Teraz, jak zawsze zresztą, i w każdej chwili, masz wybór. Czyż to nie ekscytująca wiadomość.   

 

Z jednej strony mam wrażenie, że wieszczę, że zaczynam mówić do ciebie podniesionym głosem, z nadmiernym zaangażowaniem. Powiesz pewnie, że to górnolotne. Z drugiej jednak strony, mówiąc o tym wszystkim w ten sposób, odczuwam dobry przepływ między nami, i więź, która wypływa z głębi naszych serc. Bo przecież jestem w gruncie rzeczy taki jak ty. Czerpię moc bezpośrednio od ciebie, wyrastam z ciebie jak pień z korzenia. Nie może być inaczej, skoro ty dałeś mi życie. To, kim jestem, zawdzięczam w dużej mierze tobie. To, co tu wypowiadam, wiem dzięki tobie, choć ty mi o tym nigdy nie opowiadałeś. Dziękuję za twoją obecność i lekcje, które mi dajesz każdego dnia. Dziękuję także i za tę chwilę, kiedy mogę z tobą być i z tobą rozmawiać. Chcę wykorzystać ten moment jak tylko się da, abyśmy dostroili wspólnie serca. Bezcenne jest to bycie razem w przestrzeni naszych serc, bez napięć, bez udawania, w poczuciu pełnej jedności. Wtedy wiem, że mogę ci wszystko powiedzieć, a ty mnie wysłuchasz, bo czujesz każdą komórką ciała, że mówię z miłością, to znaczy bez żadnych oczekiwań. I tak dokonasz wyboru ty sam, tak jak ja sam wybrałem, by podzielić się z tobą moim wglądem. Mam wrażenie, jestem nawet o tym przekonany, że paradoksalnie to ty sam w pewnym sensie sprowokowałeś tę rozmowę i chcesz właśnie z moich ust usłyszeć, co masz do usłyszenia.

 

Jeśli świat na naszych oczach pogrąża się w konfliktach i wykrwawia, to twój głos może dać początek zmianom. Jeśli taki przywódca jak ty zrobi zwrot i opowie się po stronie miłości, to wszyscy inni, którzy obecnie wojują z prawdą i miłością, pozostaną sami na placu boju. Twoja postawa ma znaczenie. Przecież sam doskonale to czujesz. Swoim donośnym „tak” dla prawdy i dla życia, odbierzesz lokalnym dyktatorom amunicję.  Masz niepowtarzalną szansę ku temu. To właśnie zobaczyłem w moim śnie. Następowały w nim bardzo konkretne obrazy, o których teraz szczegółowo ci opowiem.

 

 

Kiedy przyszedłem do Niniwy, zobaczyłem przez otwarte okna domów i mieszkań jej mieszkańców. Większość z nich wpatrywała się w ekrany swoich telewizorów. Wylewała się z nich krew, a oni brodzili w niej po kolana. Siedzieli przy stołach, spożywali kolację, słuchając relacji z pola walki, gdzie ludzie, tacy sami jak oni, uciekali w popłochu przed wybuchami pocisków. Odbiorniki huczały niemiłosiernie, a hałas ten przenosił się przez okna i balkony na ulice miasta. Odgłosy wojny przeplatały się ze stanowczymi przemówieniami do narodu, które tłumaczyły agresję i napaść. W  powietrzu wyczuwało się triumfalizm, choć ludzie przed telewizorami nie wyglądali na szczęśliwych. To, co właśnie jedli, nie smakowało tak, jak mogło by smakować, a zachód słońca nad brzozowym lasem za miastem nie zachwycał tak jak zwykle. Wódka gorzej przechodziła przez gardło chyba dlatego, że śmierć nie idzie w parze z radością życia, nawet wtedy gdy przelewana jest tak zwana krew wroga.

 

Spacerowałem pustymi ulicami miasta, aż trafiłem na podwórko starej kamienicy. Było oblepione wkoło plakatami zachęcającymi do obejrzenia musicalu. Stanąłem osłupiały, gdyż z afisza patrzyłeś na mnie ty tato, a obok ciebie stałem ja. Miałem może sześć, siedem lat i trzymałem cię za rękę. Staliśmy razem uśmiechnięci i patrzyliśmy śmiało przed siebie. W naszych oczach była radość i wolność. Było nam ze sobą dobrze, byliśmy siebie godni. Byliśmy wyprostowani z dumnie podniesionymi głowami. Jednym słowem, był to piękny widok. Byliśmy bardzo do siebie podobni, zresztą po latach niewiele się zmieniło w tym względzie. Stałem przed ścianą z plakatami całkiem oniemiały. W Niniwie ktoś przygotował przedstawienie, w którym głównymi bohaterami byliśmy my dwaj, ja i mój tata, Oleg i pan Vladimir. Przeczytałem, że jest ono wariacją na temat oskarowego filmu sprzed lat, który, swoją drogą, uwielbiam. Pewnie dlatego pojawił się tak mocno zaakcentowany w moim śnie. Znalazłem informację, że spektakl jest grany w sali, która znajduje się w piwnicach kamienicy, przed którą stałem. Zszedłem po schodach w dół, potem przecisnąłem się wąskim korytarzem do większego holu gdzie zobaczyłem drzwi prowadzące już bezpośrednio na salę teatralną. Hol był pusty, nikt nie pilnował wejścia, nie było kasy. Cicho wśliznąłem się do środka, gdzie trwało już przedstawienie.

Na widowni panowała cisza, na scenie z kolei działo się bardzo dużo. Znalazłem wolne miejsce do siedzenia i zanurzyłem się w fotelu. Patrzyłem na to wszystko jak zahipnotyzowany. Cała moja uwaga była skoncentrowana na grze aktorów i na obrazach, które pojawiały się na wielkim ekranie zawieszonym za ich plecami. Wchodząc, zwróciłem jeszcze tylko uwagę na ogrom sali. Spodziewałem się czegoś przypominającego kino studyjne, a to, co zobaczyłem, było wielką salą widowiskową. Skąd w podziemiach kamienicy taka sala na kilkaset milionów miejsc? Przypomniałem sobie, że śnię, a we śnie wszystko jest możliwe.

 

Byłem bardzo ciekawy pierwszoplanowej roli, jaka w musicalu przypadła mi w udziale. Także i twojej roli, tato. Na scenie miałem występować jako Jozue. Ty zaś nazywałeś się Guido i byłeś prezydentem olbrzymiego państwa o nienasyconych ambicjach mocarstwowych.

Od razu cię dostrzegłem. Wyglądało to na końcówkę spektaklu. Kroczyłeś wśród innych prezydentów i dygnitarzy, ale nieco z tyłu, za innymi. Nie miałeś zbyt pewnej miny, szedłeś sam, jakby pozostawiony na boku, odtrącony. Sprawiałeś wrażenie przejętego, w każdym razie nie byłeś obojętny na to, co cię spotkało. Prawdopodobnie brałeś udział w międzynarodowej uroczystości upamiętniającej jakąś ważną rocznicę z czasów wojny światowej. Na masztach powiewały flagi kilkunastu państw. Jak to w musicalu, postacie poruszały się na scenie posuwistym krokiem w rytm muzyki. Duża zwarta grupa z jednej strony i ty osamotniony, ignorowany uczestnik wydarzenia, po przeciwnej. Po co właściwie tu przyjechałeś? Przecież mogłeś wymyślić jakiś pretekst, jak to często stosuje się w takich sytuacjach. Wysłać zastępcę, który odczytałby list. Twój wyraz twarzy zdradzał zmieszanie, co nie przydarza ci się zbyt często. Było to widoczne szczegółowo na dużym telebimie, który pokazywał zbliżenia, tak jak się to praktykuje podczas zawodów sportowych. Nigdzie nie widziałem siebie choć wypatrywałem skwapliwie. Mimo to, instynktownie cały czas czułem swoją obecność na scenie. Nie było mnie tam fizycznie, ale Jozue tam był, to pewne. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale miałem absolutne przekonanie, że jestem razem z tobą. Nie widać mnie, ale ja idę obok ciebie, trzymając cię za rękę, zupełnie tak samo jak było to pokazane na plakacie. Maszerujemy krok w krok pośród setek białych krzyży ustawionych idealnie równo rzędami na zielonej, starannie wykoszonej murawie. Cmentarz wojskowy – główna arena widowiska - położony był na wyniosłym klifie, z którego widać było morze i jego bezkres. Ciągle szliśmy obok siebie, z tym że ja podskakiwałem radośnie, pokazując ci ręką ten wielki błękit ciągnący się po horyzont. Pierwszy raz w swoim życiu widziałem morze.

W tym momencie musiałeś dogłębnie poczuć moją obecność i bliskość. Przejąłeś także ode mnie dziecięcy entuzjazm i zaufanie do wszystkiego, co wydarzało się wokół. Ty i ja staliśmy się jednym, jedną świadomością. Byłem twoim wewnętrznym dzieckiem. Poczuliśmy jedność nie tylko między sobą, ale także jedność z żołnierzami, którzy 70 lat temu oddali na tej ziemi życie dla wolności. Poczuliśmy też sympatię do naburmuszonych polityków, którzy tworzyli wspólny front przeciwko tobie, Vladimirowi, Guido, w jednej osobie.

 

Patrzyłem na twoją przemianę z widowni. Otaczała cię teraz zupełnie inna aura. Zobaczyłem na telebimie twoje oblicze, które z sekundy na sekundę jaśniało i zyskiwało pewniejszy wyraz. Co prawda nadal szedłeś sam, oddalony kilka kroków od reszty, ale w tym twoim maszerowaniu nie było już widać małego ego, które tupie nogą, bo jest przywiązane do swojej koncepcji oddzielenia, jątrzenia i zagarniania. Idąc w stronę mównicy, z której miały popłynąć nad białymi krzyżami wypowiedzi ważnych osobistości, ulegałeś przemianie. Przekraczałeś siebie i swoje uwarunkowania. Na ekranie pojawiły się twoje oczy, znowu w dużym powiększeniu. Nie było w nich już strachu, choć były to te same oczy. Byłeś Ty, taki jak widzę cię tutaj naprzeciwko siebie. Ty prawdziwy, ty u źródła, ty w domu. W domu własnego serca. Poderwałem się z wrażenia na ten widok, aż ktoś siedzący za mną zwrócił mi uwagę, że przeszkadzam. A ja po prostu nie mogłem się powstrzymać. W twoich oczach zobaczyłem prawdę o tobie samym i prawdę o człowieku w ogóle. Zobaczyłem wolność. Wstąpiła we mnie moc. To była moc, która popłynęła do mnie od ciebie. Poczułem się zakorzeniony w wolności, miłości i prawdzie. Tak dużo dostałem poprzez sam fakt zobaczenia twoich oczu. Oczu jako zwierciadła duszy. Zobaczyłem cel jej wcielenia. Nie trzeba było już żadnych słów. Ty jednak stanąłeś wyprostowany przy mikrofonie, spojrzałeś na zgromadzonych wokół i powiedziałeś z mocą, być może ostatni raz jako prezydent, w ogóle ostatni raz jako polityk, te oto słowa.

 

Kochani!

Wiem, że podziwiacie mój kraj, nasze historyczne osiągnięcia, narodową siłę, naszą kulturę, wspaniałą muzykę i literaturę, którą daliśmy światu. Z jednej strony fascynujemy, z drugiej budzimy przerażenie. Spowodowałem kolejną wojnę, nie zważając na cierpienia tysięcy ludzi. Widzę groby, które zostawiamy po sobie i krzyczę do siebie i do świata „dość”, kłaniając się jednocześnie naszej narodowej tożsamości ciemiężyciela. Bo tylko dzięki akceptacji, a nie zaprzeczeniu i wyparciu, można iść dalej. Jako prezydent wielkiego państwa wycofuję wszystkie nasze wojska, które niosą gwałt, zniszczenie i płacz niewinnych braci. Nie ma dla zabijania żadnego pretekstu ani usprawiedliwienia. Przepraszam. Usłyszcie to raz jeszcze proszę: przepraszam. Tu i teraz z pełną świadomością wybieram pokój. Wybieram, by świątynia Ducha, którą jestem, była przepełniona pokojem. Jestem aż tak wielkim kreatorem. Do dzisiaj byłem kreatorem zła, teraz jestem kreatorem miłości.  Kończę polityczną grę, w której uczestniczyłem od lat. Żaden tron nie daje takiej satysfakcji jak ta decyzja, którą teraz podejmuję przed Wami i przed całym światem. Nie wyrzekam się niczego, co zrobiłem, bo te wszystkie lekcje doprowadziły mnie do tej właśnie chwili. Wracam do domu. Jestem niewymownie wdzięczny Wam wszystkim i wszystkim okolicznościom, dzięki którym teraz mogę spojrzeć w oczy, z pełną miłością, każdemu spotkanemu człowiekowi. Teraz dopiero czuję prawdziwą wielkość. Jestem w domu.

 

 

Nie wiem, czy powiedziałeś coś więcej. Obudziłem się nagle i niechcący. Bardzo chciałem, by mój sen się nie kończył. Chciałem zobaczyć czołówki gazet i usłyszeć komentarze w serwisach informacyjnych po twoim wystąpieniu.

Budząc się, miałem jeszcze tylko pod powiekami obrazy setek dzieci bawiących się nad brzegiem morza. Były rozbawione i szczęśliwe, śmiały się głośno i krzyczały radośnie w różnych językach świata. Biegały po wodzie połyskującej od słońca, brodziły w niej, wymachiwały rękami. Przypominały stado flamingów. Czuły się ze sobą dobrze i bezpiecznie. Miałem nieodparte wrażenie, że na wielkiej plaży zgromadziły się wszystkie dzieci świata, a może nawet wszyscy ludzie zamieszkujący naszą piękną planetę.

 

Cały czas milczysz. Jestem wdzięczny, że mnie słuchasz z uwagą. Już kończę, drży mi głos. Cokolwiek teraz powiem, cokolwiek powiedzą inni, nie ma to znaczenia. I tak zawsze zostajemy sami z własnym wyborem.

 

 

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-11-07)


komentarze

[foto]

1. Ojciec i Syn • autor: Wojciech Jóźwiak2015-11-09 19:45:35

Wiadomo, że Władimir nie ma syna tylko dwie córki. Ale to nie narusza sensu, bo rzecz jest fikcyjno-mityczna. Ja bym w tej opowieści widział pewien stary archetyp (czy są inne niż stare?) Młodego-Szlachetnego-Syna, który umiarkowuje i duchowo przeobraża swojego Ojca-Gwałtownika.
Ten mit jest oczywiście najbardziej znany z wydania chrześcijańskiego, w którym Syn-Jezus, istny dusza-człowiek, zgłasza się jako śmiertelna ofiara na ołtarzu swojego Ojca-Boga, aby w ten sposób poprawić świat, który się Ojcu najwyraźniej nie udał. W końcu gnostycy rzecz stawiali zasadniczo: uważali Jehowę za Archonta-Łżeboga. Ten mityczny układ wykpiwa Gombrowicz w "Transatlantyku" przeciwstawiając spiżowemu Tomaszowi rozrywkowego syna Ignasia. Ale coś z tego mamy i w "Panu Tadeuszu", gdzie po heroicznym Robaku Soplicy przychodzi jego prostoduszny syn Tadeusz. Za inne przykłady mitologiczne i literackie będę wdzięczny.

2. Syn wywyższający się nad ojca. • autor: Nierozpoznany#78172015-11-10 11:45:13

Mi cały tekst przywodzi na myśl mit o Dedalu i Ikarze. Nie ma w nim wprost "wywyższania", Ikar po prostu nie słucha ojca.
Wywyższenie rozumiem, jako nie słuchanie ojca, oderwanie od rzeczywistości, Ziemi która uosabia ojciec, brak zakorzenienia które tez uosabia ojciec, i marny koniec.

Powyższy tekst mówi o próbie "zbawienia" ojca. Każda chęć "zbawienia" to wywyższanie się. Nie zmieniają faktu długie i pełne opisy oddania ojcu i działania dla jego dobra.

Z tekstu moim zdaniem bije odczucie bycia lepszym, "oświeconym"( "boski" sen ), chęć uratowania, "zbawienia" ojca. Takie działanie ma zawsze złe skutki. Takie wywyższanie potwierdza tylko bycie dzieckiem i blokuje dojrzewanie.
Kto z nas tego jednak nie robi? Wszyscy jesteśmy dziećmi i wszyscy zawsze chcieliśmy zbawić naszych rodziców. Dorosłość to pozostawienie tego marzenia poza sobą.

3. głos do komentarzy • autor: Nierozpoznany#92652015-11-14 20:50:40

Dziękuję serdecznie za oba komentarze do opowiadania. Zawierają dużo prawdy obiektywnej, skądinąd bliskiej mojemu sercu i oczywistej, która jednak akurat nie była wiodąca w przypadku tego tekstu. Wspomniany w pierwszym komentarzu archetyp ociera się o moją intencję, którą jest m.in. zwrócenie uwagi na rolę wewnętrznego dziecka w znalezieniu wewnętrznej równowagi i łagodności. Przede wszystkim jednak chciałem podkreślić znaczenie naszych każdorazowych indywidualnych wyborów i decyzji ("nasz świat wewnętrzny i zewnętrzny są dla siebie lustrami"), a także powołać do życia bardzo konkretną rzeczywistość alternatywną, czy jak mówią znawcy teorii kwantowej, wszechświat równoległy. Takie ujęcie tematu nie ma nic wspólnego z tzw. political fiction czy idealizmem. To raczej moja osobista modlitwa o świat miłości, prawdy i pokoju. Nabiera ona szczególnego znaczenia w dzień po atakach w Paryżu. Pozwolę sobie na koniec zacytować fragment książki, na który natrafiłem dzisiaj i który może posłużyć za komentarz do mojego opowiadania: "Do potencjalnych rezultatów dostrajamy się poprzez swój stosunek do życia. Z tej perspektywy wszelki zagrażający życiu stan każdego ciała jest już wyleczony, pokój osiągnięty, a każde dziecko na całym świecie jest już nakarmione. Teraz, zgodnie z zachętą, wybierzmy jakość myśli, uczuć i emocji, która pozwoli nam "nagiąć" fale czasu i włączyć te warunki w teraźniejszość". (Gregg Braden "Efekt Izajasza")   

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)